Pokazywanie postów oznaczonych etykietą emigracja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą emigracja. Pokaż wszystkie posty

20 kwietnia 2015

List z Holandii.

Usiadłam na krześle. Pomachałam nogami. Położyłam się na łóżku. Popatrzyłam w skośny sufit mojego holenderskiego mieszkania. Jak mnie to wszystko wkurza. Jak mnie to cholernie wkurza, że muszę się męczyć z otaczającą rzeczywistością. Czy nie może być tak zwyczajnie nudno i normalnie? Jestem ostatnio poirytowana drogą, która wciąż mniej czeka. Końca nie widać. 
 
W życiu bym nie pomyślała, że znając trzy języki, w sumie cztery jeśli doliczyć jeden martwy, będę się znowu uczyć kolejnego, twierdząc, że na tym piątym nie poprzestanę. Rozum to ja chyba już dawno straciłam. Dobrze, że mam jeszcze trochę mojej sztucznej inteligencji, bo resztki naturalnej same by rady nie dały. Ostatnio jednak dowiedziałam się, że i głowy nie posiadam. No tę to akurat wiem, gdzie i w jaki sposób zgubiłam. Kiedy poznałam pewnego pana, moja głowa poszła sobie na spacer i rzadko kiedy mnie odwiedza.
 
Nie ma takiej opcji, abym wróciła do Polski. Bywają dni, że miotam się okrutnie, bo wcale nie jest różowo, ani nawet kolorowo, tylko raczej szaro-buro (co jest i tak sto razy lepsze niż wszystkie odcienie czerni), choć czasem pojawia się tęcza i tylko ona daje mi nadzieję na to, że życie nabierze jakichś innych barw, tak na długo, może kiedyś na zawsze. Mogłoby chociaż na początek akwarelę zacząć przypominać. Sama kiedyś wyglądałam jak taki portrecik akwarelowy. Ostatnio znów zrobiłam się bardziej wyrazista. 
 
Usiadłam na progu na balkonie. Grzałam się w słońcu, obserwując błękitne wiosenne niebo. Fiołki na moim balkonie przecudnie pachną. Jest mi błogo. Jest mi tak dobrze, jak wtedy gdy lato spędzałam w rodzinnym domu, w którym mama krzątała się po kuchni albo doglądała kwiatów, a tato siedział przy stole pokrytym mapami, książkami, zapiskami. Jak było mi przyjemnie, jak spokojnie. 
 
I choć tu zmagam się codziennie z szarą trudną rzeczywistością, walcząc o lepszą przyszłość, czasem o jakąkolwiek przyszłość, uwielbiam ten kraj. Wiecie za co? Za spokój, który mnie tu wypełnia. Za to, że gdy świeci tu słońce, przepełnia mnie takie samo uczucie, jak wtedy w moim rodzinnym domu, gdy rodzice żyli. Uwielbiam ten kraj za to, że przyjął mnie, gdy moja ojczyzna miała mnie głęboko gdzieś. Uwielbiam ten kraj za nadzieję, która tu się obudziła. I jeszcze za to, że leczy moją chorą duszę i uratował mnie przed popełnieniem najgorszego głupstwa w życiu (Depresja o mało mnie w Polsce nie zabiła.).

11 stycznia 2015

Tylko albo wyłącznie... w naszych rękach.

Kiedy miałam 12, 16 czy nawet 19 lat do głowy by mi nie przyszło, że w wieku 30 lat moje życie będzie wyglądać tak, a nie inaczej. Przekroczyłam magiczną barierę i w listopadzie stanęła trójeczka na przedzie. Bo miało być jednak inaczej. Zupełnie inaczej? Trochę tak, a trochę nie. 

Odkąd pamiętam, lubiłam się uczyć. Tak w ogóle i tak zwyczajnie, lecz nie cierpiałam być do czegokolwiek przymuszana, a już wywieranie na mnie presji, ciągłe sprawdzanie, czy nawet to, że zdarzyło się i mnie, iż nauczyciel się na mnie uwziął, to wszystko prowadziło tylko do tego, że stawałam kantem i nic się nie dało na mnie wymusić. W końcu praktyki pewnych osób i próby złamania mnie doprowadziły do tego, że doszłam do wniosku, że zwyczajnie jestem mało inteligentna, głupia i nie posiadam żadnych talentów. A potem było tylko gorzej. 

