Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadanie. Pokaż wszystkie posty

27 stycznia 2013

Bajki i baśnie.

Wydaje mi się, że chyba każdy z nas przechowuje gdzieś w zakamarkach pamięci swoje ulubione baśnie, bajki. W mojej głowie jest ich sporo i gdybym miała wybrać jedną z nich lub choćby kilka takich opowieści, nie potrafiłabym się zdecydować. 

Od pewnego czasu porzuciłam tzw. poważną lekturę, nobliści poszli w kąt, natomiast z półek powędrowały w okolice mojego łóżka baśnie, bajki, legendy. Czytam wszystko, co mam albo co mi wpadnie w ręce. Wpadłam w jakiś totalny amok, czytam też wszystko, czego nie czytałam, a co tylko mogę zdobyć, nawet z najdalszych zakątków świata. 

Jako dziecko nie znosiłam bajek, w których stosunek tekstu do ilustracji był na korzyść obrazków, a tekstów było tyle, co na lekarstwo. Wierszyki miały swoje prawa, bajki i baśnie miały swoje. W przypadku tych drugich - im mniej obrazków tym lepiej, a najlepiej niezbędne minimum, bardzo oszczędnie, a w ogóle bym się nie obraziła jakby nie było ich wcale. Książki, w których na historię przypadała jedna ilustracja, należały do moich ulubionych. Było tak z prostego powodu - gdybym chciała oglądać obrazki, to wzięłabym sobie atlas anatomiczny i studiowałabym sobie budowę naszego ciała, wręcz bym ją kontemplowała. Historie opisywane w bajkach i baśniach z łatwością sobie wyobrażałam, lubiłam ich słuchać, a gdy skończyłam 6 lat, sama mogłam je czytać. Dobrze, że w tamtych czasach normą były oryginalne wersje baśni (tłumaczone, ale oryginalne), a nie skracane do minimum i składające się głównie z obrazków. Koszmar. Do dziś nie znoszę takich książek - same obrazki i 3/4 baśni obcięte. Masakra. Zresztą jeśli już baśnie, bajki i historyjki dla dzieci zawierają obrazki, to niech chociaż będą one ładne, a nie jakieś tam bohomazy, które mają książkę wypełnić. Uwielbiałam ilustracje Jana Marcina Szancera i rysunki Jean-Jacques'a Sempe. 

Bajki, baśnie i wierszyki zawsze czytał oraz opowiadał mi tata. Mama natomiast rysowała mi to i owo, jeśli ją poprosiłam. Tato umiał pięknie opowiadać, a mama potrafiła ładnie rysować, więc tak też się ich role podzieliły. Oboje lubili baśnie, a ja wychowywałam się wśród opowieści z różnych stron świata. A we mnie wciąż jest mała dziewczynka, która lubi, gdy się jej czyta baśnie. Zresztą ta duża Choco też je bardzo lubi. Wzięła się ostatnio za Andersena i za "Klechdy Sezamowe" Leśmiana. Do tego kubek gorącego kakao, ciepły koc, za oknem prawdziwie baśniowy klimat. Jest przytulnie i przyjemnie. Po prostu dobrze.

17 lutego 2012

Męski głos.

Mróz zelżał, złamany opadami śniegu. Wirujące w swym tańcu koronkowe płatki osiadały na jej rzęsach, miękkich ustach, chłodziły przyjemnie policzki.
- Dzień dobry! - powiedział męski głos w jej stronę.

- Dzień dobry - odpowiedziała i odwróciła głowę w stronę witającego się z nią mężczyzny.

- Jak miło panią widzieć. Mam nadzieję, że uszczelki dobrze się sprawują - powiedział ten sam głos.

- Tak, dziękuję panu bardzo. Co pan tu robi? - zapytała.

- Do biura idę - wyjaśnił męski głos.

- Ach, no tak. Proszę mi wybaczyć. Zapomniałam. Przecież macie tu państwo biuro...


Męski głos należał do niespełna 30-letniego przystojnego wysokiego mężczyzny. Poznała go zaledwie kilka dni wcześniej, gdy zadzwoniła do firmy, która montowała okna w jej mieszkaniu. Po paru latach uszczelki wyrobiły się i trzeba je było wymienić, a ona chwilowo dość miała układania ręczników i koca przy ramach okien, drzwiach balkonowych, aby po pokoju chłód nie ciągnął. Temperatura była ujemna, lecz nieznacznie, więc można było coś z tymi uszczelkami zrobić.

Po południu przyszło dwóch panów - jednym z nich był ów męski głos, czyli pan Kuba, który przyszedł wraz z panem Andrzejem. Pan Kuba ochoczo wziął się do pracy, jednak co chwilę odwracał głowę w jej stronę. Siedziała sobie na oparciu kanapy i przyglądała się poczynaniom męskiego głosu, który stwierdził, że okna rzeczywiście są dość mocno nieszczelne, a przy drzwiach balkonowych bardzo mocno ciągnie. Panowie podyskutowali chwilę, sprawdzając, która z uszczelek będzie najodpowiedniejsza, po czym męski głos zapisał sobie numer kontaktowy do niej. Panowie mieli przyjść dnia następnego.

Od rana dziewczyna siedziała jak na szpilkach. Uczesała się porządnie, delikatnym makijażem podkreśliła atuty swojej urody, przywdziała spodnie i bluzkę, i czekała, siedząc przy kuchennym stole. Miała dzień wolny. Popijała wolno herbatę, czytała książkę i co chwilę spoglądała na zegarek. Sama nie wiedziała dlaczego, ale bardzo chciała poprzyglądać się znów temu męskiemu głosowi.

Dźwięk domofonu. Panowie. Otworzyła drzwi, uśmiechając się sama do siebie. Już od progu męski głos przeprosił za opóźnienie i powiedział, że praca zajmie jakieś 40-50 minut. Dziewczyna zostawiła panów samych i poszła do kuchni, aby skończyć obierać warzywa do zupy. Po chwili zadzwonił telefon. Siostra.

- Oh przepraszam. Pani rozmawia... - powiedział męski głos, podchodząc do kuchennych drzwi.

Dziewczynie wypadł nóż z ręki...

- Nie szkodzi. W czym mogę pomóc? - spytała dziewczyna, szybko kończąc telefoniczną rozmowę.

- Czy ma pani suszarkę? Może się przydać. Czy mogłaby pani udostępnić mi również jakąś szmatkę, płyn do naczyń i jakiś taboret?

- Tak, zaraz panu przyniosę.

Po chwili dziewczyna przyniosła wszystko, co było potrzebne i wróciła do kuchni. Wrzuciła obrane, umyte i pokrojone warzywa do zupy. Właśnie zamierzała pochować kubki do szafek...

- Czy może pani przyjść tu na chwilę? - zapytał pan Andrzej.

- Tak, oczywiście - odpowiedziała.

Dziewczyna weszła do pokoju...

- Czy może być szara uszczelka? Ona najlepiej będzie pasować i dobrze uszczelnia - powiedział pan Andrzej.

- Oczywiście. Mogłaby być nawet zielona albo czerwnona, byleby tylko okna były szczelne i nie wiało - odpowiedziała dziewczyna.

- Gdyby pani chciała czerwone, tą są dostępne - powiedział męski głos.

Panowie pracowali, a dziewczyna stała w futrynie drzwi i przyglądała im się. Dość szybko wywiązała się rozmowa między nią i panami. Poruszali różne tematy. W pewnej chwili telefon dziewczyny oznajmił, że przyszedł sms, a za chwilę jeszcze jeden.

- Chłopak pisze? - spytał pan Andrzej.

- Nie mam chłopaka - odpowiedziała dziewczyna.

- Pani taka ładna i jak to możliwe, że nie ma chłopaka? - zdziwił się pan Andrzej.

- No nie mam. Po prostu.

- Kuba też nie ma dziewczyny - powiedział pan Andrzej, wskazując skinieniem głowy na męski głos, który wymieniał uszczelkę w ostatnim oknie.

- Pracuje pani? Uczy się? - pytał dalej pan Andrzej.

- Pracuję - odpowiedziała dziewczyna.

I tak sobie dalej rozmawiali przez chwilę. Gdy pan Andrzej poszedł umyć ręce, między męskim głosem i dziewczyną wywiązała się rozmowa. Okazało się, że oboje mają dość sporo wspólnego. On sprawdzał wszystkie okna dla pewności jeszcze ze trzy razy, ona układała jakieś papiery. Co chwilę spoglądali na siebie, nie przestając przy tym rozmawiać. On sprzątał materiały pozostałe po pracy, zwijał uszczelki, zbierał te zużyte do jednego worka, a ona przyglądała mu się. Pan Andrzej, nie mówił nic, zapisywał coś w notesie, układał sprzęt w kartonie i przyglądał się tym dwojgu młodym ludziom.

