16 listopada 2014

Słowne wycieruchy - przyjaźń.

Przyjaźń jest jak wygrany los na loterii. Coraz częściej odnoszę wrażenie, że prawdziwa przyjaźń jest nawet rzadsza. Jakby gdzieś ludzie zapominali, czym ona jest. Jakby zapominali, co to wierność, lojalność, szczerość, uczciwość, prawda. 

Ponad 10 lat temu poznałam dziewczynkę. Dziewczynka rosła i się zmieniała. Najpierw była moją wychowanką, później stała się bliższą koleżanką, w końcu była na drodze ku przyjaźni. Była. Bo nie zdała testu z przyjaźni. Testu z życia. Testu z lojalności, uczciwości i innych cech przyjaźni. Nie ona pierwsza i nie ona ostatnia. Zrobiła za to coś zupełnie innego. Coś, co dla mnie kompletnie jest niewybaczalne. Mojej i swojej przyjaciółce rozwaliła życie. Zdradziła. Wbiła nóż najpierw w plecy, potem w serce. A wiecie, co jest najgorsze? Nawet nie przeprosiła. Bo niby przecież jest taka fair i w ogóle wszystko jest w najlepszym porządku.

Przecież zdradzenie własnego faceta, swojej przyjaciółki, odbicie tej przyjaciółce męża i zajście z nim w ciążę, to nic takiego. Przecież ją wybawiła od męża. A że odebrała przy okazji ojca malutkim dzieciom... Co z tego. Przecież to się tak często zdarza. A ona się fair zachowała. Nic takiego nie zrobiła.

Nie mogłam dłużej milczeć i powiedziałam, co myślę, między innymi to, że chociaż wypadało powiedzieć prawdę, przeprosić. Niby to niewiele, ale pokazuje, jakimi ludźmi jesteśmy. W zamian usłyszałam, że święta nie jestem. Tylko co może o mnie wiedzieć aspirująca do mojej przyjaźni dziewczyna, która tak naprawdę mnie nie zna? To prawda, że do świętości mi ogromnie daleko. Popełniłam wiele błędów, wyrządziłam różne krzywdy, niedopatrzenia i wiele innych też jest moim udziałem. Jednak pewne sprawy są nietykalne. Pewnych rzeczy się nie robi. Człowiek musi postawić sobie granice. Znać swoje obowiązki. Powinien wiedzieć co to wierność, lojalność, zaufanie, szczerość, uczciwość, prawda. 

Co się dzieje z tym światem?

Zawsze mi się wydawało, że zrobienie takiego świństwa przyjaciółce, jest niewybaczalne. A tu się okazuje, że nawet nie trzeba za to przepraszać, nie mówiąc już o tym, że informowanie osobiście o tym świństwie jest w ogóle zbędne.

Różni ludzie aspirowali i aspirują do bycia moimi przyjaciółmi. A ja z wielką niechęcią dopuszczam ludzi bliżej siebie. Znajomych można mieć wielu, lecz przyjaciele to grupa szczególna i nie każdy może do niej wejść. Dla mnie honor, lojalność, wierność, prawda, szczerość, uczciwość, zaufanie są bardzo ważne. Uważałam, że na nich powinna opierać się przyjaźń, a niej związek między dwojgiem ludzi. Może ja jestem staromodna i zupełnie nie pasuję do obecnego świata? Na przyjaźń człowiek pracuje długo i powoli ją buduje. A pewnych rzeczy się przyjaciołom nie robi. Pewnych rzeczy ludziom się nie robi. Pewne sprawy są święte, nietykalne. 

Niepoprawna idealistka w świecie konsumpcjonizmu i materializmu.  

Czy ludzie zaczynają zapominać, czym jest przyjaźń? Czy słowo "przyjaźń" straciło na znaczeniu podobnie jak słowo "kocham" i staje się wycieruchem, który znajomych nazywa przyjaciółmi, tak jak pożądanie czy zauroczenie nazywa miłością?  

23 października 2014

Kapitulacja, ryba i nazwisko.

Internet to ogromne źródło wiedzy. Często niechcianej wiedzy. W sumie to taka studnia bez dna. Można kopać, kopać i się nie dokopać albo raczej nie doszukać. Nawet jeśli ludzie dość dobrze chronią swoją prywatność, to nigdy nie jest to dość. Zupełnie niechcący pokopałam, pogrzebałam, bo akurat zachciało mi się postukać w dno owej studni, a tu kicha. Dna jak nie było, tak nie ma. Natomiast jest całe mnóstwo informacji o różnych ludziach. I pewne rzeczy mnie odrobinkę zaszokowały. W życiu bym się nie spodziewała...

Doszłam do wniosku, w sumie dawno temu już do niego doszłam, że pewne osoby musimy spotkać w naszym życiu, poznać je i te spotkania odcisną piętno na nas, na naszej egzystencji, na naszym otoczeniu. Drogi mogą się poprzecinać łatwo i prosto albo mogą być zapętlone, pogmatwane, ale gdzieś tam w końcu się zetkną, przetną, bo tak musi być. Po nitce do kłębka. Tak tak. Właśnie tak. 

Czasem zastanawiam się, jak to do ciężkiego licha jest możliwe, że pewne osoby się znają albo znają innych, którzy znają jeszcze innych, którzy mnie znają. Podobno możemy po naszych znajomych i ich znajomych, którzy też mają swoich znajomych itd., znaleźć połączenie z każdą osobą na świecie. Nie będę tego na sobie sprawdzać. Trochę za dużo tych ludzi. Wystarczy, że gubię się w swoim własnym świecie, a cóż dopiero mówić o szerokim świecie. 

Z tego grzebania wyskoczył mi ślub. Nie mój, cudzy. I tak jakoś się okazało, że pan mąż przyjął nazwisko żony. No i teraz ma dwa. Pierwsze żony, a drugie swoje. Trochę mi się dziwnie w środku zrobiło. Choć niby nie powinno, bo ja jako rzekomo zdeklarowana feministka bez serca dla facetów i zimna jak lodowiec, powinnam się cieszyć, że jakiś facet na coś takiego poszedł i to w dodatku człowiek, który nie wżenił się w jakąś arystokratyczną rodzinę, ani nie poślubił znanej osobistości. On ożenił się ze zwyczajną - niezwyczajną dla niego - kobietą. No i zrobiło mi się dziwnie, bo jak to facet tak poszedł na to i ma dwa nazwiska. A dzieci co? Jedno będą mieć czy dwa? 

Możliwe, że wcale nie jestem przeżartą i zepsutą do cna feministką, bo jakoś tak sobie myślę, że skoro on przyjął jej nazwisko, to jakby się pod pantofel wcisnął. Jakby jakiś taki "miętki" był, "skapcaniały"... Jakiś metroseksualny czy jak to się tam nazywa. Ogólnie mało męski. Pewnie głupio myślę, ale myślę tak sobie właśnie. A kieruję się tym, co następuje:
A) jestem kobietą - kto nie wierzy, można sprawdzić 
B) jestem heteroseksualna i kompletnie nie czuję pociągu do własnej płci
C) skoro jestem A i B, to chcę faceta, ale faceta, który zawiera w sobie wyczuwalny testosteron, nie mylić z cuchnięciem ;)
D) skoro A, B i C, to wynik jest prosty - chcę i mam
E) skoro mam, to za cholerę nie mieści mi się w głowie, żeby on na coś takiego poszedł, gdybym mu z czymś takim wyskoczyła. Co prawda nie jesteśmy na etapie paplania o ślubie, zresztą jeszcze nie czas, a ja jako podwójna niedoszła ze ślubowstrętem, to tak łatwo się namówić nie dam. Zakładając teoretycznie coś takiego, to gdybym my wyskoczyła z tym, żeby przyjął moje nazwisko, zabiłby by mnie śmiechem i stwierdził, że kompletnie mi odbiło, a moje szaleństwo przekroczyło wszelkie granice. Pewnie by się zastanawiał, czy ja aby chora nie jestem. No i rzecz jasna w ogóle by na to nie poszedł. Dlaczego?
I otóż mamy punkt kolejny:
F) A dlatego że poczułby się tak, jakbym go wykastrowała. 

Z pewnością są panowie, którzy wykastrowani by się nie czuli, wręcz przeciwnie, chętnie by się na to zgodzili. Tylko ja bym takiego faceta już nie chciała. Dyskryminuję? Nie. Po prostu od dzieciństwa pielęgnuję w sobie wyobrażenie mężczyzny. Konkretne wyobrażenie i tylko taki facet da sobie ze mną radę, spacyfikuje mnie, no i na chwilę przymknie tę moją pyskatą buźkę, rzecz jasna bez stosowania siły. Wystarczy delikatna perswazja w odpowiedni sposób i Choco skapituluje.

Wracając do pielęgnacji mojego wyobrażenia... Było tak. Facet koniecznie, ale to koniecznie musi umieć robić w domu to samo, co ja, co tyczy się naprawiania, remontów itp. A w ogóle to powinien umieć robić to lepiej i umieć więcej. Gotować też powinien umieć, aby w razie czego nakarmić siebie, tudzież jakieś potomstwo i się nie potruć. Nie mam tu na myśli przygotowania zupki z proszku, tylko normalnego obiadu. Tak właśnie. Sprzątać też musi umieć, prać i prasować, ale ja mogę to robić lepiej. Pedantom podziękuję. Taka skrajność mi nie odpowiada. No i zadbany musi być, i o mnie dbać musi. Koniecznie musi też umieć patroszyć rybę - sprawnie, fachowo i bez obrzydzenia, a najlepiej jak potrafi taką złapać. No taki facet, który jak trzeba to przytuli, pocieszy, pogłaszcze, a i jak ma ochotę w tyłek klepnie ;) W łóżku też musi sobie radzić. Nie z chrapaniem, tylko ze mną ;) No i nigdy przenigdy nie zgodzi się na to, aby przyjąć moje nazwisko, gdybyśmy jedak ślub wzięli. Plus kilka innych rzeczy. 