Bywały okresy, gdy ledwo starczało na chleb, a bywały i takie, gdy na chleb i podpaski nie było. Bywało naprawdę źle. Spadało na głowę całe mnóstwo problemów, świat się walił, ja waliłam głową w ścianę i płakałam z bezsilności, ale nigdy się poddałam. 

Obejrzałam dzisiaj dokument, zresztą nieudolnie zrobiony, ale o pani "reporterce" mówić nie zamierzam i nie o to mi chodzi. Dokument ów traktuje o Polakach, którzy mieszkają w pracowniczych hotelach w Holandii i pracują przez agencje. Powiem tak: matko i córko. Nie ma co komentować. Znów to samo, co w innych dokumentach, reportażach i innych takich. W sumie nic nowego i nic ciekawego. Szczerze mówiąc, wolałabym obejrzeć coś o ludziach, którym się udało, o ludziach, którzy na emigracji żyją normalnie. 

Internet pełny jest nienawistnych komentarzy na różny temat i narzekania na swój los. Czasem zdarza mi się usłyszeć od kogoś, że mi niby ma być lepiej niż im, bo ja znam język, że mi łatwiej, bo nie mieszkam w Polsce, że to, że tamto. Łatwiej... śmiać mi się chce. Ilu emigrantom było czy jest łatwiej, zwłaszcza na początku? 

Za darmo nikt mi niczego tu nie dał. Jak zapierdalałam na dwie czy trzy zmiany, nocą z bólu płacząc w poduszkę, to nikt się nade mną nie litował. Kiedy z siostrą sprzątałyśmy mieszkanie, żeby dało się jakoś normalnie funkcjonować, bo po ćpunach Polakach było zasyfiałe, zarzygane i cuchnące, to też się nikt nad nami nie litował. Jak po holendersku umiałam z 10 słów na krzyż, to też się nade mną nikt nie litował i nie robił mi za tłumacza. Mój holenderski nadal przypomina tragedię, ale pracuję nad nim i znam więcej niż 10 słów ;)

Uczę się, pracuję, żyję. Nie sztuką jest szybko kopnąć w kalendarz, bo każdego to czeka, a najłatwiej od życia uciec. Nie sztuką jest marudzić, że inni mają lepiej. Nie sztuką jest wegetować, bo mi się nie chce, bo to za trudne. Sztuką jest przeżyć swoje życie i zrobić coś, aby go nie zmarnować, aby to było dobre godne życie. 

Boję się każdego dnia. Czasem nie chce mi się i nie mam siły, ale robię coś dla siebie. Sięgam po życie takie, jakie chciałam mieć. Nigdy nie widziałam siebie w Polsce, bo to nie moje miejsce. Tam się urodziłam, ale tam nie czuję się dobrze. Europa albo prawie Europa... tu jest dobrze. I języki obce. Uwielbiam poznawać nowe słowa, uczyć się ich, bawić się nimi. Kiedy byłam dzieckiem, marzyłam sobie, że ja dorosła potrafię mówić biegle kilkoma językami... Oj brakuje mi jeszcze brakuje, ale to takie piękne marzenie i bardzo chcę, aby się spełniło, bo... zupełnie inaczej rozmawia się z ludźmi w ich językach i słucha się, gdy wyrażają w nich swoje emocje. 

Lubię takie marzenia, których spełnienie zależy tylko ode mnie. To piękne, gdy człowiek osiąga swój tak długo wyczekiwany cel, nad którym tyle pracował. Miałam i inne marzenia, nad którymi mocno pracuję, więc dlatego mnie już tu często nie ma. Po próżnicy gadać nie będę, lecz kuć będę... żelazo póki gorące, a że się poparzę... Bez pęcherzy nie ma satysfakcji. 

Po cóż narzekać, że jest źle czy ciężko. Lepiej robić coś, aby się poprawiło, bo jakość naszego życia, jest tylko w naszych rękach. Tylko. 

24 sierpnia 2014

O niemieckim i zaskakującym życiu.