Dziewczyna zapłaciła, umówiła się, że w poniedziałek odbierze w biurze fakturę i zupełnie zapomniała o tym, że powinna podać dane do faktury, gdyż zapatrzyła się w ów męski głos, który gdyby mógł, pracowałby w tym domu jeszcze co najmniej przez godzinę. Męski głos przypomniał sobie, że potrzeba przecież danych do faktury i zapisał je w swoim kalendarzu.

Panowie pożegnali się i wyszli. Dziewczyna poustawiała kwiaty na parapecie i stanęła w oknie, przypatrując się światu pokrytemu bielą, która jakby z lekka topnieć chciała. Dziewczyna myślała o męskim głosie, który przed chwilą opuścił jej mieszkanie, który rozmawiał z nią, patrzył na nią, korzystał z jej łazienki... Gdy weszła do pokoju, po tym jak zamknęła za panami drzwi, stwierdziła, że w pomieszczeniu pachnie mężczyzną i że jest to zapach męskiego głosu. Zapach faceta. Testosteron unosił się w powietrzu. To był jego zapach. Wiedziała to. Czuła go, gdy stała obok niego, podając mu swoje dane. Wysoki, silny, męski, kulturalny i... inteligentny, a na dodatek rozmowny. Zapragnęła poznać go lepiej, ale przecież nie wypadało jej gonić go, czy poszukiwać go w biurze, proponować mu kawę na odchodnym... Przecież on przyszedł tu tylko do pracy, a ona nie mogła przestać o nim myśleć. Tylko czy on myślał o niej? Gdyby chciał, mógłby się z nią umówić... Starczy mu odwagi?

30 listopada 2011

Jędza.

W pewnym mieście przy ulicy X mieszkał mężczyzna. Nie wyróżniał się specjalnie wyglądem spośród innych mężczyzn, nie był ani wyjątkowo przystojny, ani wyjątkowo brzydki. Był najzupełniej zwyczajny. Jednak jeśli zaczynał z kimś rozmowę, rozmówca miał wrażenie jakby od lat się znali, jakby rozmawiał z przyjacielem. Nie było takie człowieka, który tak właśnie nie czułby się, dyskutując z owym mężczyzną. Nazywano go różnie, najczęściej Magiem, Wędrowcem. Z czasem zaczęto mówić o nim Wędrowiec-Mag. Wtedy był bardzo radosnym człowiekiem, czesto się uśmiechał. Tak było do czasu...


Na tę historię zapraszam w najbliższych dniach.


Czasem z człowieka wychodzą bardzo brzydkie cechy, bardzo brzydkie uczucia. I ze mnie też wyszły dzisiaj. Bezlitosna, bezwzględna, złośliwa, wredna, zimna, szczera bardziej niż do bólu, z wyjątkową precyzją i dokładnością egzekwująca wykonanie wszelkich obietnic. Jednym słowem - jędza. I taka bywam. Wyjątkowo. Dla wybranych. Ale na to trzeba sobie porządnie zasłużyć. To taki zimny prysznic, gdy czasem kubeł zimnej wody to zbyt mało. Kubła pomyj staram się unikać, jak tylko mogę. To ostateczność.

28 maja 2011

To skomplikowane (cz. 16).

"Powinniśmy się jej pozbyć" - wciąż dźwięczało mi w uszach, gdy wsiadłam do auta, usiłując jakoś zebrać myśli. Byłam wściekła. Najchętniej sama pozbyłabym się tego podleca, paskuda przebrzydłego. Zastanawiałam się nad tym, czego mam się spodziewać. Czy mnie gdzieś wywiozą, czy na mnie napadną, nastraszą, czy mnie do szpitala wyślą, czy dadzą mi jednak jeszcze trochę pożyć, czy usuną mnie z tego padołu, nie zwracając uwagi na moje protesty. Jeśli myślą, że ja się dam zaszlachtować jak zwierzę albo że w ogóle dam sobie coś zrobić, to są wyjątkowymi idiotami. Chyba powinnam powiedzieć o tym Michałowi... ale może jeszcze nie teraz.

Odczekałam resztę ich rozmowy (wolałam nie wiedzieć, jakim też sposobem chcą się mnie pozbyć) w samochodzie. W końcu Igor wyszedł i udał się do swojego auta. Postanowiłam jechać za nim. Na wszelki wypadek trzymałam się z bezpiecznej odległości, starannie pilnując, aby oddzielały nas jakieś samochody. Nie mogłam sobie pozwolić na to, aby ten kretyn mnie zauważył. Wtedy to już na pewno długo bym nie pożyła.

Przejechaliśmy zaledwie kawałek, gdy Igor się zatrzymał na przystanku i zabrał stamtąd jakąś kobietę. Nie zdziwiłabym się, gdyby to była jakaś młoda, wychudzona, długonoga, mocno opalona blondynka w typie barbie z długimi tipsami... Wciąż się mnie czepiał, że powinnam wyglądać bardziej reprezentacyjnie, co znaczyło, że jak barbie. Ta kobieta była jakaś inna. Mówił o takich, że są przeciętne i brzydkie.

Igor podwiózł ją do jednego domu przy Korzennej. Stwierdziłam, że później się na tej Korzennej porozglądam, bo lepiej go nie stracić z oczu. Jechałam tak za nim jeszcze trochę, aż dojechaliśmy na Ogrodową. Igor wysiadł i poszedł do kamienicy, w której mieszkał Wiesiek. Czego on mógł chcieć stamtąd? Poszłam za nim. Dobrze, że miałam płaskie buty, bo przynajmniej nie było słychać moich kroków. W tej Wieśkowej kamienicy akustyka była naprawdę niezła.

Wiesiek posiadał dwa mieszkania i dom. W domu spotykał się z panienkami, czasem w nim mieszkał, choć częściej można go było zastać tam, gdzie go zamordowano. W kamienicy załatwiał te swoje podejrzane interesy. Ciekawe skąd Igor dowiedział się o Ogrodowej? Może od tych swoich bandziorów... Wiesiek go nie lubił ze wzajemnością, ode mnie by się niczego nie dowiedział. Zresztą nikt ze znajomych nie wiedział o tej kamienicy. Czego on może tam szukać?

Weszłam cicho do budynku. Z piętra dochodziły przyciszone głosy. Igor... i jeszcze jakiś facet. Schodzili w tempie ślimaczym, rozmawiając. Stanęłam za schodami, przy wyjściu na podwórko.

- Pilnuj jej. Muszę wiedzieć, co ona robi, gdzie bywa, z kim się spotyka - usłyszałam, jak Igor mówił do faceta.

- A nie lepiej ją sprzątnąć od razu? - zapytał tamten.

- Muszę wiedzieć, ile ona wie. Może jeszcze być mi potrzebna. Na pewno wie więcej niż mówi - wyjaśnił Igor.

- Może nasłać na nią Drzazgę? - zapytał tamten.

"Kto to u licha jest Drzazga?" - pomyślałam. - "Przynajmniej potrzymają mnie jeszcze trochę przy życiu" - stwierdziłam i od razu mi ulżyło, a serce przestało walić mi jak oszalałe.

- Nie nabierze się, choć można spróbować, ale jeszcze nie teraz. Pilnuj jej. Ty nie wiesz, do czego ta cholerna baba jest zdolna. Ty wiesz, co ja z nią miałem? Ile ja się musiałem namęczyć, żeby mnie do domu wpuściła? - narzekał Igor.

"Co za świnia! Bardzo dobrze, że go wykopałam. Pewnie do Wieśka chciał dotrzeć" - rozważałam w myślach. Byłam coraz bardziej wkurzona na Igora. - "Ma jak w banku, że mu nie odpuszczę. Niech no ja się tylko dowiem w jakim charakterze ten palant występuje w tym cyrku!"

- Dobra. Zrobione. Nie spuszczę z niej oka - powiedział tamten.

- Ona może znaleźć to, na czym nam zależy. Ona dobrze go znała. Niech tylko nas naprowadzi - powiedział Igor. Podał tamtemu rękę, zbiegł ze schodów i wyszedł.

"To mam świetną okazję, aby ich skołować. Co za głupki." - pomyślałam, czekając aż ten drugi też wyjdzie. Usiłowałam zza schodów zobaczyć jak tamten wygląda, ale niewiele zauważyłam. Wydał mi się jakiś znajomy. To chyba ten od fontanny, ale głowy za to bym nie dała.

Wiedziałam, że muszę być ostrożna, bo będą mnie pilnować. To była jedyna okazja, abym zajrzała do tego mieszkania, spróbowała się dostać do skrytki, o której kiedyś wspomniał Wiesiek.