I ja, tak pielegnując w sobie to moje wyobrażenie, gdybym miała faceta, który by w sumie był tym ucieleśnieniem wypielęgnowanym w marzeniach i wziął by moje nazwisko, to zostawiłabym go. To trochę tak, jakby mi się dał spacyfikować. Co najwyżej mógłby sobie pożartować, że to zrobi, bo tak na serio... 

Bo wiecie... ja się okropnie czepiam, poza seksem, charakterem i innymi takimi, tych prac domowych, nazwiska i RYBY. Bo jak już skapitulować, rzucić własny egoizm w kąt, to dla kogoś, kto zrobi to samo dla nas, cokolwiek to znaczy. Bo tak zupełnie nie kapitulować albo kapitulować za bardzo...

5 października 2014

Nieodpowiednie słowa.

Zleciał aż miesiąc cały. Najpierw jedna praca, a później podjęcie ryzyka i zmiana na inną, a właściwie to powrót do starej. Do tego 54-godzinny maraton w pracy... Nie, skądże. Nie jednego dnia. Tylko przez pięć dni. Jednego dnia pracowałam zaledwie 17 godzin, więc zrobiłam prawie normę z połowy tygodnia. Stres, nerwy, jak to będzie. Przeziębienie też mnie nie ominęło. Wciąż trzyma, ale zaczyna mi już odpuszczać, więc jest szansa na to, że więcej będzie mi się chciało. Inne paskudy też mi odpuściły i bóle z nieznośnych stały się znośne i zaczynają powoli znów znikać, więc jest nieźle. Stałam się też dumną posiadaczką pojazdu mechanicznego. Doszłam do wniosku, że moje stare czarne auto, które ostatnio zakupiłam, jest dziewczyną. Dziwnie brzmi co? Wiem. Ale tak jakoś czuję. Mam do mojej "autki" osobisty stosunek, podobnie jak do lapka, telefonu i gitary. Może dlatego że te przedmioty stały się powiernikami moich tajemnic i wiedzą o mnie oraz o moim życiu znacznie więcej niż osoby, które mnie otaczają. 

Czas mi tak zleciał, że zupełnie odleciałam z tego świata... wirtualnego. Życie realne wzięło górę wraz z potrzebami fizjologicznymi. W dodatku mój organizm tak domagał się spania, że każdą wolną chwilę przeznaczałam na sen. Zdarzało mi się przysypiać nawet przy stole przy jedzeniu. Zmęczenie materiału. Ot co! 

Poczytałam sobie dzisiaj w necie, jak to ludzie narzekają jak mają pod górkę i jak to znów inni chwalą się, że wcale nie trzeba się wysilać i można sobie lecieć po bandzie nawet na bakier z prawem, bo przecież i tak im nic nie zrobią. I całe mnóstwo innych rzeczy tam znalazłam, w tym bardzo smutnych informacji, jak ta o śmierci naszej młodej aktorki Ani Przybylskiej.

Tak. Życie jest niesprawiedliwie. Bardzo. Ale nikt nie mówił, że jest inaczej. Jeśli życie zaczęłoby nagle być sprawiedliwe, ja zaczęłabym się zastanawiać, czy w ogóle jeszcze żyję. 

Nigdy nie wiemy, co czeka na nas za rogiem, ale wcale nie trzeba przez to pędzić przez życie jak huragan, bo tego czy tamtego nie zdążymy zrobić. Zawsze czegoś nie zdążymy, coś jeszcze będziemy chcieli. Lepiej cieszyć się każdą  ofiarowaną chwilą, każdym momentem, który daje nam radość. Delektuję się życiem jak kawałkiem pysznego ciasta i nie przestaję pracować nad nim i nad sobą. Życie takie jest, że przeplatają się w nim trudne momenty i piękne chwile. Raz przyjdzie nam się wspinać po pionowej ścianie, raz na tyłku zjedziemy z górki, a innym razem zlecimy do rowu. Może też zdarzyć się i tak, że będziemy mieć przed sobą prostą płaską drogę. 

Jakiś czas temu napisałam o zmianie mężczyzn jak o zmianie butów czy rękawiczek. Nie powinnam była w taki ton uderzać, ale też nie bardzo wiedziałam, jak mam się do tematu zabrać. Może nie trzeba było poruszać go wcale. W każdym razie przytrafiło mi się coś, czego jeszcze bardziej nie rozumiem, co jeszcze bardziej wykracza poza moje pojmowanie relacji międzyludzkich i związków damsko-męskich. Bardzo długo przekonywałam się do tego mężczyzny i wciąż się przekonuję, poznaję go. I tak nam mijają kolejne tygodnie, miesiące. Chyba nie potrafię nawet mówić o tej relacji. Nie umiem ubrać tego związku w słowa. Wiem tylko, że im więcej czasu mija, tym ja czuję bardziej, więcej, głębiej. Czuję się bezpieczna, spokojna, szczęśliwa. I bardzo bardzo nie lubię, kiedy on jest daleko. Czuję... i to mi wystarczy. Nie potrafię przekuć tej relacji w żadne słowa. Każde wydają mi się nieodpowiednie.

7 września 2014

Życie w realnym świecie.

Choroba znowu mi o sobie przypomniała i zaczęła dawać się we znaki. W czwartek ledwo w pracy wytrzymałam, ale już było kiepsko ze mną. Po powrocie do domu... ciężki wieczór. Nic nie pomagało, łzy lały mi się jedna po drugiej. Przetrwałam. Przyznam, że kiedy jest dobrze, zapominam, że powinnam jednak się pilnować, uważać i nie folgować sobie za bardzo. Jednak jak już udowodniono, na głupotę lekarstwa nie ma, a ja ową głupotą czasem się wykazuję. 

Spokojny weekend w domu. Bez pośpiechu. Dużo snu. Relaks w najlepszym towarzystwie. Pomogło. Bardzo. 

Doszłam do pewnego rytmu dnia, upchnęłam w to pisanie. I jakoś mi umknął świat wirtualny. 

Utknęłam w rozmowach o kolorach, zapachach, smakach, dzieciństwie, domu, przyszłości. Jestem gdzieś pomiędzy łąkami, morzem, wodospadami w górach. Między tym, co jego, a co moje. Celebracja bycia we dwoje. Coś, co zostaje między nami. 

Nie lubię, gdy ktoś usiłuje w to wejść i zaczyna się cała litania. Nikomu nie dzieje się krzywda, więc należy ludzi zostawić w spokoju, ponieważ wszelkie ingerencje osób trzecich kończą się tak, jak się kończą... i zbyt często rozwalają dobre związki. A tam, gdzie wręcz ich potrzeba, bo krzywda się dzieje, ludzie zamykają oczy i wolą się nie mieszać. 

Niech życie się toczy. Krok za krokiem. Chwila za chwilą. Uwielbiam życie za to. Za ten rytm i za wszystkie dary od losu. 

 

24 sierpnia 2014

O niemieckim i zaskakującym życiu.

Poległam. Tak generalnie. Praca mnie pokonała. Zwłaszcza we wtorkowy i środowy wieczór. Jak policzyłam czas, o której we wtorek wieczorem skończyłam pracę i o której w środę rano ją zaczęłam... Wyszło aż 9 godzin i 15 minut przerwy. W środę i czwartek podpierałam oczy zapałkami, ziewając co chwila, ale dałam radę. A czemu miałabym nie dać, prawda? Noszę teraz dumnie siniaki na ramionach, bo przecież dzielnie poradziłam sobie z setkami kartonów. Cud jakiś, że nie były ciężkie i do 30 kilo im brakowało sporo. Wówczas zamiast kartonów, to na paletach leżałabym ja. W piątek jak zwykle postanowiono mnie nauczyć czegoś nowego, bo piątek bez nowości piątkiem straconym. Na szczęście mówiono już do mnie w jakiś normalny sposób, czyli po holendersku, odpuszczając sobie wymuszanie na mnie zrozumienia niemieckiego. 

Mój niemiecki to więcej niż masakra. Jak się wysilę, nawet rozumiem dosyć dosyć, za to nie mówię wcale w tym języku, a wszelkie próby nauczenia mnie go, dały marne rezultaty. Czasem mam naprawdę już dość, bo ile można powtarzać, że ja po niemiecku nie gadam. Gdy odpowiadam po holendersku, te osoby usilnie pokazują, że mnie nie rozumieją i nie będą po holendersku ze mną gadać. Tyle tylko, że pracujemy jak by nie było w Holandii... Może powinnam na złość przejść na francuski, to może znalazłyby się ze 3 osoby, które by mnie zrozumiały. Skoro ja, pracując z Niemcami, wysilać się muszę, to inni też niech się wysilają, a co. Czasem odnoszę wrażenie, że wielu Niemcom wydaje się, że nie muszą znać innych języków i w ogóle jest to totalnie zbędna rzecz, za to ci, którzy po niemiecku nie mówią, są dziwni. Wciąż spotykam się ze zdziwionymi spojrzeniami, że nie mówię w języku naszych sąsiadów. Nie mówię i kropka. Póki co 4 języki mi wystarczą, a kolejny, który chcę poznać... kolejny... w sumie trzy kolejne... z czego żaden nie jest i nie będzie niemieckim. Prędzej kozę nauczy się latać niż wpoi mi się znajomość niemieckiego. 