Poległam. Tak generalnie. Praca mnie pokonała. Zwłaszcza we wtorkowy i środowy wieczór. Jak policzyłam czas, o której we wtorek wieczorem skończyłam pracę i o której w środę rano ją zaczęłam... Wyszło aż 9 godzin i 15 minut przerwy. W środę i czwartek podpierałam oczy zapałkami, ziewając co chwila, ale dałam radę. A czemu miałabym nie dać, prawda? Noszę teraz dumnie siniaki na ramionach, bo przecież dzielnie poradziłam sobie z setkami kartonów. Cud jakiś, że nie były ciężkie i do 30 kilo im brakowało sporo. Wówczas zamiast kartonów, to na paletach leżałabym ja. W piątek jak zwykle postanowiono mnie nauczyć czegoś nowego, bo piątek bez nowości piątkiem straconym. Na szczęście mówiono już do mnie w jakiś normalny sposób, czyli po holendersku, odpuszczając sobie wymuszanie na mnie zrozumienia niemieckiego. 

Mój niemiecki to więcej niż masakra. Jak się wysilę, nawet rozumiem dosyć dosyć, za to nie mówię wcale w tym języku, a wszelkie próby nauczenia mnie go, dały marne rezultaty. Czasem mam naprawdę już dość, bo ile można powtarzać, że ja po niemiecku nie gadam. Gdy odpowiadam po holendersku, te osoby usilnie pokazują, że mnie nie rozumieją i nie będą po holendersku ze mną gadać. Tyle tylko, że pracujemy jak by nie było w Holandii... Może powinnam na złość przejść na francuski, to może znalazłyby się ze 3 osoby, które by mnie zrozumiały. Skoro ja, pracując z Niemcami, wysilać się muszę, to inni też niech się wysilają, a co. Czasem odnoszę wrażenie, że wielu Niemcom wydaje się, że nie muszą znać innych języków i w ogóle jest to totalnie zbędna rzecz, za to ci, którzy po niemiecku nie mówią, są dziwni. Wciąż spotykam się ze zdziwionymi spojrzeniami, że nie mówię w języku naszych sąsiadów. Nie mówię i kropka. Póki co 4 języki mi wystarczą, a kolejny, który chcę poznać... kolejny... w sumie trzy kolejne... z czego żaden nie jest i nie będzie niemieckim. Prędzej kozę nauczy się latać niż wpoi mi się znajomość niemieckiego. 

Choć właściwie, jak się człowiek chce z drugim człowiekiem dogadać, to się dogada, a przynajmniej będzie próbował i nie ważne jakiej narodowości jest ten ktoś. Wszystko zależy od naszej dobrej woli. Z koleżanką Czeszką rozmawiamy czasem w czterech czy pięciu językach. Ona do mnie po czesku, po niemiecku, ja do niej po polsku, po holendersku i angielsku. Z jedną Niemką też dajemy radę - ona po niemiecku i po rosyjsku, a ja że jestem to pokolenie, co się już rosyjskiego nie uczyło w szkole, to po polsku, po holendersku i troszkę po rosyjsku. Można? Można.

Kiedy prawie nie mówiłam po holendersku, też dawało radę się dogadać z niektórymi osobami, ale tylko z tymi, które tego chciały i były otwarte na porozumienie. 

Ktoś mi powiedział, że mam podobno łatwość uczenia się obcych języków. Ja jakoś tego nie widzę. Może dlatego że wiem, ile czasu poświęcam na to, aby jednak jakoś się porozumiewać. Czasem tak mi się plącze język, że mówię do niektórych w nieodpowiednich językach. Bywa śmiesznie. Nadal łatwiej mi się przekłada holenderski na angielski lub francuski, ale z polskim zrobiłam postępy i szukam odpowiednich znaczeń, choć czasem bywa kłopot. Znam znaczenie słowa, ale nijak nie potrafię znaleźć polskiego odpowiednika. 