12 kwietnia 2011

Bajka o kluczach. (3) i Jak Choco napadło w sklepie... ;)

Gdy wracałam dzisiaj po południu do domu, po drodze udałam się zrobić jakieś zakupy, bo w lodówce pustawo i tak mnie coś w tym sklepie napadło na jogurt truskawkowy, a przy okazji mózg wraz z żołądkiem przypomniały mi, że dawno nie było w domu ciasta jogurtowego, więc zaopatrzyłam się jeszcze w jogurt do ciasta, mąkę i kilka innych produktów, bo mój organizm zażądał pizzy. Tak właśnie, pizzy ;) I to nie takiej tłustej, na grubym spodzie, zapychającej, z którą mojej bebechy poradzić sobie nie potrafią i cierpią, ale takiej domowej, chrupiącej, pięknie pachnącej, przepysznej. 

Czasem mi się zdarza, że muszę zjeść coś teraz, zaraz, natychmiast i to coś konkretnego, a nie cokolwiek. Czasem owo coś przybiera postać czekolady z migdałami, czasem jest to jogurt truskawkowy, czasem jajecznica z pomidorem, klopsy, pieczone ziemniaki z rozmarynem i sosem jogurtowym... A czasami mam takie dni, że jakiekolwiek jedzenie wywołuje we mnie żywy wstręt i wtedy tylko piję, piję i piję... wodę :)

Poza tym chyba przy jakiejś okazji, w międzyczasie czy jakoś muszę tu zrobić dział z przepisami, uporządkować jakoś, żeby łatwo było znaleźć, gdyby ktoś takie pragnienie wyrażał ;)

Poniżej trzecia, ostatnia część bajki. Zapraszam do czytania, a ja znikam w kuchni...



c.d. część 3
Dwa dni później...

"Będziemy musiały się z wami pożegnać" - powiedziały smutno klucze z drugiego pęczka. - "Jutro zostaniemy oddane nowym właścicielom."

"Jak to? Tak szybko?" - spytał pędzel.

"To już pewne. Widziałem ich na własne oczy" - powiedział długopis.

"Będziemy za wami tęsknić" - stwierdziły klucze z pierwszego pęczka.

"Wiecie. Trochę się boimi nowego mieszkania, nowego miejsca, ale ci nowi właściciele nie są tacy źli. Wydają się mili i mają takie ciepło w głosie. Byli schludni, porządni i młodzi" - powiedziały drugie klucze.

"A co z nią i z nim będzie?" - spytał kluczyk inwalida. - "Sądziłem, że ona jest z nim szczęśli..." - kluczyk nie skończył mówił, ponieważ zapatrzył się na nowych bardzo młodych lokatorów, którzy rozglądali się z zaciekawieniem po torebce.

"Dzień dobry" - powiedzieli nowi.

"Witajcie" - odpowiedzieli im mieszkańcy.

"One wyglądają jak tamte!" - wykrzyknął kluczyk inwalida.

"Kropka w kropkę, ząbek w ząbek!" - dołączyły się kolorowe klucze.

"Spokój" - zarządził najstarszy klucz. - "Bardzo nam miło, że tu zamieszkacie. Miejsca jest dość. Przepraszam za moich towarzyszy, ale jesteście bardzo podobne z wyglądu to poprzednich lokatorów, choć charakter macie zupełnie inne, z czego bardzo się cieszę" - wyjaśnił.

"Rozumiemy" - odpowiedział nowy okrągły klucz. 

Najstarszy klucz opowiedział nowym kluczom wszystko to, co się w ostatnich dniach działo w torebce.

"To już wiemy, że to o nich oni rozmawiali" - pomyślały głośno nowe klucze.

"Ona z nim?! Ona z nim?!" - dopytywały się kolorowe klucze.

"Dziewczyna i facet, który jej dał nas" - wyjaśniły klucze. - "My jesteśmy nowe. Zrobił nas pewien człowiek w swoim warsztacie i dał jemu. Tamte były jakieś dziwne, nic się nie odzywały, udawały, że nas nie słyszą. W domu położył nas na stole w kuchni, a tamte wrzucił do jakiejś szuflady z rupieciami. Potem przyszła ona i on nas jej dał" - kontynuowały nowe.

"Powiedział coś?" - spytał długopis.

"Tylko tyle, że my jesteśmy nowe i tylko dla niej, już na zawsze. Coś jej jeszcze dał, a potem się całowali" - odpowiedziały nowe klucze.

"On się z nią ożeni! On się z nią ożeni! On się z nią ożeni!" - wykrzykiwał kluczyk inwalida i klaskał z radości. - "A ja nie będę tego widział..." - po chwili dodał ze smutkiem.

"Przecież możemy do was kartkę wysłać albo list nawet i zdjęcia dołączyć. Długopis napisze" - stwierdził pędzel do pudru.

"A ja się zajmę dostarczeniem" - dodał kalendarz. - "Poza tym przyjaźnię się z jej komórką i często sobie rozmawiamy, gdy się nudzimy na tych wszystkich spotkaniach. Ona może do was zadzwonić, bo ci nowi właściciele to jacyś jej znajomi" - zaproponował kalendarz.

"Co się stało, że tak się martwicie?" - spytały nowe klucze.

"Wyprowadzamy się" - odpowiedziały te z drugiego pęczka.

"Cieszymy się, że poznałyśmy się z wami" - powedziały nowe i uściskały serdecznie drugie klucze.

Wieczorem i nocą mieszkańcy tańczyli, skakali, śpiewali, aż torebka podskakiwała na krześle. Nazajturz wszyscy wyściskali ostatni raz drugie klucze, pomachali im na pożegnanie, zapewniając, że będą się ze sobą kontaktować tak często, jak to tylko będzie możliwe i że czuwać nad tym będą oba kluczyki od skrzynek oraz kalendarz.

A co się stało z kluczami zarozumialcami? Zamieszkały w zagraconej, zakurzonej szufladzie, w której nie miały nawet własnej przegródki. Zaplątały się w stary brzydko pachnący kurzem sznurek i w kawałek folii. Powietrze było tam gęste, zatęchłe, bo nikt do tej szuflady nie zaglądał. A klucze tam leżą i leżą, pewnie do dziś. Bo kto by się przejmował kimś, kto wszystkich innych ma za nic?


KONIEC :)

11 kwietnia 2011

Bajka o kluczach. (2)

część 1

c.d. 

"Dlaczego z nami nie rozmawiacie?" - zwrócił się do nowych lokatorów kluczyk-inwalida.

W odpowiedzi usłyszał... ciszę.
"Wiecie, że to tak niegrzecznie nie odzywać się, udawać, że nie słyszycie, co do was mówimy?" - nie rezygnował kluczyk.

"A po cóż my mamy z wami rozmawiać?" - odezwał się łaskawie największy z nowych kluczy - klucz okrągły. - "Przecież wy jesteście tacy zwyczajni. Nigdzie nie byliście, nic o świecie nie wiecie. A może jeszcze mamy się z wami zaprzyjaźnić? I z tym kaleką też?" - spytały z pogardą nowe klucze. - "My jesteśmy wytworne, wspaniałe, najlepsze." - powiedziały wyniośle.


"Woda sodowa uderzyła im do głowy" - stwierdził najstarszy klucz, ten który uważał, że jest podobny do miecza. - "Pomieszało im się od tych wszystkich torebek, miejsc" - powiedział. 


"Ignorujmy je. Nie warto się przejmować nimi, które się nikim, oprócz nich samych, nie przejmują" - powiedział niebieski długopis. 


Nowym kluczom wydawało się, że z luksusów trafiły do jakichś slumsów, do biedoty. I jeszcze ten kaleka. Choć w torebce było czysto, bo właścicielką często w niej sprzątała, choć torebka była prana przez dziewczynę, nowym kluczom wydawało się, że w torebce jest brudno, ciasno. Brzydziły się dotykać czegokolwiek i leżały bez ruchu, zniesmaczone zachowaniem pozostałych mieszkańców. Kojarzyło im się ono z bazarem, halą targową. Były bardzo zdziwione, jak dziewczyna może takich trzymać w ogóle w swojej torebce. Są bezczelni. 


Nowe klucze miały nadzieję, że szybko zmienią miejsce zamieszkania i że ich właściciel zażąda ich zwrotu. Jednak nawet same przed sobą nie chciały się przyznać, że to może nie nastąpić tak szybko, bo jednak on ją bardzo lubił. Za bardzo! Pozwalał jej spać w swoim łóżku! Chodzić w swoim szlafroku! A ostatnio, gdy leżały na stole w kuchni, zrobił jej herbatę w swoim ulubionym kubku! Klucze koniecznie musiały wymyślić coś, aby on się jej pozbył. Nie chciały mieszkać w tych slumsach, w tym więzieniu dla ubogich.


"Myślicie, że ona będzie ich używać?" - spytał towarzyszy drugi bardzo zmartwiony sytuacją pęk kluczy. 


"Martwicie się o to?" - zapytał duży klucz.