Choć właściwie, jak się człowiek chce z drugim człowiekiem dogadać, to się dogada, a przynajmniej będzie próbował i nie ważne jakiej narodowości jest ten ktoś. Wszystko zależy od naszej dobrej woli. Z koleżanką Czeszką rozmawiamy czasem w czterech czy pięciu językach. Ona do mnie po czesku, po niemiecku, ja do niej po polsku, po holendersku i angielsku. Z jedną Niemką też dajemy radę - ona po niemiecku i po rosyjsku, a ja że jestem to pokolenie, co się już rosyjskiego nie uczyło w szkole, to po polsku, po holendersku i troszkę po rosyjsku. Można? Można.

Kiedy prawie nie mówiłam po holendersku, też dawało radę się dogadać z niektórymi osobami, ale tylko z tymi, które tego chciały i były otwarte na porozumienie. 

Ktoś mi powiedział, że mam podobno łatwość uczenia się obcych języków. Ja jakoś tego nie widzę. Może dlatego że wiem, ile czasu poświęcam na to, aby jednak jakoś się porozumiewać. Czasem tak mi się plącze język, że mówię do niektórych w nieodpowiednich językach. Bywa śmiesznie. Nadal łatwiej mi się przekłada holenderski na angielski lub francuski, ale z polskim zrobiłam postępy i szukam odpowiednich znaczeń, choć czasem bywa kłopot. Znam znaczenie słowa, ale nijak nie potrafię znaleźć polskiego odpowiednika. 

Po tym tygodniu mam tak wielką głowę od języków obcych i jestem pewna, że zanim umrę, jeszcze kilka poznam. Może trzeba mi było tłumaczem zostać. Zdecydowanie minęłam się z powołaniem ;)

A przy tym wszystkim zapomniałam wspomnieć, że zamieniłam jednego faceta na drugiego i że ten nowy, choć w sumie już nie taki nowy ;), ma niesamowity zapach. Tak pachnie dla mnie dom i poczucie bezpieczeństwa. Wczoraj poczyniłam to odkrycie, że on z tym swoim zapachem wpisuje się w zapachy mojego rodzinnego domu, w jego filary... Szok kolejny. A do bycia Polakiem mu bardzo daleko. Pewnie tak daleko, jak mi do bycia ciemnoskórą kobietą. Życie bywa przewrotne i bardzo zaskakujące.  

16 sierpnia 2014

Na górze i na dole.

Pękło 150 km.
 
1 rower + 1 tydzień + 1 CzG + 1 praca = 150 km
 
Jestem dumna z siebie. Kondycję nadal mam marną, jednak weszłam na wyższy poziom. Już się nie wlekę w takim tempie, że starsi ludzie i małe dzieci mijają mnie na ścieżce, a prędkościomierz mnie nie zauważa. 
 
Osiągnęłam zawrotną prędkość 21 km/h i pobiłam własny rekord - czasówka do stacji kolejowej w centrum. Pierwsza próba - zgubiona droga i czas katastrofalny. Druga próba - 30 min. Nowy rekord - 10 min z oczekiwaniem na wszystkich światłach. 
 
Co prawda daleko mi do Holendrów, którzy we trzy osoby jadą jednym rowerem, jednoosobowym rowerem albo przewożą tymże środkiem transportu różne dziwne rzeczy - typu szafka łazienkowa, drukarka, plecak ze stelażem wielkości połowy mnie i to wcale nie na plecach ten plecak, o ilości toreb, siatek, siateczek, tub i innych takich nie wspomnę. I w dodatku oni jadą. Przemieszczają się. I to całkiem szybko. Piszą smsy w trakcie jazdy i robią inne zupełnie zwyczajne rzeczy, aczkolwiek dla mnie wciąż nieosiągalne w trakcie jazdy. Ten poziom jest mi obcy. Przy moim roztrzepaniu, gdybym coś takiego odwaliła, to tym razem znalazłabym się pod kołami jakiegoś pojazdu, ale tym razem z własnej winy. Nie będę cudować. Dobrze, że na pełnej prędkości wchodzę w zakręty i nie zsiadam z roweru, jadąc pod górkę. Noooo i nawet się przemieszczam wieczorową porą oraz wczesnym rankiem, produkując prąd do mych światełek i daję radę. I nawet nauczyłam się drogi do pracy i już się nie gubię. Szukanie skrótów sobie odpuściłam, co by się nie wpuścić w maliny i na zaliczyć wpadki z deszczu pod rynnę.
 
Mały sukces na drodze ku wielkości ;) 
 
Zaliczyłam też sukces nr 2 czyli zaczęłam rozmawiać, zmuszona koniecznością, po holendersku przez telefon. Zaczęło się od angielskiego, po czym przeszłam na holenderski i tak już zostało. Mówię, co prawda, wciąż okrutnie kwadratowo i zdarza mi się zapominać o regułach gramatycznych, gdy chcę coś szybko powiedzieć. Jednak o dziwo ludzie mnie rozumieją i ja ich też. Co prawda nadal wciąż czasem nie wiem, o co im chodzi i czy aby na pewno myślą, i czy myślą o tym samym, co ja... Jednakże słowa rozumiem, choć może nie wszystkie, a sens również uchwycę, a jak nie rozumiem ich toku myślenia, dopytuję aż do skutku. Czasem wychodzi z tego coś bardzo zabawnego.

Szef się mnie wczoraj pyta, czy ja i moja koleżanka Czeszka jesteśmy bliźniaczkami. Ja patrzę na niego jak sroka w gnat i nic nie mówię. No to on znowu pyta. Ja nic. W końcu on do mnie, czy ja go rozumiem. Ja, że tak, tylko nie próbuję wymyślić, skąd on to wziął, że ja i ona... itd. skoro ja Polka, a ona Czeszka. On mi na to, że w sumie co za różnica, skoro jak gadamy to ja do niej po polsku, ona do mnie po czesku, a jak się nie możemy dogadać, to wtrącamy - ja holenderski, ona - niemiecki. No to mu mówię, że wtedy to ja już w ogóle nie wiedziałabym, kim jestem, bo rodzina ojca pochodzi ze Szkocji, a poza tym inne mixy u nich też były, a moja mama w połowie była Ukrainką, więc ja jestem w jednej czwartej. To on się mnie pyta, w której połowie moja mama jest Ukrainką - górnej czy dolnej. Ja na to, że musiałabym dziadków spytać, kto był na górze, a kto na dole ;)
 
To już mamy dwa małe sukcesy na drodze ku wielkości ;)
 
Czas na sukces numer 3... :)
 
 

12 sierpnia 2014

Odciski na tyłku ;)

Żyję i nie najgorzej się miewam. 

Zderzenie z autem skończyło się na siniakach, a rower został naprawiony. 

Za to droga to pracy i z powrotem daje mi po dupie. Dosłownie. Mimo wygodnego siodełka, tyłek mnie boli, nogi najchętniej by się z nim rozłączyły. Dzień w dzień w tym tygodniu zaliczam gratisowy prysznic po pracy. Chyba w ramach oszczędności. Szkoda, że przy okazji walczę z wiatrem i zastanawiam się jak to możliwe, że wiatr przesuwa mnie w poziomie wraz z rowerem.

Kondycji nadal nie mam, choć robię postępy ;) Obudziły mi się mięśnie, o których istnieniu zapomniałam. 

Czasem mam wrażenie, że pewne sprawy robię siłą woli - tyczy się to zarówno porannego wstawania w ostatnim czasie i powrotu rowerem z pracy do domu. 

Mózg zasnuwa mi lekka mgiełka. Robi się ciekawie. A słowa mają moc sprawczą.

Ciekawe, co z tego wyniknie.

Mam niewyparzoną gębę, a co w głowie to na języku. Czasem nawet szybciej na języku niż w głowie.


Dobrej nocy i przyjemnej środy.
Nieba pełnego słonka!

5 sierpnia 2014

Najlepszy rower na świecie.

Wczoraj trafił mi się najgorszy poniedziałek od dawna. Jechałam sobie spokojnie rano do pracy i nie ujechałam daleko. Po pięciu minutach pedałowania, pewna naturalizowana Holenderka, choć w sumie to Hinduska, próbowała przerobić mnie na naleśnik. Owa pani wjechała autem w mój rower. Pomyliła gaz z hamulcem... 
 
A zaczęło się tak. Dojeżdżałam do skrzyżowania i widzę, że kawał ode mnie jedzie wolno auto. Myślę, spoko, przejadę, zdążę z jednej ścieżki rowerowej w drugą wjechać. Ślepa nie byłam, bo wówczas to mogłabym mieć do siebie pretensję, że źle oceniłam odległość. Soczewki były w użyciu. I co? Gówno! Nie zdążyłam przejechać. Pani dała gaz do dechy, wjechała z impetem na skrzyżowanie i w sumie nie tyle wjechała, co je maksymalnie ścięła, wjeżdżając na ścieżkę rowerową i mnie z niej zepchnęła. Właściwie miałam auto za plecami i kątem oka zauważyłam, co się święci, odbiłam kierownicą, żeby nie znaleźć się na masce. Mało brakowało, a bym przeleciała przez rower i auto tej pani. Na szczęście całe uderzenie poszło w koło roweru i z kółka zrobiło się coś na kształt prostokąta. Ja się jedynie pobrudziłam.
 