Po tym tygodniu mam tak wielką głowę od języków obcych i jestem pewna, że zanim umrę, jeszcze kilka poznam. Może trzeba mi było tłumaczem zostać. Zdecydowanie minęłam się z powołaniem ;)

A przy tym wszystkim zapomniałam wspomnieć, że zamieniłam jednego faceta na drugiego i że ten nowy, choć w sumie już nie taki nowy ;), ma niesamowity zapach. Tak pachnie dla mnie dom i poczucie bezpieczeństwa. Wczoraj poczyniłam to odkrycie, że on z tym swoim zapachem wpisuje się w zapachy mojego rodzinnego domu, w jego filary... Szok kolejny. A do bycia Polakiem mu bardzo daleko. Pewnie tak daleko, jak mi do bycia ciemnoskórą kobietą. Życie bywa przewrotne i bardzo zaskakujące.  

16 sierpnia 2014

Na górze i na dole.

Pękło 150 km.
 
1 rower + 1 tydzień + 1 CzG + 1 praca = 150 km
 
Jestem dumna z siebie. Kondycję nadal mam marną, jednak weszłam na wyższy poziom. Już się nie wlekę w takim tempie, że starsi ludzie i małe dzieci mijają mnie na ścieżce, a prędkościomierz mnie nie zauważa. 
 
Osiągnęłam zawrotną prędkość 21 km/h i pobiłam własny rekord - czasówka do stacji kolejowej w centrum. Pierwsza próba - zgubiona droga i czas katastrofalny. Druga próba - 30 min. Nowy rekord - 10 min z oczekiwaniem na wszystkich światłach. 
 
Co prawda daleko mi do Holendrów, którzy we trzy osoby jadą jednym rowerem, jednoosobowym rowerem albo przewożą tymże środkiem transportu różne dziwne rzeczy - typu szafka łazienkowa, drukarka, plecak ze stelażem wielkości połowy mnie i to wcale nie na plecach ten plecak, o ilości toreb, siatek, siateczek, tub i innych takich nie wspomnę. I w dodatku oni jadą. Przemieszczają się. I to całkiem szybko. Piszą smsy w trakcie jazdy i robią inne zupełnie zwyczajne rzeczy, aczkolwiek dla mnie wciąż nieosiągalne w trakcie jazdy. Ten poziom jest mi obcy. Przy moim roztrzepaniu, gdybym coś takiego odwaliła, to tym razem znalazłabym się pod kołami jakiegoś pojazdu, ale tym razem z własnej winy. Nie będę cudować. Dobrze, że na pełnej prędkości wchodzę w zakręty i nie zsiadam z roweru, jadąc pod górkę. Noooo i nawet się przemieszczam wieczorową porą oraz wczesnym rankiem, produkując prąd do mych światełek i daję radę. I nawet nauczyłam się drogi do pracy i już się nie gubię. Szukanie skrótów sobie odpuściłam, co by się nie wpuścić w maliny i na zaliczyć wpadki z deszczu pod rynnę.
 
Mały sukces na drodze ku wielkości ;) 
 
Zaliczyłam też sukces nr 2 czyli zaczęłam rozmawiać, zmuszona koniecznością, po holendersku przez telefon. Zaczęło się od angielskiego, po czym przeszłam na holenderski i tak już zostało. Mówię, co prawda, wciąż okrutnie kwadratowo i zdarza mi się zapominać o regułach gramatycznych, gdy chcę coś szybko powiedzieć. Jednak o dziwo ludzie mnie rozumieją i ja ich też. Co prawda nadal wciąż czasem nie wiem, o co im chodzi i czy aby na pewno myślą, i czy myślą o tym samym, co ja... Jednakże słowa rozumiem, choć może nie wszystkie, a sens również uchwycę, a jak nie rozumiem ich toku myślenia, dopytuję aż do skutku. Czasem wychodzi z tego coś bardzo zabawnego.