"Jasne. Słyszałem, że ona będzie musiała sprzedać to mieszkanie, które otwieramy, więc pewnie nas odda... A może i was będzie musiała....? My nie chcemy nigdzie się przeprowadzać. Dobrze nam tu." - odpowiedziały klucze.


"Nic wam się nie pomyliło?" - spytał z zaciekawieniem pędzel do pudru.


"Nie. Słyszałem dokładnie. Otwierałem właśnie skrzynkę na listy, a ona rozmawiała przez telefon na ten temat" - powiedział kluczyk inwalida. - "Boję się, że trafimy do złych ludzi, a ona jest taka dobra, miła i ładna" - westchnął kluczyk.


"Nic się nie bój. Przecież ona nie odda cię byle komu. Mądra jest. Zobacz, jak ci pomogła. Poza tym, gdyby była głupia, to on by jej tak nie lubił. Wiem, co mówię. Mnóstwo słów mną napisała, dużo dokumentów podpisała. Ona byle komu was nie powierzy. Znam ją" - uspokoił towarzyszy niebieski długopis. 


"A dobrze im tak. Pozbędziemy się wreszcie kaleki. Jeszcze tylko te drugie. Trzeba wykopać będzie też kalendarz, kosmetyczkę i długopis. A ona mogłaby skórzaną torebkę nosić, a nie takie coś. Jeszcze się poobijamy" - myślały sobie nowe klucze.


Minęło kilka dni. Nowe klucze obmyślały plan pozbycia się innych mieszkańców, z którymi oczywiście w ogóle nie rozmawiały. Mieszkańcy torebki żyli sobie w spokoju, nie przejmując się nowymi. Nagle... torebką zatrzęsło i dziewczyna włożyła do niej rękę. Wyjęła pędzel do pudru oraz puder. Poprawiła makijaż. Schowała puder do torebki i odłożyła ją na bok. Wzięła pędzel i poszła go umyć, a gdy to zrobiła, odstawiła go na stół do wysuszenia. Zrobiła dwie kawy i wtedy do kuchni wszedł on. Pędzel uważnie wszystkiemu się przysłuchiwał i przyglądał się. Zobaczył, jak dziewczyna wyjmuje nowe klucze i daje je jemu. 


Nazajutrz pędzel wrócił do torebki...


"Widziałeś?! Widziałeś?! Zabrała je!" - przekrzykiwali się towarzysze pędzla.


"Tak. Wszystko widziałem i słyszałem. Zaraz wam opowiem. Tylko się uciszcie" - odpowiedział pędzel.


Najstarszy klucz zarządził ciszę, więc pędzel mógł zacząć opowiadać.


"Najpierw zostałem umyty w łazience, a później ona zaniosła mnie do kuchni i postawiła mnie w słoiku na stole, żeby dobrze mi wyschły włosy na głowie. Zrobiła dwie kawy i potem on przyszedł. Powiedziała mu, że nie może mieć tych kluczy, że ich nie chce..." - mówił pędzel.


"Jak to?! Ona ich nie chciała?!" - nie wytrzymał i zawował z niedowierzaniem kluczyk inwalida.


"No tak to. Ona naprawdę ich nie chciała" - kontynuował pędzel. - "Powiedziała mu, że nie może ich używać, wiedząc, że wcześniej używały ich różne kobiety. Dodała, że czuje się, jakby była jedną z nich, jakby była tylko na chwilę. Była smutna. On nic nie powiedział. Wziął je od niej i schował do kieszeni. Potem wstał, podszedł do niej i pocałował ją w czoło, a ona złapała go za rękę i przytuliła głowę do jego ciała. Więcej nie widziałem, bo po chwili wyszli z kuchni" - zakończył swoją opowieść pędzel.


"Dlaczego ona ich nie chciała?" - zapytał małomówny kalendarz. Odzywał się bardzo rzadko, bo czasem nie wiedział, co powiedzieć, ponieważ tak wiele myśli przebiegało przez jego głowę. Wolał słuchać i umiał słuchać.


"Nie wiem" - powiedział pędzel. - "Myślałem, że może ty będziesz wiedział. Znasz się na datach, godzinach, pamiętasz te wszystkie spotkania, wszędzie z nią bywasz..." - kontynuował pędzel, po czym zamyślił się głęboko.


"Tego i ja nie wiem" - stwierdził kalendarz.






c.d.n. 
(jutro ;)

3 marca 2011

To skomplikowane. (cz. 14)

Podeszłam bliżej i podniosłam kawałek blachy, oparty o mur. Były na nim wyryte jakieś napisy, linie... i to była mapa. Bardzo możliwe, że ktoś zostawił ją tam specjalnie, więc nie mogłam jej zabrać, ponieważ automatycznie rzuciłabym wszelkie podejrzenia na siebie, a i tak już zbyt dużo wiem. Wyjęłam z torebki notes i długopis. Postanowiłam odrysować sobie tę mapę, bo mogła mi się przydać. Nazwy niewiele mi mówiły, były jakieś takie pomieszane, jakby pochodziły z dwóch czy trzech różnych map. 
Kartkę z rysunkiem schowałam do kieszeni, blachę odstawiłam i wyszłam z cmentarza. Nic więcej tam nie znalazłam. Wsiadłam do samochodu, wyjęłam kartkę z kieszeni... Przyglądałam się jej dość długą chwilę, mając nadzieję, że może do mnie jakoś przemówi, że wpadnie mi coś do głowy. Zmusiłam do myślenia swoje komórki mózgowe i... zaczęłam zginać, składać kartkę, usiłując jakoś to wszystko dopasować. 
Dźwięk telefonu przywołał mnie do rzeczywistości. Dzwoniła Basia. Dowiedziałam się od niej tylko tyle, że pod adresem, który jej podałam, mieści się firma, zajmująca się importem przetworzonych warzyw i owoców. Ta sama branża... Pewnie przykrywka. Dobrze byłoby bliżej się im przyjrzeć, sprawdzić ich kontakty, ale nie mogłam mieszać w to Basi. Po chwili zadzwonił także John.
- Słuchaj, ten adres, który mi podałaś, to prawie centrum. Trzeba przejść przez jedną boczną uliczkę, później koło straganów z rybami, minąć targowisko Chińczyków, wejść w bramę, minąć śmietnik i znajdzie się to, czego się szuka - powiedział John.
- Cholera! Tak myślałam, że to tam. Źle jest.
- Pewnie, że nie jest dobrze. Widziałem tam ludzi. Nie wzbudzają zaufania. Tam obok jest zielarz, ale robi z nimi interesy. Pewnie to jakiś ich łącznik czy ktoś. Interes ma legalny, ale to na pewno przykrywka. Podsłuchałem jedną rozmowę i jestem prawie pewny, że handlują narkotykami i ludźmi. Lepiej trzymaj się od tego z daleka i nic nie kombinuj.
- John, ja jestem w środku tego całego bagna. Znalazłam się w nim zupełnie przez przypadek, Wiesiek mnie w to wrzucił. Za połowę mojej wiedzy o tej całej sprawie powinni mnie wykończyć, więc jak będę wiedzieć trochę więcej, to bardziej już sobie nie zaszkodzę. Dziękuję Ci bardzo za pomoc. Uważaj na siebie John.

- To raczej Ty powinnaś uważać na siebie. Jakbyś czegoś potrzebowała, dzwoń.


- Dziękuję.


No to pięknie. Grubsza sprawa, międzynarodowa banda... Tylko skąd tam się wziął Wiesiek? Nadal nie potrafiłam tego zrozumieć, jakoś go tam przyczepić. Widziałam go z różnymi typkami, wiem, że prowadził z nimi jakieś interesy, ale przecież gdzieś był początek. Ten idiota musiał się tam jakoś wplątać w ten światek. Tylko jak? Może należałoby dotrzeć do tej całej Angeli...? Chyba trzeba zrobić sobie małą wycieczkę zagraniczną... I jeszcze ten Igor...


Nagle mnie olśniło. Wróciłam do składania kartki z mapą. Przypatrzyłam się, pozginałam i... no tak... Latisana i Berlin. Że też ja na to od razu nie wpadłam... W domu muszę koniecznie porównać to, co mi wyszło z planami miast. 


Wszystko powoli zaczynało się układać w mojej głowie. Zastanawiało mnie jeszcze jedno. Co wspólnego z tym wszystkim ma Igor... Z Wieśkiem sympatią się nie darzyli...


Ledwie zdążyłam to pomyśleć, zobaczyłam Igora, zmierzającego w stronę cmentarza i kanału.