Pani stwierdziła, że mnie nie widziała. Jak nie spojrzała, to nie widziała. 
 
Ja tutaj się już dawno temu nauczyłam, że rowerzysta to święta krowa, a jak się wyjeżdża z podporządkowanej i jeszcze przecina się ścieżkę dla rowerów, to się i sto razy patrzy, aby się upewnić, że nie wyleci żaden rowerzysta. Mało który użytkownik dwóch kółek ma tu tzw. polski odruch czyli zwraca uwagę na jadące auta. Często wygląda to tak, że rowerzysta zapierdala i na skrzyżowaniu czy na rondzie nawet nie raczy spojrzeć w żadną stronę, zakładając, że auto i tak się zatrzyma.
 
Wciąż się zastanawiam, jak też ta pani tego dokonała. To wyczyn z kategorii typu ruszanie z 3 pod górkę. Tego z kolei ja dokonałam, wracając nocą z pracy, bez okularów i w padającym deszczu. Na szczęście po chwili dotarło do mnie, że coś świat za bardzo przypomina zamazane plamy. Może owa pani też chwilowo bujała w obłokach, pomyliła i stało się. Może też tak szybko jej poszło, bo z górki miała, a jak wiadomo z górki się pięknie wszystko toczy. 
 
Rower jest u naprawiacza rowerów. Może jutro w końcu mi go zrobią. Póki co w użyciu musi być rdzewiaczek. 
 
Pani wraz z mężem zapłacą za naprawę, bo wina leżała po pani stronie. Jak wszystko będzie tak, jak powinno, pokryją koszty, żadnej policji nie będę w to mieszać. Nie lubię dowalać ludziom większych problemów niż te, które już mają. Wszystko można próbować załatwić w cywilizowany sposób. 
 
Mi się nic nie stało, a to jest chyba najważniejsze. Rower dość ucierpiał, ale liczę na to, że wyjdzie z tego i będzie jak nowy, bo mnie uratował. Gdyby uderzenie nie poszło w niego, poszłoby w moje kolano. Zaledwie jakieś 5 cm i ruina, którą mam zamiast kolana, byłaby nie tylko w opłakanym stanie... Pewnie o jeździe rowerem mogłabym już tylko pomarzyć. Bo jak to mój cudotwórca ortopeda stwierdził - jeszcze jeden taki wyczyn albo wypadek i mam pozamiatane. 
 
Dziękuję Najwyższemu i Aniołom Stróżom, że mnie pilnowali, bo mogło się skończyć gorzej. A jak rower odbiorę, to będę dbać o niego bardzo bardzo bardzo, bo spisał się wspaniale. Dzielny rower. Nowiutki. Mam go zaledwie od 3 miesięcy. Szybko oberwał. Trochę jesteśmy do siebie podobni ;) Za młodu poturbowani. Teraz będziemy do siebie idealnie pasować ;) Oby pan naprawiacz ładnie się spisał. 
 
Bo póki co to mam pozamiatane. Dobrze, że chwilowo mam wolne i nie muszę robić po minimum 30 km dziennie rowerem, bo rdzewiaczek z trudem by sobie poradził. Do sklepu może się nadaje, ale to czarny służył dzielnie jako transport do pracy, do miasta, na stację kolejową, no i do szkoły. 
 
Niby człowiek nie powinien zżywać się z przedmiotami, ale... z czarnym stanowimy zgrany duet i dajemy radę bez względu na pogodę, ilość kilometrów oraz zgubioną drogę. Oby do czwartku "wyzdrowiał", bo bez niego nie zrobię tylu kilometrów. Jest niezastąpiony. Zwłaszcza wtedy, kiedy wszyscy są daleko i jestem zdana tylko sama na siebie. I na niego. Najlepszy rower świata. Dzięki niemu jestem cała. Przetrzymał. I mam nadzieję, że wróci do mnie cały i zdrowy. 

24 lipca 2014

Anonimowa?

W którym momencie przestałam być anonimowa? 
 
Ta granica jakoś gdzieś mi się po drodze rozpłynęła i wyszłam zza własnego cienia. Mam twarz, jakieś imię i nazwisko nawet. Anonimowość była wygodna. Bardzo. I jeśli raz CzG anonimowa być przestała, to już taka zostanie. Mogłabym nawet zmienić nick, miejsce, ale sposobu w jaki układam słowa, jak je mieszam, dobieram... nie zmienię. To jest trochę tak jak z liniami papilarnymi. Styl, co prawda, można naśladować, ale i tak wyczuje się jakiś zgrzyt. 
 
Gdybym na przykład stała się w sieci facetem i tak bym się podpisywała, długo bym nie mogła ściemniać, że ja to nie ja. Styl to styl. Słowne linie papilarne. Z drugiej strony, za nic w świecie nie chciałabym być mężczyzną. Nigdy w życiu! Sikać na stojąco i mieć włosy tam, gdzie ich w tej chwili nie mam i nawet nigdy nie miałam. I gdzie byłyby moje cycki? Fakt, co prawda czasem doprowadzają mnie do rozpaczy, zwłaszcza jak usiłuję kupić sukienkę albo przy upalę takową wkładam i połowa moich piersi jest na wierzchu ku niezadowoleniu jednych, a uciesze innych. A na basenie czy nad jeziorem to... sami wiecie. Tak bardzo jak lubię mężczyzn, to tak samo bardzo nie chciałabym być żadnym z nich. Nawet wirtualnie.
 
Czasem tęsknię za tym, gdy byłam anonimowa i nikt nie wiedział, kto za tymi bazgrołami stoi. A teraz? Lista tematów zawęziła się okrutnie, bo... nie mogę pisać tak otwarcie, jak bym chciała. Przeczyta to ktoś, kto nie powinien i... będę mieć problemy. Dziwnie się z tym czuję. Lubię być w cieniu. Nie mogłabym być celebrytką, pozującą na ściankach. Błysk fleszy mnie peszy. Pięknie się zrymowało, prawda?
 
Do pewnego momentu obserwuję, a później wychodzę z cienia, aby za jakiś czas tam wrócić. 
 
Anonimowość. Taka zasłona, która oddziela nas od innych ludzi. Kiedy się za nią jest, łatwiej mówić o tym, co jest bardzo osobiste. O tym, do czego człowiek wstydzi się przyznać, czego się boi. Bo nawet jeśli cię ocenią, to nikt nie będzie znał twojej twarzy, twojego imienia, wieku... Łatwiej wówczas o dystans, kiedy jest się ranionym, mieszanym z błotem albo gdy trzeba przyznać się do porażki. 
 
Byłam rozczarowana moim życiem. Okropnie. Byłam słaba i zagubiona. Popełniłam tyle błędów, ile się tylko dało. 3 miesiące i 13 dni... i dwójka z przodu pójdzie w zapomnienie. Będzie okrąglutkie 30. 
 
Kiedy jako nastolatka wyobrażałam sobie, jak będzie wyglądało moje życie, gdy będę mieć 30 lat, snułam zupełnie odmienną od dzisiejszej wizję. Chyba ta zbliżają się zmiana w metryczce powoduje, że jednego dnia jestem rozgoryczona i rozczarowana, innego jestem wściekła sama na siebie, kolejny najchętniej spędziłabym w łóżku i nakryła się kołdrą. I tak się huśtam i huśtam po wielokroć. 
 
Tylko czy gdybym mogła się cofnąć i zmienić coś w swoim życiu, w swoim dawnym dawnym życiu, żeby zmienić moje teraz, to czy bym to zrobiła? Moje życie byłoby inne. Bardzo możliwe, że byłoby takie, jakiego pragnęłam, jakie sobie wyobrażałam. Tylko czy wówczas byłabym szczęśliwa? Nie da się nauczyć czegokolwiek, jeśli nie popełnia się błędów. Trzeba sobie na błędy pozwolić. Wtedy człowiek się nauczy. Jednak nie można w nieskończoność popełniać tych samych błędów, ponieważ to wskazuje już na głupotę. Zwyczajne zidiocenie. 
 
Blog stał się pamiętnikiem. Również bez mojego zamierzenia. Taki bałagan wszystkiego. Mały chaos. Jak ja. Zapis radości i smutków, zapis błędów, zapis trudnych chwil, zapis mojej drogi. 
 
Jako dziecko chciałam być perfekcyjna. Poniekąd tego ode mnie wymagano i oczekiwano. Nie umiałam taka być. Jedno wychodziło mi super, a z czymś innych sobie wcale nie potrafiłam poradzić. Złościłam się. Mała złośnica. Mała tykająca bombka. Panienka perfekcyjna. I ten perfekcjonizm prawie mnie zgubił. Kiedy się przeciwko niemu zbuntowałam, było jeszcze gorzej. A trzeba było sobie poluzować, a nie wieszać poprzeczkę tak wysoko, że właściwie zapomina się, gdzie ona jest. Traci się ją w końcu z oczu i samemu już się nie wie, gdzie się podąża. To perfekcjonizm doprowadził mnie do depresji, na skraj wyczerpania psychicznego i fizycznego. To jemu zawdzięczam wiele poważnych błędów i kłopotów, których by nie było. Oczywiście, byłyby inne. Tylko może na te inne po prostu bym sobie pozwoliła. 
 