Szef się mnie wczoraj pyta, czy ja i moja koleżanka Czeszka jesteśmy bliźniaczkami. Ja patrzę na niego jak sroka w gnat i nic nie mówię. No to on znowu pyta. Ja nic. W końcu on do mnie, czy ja go rozumiem. Ja, że tak, tylko nie próbuję wymyślić, skąd on to wziął, że ja i ona... itd. skoro ja Polka, a ona Czeszka. On mi na to, że w sumie co za różnica, skoro jak gadamy to ja do niej po polsku, ona do mnie po czesku, a jak się nie możemy dogadać, to wtrącamy - ja holenderski, ona - niemiecki. No to mu mówię, że wtedy to ja już w ogóle nie wiedziałabym, kim jestem, bo rodzina ojca pochodzi ze Szkocji, a poza tym inne mixy u nich też były, a moja mama w połowie była Ukrainką, więc ja jestem w jednej czwartej. To on się mnie pyta, w której połowie moja mama jest Ukrainką - górnej czy dolnej. Ja na to, że musiałabym dziadków spytać, kto był na górze, a kto na dole ;)
 
To już mamy dwa małe sukcesy na drodze ku wielkości ;)
 
Czas na sukces numer 3... :)
 
 

12 sierpnia 2014

Odciski na tyłku ;)

Żyję i nie najgorzej się miewam. 

Zderzenie z autem skończyło się na siniakach, a rower został naprawiony. 

Za to droga to pracy i z powrotem daje mi po dupie. Dosłownie. Mimo wygodnego siodełka, tyłek mnie boli, nogi najchętniej by się z nim rozłączyły. Dzień w dzień w tym tygodniu zaliczam gratisowy prysznic po pracy. Chyba w ramach oszczędności. Szkoda, że przy okazji walczę z wiatrem i zastanawiam się jak to możliwe, że wiatr przesuwa mnie w poziomie wraz z rowerem.

Kondycji nadal nie mam, choć robię postępy ;) Obudziły mi się mięśnie, o których istnieniu zapomniałam. 

Czasem mam wrażenie, że pewne sprawy robię siłą woli - tyczy się to zarówno porannego wstawania w ostatnim czasie i powrotu rowerem z pracy do domu. 

Mózg zasnuwa mi lekka mgiełka. Robi się ciekawie. A słowa mają moc sprawczą.

Ciekawe, co z tego wyniknie.

Mam niewyparzoną gębę, a co w głowie to na języku. Czasem nawet szybciej na języku niż w głowie.


Dobrej nocy i przyjemnej środy.
Nieba pełnego słonka!

14 lipca 2014

Zwykła rzeczywistość.

Usiadłam. Przy stole. Wraz ze szklanką mrożonej kawy. Mleko, bita śmietana, cynamon, no i oczywiście kawa. Obok stoi szklanka wody ze świeżymi listkami mięty i cząstkami cytryny. Nawet zjadłam obiad, co nie zdarzyło mi się od dawna. Jakoś niespecjalnie chce mi się jeść. 

Tuż przed weekendem mogłam wreszcie podłączyć sobie internet, bo przyszła paczka od dostawcy. I gdy tak dziś otwierałam stronę po stronie, to aż mnie coraz bardziej w środku zatykało. Lepiej nie czytać wiadomości z kraju. Nie chcę. Odnoszę wrażenie, że Polska zmierzać zaczyna w kierunku państwa wyznaniowego. Politycy wzajemnie sobie dowalają i szukają haków na konkurencję. Poza tym intelektualne dno, brak samodzielnego myślenia i żenada. 

A tu? Czasem naprawdę mam ochotę schować się pod łóżko, którego nawet jeszcze nie mam. Nie kupiłam. Jeszcze nie teraz. Najpierw w kolejce stało kilka innych rzeczy. Pilniejszych. Za to mogę wejść pod stół, który mi złożył albo do szafy. Jasna cholera... czy to, że mówię, że jestem z Polski, musi wywoływać tak skrajne reakcje i zachowania? 

Nie wiem, ile razy w przeciągu tygodnia słyszałam, że my Polacy to lubimy zapierdalać (dosłownie), robić jakieś kosmiczne normy, szprycować się czym popadnie, trzymamy buzię zamkniętą, nie upominamy się o swoje albo wręcz jest na odwrót i rozstawiamy ludzi po kątach, rządzimy się, ale mniejsza o to. Bywamy też normalni, ale tych normalnych podobno tak wielu nie ma, choć osobiście znam trochę takich osób. Wiecie, czego ludzie nie potrafią tu zrozumieć? Ano tego, że jesteśmy dla siebie jak wrogowie. Nie pomożemy, ale świnię chętnie podłożymy. Ci co rzekomo mają się tu nami opiekować, mają nas gdzieś. I generalnie zwykle kończy się wszystko tak, że jak się nam nie podoba, to wypad do Polski. 