23 lutego 2011

Bajka o kluczach. (1)

W czarnej dużej bawełnianej torebce mieszkał sobie w jednej z przegródek pęk kluczy. Każdy klucz był inny. Jeden był duży, od największej dziurki w drzwiach wejściowych do domu. Pozostałe były od niego znacznie mniejsze, ale wcale nie miały z tego powodu kompleksów, ponieważ każdy z nich był wyjątkowy i równie ważny jak duży klucz. Każdy był potrzebny. Do otworzenia drzwi służyły wytrwale jeszcze trzy klucze - dwa były oznaczone kolorami - jeden różowym, a drugi zielonym. Natomiast trzeci klucz wyróżniał się kształtem. Był płaski, ale miał ząbki po obu stronach. Lubił mówić, że jest podobny do miecza... właśnie przez te ząbki po obu stronach. Czuł się z ich powodu dumny. Zresztą spośród wszystkich  ten klucz był najstarszy. Kolorem wyróżniony został także najmłodszy klucz, który otwierał główne drzwi wejściowe. Klucz ten ubrano w ciemną zieleń. Najmniejszy klucz wiedział, w jakim sklepie są promocje, był zawsze zorientowany, czy ceny idą w górę, czy w dół, przynosił dobre i złe wiadomości. Ów kluczyk był kluczem od skrzynki. 

Kluczom bardzo dobrze się mieszkało w czarnej torebce. Czuły się tam wygodnie, bezpiecznie. Jednak pewnego dnia do torebki wprowadziły się kolejne klucze. Nie były jednak tak kolorowe, stare i właściwie się nie wyróżniały. Były jednak podobne do tych z pierwszego pęku, bo były także kluczami od mieszkania i od skrzynki na listy. Klucze z pierwszego pęku szybko się przyzwyczaiły do nowych lokatorów i nie czuły się wcale zagrożone. Szybko zaprzyjaźniły się jedne z drugimi. Wiedziały, że są ważne, potrzebne i że nie stanowią dla siebie wzajemnie żadnego zagrożenia. 

I jedne i drugie klucze bardzo lubiły swoją właścicielkę, choć najczęściej oglądały tylko jej dłonie, ale te dłonie im się podobały. Lubiły słuchać także głosu dziewczyny, która nosiła je w swojej torebce. 

Pewnego mroźnego dnia, drugi pęk kluczy bardzo się namęczył przy otwieraniu drzwi. Kluczom było zimno, dziwnie... Gdy najmniejszy z kluczy usiłował dostać się do skrzynki, wypadł właścicielce z ręki. Upadł na podłogę, głośno piszcząc i płacząc. Stracił część swojego plastikowego uszka i musiał opuścić swoich towarzyszy. Dziewczyna, do której należał, podniosła go troskliwie z posadzki, obejrzała dokładnie, tak że przy okazji kluczyk mógł się jej przyjrzeć. Pomyślał, że musi koniecznie opowiedzieć swoim towarzyszom o tym, co mu się przytrafiło. Nie wiedział jednak, kiedy do nich wróci. Dziewczyna schowała go do kieszeni. 

Kluczyk przez kilka dni musiał mieszkać w lewej kieszeni kurtki wraz z paczką chusteczek i pomadką ochronną. Nie podobało mu się to nowe mieszkanie. Nie było tam tak wesoło, radośnie jak w torebce. Miewał zawroty głowy i czuł się jeszcze gorzej. Było mu smutno. Czuł się odsunięty. Został inwalidą. Nie mógł być przyczepiony tak, jak inne klucze, do metalowego kółka. Czuł się niepotrzebny, choć przecież nadal dzielnie pełnił swoją zaszczytną funkcję i każdego dnia otwierał skrzynkę na listy. 

Jednego dnia było mu wyjątkowo źle. Wytrzęsło go mocno w kieszeni, tak bardzo, jakby pływał po morzu statkiem podczas sztormu. Myślał, że nabawi się zaraz choroby morskiej. Tego dnia dziewczyna wyjęła kluczyk z kieszeni i przywiązała do niego kawałek mocnego sznurka, a sznurek przyczepiła do kółka. Kluczyk wrócił do towarzyszy. Opowiedział im ze szczegółami wszystko, co go spotkało. 

"Widziałem ją. Widziałem jej twarz." - mówił zachwycony. "Ona jest taka ładna!" - wykrzykiwał, mówiąc o dziewczynie. 

"To pewnie dlatego wprowadziły się tu one." - powiedział ze smutkiem najstarszy klucz, ten z pierwszego pęczka i wskazał na trzy klucze w kolorze srebra. 

"On może mieć rację." - odezwał się pędzel do pudru, który wystawił głowę z kosmetyczki. - "Widziałem je jak leżały na stole w pewnym domu, a później on je jej dał."

"Jaki on? Jaki on?" - chciały wiedzieć ciekawskie kolorowe klucze. 

"Mężczyzna. Był wysoki. Wyższy niż ona, więc nie mogłem dojrzeć, jak wygląda." - powiedział niebieski długopis. - "Napisał mną kartkę do niej, że zostawia jej te klucze, bo on musi wyjść wcześniej do pracy, a nie chciał jej budzić. Powiedział jej też, że te klucze są dla niej i że ma nadzieję, iż częściej będzie ich używała."

"Jesteś pewny?" - spytał duży klucz.

"Tak. Przecież sam napisałem tę wiadomość." - odrzekł długopis.

"Ona często z nim rozmawia. Piją razem kawę, śmieją się. Ona chyba go bardzo lubi." - powiedział pędzel do pudru. 

Klucze bardzo się zmartwiły. Zrobiło im się przykro. Do tej pory zawsze były potrzebne, a teraz... Dziewczyna starała się je dobrze traktować, dbała o nie, nie rzucała ich byle gdzie. 

"A jeśli nas komuś odda?" - wyraziły niepokój klucze z drugiego pęczka. - "Przecież tamte nie są kluczami od auta, od biura, ani od piwnicy. One w ogóle nie są jej."

Nowe klucze przysłuchiwały się rozmowom mieszkańców torebki i czuły się dumne, wyróżnione, wspaniałe. Uważały, że są najlepsze i najważniejsze. Były pewne, że dziewczyna pozbędzie się wszystkich mieszkańców torebki i one będą jedyne. Przecież zawsze były najważniejsze. Bywały w różnych miejscach, mieszkały w różnych torebkach i zawsze, ale to zawsze ich właściciel się o nie upominał i z tego powodu czuły się jeszcze ważniejsze, a poza tym zrobiły się zarozumiałe. Nie chciały rozmawiać z innymi mieszkańcami. Wyniośle milczały, udając, że nie rozumieją, co się do nich mówi.

c.d.n.

9 lutego 2011

To skomplikowane. (cz. 13)

W nocy nie mogłam spać. Myślałam wciąż o tych listach. Chyba nikt tak naprawdę dobrze nie znał Wieśka. To dziwne, że nikomu się nie zwierzał, nie opowiadał o sobie i chyba właściwie nie miał przyjaciela z prawdziwego zdarzenia.

Koło piątej już nie wytrzymałam i wstałam. Powlekłam się do kuchni, aby zrobić sobie mocną herbatę, bo na kawę w ogóle nie miałam ochoty. Patrzyłam na powoli budzące się słońce i zastanawiałam nad tym, komu zlecić sprawdzenie tych miejsc za granicą. Dublin był prosty. Wysłałabym tam Johna. Przyzwyczaił się już do moich dziwnych pomysłów i nietypowych próśb. A resztę... Hmmm... Ta Belgia to w sumie mało ważna. Zresztą niedaleko tej mieściny mieszka Baśka, a jej narzeczony codziennie przejeżdża tamtędy do i z pracy... Niech ja się spokojnie zastanowię. Kartka... Długopis... Muszę to sobie spisać, bo zaraz sama się pogubię w swoich myślach. 

O ósmej rano miałam już plan gotowy. Postanowiłam po południu zadzwonić do Johna i poprosić go, aby zobaczył, co się dokładnie mieści pod tym irlandzkim adresem. Z grubsza wiedziałam, gdzie to jest, ale przecież nie zwracam uwagi na numer każdego mijanego budynku. Do Basi maila zdążyłam już także wysłać. Jeśli przeczyta do południa, to wieczorem mogę się spodziewać odpowiedzi. 
Zgarnęłam wszystkie listy od Angeli do torebki, a raczej torby. Jakoś rzadko nosiłam ze sobą małą torebkę, bo nie chciały się tam zmieścić wszystkie potrzebne mi rzeczy. Nie chciałam chodzić z tymi listami przy sobie, więc skserowałam je i zadzwoniłam do Michała, że mu je podrzucę jednak dzisiaj. Lepiej było się tego pozbyć szybko. Niech oni się martwią i męczą z tym. Jeden komplet skserowanych listów zostawiłam sobie w biurze, na wszelki wypadek, gdyby znowu jakiś palant chciał pozbawiać mnie torebki. 

Zostawiłam Michałowi listy i popędziłam w miejsca bardziej mnie interesujące. Od Michała dowiedziałam się tylko tyle, że te arabskie krzaczki to Berlin. Nic mi to nie dało. Nie znam ani miasta, ani języka. 