I do dziś tak jest, że pani perfekcyjna ze wszystkim musi radzić sobie sama, bo z niej taka Zocha-Samocha. Jakby księżniczce korona miała spaść z głowy, gdyby o pomoc poprosiła. Nie umiem o nią prosić. Dopiero się uczę. Tak jak tego, że wszystkiego wcale nie muszę sama i że czasem wcale nie muszę. W czymś, co średnio mi idzie, wcale nie muszę starać się być za wszelką cenę perfekcyjna, mogę być dobra, a nawet średnia. W zupełności to wystarczy, bo są przecież sprawy, które o niebo lepiej mi wychodzą i w nich mogę się doskonalić.
 
Jak ciężko sobie czasem odpuścić. Naprawdę.
 
Jeden cel. A później kolejny i kolejny. Nie jakaś tam poprzeczka, której wcale nie widać, nie mówiąc już o doskoczeniu do niej. 
 
Co zaś się tyczy anonimowości... i innych spraw. Trochę się boję. Wciąż. Gdybym mogła wciąż w pełni być anonimowa, czy skorzystałabym? Ci co mnie znają, wiedzą, jaka jestem, a przynajmniej powinni choć w minimalnym stopniu mieć świadomość tego, czego się można po mnie spodziewać. Natomiast tacy, którzy mnie nie znają, prędzej czy później by mnie poznali. Jeśli mnie ktoś nie lubi, nie akceptuje, komuś nie odpowiadają moje poglądy, nie musi ze mną w ogóle nawet rozmawiać, ani jeździć po mnie. Cóż... anonimowość się skończyła, za to zaczyna odżywać skrobanie patykiem i piórem. Bazgroły opowiadaniowe (tak tak bardzo lubię słowotwórstwo ;) ) wyjdą z cienia. Po roku czas najwyższy tchnąć życie w to, co do tej pory było zapomniane i stanowiło zapis wyłącznie w moim komputerze. 
 
Miłego piątku! Wszak to już prawie weekend :) 

14 lipca 2014

Zwykła rzeczywistość.

Usiadłam. Przy stole. Wraz ze szklanką mrożonej kawy. Mleko, bita śmietana, cynamon, no i oczywiście kawa. Obok stoi szklanka wody ze świeżymi listkami mięty i cząstkami cytryny. Nawet zjadłam obiad, co nie zdarzyło mi się od dawna. Jakoś niespecjalnie chce mi się jeść. 

Tuż przed weekendem mogłam wreszcie podłączyć sobie internet, bo przyszła paczka od dostawcy. I gdy tak dziś otwierałam stronę po stronie, to aż mnie coraz bardziej w środku zatykało. Lepiej nie czytać wiadomości z kraju. Nie chcę. Odnoszę wrażenie, że Polska zmierzać zaczyna w kierunku państwa wyznaniowego. Politycy wzajemnie sobie dowalają i szukają haków na konkurencję. Poza tym intelektualne dno, brak samodzielnego myślenia i żenada. 

A tu? Czasem naprawdę mam ochotę schować się pod łóżko, którego nawet jeszcze nie mam. Nie kupiłam. Jeszcze nie teraz. Najpierw w kolejce stało kilka innych rzeczy. Pilniejszych. Za to mogę wejść pod stół, który mi złożył albo do szafy. Jasna cholera... czy to, że mówię, że jestem z Polski, musi wywoływać tak skrajne reakcje i zachowania? 

Nie wiem, ile razy w przeciągu tygodnia słyszałam, że my Polacy to lubimy zapierdalać (dosłownie), robić jakieś kosmiczne normy, szprycować się czym popadnie, trzymamy buzię zamkniętą, nie upominamy się o swoje albo wręcz jest na odwrót i rozstawiamy ludzi po kątach, rządzimy się, ale mniejsza o to. Bywamy też normalni, ale tych normalnych podobno tak wielu nie ma, choć osobiście znam trochę takich osób. Wiecie, czego ludzie nie potrafią tu zrozumieć? Ano tego, że jesteśmy dla siebie jak wrogowie. Nie pomożemy, ale świnię chętnie podłożymy. Ci co rzekomo mają się tu nami opiekować, mają nas gdzieś. I generalnie zwykle kończy się wszystko tak, że jak się nam nie podoba, to wypad do Polski. 

Czasem mi zwyczajnie wstyd. Chcę tu normalnie żyć. Pokazuję, tak jak niektóre moje znajome osoby, że nie można nas wkładać w jeden worek, przykładać do nas tej samej miarki, bo w każdym narodzie są ludzie i... ludzie.

Myślicie, że czasy niewolnictwa i dyskryminacji mają się ku końcowi w XXI wieku w Europie? Jedno wielkie g. Zwyczajne pierdolenie. Wiecie, jak prosto z wolnego człowieka zrobić niewolnika? I jeszcze on sam się będzie tego domagał, pchał się, bił się, żeby tylko jego wybrano. Oglądaliście albo czytaliście może "Igrzyska Śmierci"? To trochę tak, jakby ochotnicy bili się o możliwość reprezentowania swojego dystryktu. Chore prawda? A to tylko zwykła rzeczywistość. 

Dopiero teraz zaczynam się tu czuć trochę bezpieczniej, trochę lepiej, trochę jak w domu. Bo mam tu coś jak dom. W sumie mamy. Ja i siostra. Trafiło nam się jak ślepej kurze ziarno. I to piękne wielkie ziarno, a nie jakiś totalny ochłap. Wreszcie zaczął mnie powoli wypełniać spokój. Tylko czasem nie mogę spać i bywa, że prześladują mnie koszmary. 

Ostatnio wytrącił mnie z równowagi pewien telefon z Polski. Jednak udało mi się uspokoić, bo wiem, że tu jestem bezpieczniejsza niż tam. Czasem żartuję sobie, że mam tu swojego anioła, który mnie chroni i pilnuje. Naprawdę się przeraziłam. Na szczęście jestem bardzo daleko. 

Nadal mam przed sobą długą wyboistą drogę. Jeszcze nie raz, nie dwa przyjdzie mi zaklejać obdarte kolana, patrzeć na siniaki i podnosić się z upadków. Potknę się jeszcze mnóstwo razy. Boję się tego, co mnie czeka i... nic nie czuję. Żadnych przeczuć, żadnych snów. Tylko otwarta księga. Białe kartki czekające na zapisanie. Jego spokojny głos, że wszystko będzie dobrze. 

18 czerwca 2014

Co czy jak?

Urwane zdania bez wielokropku. Koszmarki słowne. Masło maślane gęściutkie niczym dobrze ukwaszona śmietanka. Powszechna dysortografia i dysleksja, bo któż by chciał przyznać się do lenistwa? I dwie najpopularniejsze litery polskiego alfabetu: eeeeee oraz yyyyyyy. O braku logiki przy układaniu zdań nie wspomnę.
 
Co się dzieje z naszym językiem? 
 
Internet to słowny śmietnik. Jakość wielu tekstów tzw. dziennikarzy jest porażająco niska. Teksty o niczym napisane językiem w stylu mojego obecnego niderlandzkiego, czyli pełne błędów. Czasem nawet myślenie nie pomoże dojść do tego, co też autor miał w swojej głowie i co chciał przekazać. Obcy język obcym językiem, ale żeby ojczysty, którego od małego się uczymy, sprawiał nam aż TYLE trudności? 
 
Z wiekiem chyba staję się jakaś bardziej przewrażliwiona na punkcie języka albo też może i ten język na psy schodzi. Czytam gazety, książki i czasem odnoszę wrażenie, że korektorów to raczej nie zatrudniają. Teksty w sieci to w ogóle jakaś słowna rąbanka.
 
Wzięło mnie tak dzisiaj po przejrzeniu kilkunastu tekstów w sieci, po przeczytaniu iluś wypowiedzi pod nimi. Tragedia. 
 
Czy nasz piękny język zmierza do tego, że aby ułożyć zdania, trzeba wziąć siekierę i metodą rąbania poustawiać obok siebie słowa niczym kolejne pniaki drewna? 
 
Czyżby w szkołach zaczęto uczyć, jak nie posługiwać się językiem ojczystym? Może większy nacisk kładzie się na opanowanie angielskiego, niemieckiego czy innego chińskiego, a zapomina się o języku ojczystym?  Nie wiem. Nie jestem nauczycielem i nie mam dzieci w wieku szkolnym.
 
Z drugiej strony... Po cóż właściwie wiedzieć, jak w miarę poprawnie posługiwać się językiem oraz jak używać słownika, skoro sieć pełna jest różnych translatorów, które za nas odwalą pańszczyznę?  A że gdzieś po drodze ucieknie sens...
 
Pamiętam, że kilku facetów spławiłam, zalecając im najpierw zapoznanie się ze słownikiem. Rozumiem, że można mieć problemy itd., ale do jasnej Anielki, nagle wszyscy je mają? Po co komu komunikacja niewerbalna, skoro werbalna tak kuleje, że żadnego tematu nie idzie rozwinąć, bo trzeba używać języka na poziomie przedszkola.  
 
Właściwie po co nam język? Nie wystarczą obrazki i kilka cyferek? Byłoby prościej. Przecież i tak liczy się tylko liczba zer na koncie wraz z jakąś tam jeszcze cyfrą, no i wygląd. Jeśli się dobrze wygląda, ma się pieniądze, to nie jest ważne co i jak mówimy. Możemy w ogóle nie otwierać ust. Cofniemy się do czasów, kiedy to skrobało się obrazki na ścianach. Czemu by nie? Przecież i tak żyjemy w kulturze obrazkowej.
 
Ile osób zrozumie tekst, który czyta, jeśli będzie on pozbawiony obrazków? Obrazkowe instrukcje obsługi, gazety pełne ilustracji i reklam z podpisami, książki wypełnione zdjęciami z filmów, bo prędzej sprzedadzą się względu na te zdjęcia niż na tekst.