Czasem mi zwyczajnie wstyd. Chcę tu normalnie żyć. Pokazuję, tak jak niektóre moje znajome osoby, że nie można nas wkładać w jeden worek, przykładać do nas tej samej miarki, bo w każdym narodzie są ludzie i... ludzie.

Myślicie, że czasy niewolnictwa i dyskryminacji mają się ku końcowi w XXI wieku w Europie? Jedno wielkie g. Zwyczajne pierdolenie. Wiecie, jak prosto z wolnego człowieka zrobić niewolnika? I jeszcze on sam się będzie tego domagał, pchał się, bił się, żeby tylko jego wybrano. Oglądaliście albo czytaliście może "Igrzyska Śmierci"? To trochę tak, jakby ochotnicy bili się o możliwość reprezentowania swojego dystryktu. Chore prawda? A to tylko zwykła rzeczywistość. 

Dopiero teraz zaczynam się tu czuć trochę bezpieczniej, trochę lepiej, trochę jak w domu. Bo mam tu coś jak dom. W sumie mamy. Ja i siostra. Trafiło nam się jak ślepej kurze ziarno. I to piękne wielkie ziarno, a nie jakiś totalny ochłap. Wreszcie zaczął mnie powoli wypełniać spokój. Tylko czasem nie mogę spać i bywa, że prześladują mnie koszmary. 

Ostatnio wytrącił mnie z równowagi pewien telefon z Polski. Jednak udało mi się uspokoić, bo wiem, że tu jestem bezpieczniejsza niż tam. Czasem żartuję sobie, że mam tu swojego anioła, który mnie chroni i pilnuje. Naprawdę się przeraziłam. Na szczęście jestem bardzo daleko. 

Nadal mam przed sobą długą wyboistą drogę. Jeszcze nie raz, nie dwa przyjdzie mi zaklejać obdarte kolana, patrzeć na siniaki i podnosić się z upadków. Potknę się jeszcze mnóstwo razy. Boję się tego, co mnie czeka i... nic nie czuję. Żadnych przeczuć, żadnych snów. Tylko otwarta księga. Białe kartki czekające na zapisanie. Jego spokojny głos, że wszystko będzie dobrze. 

23 kwietnia 2014

Szczęśliwa blondynka w dalekim kraju.

Sztuczna inteligencja nie pomoże, jeśli ktoś urodził się blondynką. Jestem blondie, choć od lat zmieniam sobie kolory włosów, robiąc sobie tzw. sztuczną inteligencję. Jak tylko skończyłam szkołę średnią, blond poszedł w zapomnienie, choć bywało, że to co miałam na głowie, przypominało trochę blond. 
 
Jak na blondynkę przystało, roztrzepana jestem do niemożliwości, uśmiechem i mruganiem oczętami usiłuję wybrnąć z trudnych sytuacji, no i powtarzam, że to nie moja wina, że urodziłam się z włosami blond, a sztuczna inteligencja jakoś na dobre zakorzenić się nie chce. 
 
Zakupiłam dziś drukarkę, a raczej urządzenie z serii dużo w jednym i jakież było moje zdziwienie, kiedy odkryłam, że zapomniałam kupić właściwe usb. No przecież kabelek od zawsze był w moim posiadaniu... a jakże był. I jest. Leży sobie spokojnie w Polsce, czekając na lepsze czasy. 
 
Drogi do nowego miejsca zamieszkania właśnie zdążyłam się nauczyć, a jak się zdążyłam nauczyć, to pewnie niedługo się znów przeprowadzę. Zwykle tak bywa, że jak się przestaję gubić i za dobrze orientuję się w terenie, znów się przeprowadzam, bo przecież nudno być nie może. 
 
Właśnie stuknął mi roczek w kraju tulipanów. Bardzo dużo zmieniło się przez ten czas we mnie i w moim życiu. Moje myślenie wróciło na inne tory i ja wróciłam na swoją właściwą drogę życiową, którą kiedyś podążałam, a z której zeszłam, sama nie wiedząc, dlaczego.
 