Obeszłam cały park, ale nie zauważyłam nic ciekawego. Miałam się udać nad Kanał, ale przypomniałam sobie, że pominęłam okolice fontanny. Zrobiłam kilka kroków i zauważyłam faceta, który wydawał mi się znajomy. Gdzieś już wcześniej go widziałam, ale nie mogłam go nigdzie umiejscowić. Facet podszedł do fontanny, przysiadł sobie przy niej, obmacał obmurowanie od spodu i poszedł. Czyżby coś zostawił? Rozejrzałam się wokoło. Nikogo nie zauważyłam, więc podeszłam szybko do fontanny, usiadłam... Wymacałam jakiś kawałek papieru i woreczek w szparze obmurowania. Wyciągnęłam kartkę... Napisano na niej jakieś godziny i miejsce. Przepisałam to sobie do notesu, wcisnęłam kartkę w szparę. Worek wydawał mi się dość miękki, w środku był też chyba klucz, ale wolałam nie ruszać pakunku. Jeszcze by mi się wysypało, a ten ktoś, kto miał to odebrać, pojawiłby się... Wolałam o tym nie myśleć. Zobaczyłam, że od strony dworca autobusowego zbliża się jakiś mężczyzna, więc wyciągnęłam telefon i szybko się stamtąd oddaliłam. Postanowiłam jednak zobaczyć, czy podejdzie do fontanny, więc schowałam się za budynkiem banku. Byłam wystarczająco daleko, aby zdążyć uciec i aby facet mnie nie widział. Miałam jednak stamtąd doskonały widok na fontannę. Mężczyzna podszedł, usiadł, wyciągnął kartkę i pakunek, schował wszystko do kieszeni i poszedł w kierunku kortów tenisowych. Obserwacja przyniosła mi tylko tyle, że zobaczyłam kolejną osobę zamieszaną w sprawę...

Teraz to już ja nawet sama bym siebie wykończyła. Wiedziałam zdecydowanie za dużo i wciąż chciałam wiedzieć więcej. Udałam się nad Kanał i na cmentarz. Jedno miejsce sąsiaduje z drugim. Nad Kanałem spaceruje wiele osób, więc to doskonałe miejsce do spotykania się, wymiany informacji, pakunków. Nikt by niczego nie spostrzegł. Poza tym nad samym Starym Kanałem, przy śluzach jest tyle miejsc, w których można coś schować... Nie było sensu, aby zwiedzała szczegółowo każdy zakamarek tej iluś kilometrowej trasy... 
Postanowiłam pójść na cmentarz. Cmentarz jest zabytkowy. To najstarszy katolicki cmentarz w B. Nie mogłam zrozumieć, dlaczego urządzali sobie spacery właśnie tam, a nie na przykład na tym największym. Przecież tu byli doskonale widoczni, bo nie jest to miejsce o jakiejś specjalnie dużej powierzchni. Nie wiem, może spotykali się nad Kanałem, a wizyty na cmentarzu miały stanowić przykrywkę? Znam to miejsce dobrze. Na pewno nie mogli tu niczego rozwalać, chować po szparach, bo zaraz ktoś by to dojrzał, zawiadomił odpowiednie służby. Przeszłam się wzdłuż muru. Zatrzymałam się koło takiego grobowca rodzinnego z czerwonej cegły. Obok niego stał, oparty o mur,  kwadratowy kawałek blachy. Podeszłam bliżej...

31 stycznia 2011

Deszcz. (cz. 2)

Dotknął dłonią jej ramienia, drugą ręką zsuwając z niej sukienkę. Wodził palcami po jej ciele, zostawiając niewidoczne ślady na obojczykach, ramionach, biodrach. Wtulił twarz w jej włosy, nie przestając gładzić jej delikatnej, gładkiej, chłodnej skóry. Dzieliła go od niej tylko wartswa ubrania, którą miał na sobie. Pragnęła być jeszcze bliżej niego. Zaczęła rozpinać jego koszulę. Chciała dotknąć jego skóry, poczuć jego zapach, który sprawiał, że czuła się spokojna, bezpieczna. Przywarła do niego całym ciałem, wtulając głowę w jego pierś. Poczuł, jak dreszcz wstrząsnął jej ciałem. Nie chciał, aby stała tak, prawie naga i bosa na posadzce w łazience. 

Złapał ją za rękę i poprowadził w stronę prysznica. Ściągnał szybko swoje ubranie i powoli zdjął z niej bieliznę. "Chodź. Będzie ci ciepło." - wyszeptał jej do ucha i objął, całując ją w szyję. Wszedł pod prysznic i pociagnął ją ku sobie. Po chwili zanurzyli się oboje w gorącym deszczu spadających kropel, które ciepłem otuliły ich ciała. Wsiąkały we włosy, spływały po twarzach, plecach, Zamknęła oczy i pozwoliła, aby pieścił jej ciało w deszczu kropel. Uwielbiał przesuwać swoje palce i usta po łukach, zaokrągleniach, wszelkich krzywiznach jej ciała.
Czekał na tę chwilę przez cały dzień. Nie wiedział, dlaczego tak bardzo za nią tęsknił, tak bardzo jej dziś pragnął. Może przez chłód niesiony z wiatrem, zwiastujący odejście lata i nastanie jesieni, a może przez ten deszcz dzisiejszy, a może przez to, że nie widzieli się kilka dni, bo pracował na wyjeździe. 

Westchnęła. Całował jej usta, a ona oddawała mu pocałunki delikatnie, nieśmiało. Niespiesznie przesuwali swoje dłonie po wszystkich zakamarkach własnych ciał, jakby je badali, poznawali, a przecież doskonale znali swoje mapy. Oparła się o ścianę, pochwyciła swoimi dłońmi jego dłonie, przyciągnęła go do siebie. Ich ciała splotły sie w miłosnym uścisku. Ich pocałunki stały się namiętne, niecierpliwe, gwałtowne. Czuli własne ciepło, które pulsowało w nich, rozchodziło się we wszystkich kierunkach. Czuła się tak, jakby to on krążył w jej żyłach, a nie krew, jakby to on był, życiem, które w niej tętniło. Z każdą chwilą pragnął, aby wniknęła pod jego skórę. Poczuł, jak bardzo za nią tęsknił, jak bardzo mu jej brakowało przez tych kilka dni. Rozczulała go. Wiedział, że jest silna, że zawsze daje sobie radę, ale wystarczyło, że na nią sporzał, a ogarniała go tkliwość, czułość. 

Ogarnęła ich błogość spełnienia. Woda spływała po ich rozgrzanych, splecionych ciałach. Nie mógł przestać jej tulić. Szczęśliwy, że ma ją przy sobie. "Dobrze, że jesteś. Zostań ze mną." -powiedziała. "Zawsze. Mam cię pod skórą." -odpowiedział.

29 stycznia 2011

Deszcz. (cz. 1)

Ochłodziło się. Błękit nieba gdzieś zniknął, ustępując miejsca ciężkim chmurom. Zatrzymała się na chwilę, wciągając w płuca chłodne, pachnące wilgotną ziemią i trawą powietrze. "Za chwilę będzie padać" - pomyślała, spoglądając w niebo. Nie miała przy sobie parasola. Dzień był piękny, ciepły, słoneczny. Na chwilę zapomniała, że tu pogoda potrafi zmienić się w jednej chwili. Wiedziała, że nie zdąży wrócić do domu przed deszczem, więc wcale się nie spieszyła. Szła powoli, rozglądając się jak zwykle po parku, otaczającym zameczek, w którym pracowała. Szukała wzrokiem wiewiórek, szybko przemykających po trawnikach, między liśćmi bluszczu, wijącego się na murze, oplatającego pnie drzew. Dziś nie spostrzegła żadnej. Jednak w oddali, niedaleko kamiennego muru, w szczelinach którego rozgościł się mech, zobaczyła dwa króliki. Pawie też gdzieś się schowały. Spostrzegła pawie piórko, leżące na soczyście zielonym trawniku. Nachyliła się, aby je podnieść. W tej samej chwili poczuła delikatne krople na swojej szyi. 

Deszcz. Pierwsze drobinki. Włożyła piórko do książki i zamknęła swoją skórzaną torebkę. Rozpuściła włosy i ponownie je związała, w luźny węzeł tuż nad karkiem. Deszcz dziś wyjątkowo się spieszył. Rozpadało się na dobre. Wielkie krople, już nie tak ciepłe, jak te w środku lata, wsiąkały w jej włosy, spływały po twarzy. W ciągu kilku sekund przesiąknęły przez turkusowy jedwab jej sukienki. Wyszła przez bramę, skręciła w prawo, a po kilku krokach raz jeszcze w prawo, tym razem pod górę. Postanowiła iść na skróty. Minęła robotników pracujących koło wykopu. Nie zdziwiło jej, że obejrzeli się za nią, a ich wzrok przylgnął do niej na długą chwilę. Przemoczona tkanina sukienki przykleiła się do ciała, uwydatniając wszelkie krągłości, łuki, załamania, kształty. Stała się półprzezroczysta. Prześwitywała przez nią granatowa delikatna bielizna, uda, biodra, brzuch, ramiona. 