Wydaje mi się, że obrazki zubażają nas, ograniczają rozmowy, zamykają nasze myślenie, bo zaczynamy zapominać albo nie wiemy, jak coś się nazywa. Jeśli ktoś rzuci nam właściwe słowo, nawet wraz z definicją, trudno może być nam zrozumieć bez obrazka.
 
Coraz więcej studentów ma problem z napisaniem prac licencjackich i magisterskich, bo nie radzą sobie z językiem. Z roku na rok więcej i więcej osób prosi mnie o pomoc w pisaniu - nie mylić z napisaniem za kogoś, choć w wielu z lenistwa czy w desperacji także i tego niestety szuka. Chodzi mi o korektę i zbudowanie zgrabnych, prostych zdań, zamiast kwadratowo - prostokątnej rąbanki wyciosanej w wielkich bólach. Pisząc, mówią. A nie o to niestety chodzi, ponieważ wymagany w takich pracach jest zupełnie inny język i inne słownictwo.  

Uczymy się czytać i pisać, ale po co skoro później cofamy się w rozwoju i stajemy się wtórnymi analfabetami? Nie dotyczy to tylko nas Polaków. Czyżby umiejętność czytania, pisania i w miarę poprawnego posługiwania się językiem znów miała stać się przywilejem tylko nielicznych?

15 czerwca 2014

Lojalność.

Co byś wybrał/wybrała? 
 
1. Fałszych przyjaciół.
2. Brak przyjaciół.
 
Nie sztuką jest mieć przyjaciół. Czasem lepiej ich nie mieć niż mieć fałszywych. Wolałabym być całkiem sama niż mieć wokół siebie takich ludzi, którzy grają moich przyjaciół i to perfekcyjnie. Na miarę Oskara wręcz. 
 
Kiedy przyjaciel, właściwie fałszywy przyjaciel, wbija Ci nóż w plecy, najczęściej pierwsze co robisz, to zastanawiasz się, co złego zrobiłeś i dlaczego, skoro tak się stało. Miałam kiedyś dwie przyjaciółki. Obie przyjaźnie się skończyły. I to nawet z podobnych powodów. Mężczyźni.
 
Z jedną przyjaźniłam się dawno. Bardzo dawno. Kiedyś byłyśmy razem na wyjeździe. Podobał się jej pewien facet, który traktował ją jako kumpelę. Ona bardzo chciała, a on się opierał. Później się zdarzyło, że pojawił się inny facet, którego ona też chciała i on też ową oporność prezentował. Pech, a może szczęście, sama nie wiem, tak chciał/chciało, że obu panów znałam i to dość dobrze znałam. Kumplowaliśmy się. Z tym pierwszym wylądowałam po jakimś czasie, nie w łóżku, bo to nie te czasy, ale na wspólnym wyjeździe. Nie moja to wina, że czuł do mnie miętę przez rumianek, pomagał mi i odwalał moją pańszczyznę w godzinach, kiedy normalni ludzie śpią, a akurat przypadał mój dyżur. Nie zmuszałam, nie prosiłam. Mogło coś z tego wyjść, ale się nigdy nie dowiem, bo przed rzuceniem się w wir wydarzeń powstrzymywało mnie coś takiego, jak lojalność. W sumie nie powinno się czegoś takiego robić przyjaciółkom. Co zaś tyczy się drugiego pana, przyjaźniliśmy się. Tylko tyle. Ich ścieżki się przecięły i ona na pewien czas się z nim związała. Jednak jej zazdrość stopniowo niszczyła tę relację. Nasza przyjaźń się skończyła w momencie, w którym zaczęła się przyjaźń moja z nim. I zaczęły się podjazdówki. Podkładanie świń. Doszło do tego, że nie chciała oddać mi 20-stu książek, które jej pożyczyłam. Po walce odzyskałam 18. Ich związek nie przetrwał, choć w pewnej chwili myślałam, że zwiążą się trwale. Przysięgą M. Z nim stopniowo rozluźniałam kontakty, bo nie mogłam patrzeć, jak jej zupełnie bezpodstawna zazdrość niszczy ten związek. Lepiej było trzymać się jak najdalej. 
 
 
Byłam dziewczyną z dobrymi stopniami, ciętymi żartami. Dobrą kumpelą dla facetów, ale nie typem dziewczyny, z którą się idzie na randki. Raczej taką, z którą się chodzi po drzewach, pije się pierwsze piwo, pływa na łódkach i włóczy się po nocy, a później dostaje się za to szlaban. Był ze mnie łobuz z dobrymi ocenami. 
 
Druga przyjaźń skończyła się słowami, że nie chcę szczęścia mojej przyjaciółki. Było to absolutną nieprawdą. Ona nie potrafiła zrozumieć, że chodzenie na imprezy co drugi dzień raczej szczęścia jej nie zapewni i raczej nie sprawi, że pozna ona jakiegoś księcia z bajki. W miejscach, w które mnie ciągnęła, mogła poznać co najwyżej faceta na jedną noc. Zresztą gdy szłyśmy gdzieś razem, ona siedziała cicho, nie rozmawiała ani nic. Nigdy jakoś nie mogłam zrozumieć, po co chciała tak często wychodzić, skoro poznawanie nowych ludzi nie było jej bajką. Nie słuchała mnie, że są inne metody, że zwykła sympatia mężczyzny nie oznacza jeszcze jego zainteresowania. 
 
W tamtym czasie nie przerabiałam już i jeszcze okresu imprezowej singielki, ale też nie stroniłam od ludzi. Jednakże interesowało mnie coś innego i byłam nastawiona na cel. Pracowałam, rozwijałam się, uczyłam i zaczynało mi się układać z jednym panem. Przeżywałam etap monogamii. Moja przyjaciółka, która doświadczyła rozczarowania, nie wiem, czy nie mogła znieść mnie, mojej sytuacji, czy może chciała dobrać się do niego...? Raczej się już nie dowiem. Zaczęło się psuć. 
 
Przyjaźń to nie związek na 24 godziny. Relacja, w której druga osoba chodzi za tobą jak cień i robi to, czego nie lubi, bo musi robić to co ty i tak, jak ty i próbuje stać się w pewnym momencie tobą. Kiedy zaczyna zabierać ci życie, to definitywna granica. Czas znajomość skończyć. Ja głupia dwa razy miałam taką sytuację i dwa razy próbowałam znajomość ratować. Z poczucia lojalności? Z serca? Z przyjaźni? Czasem warto odpuścić. Dać sobie z ludźmi spokój. 
 
I jedna, i druga mocno pracowały nad psuciem mi opinii, ostrzyły noże, nożyczki i pilniki. Wcale jednak nie chodziło o spiłowanie pazurków, lecz o zapuszczanie. Żeby móc później mnie nimi podrapać. Metaforycznie. 
 
Nie ma idealnych ludzi. Nie ma idealnych przyjaźni. Nie ma idealnych przyjaciół. Są jednak prawdziwi przyjaciele. Najdłuższy staż mam z moją M. W przyszłym roku będziemy obchodzić 18-stkę. Kiedyś usłyszałam, że ukradłam moją przyjaciółkę. Że tylko dzięki pewnej osobie się z nią zaprzyjaźniłam, a to zupełnie nieprawda. Ja i moja M. chodziłyśmy do tej samej szkoły, do tego samego kościoła i mieszkałyśmy blisko siebie. Krążyłyśmy wokół siebie długi czas. To była przyjaźń od pierwszego wejrzenia. Wiem, że mogę na nią zawsze liczyć. Wiem też, że jest i będzie lojalna. Że jest prawdziwa. Ona wie, że ja murem za nią stanę i nie pozwolę wyrządzić jej krzywdy. Nie, nie mamy siebie na wyłączność. Bo z drugim człowiekiem można być, przy drugim człowieku można być, ale nie można go mieć i nie można nim być. 
 
Nie jest ze mną łatwo się przyjaźnić, bo nie jestem łatwym człowiekiem. Trzymam się na dystans i nie lubię się otwierać, a nawet jeśli to robię, to jest to otwór kontrolowany, przez który inni dojrzą tylko tyle, ile im pozwolę. Z tym, że najbliższym pozwalam na więcej. 
 
Przyjaciel, to taki ktoś, z kim można zjeść tuzin beczek soli, ukraść dwa stada koni, wylać morze łez i śmiać się tak głośno, jak tylko można. Przyjaciel to taki ktoś, kto jest z tobą nie dla twoich zalet, nie dla korzyści, tylko dla ciebie samego wraz z całym inwentarzem. Przyjaciel przyjacielowi pewnych rzeczy nie robi. A jeśli robi, to był tylko lepszym lub gorszym aktorem w tej całej komedii czy innej tragedii.
 
 

12 czerwca 2014

Wybór i przymus.

W polskiej polityce od lat pojawia się pewien pan, którego, jak sądzę, wszyscy dobrze znają (niekoniecznie osobiście ;). Ów pan nazywa się Janusz Korwin-Mikke. Mam kilku znajomych bliższych i dalszych, którzy na owego pana głosują, co więcej podzielają jego poglądy i uważają, że wszystko z nim jest w porządku. 

Kiedyś, jeszcze w czasie studiów, miałam okazję stanąć z tym panem twarzą w twarz i pokusić się o zadanie mu pytania. Oczywiście to zrobiłam i moje ciśnienie podniosło się samo. Kawa nie była mi potrzebna przez najbliższych kilka dni. 