Przeszłam daleką drogę od tego, co było, a było w ubiegłym roku bardzo bardzo źle. Źle było ze mną i źle działo się w moim życiu. Walnęłam porządnie o dno, stanęłam pod ścianą z nożem na gardle i to mnie otrzeźwiło. Pamiętam, jak bardzo się bałam. Przerażało mnie wszystko. Przerażało mnie normalne życie. Przerażało mnie wszystko nowe. Ciężko było mi zrobić jakikolwiek krok naprzód. W dodatku tak zatopiłam się w depresji, tak chętnie w niej pływałam, że jeszcze chwila, a utopiłabym się. 
 
Nawet nie przypuszczałam, że tak okrutnie odbije się na mnie śmierć ojca. Po śmierci mamy było inaczej. Tydzień przeleżałam i przepłakałam w łóżku, ale miałam obowiązki względem cioci oraz taty, więc musiałam być silna i się pozbierać. Lecz kiedy tato umarł, nagle moje życie zostało pozbawione sensu. Odszedł bliski mi człowiek, człowiek, z którym wzajemnie wspieraliśmy się przez kolejne miesiące i lata, potem posypały się inne sprawy w moim życiu i zostałam sama. Niezupełnie sama, bo z milionem problemów i duszą pełną lęku. 
 
Musiałam się cofnąć. Zrobić wielki krok w tył. Musiałam nauczyć się żyć na nowo. Mało kto wie, w jak kiepskim byłam stanie. Niewielu wie, że wciąż bywają dni, że jest ze mną naprawdę źle. Depresja - to się leczy, ale... mam wrażenie, że jest ze mną trochę tak jak z alkoholikiem po leczeniu, którego kusi się np. lampką wina. Co by było, gdyby napiłby się choć jeden łyk...  
 
Gdy sobie pomyślę o tym, co było, żal mi jest samej siebie. Zbudowałam sobie porządną klatkę, zamknęłam się w niej i zakryłam się płachtą. Wciąż dręczą mnie koszmary, a gdy w telefonie wyświetla mi się nieznany numer, paraliżuje mnie strach. 
 
Buduję swoje życie po cegiełce. Tu w innym kraju czuję się bardziej na swoim miejscu. Trochę tak jakbym znalazła się gdzieś, gdzie znaleźć się musiałam. Mieszkam w kraju, w którym mogłam się urodzić. I właściwie to niewiele brakowało, a mieszkałabym tu od urodzenia. 
 
Czy to my wpływamy na nasze życie, czy może przeznaczenie nim kieruje? A może los wpływa na nasze życie w zależności od decyzji, które podejmujemy? Jakkolwiek by nie było, w końcu będzie dobrze, a później jeszcze lepiej i lepiej. 
 
Pierwszy strzał trafił we właściwe miejsce. Teraz pora na kolejny. Odsłonę drugą czas zacząć. Długa droga mnie czeka, pełna ciężkiej pracy, ale ja się jej nie boję. 
 
Ten kraj, ludzie, których tu poznałam, ciężka praca tak fizyczna, jak i umysłowa, zmotywowały mnie bardzo i przywróciły mi siebie. Oddano mi samą siebie. Jestem szczęśliwa. 

17 marca 2014

Życie w walizkach.

stan bloga: agonalny

stan blogowiczki czy względnie blogerki: w trakcie reanimacji

stan uczuć: jakby na plus

stan umysłu: stres alarm

stan ducha: być jak stojąca woda - przynajmniej w teorii

Okrutnie zaniedbałam bardzo wiele mimo jeszcze większej ilości obietnic. Nie chciało mi się. W dodatku trzy przeprowadzki wyprowadziły mnie z równowagi i dały mi się w kość. Dobrze, że nie byłam z tym osamotniona, bo chyba zwariowałabym do reszty, choć nie jestem pewna, czy to mi jeszcze grozi. Być może mój stopień zaawansowania w szaleństwie posunął się już tak daleko, że dalej nie może. W każdym razie przeprowadzki wybiły mnie z rytmu i wykończyły.
Najpierw jedna tylko na tydzień. Później kolejna na jakiś miesiąc. I teraz znów nowe miejsce. Na jak długo? Nie wiem.
Przeraziła mnie ilość rzeczy, która nagromadziła mi się przez te prawie dwanaście miesięcy. Kiedy tu przyjechałam, miałam ze sobą jedynie duży plecak i dwie dość małe torby. A teraz rozrosło się to okrutnie. Jakby się rozmnażało przez pączkowanie. Dwie wielkie walizki, wspomniany plecak, torba, mała walizka, rower i milion innych pierduł, które nie wiem, jak znalazły się w moim posiadaniu. 