Przyspieszyła kroku. Deszcz stał się zimny, nieprzyjemny. Jak najszybciej chciała znaleźć się w domu, ogrzać pod gorącym strumieniem wody. Miała nadzieję, że gdy wróci, będzie tam on. Skręciła w lewo koło szkoły i biegnąc, minęła szpital, bloki, sklep i kawiarnię, w której codziennie rano w drodze do pracy kupowała kawę na wynos. Dobiegła do furtki, którą otworzyła lekkim pchnięciem, ponieważ jak zwykle była niedbale domknięta. Nie było go. Musiała wyciągnąć klucze, aby wejść i wreszcie móc zrzucić z siebie mokre ubranie. Czuła się tak, jakby deszcz wniknął swoim chłodem w każdą komórkę jej ciała, jakby zamiast krwi płynął w jej żyłach, w których wolała czuć pulsujące ciepło jego obecności, a nie ten mokry chłód. 

Zrzuciła buty, zostawiła torebkę w salonie na dole i pobiegła na boso na górę. Weszła do łazienki, spoglądając na wannę. Nie mogła się zdecydować, czy woli wejść pod prysznic, czy może zanurzyć się gorącej kąpieli. Wpatrywała się w swoje odbicie w lustrze. Ciemne włosy, zielone oczy, jasna skóra. Rozpuściła włosy, które od wilgoci zaczęły falować, zwijać się, choć na co dzień były proste. Roztrzepała je palcami. Zamyśliła się...

"Nie wiedziałem, że tu jesteś." - powiedział, otwierając cicho drzwi do łazienki. "Zmokłaś bardzo." - dodał. Uśmiechnęła się do niego mówiąc: "Nie słyszałam, jak wszedłeś. Widzę, że też nie jesteś suchy." Zapalił światło i podszedł do niej. "Lubię, gdy masz mokre włosy i ta sukienka..."- powiedział, obejmując ją i spoglądając w jej oczy. "Nie patrz tak na mnie. Zawstydzasz mnie..." - wyszeptała. Przytuliła się do jego ciała. Dotyk. Tyle bliskości, spokoju i miłości w jednym geście. Stali tak objęci, wsłuchując się w swoje oddechy, w siebie, bez zbędnych słów. Odgarnął  delikatnie włosy z jej twarzy, z szyi. Przesunął palcami po jej twarzy, zaznaczając niewidzialne ślady na jej powiekach, policzkach, wargach... Dotknął jej szyi, muskając jej usta swoimi, jakby całował mgłę, jakby składał pocałunek na skrzydełkach motyla. Nie przestając jej całować, rozpiął jej sukienkę i zsunął ją powoli, odsłaniając ramiona, piersi.......

13 stycznia 2011

To skomplikowane. (cz. 12.)

Ta cała sprawa to nie na moje nerwy - pomyślałam. I nadal nie rozumiem jednego, dlaczego Wiesiek wymyślił sobie napisanie listu do mnie, a nie do tej, jak jej tam było, a właśnie... Angeli... Może należałoby ją odnaleźć? Zaraz zaraz, skąd te listy od niej przychodziły? Gdzie ja upchnęłam te koperty? Chyba są w mojej torebce... Rzuciłam się wyciągać wszystkie szpargały, ale nie mogłam wymacać żadnej z kopert. Odwróciłam torebkę do góry nogami i wysypałam z niej wszystko na kanapę. 
 
Jest! - wykrzyczałam. Spojrzałam na pocztową pieczątkę, bo na odwrocie nie było adresu nadawcy i zamurowało mnie. Latisana! Przecież stamtąd pochodziły te opakowania, które znaleźliśmy z Tomaszem w moim schowku w Poznaniu. Gdzie mój telefon? Muszę natychmiast zadzwonić do Michała. Ja muszę tam jechać! Trzeba znaleźć tę Angelę!
 
- Michał? Cześć. Muszę ci coś pokazać. Przyjdę pojutrze do ciebie.
- Cześć Lena. Miło cię słyszeć. Masz na myśli listy? - z nadzieją w głosie spytał Michał.

- Tak. Tomasz dał ci te spleśniałe owoce, opakowania i ten cały wór kluczy?

- Przed chwilą przyjechał. Naprawdę nie wiedziałaś, że Wiesiek coś takiego u ciebie trzymał?

- Ja? A skąd! Przecież mnie znasz. Moje roztrzepanie... Sam wiesz. On tam kiedyś trzymał meble, ubrania, jak się przeprowadzał. Nie miałam pojęcia, że schował tam coś takiego. Jak widać było to bezpieczne miejsce przez pewien czas, bo dopiero jak go zabili zaczęli tam szukać. Wiesz, że on miał romans?

- Wiesiek? - Michał zdziwił się nie mniej niż ja.

- Z jakąś Angelą. To Włoszka chyba. Pisała do niego po angielsku. Zresztą to jedyny język, opórcz polskiego rzecz jasna, który Wiesiek trochę rozumiał. 

- Włoszka mówisz?

- Zastanawiające prawda? 

- Ahaa. Był adres na kopercie? Bo chyba kopertę sobie obejrzałaś dokładnie, na ile cię znam.

- Adresu żadnego. W kopercie też nic. Zwyczajne listy miłosne, aczkolwiek z jakimiś informacjami. Za to pieczątka pocztowa zupełnie czytelna. Zgadnij skąd.

- Skoro Włoszka, to pewnie Włochy. Latisana.

- Właśnie. Słuchaj, tę Angelę trzeba przecież znaleźć. Może ona ma coś wspólnego z tym zamordowaniem Wieśka, choć ja osobiście wątpię, aby to ona zrobiła. Włoszki mają temperament, ale ta go chyba naprawdę kochała...

- Tylko niech ci nie przyjdzie jechać do Włoch - przerwał mi Michał. - To nie jest bezpieczne. Za dużo wiesz.

- Nie strasz mnie. Sama dobrze wiem, że za dużo wiem. A w ogóle to był tu dziś Igor. On ma chyba coś z tym wszystkim wspólnego. Chciał na siłę wejść do mojego domu, tłumacząc, że niby po jakieś rzeczy. Powiedziałam mu, żeby się wypchał i wyrzuciłam mu graty przez balkon, więc gdyby ktoś zgłaszał jakiś incydent z wyrzucaniem rzeczy za okna tu w mojej okolicy, to pewnie mnie będzie mieć na myśli, więc gdyby.....

- Słowotok nerwowy - stwierdził, przerywając mi i śmiejąc się, Michał. - Spokojnie. Nie musisz się obawiać, że ktoś cię zamknie. W razie czego biorę to na siebie. Masz już dość problemów. Czego Igor chciał? - zapytał zaniepokojony Michał.

- Chciał szukać w mieszkaniu swoich rzeczy. Wiesz, pewnie nie tylko ten jeden list tu jest. 

- Bardzo możliwe. Te listy miłosne do Wieśka będę musiał ci zabrać.

- Wiem. Przyniosę ci je pojutrze. Odezwę się jutro. 

- Trzymaj się się i uważaj na siebie.

- Jasne - powiedziałam i rozłączyłam się.

Wiedziałam, że będę musiała dać te listy policji. Pojadę jutro do biura, zrobię sobie ksero, a przy okazji posprawdzam te wszystkie miejsca. Trzeba dotrzeć jakoś do tej Angeli, nawiązać z nią kontakt i chyba należałoby zrobić rundkę po cmentarzu...


c.d.n.

14 grudnia 2010

To skomplikowane. (cz. 11)

- Czego chcesz? - spytałam Igora, podchodząc powoli do wejścia.

- Co jesteś taka niemiła? Ani dobry wieczór, ani cześć, ani nic. Mogłabyś się chociaż skarbie przywitać - wycedził przez zęby Igor.
- Skarbie? A od kiedy ja jestem twoim skarbem? Ostatnio gdy ze mną rozmawiałeś, twierdziłeś, że jestem kulą u nogi... Co tu robisz?

- Czekam na ciebie. Mogę wejść?
- Nie. Mów, czego chcesz, bo chciałabym już pójść do domu - powiedziałam rozzłoszczona. - Nie jesteś tu bez powodu. Przecież byś się nie pofatygował...
- Muszę wejść do domu, bo chcę swoje rzeczy. Coś tam u ciebie na pewno zostawiłem.