Pan Korwin-Mikke to świetny przykład współczesnego mizogina. Jego poglądy od zawsze były radykalne, jednak z wiekiem, zamiast złagodnieć, jeszcze się wyostrzyły. Stały się wręcz karykaturalne. Ponad 20 lat temu skrobnął on dziełko "Vademecum ojca", w którym udziela rad, jak wychowywać dzieci. Zdrowemu psychicznie człowiekowi aż włosy dęba stają, co on tam nawypisywał. Dzieci mają się ojcu podporządkować, słuchać jego rozkazów, oczywiście nie kwestionować, chyba w myśl zasady, że "dzieci i ryby głosu nie mają". 

Według pana K-M nie ma nic złego w biciu dzieci i żony, jeśli jest to konieczne, bo oni mają się faceta słuchać. Jak dzieci nie słuchają, to w większości przypadków to wina matki, bo one wzorują się na niej - jak ona jest nieposłuszna, to one też. Ów pan wielokrotnie przekonywał, że kobieta czego innego chce, a co innego deklaruje. Ponadto mówił, że żonę zawsze trochę się gwałci. No a po biciu, choć to przykre, ale czasem wyjścia nie ma, należy ją wynagrodzić w jedyny możliwy odpowiedni sposób. 

Przecież kobiety do czego innego zostały stworzone i nie powinny konkurować z mężczyznami na pewnych polach. 

Ostatnio wypowiedziami popisał się też inny pan - Czesław Hoc. Twierdzi on, że zgwałcona 11-letnia dziewczynka, która zaszła w wyniku tego gwałtu w ciążę, powinna mieć szansę na urodzenie dziecka. Swoje zdanie pan ów argumetuje tym, że aborcja, o którą do sądu wystąpili rodzice dziewczynki i na którą sąd się zgodził, byłaby dla niej znacznie większą traumą. Dodaje też, że dziewczynka może przecież oddać dziecko do adopcji i że po to dziecko ustawi się kolejka chętnych. Nnnnnoooo co najmniej jakby noworodek był czymś w rodzaju świeżej bułki czy młodych ziemniaczków, po które w sobotni poranek ustawiamy się w kolejce. 

Moim zdaniem, owego pana posła Wszechmocny już dawno opuścił i rozum mu zabrał. Przecież ciąża to dla takiej dziewczynki kolejna wielomiesięczna trauma. A poród? Dla dorosłych kobiet nie tak znów rzadko bywa on traumą, a co dopiero dla takiego dziecka. Ona powinna jeździć na rowerze, grać w piłkę, bawić się z koleżankami, cieszyć się dzieciństwem, chodzić do szkoły, pisać klasówki i mieć problemy, które miewa dziewczynka w jej wieku, a nie przechodzić przez piekło. Ów pan w imię wyższego dobra zarodka uważa, że można jej zafundować wielomiesięczną traumę, bo powinna urodzić, bo może obudzi się w niej instynkt macierzyński, bo skoro jej ciało było zdolne do owulacji... 

Normalnie zbiera mi się na wymioty. Przecież ciało tego dziecka nie jest przystosowane jeszcze do donoszenia ciąży, do porodu, przecież to się może skończyć dla niej komplikacjami, zagrożeniem zdrowia i życia... Jasna cholera, trzęsie mnie z wściekłości. Ona dopiero co przestała bawić się lalkami, zaczęła dorastać. Cholera no, przecież jeden idiota z drugim powinni wiedzieć, że rodzice, psychologowie i lekarze będą chcieli oszędzić dziewczynce traumy i nikt normalny nie będzie używał słów takich jak aborcja, ani dodawał dziecku traumy, robiąc zabieg na żywca. No ale może niektórzy są już tak daleko posunięci w swej bezmyślności, że myślenie sprawia im wielki wysiłek. Możliwe, że o aborcji myślą w sposób taki, jak pseudoekolodzy o regulacji rzek: wyjąć wodę z rzeki, wybetonować koryto, włożyć wodę z fauną i florą.

Najpierw czepiają się nas kobiet, a teraz się taki idiota bierze na sejmowej mównicy za tę biedną dziewczynkę. Ciśnie mi się na usta cała masa przekleństw, które wstydzę się wręcz tu przytoczyć.

Żadna z nas nie jest inkubatorem, bezwolną maszynką do robienia dzieci. Jaka normalna kobieta czy dziewczynka chciałaby być ofiarą gwałtu, ofiarą przemocy? Która chciałaby być bita i poniżana? Która chciałaby być praktycznie ubezwłasnowolniona przez ojca czy męża? Która? Ja nie!

W swoim życiu trafiłam na miłośnika pana J-K, na zwolennika poglądów jego i poglądów pana H. Życie i związek z takim człowiekiem były nie do wytrzymania. Również w mojej rodzinie są osoby, które utożsamiają się z panem J-K. Dla mnie jest to nie do strawienia. Szczerze mówiąc, obawiam się trochę takich ludzi, bo sprawiają na mnie wrażenie niepoczytalnych. Nie wiadomo do czego są zdolni. 

Gwałtom fizycznym i gwałtom na psychice kobiet, a tym niewątpliwie jest zmuszanie do urodzenia ciężko upośledzonego dziecka czy donoszenia ciąży, która jest wynikiem przemocy, mówię stanowcze nie. 

Sama doświadczyłam na własnej skórze tak przemocy fizycznej, jak i psychicznej, ze strony faceta i wiem, że nie możemy na to pozwolić. Zresztą jakoś mnie to nie utemperowało, jak sądził ów pan sadysta. Prawo prawem i samo prawo nic za nas nie zrobi. Bo to prawo jeszcze trzeba egzekwować, a winnych karać. Bezwględnie. 

Narasta we mnie coś takiego, aby ruszyć konkretnie i znacznie dalej, bo walka naszych matek, babek, prababek i przodkiń pójdzie na marne, a my wrócimy do średniowiecza i na powrót damy zamknąć sobie usta, żeby pozwolić uwięzić się w domu. Tak na marginesie, nie mam nic do kobiet, które wybrały zarządzanie domem i wychowywanie dzieci. Czasem bywa taka konieczność, gdy dzieci jest np. wiele albo są malutkie. Jednak wybór jest czymś zupełnie innym niż przymus.
 

10 czerwca 2014

Alibi dla mizoginii.

W ostatnim czasie, w związku z doniesieniami na temat kilku sytuacji, na tapecie mediów jest konflikt sumienia i prawa kobiet do aborcji. Powiem szczerze, że wcale się temu nie dziwię. Czasem odnoszę wrażenie, że pewna grupa ludzi dąży do tego, aby zrobić z kobiet nie tylko bezwolne inkubatory, ale coś w rodzaju sprzętu domowego - robi to, co ma robić, nie zadaje pytań, nie myśli, tylko działa... do czasu aż się nie zepsuje. Aż się nie wykończy psychicznie i fizycznie.

Cholera, rzygać mi się już chce tym atakowaniem sumieniem, obroną komórek, manifestem o prawie do życia i decydowania o sobie zygoty, która na przykład z gwałtu powstała i jednoczesne odbieranie praw wszystkim zgwałconym kobietom. Wszelcy wrzeszczący prolife'owcy, zastawiajacy się sumieniem ludzie bez litości mają nas w głębokiej dupie. Nas czyli kobiety. Nas, czyli kobiety, które doświadczyły gwałtu. Nas, czyli kobiety, które stają przed niewyobrażalnie trudnymi decyzjami. W głębokiej dupie mają nas i nasze życie, naszą psychikę, nasze prawa. Chcą nam narzucić własne poglądy, wepchnąć nam w dusze własne sumienia. 

Wiecie co? Ja też mam ich w dupie. Oni chcą tylko uspołecznić nasze macice. Gówno ich obchodzimy. Dla nich liczy się zygota, a nie zgwałcona ciężarna dziewczynka, ciężarna matka planująca pogrzeb dziecka, które nosi pod sercem czy ciężko upośledzone dziecko, którego matka została zostawiona sama sobie z opieką nad nim. Dla nich ważniejsza jest jedna zygota niż wszystkie zgwałcone ciężarne kobiety razem wzięte. 

Na jednym z portali przeczytałam w komentarzu słowa mężczyzny, który uważa, że zastawianie się sumieniem, może być czasem alibi dla mizoginii. I ja się z nim zgadzam. Hipokryzja. Mizoginia. Średniowiecze. Może najlepiej zróbmy z Polski państwo religijne i wprowadźmy coś na kształt szariatu tylko w katolickim wydaniu?

Wybaczcie mi użycie wulgaryzmów, ale jestem naprawdę wkurzona. Dlaczego w innych krajach może być normalnie, a w Polsce tak być nie może? Dlaczego z takim patosem broni się prawa do wolności sumienia, odmawiając prawa do wolności wyboru? Przepraszam, ale czegoś tu nie rozumiem. Czy zwyczajnie nie można przestać bardziej utrudniać życia innym? Czy trzeba wymuszać na kobietach pewne zachowania? Kontrolować? 

Niby nie powinno mnie obchodzić to, co dzieje się w Polsce, bo ja przecież mieszkam w kraju, w którym jest bardziej normalnie. Jednak tak nie jest. Nie można za kogoś decydować. Tak sobie czasem myślę, że miałam szczęście, że nie zaszłam wtedy w ciążę. Jednak co by było, gdyby? Nie wiem. Ktoś kto nie doświadczył czegoś podobnego nie wie, jak to jest. Dlaczego więc ten ktoś ma za mnie podjąć decyzję? A nawet gdy miał podobnie, nie siedzi w mojej skórze, więc nie ma prawa za mnie decydować.