- Niemożliwe, że tak nagle ci się przypomniało. Jakieś szpargały chyba tam są, ale zapomnij, że cię wpuszczę o tej porze do mojego domu, będę stać i patrzeć, jak przewracasz moje mieszkanie do góry nogami i przez pół nocy będę sprzątać ten syf, który po sobie zostawisz. Jak coś znajdę, to spakuję i odeślę ci pocztą, ale do mojego domu więcej nie wejdziesz.
- Oszalałaś kobieto! - krzyknął Igor, łapiąc mnie za ramię.

- Puść mnie i daj mi święty spokój - powiedziałam, wyszarpując się z jego uścisku.
- Masz mi oddać moje rzeczy natychmiast - zażądał.

- Chyba sobie żartujesz. Żegnam - rzuciłam i odwróciłam się, aby otworzyć drzwi do klatki.
- Nigdzie nie pójdziesz!

- To ty nigdzie nie pójdziesz - powiedziałam, odsuwając się, żeby wypuścić sąsiada i jego psa.
- Dobry wieczór pani Magdo - przywitał się sąsiad. - Jakiś problem z tym panem?

- Dobry wieczór panie Darku. Ależ skąd. Ten pan już sobie idzie - powiedziałam ze słodkim jak sztuczny miód uśmiechem. - Miłego wieczoru życzę.

- I wzajemnie - odpowiedział sąsiad, przytrzymując mi drzwi.

Odwróciłam się i weszłam do klatki, słysząc za plecami gniewne mamrotanie Igora. Wbiegłam po szybko po schodach, myśląc o kąpieli. Winda czekała jakbym ją zamówiła. Tylko kilka pięter i już własny dom, bezpieczny, z odpowiednimi zamkami. Ledwie weszłam do domu, zamknęłam za sobą drzwi, usłyszałam czyjeś wydzieranie się po moim balkonem. Ktoś krzyczał: "Magda! Magdaaaaa!" Czyżby to był Igor, pomyślałam. Czego chce ten kretyn? Znowu te stare plotkary będą mówić, że sprowadzam tu takich, owakich....

Odłożyłam swoje rzeczy i popędziłam na balkon, aby uciszyć Igora.

- Zamknij się i przestań się wydzierać, bo zadzwonię na policję, że zakłócasz spokój - wykrzyczałam. 

- Oddaj mi moje rzeczy ty jędzo! - Igor nie dawał za wygraną.

Poszłam do pokoju, otworzyłam szafę, wyjęłam worek z jego gratami, z półki zgarnęłam pozostałe szpargały, zawiązałam porządnie i wróciłam i na balkon.

- Masz! - krzyknęłam, wyrzucając worek przez balkon. Mało mnie obchodziło, co pomyślą inni. Chciałam mieć spokój. Skoro sąsiad z drugiego piętra wyrzucał przez balkon meble, to ja mogę ten jeden worek. Zresztą nikt nie przechodził, więc przeszło ulgowo. Tylko wór rozwalił się i rzeczy rozsypały się po trawniku.

- Więcej już nie ma. Spadaj stąd - wykrzyczałam i wróciłam do mieszkania. Igor coś tam jeszcze pokrzykiwał, ale nie miałam ochoty go słuchać. 

Pewnie mu o te listy chodziło. On musi mieć coś wspólnego z tą sprawą Wieśka. Po cóż innego by się tu pojawiał - rozmyślałam, wyciągając z torebki listy, które znalazłam w schowku. 

Usiadłam na podłodze i zaczęłam czytać znalezioną korespondencję. Połowę stanowiły wyznania miłosne jakiejś Angeli.  Wiesio i romans... Ciekawe. Kolejny list był także od Angeli... Co też ona w nim widziała, nie umiała pojąć. Z pewnością było to coś takiego, czego nie dostrzegała żadna inna pani. Ona chyba naprawdę była w nim zakochana... Zaraz, zaraz. Co ona tu pisze? Karzeł i Słoma? Co oni wywieźli z suszarni? Cmentarz...

1 grudnia 2010

To skomplikowane. (cz. 10)

W szafce leżały opakowania i etykietki od suszonych ziół, owoców, całe sterty, a w kartonie na najniższej półce było coś, co wyglądało na suszone owoce. Wyglądało, bo było pokryte jakimś zielonkawym nalotem. 
Wzięłam w rękę jedno z opakowań i aż mnie zamurowało. 
- Ja znam ten adres! - wykrzyknęłam, gdy odzyskałam głos.

- Jaki adres? - spytał Tomasz.
- Z Latisany. Michał Ci nie mówił? - zapytałam ze zdziwieniem.

- Coś tam wspominał w przelocie.
- Wiesz, ja znalazłam u mnie w domu list po niemiecku. Nie wiem, czego dotyczył, bo ja nie znam tego języka, ale na kopercie, w której znalazłam list, były napisane różne adresy, między innymi ten z Latisany, był też z Dublina i z Valtice. Znam te miejsca, bywałam w okolicy... - wyjaśniłam. - Widziałeś te gruszki i jabłka? Ohyda! Lepiej je wyrzucić od razu.

- Widzę właśnie - powiedział Tomasz, przyglądając się zielonkawym owocom. - Wiesz, nie powinniśmy ich wyrzucać, bo może on je po coś zostawił... 
- Masz rację. Słuchaj, ktoś tu próbował się dostać, więc wolałabym tego tu nie zostawiać, bo jeszcze Aga z Pawłem będą mieli przez to problemy. Mógłbyś to zabrać ze sobą i oddać Michałowi?

- Jasne. Lepiej, żebyś nie brała tego, dla twojego bezpieczeństwa.
- Zajrzę jeszcze na dół szafki. Tam jest taka szuflada - powiedziałam, schylając się. - Pusto. Wysunę ją... 

Szuflada wyleciała mi z ręki i z hukiem uderzyła o podłogę.
- Tam coś jest. Chyba listy - powiedziałam, wyjmując plik kopert. - Zagraniczne. Ale to wezmę ja. Poczytam w domu, może znajdę coś ciekawego. Prywatne chyba... Tylko po co je aż tam chował? - rozmyślałam na głos. - Otworzę jeden.

Wyjęłam list z koperty, ze zdziwieniem zauważając, że jest po angielsku.
- Na pewno prywatny. Od jakiejś kobiety. 

- Zdecydowanie lepiej będzie, jeśli weźmiesz je, poczytasz. Dobrze znałaś Wiesława, więc może coś ci się wyklaruje, bo jak to wezmą Michała ludzie to niewiele wymyślą. Nie znali człowieka. Tylko nie mów nikomu, że masz coś takiego, a Michała to ja sam poinformuję. 
- Dobrze, zastosuję się do poleceń. Słuchaj, weź może któryś z tych pustych kartonów, zapakuj sobie te rzeczy i wyjdziemy stąd. Dam ci jeszcze worek z kluczami, który znalazłam tu na półpiętrze. Chyba ten kretyn go zgubił, a ja ze zrozumiałych względów wolałabym nie mieć go przy sobie. Chwilowo mam dość atrakcji.

Tomasz zebrał wszystko z szafki do kartonu, ja wzięłam listy. Włożyłam szufladę, pozamykałam, poukładałam. 
- Poczekaj tu, zaraz ci przyniosę klucze - powiedziałam, zamykając drzwi komórki. 

Pobiegłam szybko na górę, zabrałam woreczek, pokrzykując do Agi, że wszystko jej wyjaśnię za chwilę. 
- To do zobaczenia, mam nadzieję - powiedziałam, podając worek Tomaszowi. - I dziękuję.

- Nie ma za co. Zawsze do usług szanownej pani - odpowiedział Tomasz, uśmiechając się.
- Do widzenia.

- Do zobaczenia.
***

Wracałam wieczorem do domu, mocno zmęczona, myśląc tylko o prysznicu i położeniu się do łóżka. Gdy pożegnałam się z Tomaszem wyjaśniłam w skrócie wszystko Adze i Pawłowi, który zdążył wrócić z pracy. Wolałam nie informować ich o zbyt wielu szczegółach, bo jeśli ktoś ich będzie pytał o mnie, to lepiej, żeby nie musieli się zastanawiać nad tym, co mogą powiedzieć, a co powinni ukryć. 
Zastanawiały mnie też te listy do Wieśka. Czemu on je tak głęboko schował. Przecież skoro były prywatne, a na to wyglądały, rzekłabym, że miłosne wręcz, to chyba powinien je przecież trzymać w domu, a nie wciskać w takie miejsca i to jeszcze jakieś 150 kilometrów od miejsca zamieszkania. 

Droga powrotna upłynęła mi szybko, chyba ze względu na te rozważania. Zaparkowałam auto, zebrałam wszystkie swoje graty i ruszyłam do domu, uprzednio sprawdziwszy, czy samochód jest aby na pewno zamknięty. 
- Cholera! - zaklęłam głośno, gdy tylko odwróciłam się w stronę klatki. Koło drzwi wejściowych stał, oparty o ścianę, Igor.