Czy gdyby mężczyźni zachodzili w ciążę i rodzili dzieci, prawo byłoby inne, a w konstytucji stałoby prawo do aborcji w każdym przypadku?

6 czerwca 2014

Euromast.

Euromast jest najwyższą wieżą w Holandii. Mierzy 185 metrów i znajduje się w jednym z parków Rotterdamie. Z góry rozciąga się przepiękny widok na miasto, port i okolice. Wieżę otwarto w 1960 roku. Jej architektem jest Hugh Maaskant. Początkowo wieża mierzyła jedynie 107 metrów, jednak wraz z robudową Rotterdamu i powstawaniem w nim nowych wysokich budynków, postanowiono podwyższyć wieżę, aby górowała nad miastem. Na górze wieży są dwa piękne apartamenty, które można wynająć na noc. Tak sobie pomyślałam, zresztą pomyślałam to już za pierwszym razem, gdy tam byłam, że może tak kiedyś, któregoś dnia... miło byłoby spędzić noc właśnie tam i oglądać panoramę ulubionego miasta nocą, z tak wysoka... w miłym towarzystwie.









video
 

2 czerwca 2014

Słowa po recyklingu.

Archiwizowałam notki. Lubię mieć zebrane w jednym miejscu słowa, przemyślenia. Właściwie z bloga zrobiło się coś na wzór pamiętnika. Nie zakładałam, że moje bazgroły wyewoluują w coś takiego. Nawet nie zamierzałam prowadzić pamiętnika, bo po co i dla kogo? Drogi pamiętniczku...

Na brak towarzyszy do rozmów nie narzekam. Życie i jego celebracja uzależnia. Cudownie przeżywać swoje życie. Jednak czasem, gdy w głowie nagromadzi się zbyt wiele słów, a myśl myślą myśl kolejną pogania, wówczas najlepiej mi się je porządkuje, pisząc. Zresztą zawsze tak było, że język pisany był mi bliski i łatwiej było, właściwie to jest, mi wyrażać uczucia, pisząc je. 

Jestem jedną z tych osób, którym trudno przychodzi powiedzieć komuś - kocham. Bardzo trudno. Słowa grzęzną w gardle. Robi się tam jakaś klucha. A najlepiej to w ogóle tego nie mówić. Lepiej pokazać to czynami. Tym bardziej, jeśli w obecnych czasach "kocham" tak się spopularyzowało, że straciło na znaczeniu. Kochać można wszystko i każdego. W każdym języku. Czasem zastanawiam się, czy ono jeszcze coś znaczy? Czy i gdzie są jeszcze ludzie, dla których "kocham" jest świętością? Modlitwą. Bliskością. Szczerością. Wyznaniem. Intymnością. Granicą. Dla kogo jeszcze serce się liczy?

Słowa bywają wyjątkowe. Szkoda im to odbierać i poddawać je recyklingowi, przerabiając na papier toaletowy. I o ile papier się przyda, co by, za przeproszeniem, z obsranym tyłkiem nie chodzić, to słowa po recyklingu już może nie za koniecznie. "Kocham" już przerobiono na tysiąc sposobów, podobnie jak "to nie tak jak myślisz". 

Może by tak odczarować "kocham" zamiast traktować je jak zasmarkaną chusteczkę do nosa. Piękne słowo, gdy płynie prosto z serca, bo przecież najpierw serce... 

Odczarować... Tylko nie robić im liftingu, bo może się okazać, że powstanie jakiś koszmarek albo piękne kłamstwo. 

Jak dobrze byłoby przywrócić wartość słowom. Bez liftingu. Bez recyklingu. Tylko tak zwyczajnie. 

28 maja 2014

Sumienie.

Bardzo nie lubię mieszania religii do państwa, do funkcjonowania w państwie. Klauzule sumienia i powoływanie się na religię bez respektowania praw stanowionych jest dla mnie trudne do strawienia. Sumienie sumieniem. Każdy je posiada. Jednak co jest ważniejsze? Prawa stanowione czy prawa boskie?

Jest takie coś klauzula sumienia. Lekarz, pielęgniarka, a nawet farmaceuta może z niej skorzystać i odmówić nam świadczenia. Jednakże w prawie jest taki zapis, że powinni nam wskazać inną drogę uzyskania świadczenia. Niestety często zdarza się tak, że świadomie odsyłają pacjenta tam, gdzie pacjent szukanej pomocy również nie otrzyma. Pacjent też ma swoje prawa i swoje sumienie. Często szykanuje się np. lekarzy, którzy zgodnie z prawem dokonują terminacji ciąży, a nie karze się tych, którzy nadużywają klauzuli sumienia. Dla kogoś religia może być czymś najważniejszym, czymś co determinuje życie danej osoby, a dla innego człowieka to po prostu zbiór guseł. 

Lekarz może mi odmówić wystawienia recepty na środki antykoncepcyjne, może odmówić mi skierowania na badania prenatalne, zasłaniając się sumieniem i religią. Tylko, że ja mam prawo zarówno do otrzymania recepty, jak i skierowania, i niekoniecznie muszę podzielać wiarę w gusła danego lekarza. Skoro komuś sumienie i religia przeszkadzają w wykonywaniu zawodu, to dlaczego je wybrał? Przecież istnieje coś takiego jak wolność wyboru zawodu, przynajmniej w Polsce, więc dlaczego jeden z drugim został np. ginekologiem i teraz odmawia wykonania usługi. Przecież nikt go nie zmuszał. Jeśli chciał być lekarzem, mógł zostać powiedzmy dentystą czy innym urologiem. 

Ostatnio powstało też coś takiego jak "Deklaracja Wiary Lekarzy". W punkcie drugim tegoż, wyryto w kamieniu, że ciało ludzkie jest święte i nietykalne. To co? Może w ogóle zaprzestać leczenia? Kolejny punkt mówi m.in. o tym, że powołanie do rodzicielstwa to prawo Boże i że tylko wybrani, złączeni sakramentem małżeństwa mają prawo używać tych organów... itd. Czyżbyśmy cofali się do średniowiecza? Oczywiście stoi tam też punkt dotyczący wyższości prawa boskiego nad stanowionym. 

Wychodzi na to, że jeśli zachoruję, to sama jestem sobie winna i w ogóle lepiej mnie nie leczyć, bo przecież ciało jest nietykalne. W żadnym razie żadnej operacji. Noooo ale z drugiej strony, gdyby dotyczyło to narządów, których śmiem używać, nie będąc mężatką, to pewnie chętnie by mi je wycięto, żebym sobie nie szkodziła. Ciekawe też, czy gej albo lesbijka nie zostaliby odesłani, bo przecież wg pewnych nauk, homoseksualizm to choroba.

Podpisywać może sobie każdy to, co chce. Podobnie z wiarą. Jednakże to, co wyryto w tej kamiennej deklaracji, cofa nas w ciemne wieki. Średniowiecze wita. Tylko że medycyna jakoś bardzo do przodu poszła od tamtych czasów. Rozwija się i jakoś zatrzymać się nie chce. Dlaczegóż więc ją siłą stopować albo zamykać oczy na jej postępy? A może od razu walnąć w kąt prawo stanowione i urządzić w Polsce drugi Sudan czy inny Iran albo Arabię Saudyjską.
Jeśli komuś sumienie przeszkadza wykonywać zawód, proponuję zawód zmienić, a jeśli nie... lepiej od razu powiesić sobie na drzwiach gabinetu tabliczkę z napisem: Jestem znachorem. 

Mówiąc serio, miło byłoby, gdyby pacjent już przy rejestracji wiedział, że dany lekarz kieruje się sumieniem. Wówczas oszczędziłoby to kłopotów pacjentowi, a i lekarz miałby spokój, bo przychodziliby do niego ci, którzy podzielają jego poglądy. Tylko może do prywatnego gabinetu, bo skoro prawa boskie są ważniejsze, to jak można brać pieniądze od państwa za leczenie ludzi, jeśli leczyć wcale ich się nie zamierza?

W swoim życiu spotkałam różnych lekarzy. Także takich, którzy sumieniem się zasłaniali, a nie patrzyli wcale na dobro pacjenta. Spotkałam też takich głęboko wierzących, którzy dla pacjenta wszystko robili, nawet jeśli wiązało się to z trudnymi decyzjami w ich sumieniu. Czasem tak bywa. Są np. terapie w raku, przy których kobieta musi zażywać środki antykoncepcyjne. Walczy ona o zdrowie i życie, a nie o to, żeby bzykać się bez konsekwencji, a są lekarze i farmaceuci, którzy nie będą się kierować w takim przypadku dobrem pacjenta, tylko sumieniem i wcale nie będą chcieli znać przyczyn, dla których kobieta stosuje antykoncepcję.

Na szczęście większość osób, które wybierają zawód lekarza, pielęgniarki czy farmaceuty, wybiera ten zawód świadomie i wie, że sumienie sumieniem, ale najważniejsze jest dobro pacjenta. Aczkolwiek są tacy, dla których najważniejsze jest sumienie lub... pieniądze. 

Prawo polskie wciąż jednak stanowi w ten sposób, że nasze osobiste przekonania rozstrzygające być nie mogą. Co zaś się tyczy owej trochę archaicznej, jak dla mnie "Deklaracji..."... Skoro wybrałam lekarza, logiczne jest, że proszę o badania i leczenie, a nie o modlitwę. Gdybym chciała, aby ktoś się nade mną modlił, wybrałabym księdza. Nie lekarza.