decyzja: podjęta

wynik: zostaję

stan wewnętrzny: przerażenie

Decyzja narodziła się w bólach i po wielkiej walce z samą sobą. Bardzo trudna decyzja o pozostaniu w obcym kraju i życiu tutaj. Kraj tolerancji, w którym o tolerancję i życzliwość czasem jest bardzo ciężko. Kraj, w którym lekarze na wszystko dawaliby paracetamol, a gdyby mogli to stosowaliby wyłącznie leczenie z zamierzchłych czasów z etapu jaskini czy szałasu. Kraj, w którym większość ludzi, jak raz się nauczy czegoś to wykonuję tę pracę przez resztę życia. Kraj ludzi oszczędnych do przesady, ludzi zdystansowanych, zamkniętych, choć na pierwszy rzut oka życzliwych. Kraj ludzi, którzy mają czasem dziwaczne sposoby na to, aby sprawdzić jakim jesteś człowiekiem. Kraj ludzi, którzy nawet nie tyle, co zapominają, a często nie wiedzą, czym są prawdziwe więzi rodzinne. Kraj wiatraków, tulipanów, kanałów i wilgoci. Zimny, mokry, żabi kraj, lecz zielony kraj. Kraj pełen małych domków dla bardzo wysokich ludzi. 

Przeszkody i wyzwania, które są przede mną, nie napawają mnie radością. Przeraża mnie to, ile będę musiała zrobić, aby tu normalnie żyć. Staram się z całych sił.

Postawiłam przed sobą odważne cele. Droga do nich jest długa, trudna, wręcz wyboista i jeszcze nie raz będę leczyć pozdzierane łokcie oraz kolana albo płakać w poduszkę. 

Życie w walizkach i kartonach. Moje życie. Zamknięte w kilku pudłach, które noszę ze sobą z miejsca na miejsce. Ryzyko. Stawiam wszystko na jedną kartę, nie mając asa w rękawie. Czas najwyższy przestać się bać i dążyć śmiało do celu.


 
 

 

18 listopada 2013

Holenderskie mgły.

Mgła. Zjawisko pogodowe. Mgły tutaj są zupełnie inne i tak różne. Jedne unoszą się nad polami, inne niczym mleko zalewają wszystko to, co spotkają na swojej drodze. Są też takie mgły, które snują się jak nitki babiego lata. Czasem tutejsze mgły przypominają dym albo chmury. 
 
Listopadowe mgły spacerują po polach jak duchy. Czasem wychodzą na drogę, próbując złapać w swoje usta przejeżdżające samochody. Chcą je połknąć, nasycić się. Wilgotnymi językami głaszczą przechodniów. Łagodzą krawędzie, zmiękczają linie, rozmywają kontury. Akwarelowe ciemne poranki. Drzewa szeleszczą swoimi kolorowymi szatami, których pozbywają się z wielką niechęcią, jakby obawiały się zimna. 
 
Mgły czeszą mnie po ciemku. Zwijają ledwie co wyprostowane włosy w fale, w pierścienie. Układają je wokół mojej twarzy, pozwalają im lekko opaść na moje ramiona. 
 
Dłonie ukryłam w czerwonych rękawiczkach. Moja zawsze lekko chłodna skóra zrobiła się zimna. Przypomniałam sobie jak on chował moje dłonie w swoich dłoniach, przytulał mnie do siebie, przelewając we mnie ciepło swego ciała. Spacerowałam we mgle uliczkami Ootmarsum, o którym mawiają - miasteczko artystów. Bardzo urokliwe i niewielkie, pełne rzeźb, galerii i pracowni artystycznych. Obrazy, witraże, rzeźby, ubrania, buty, biżuteria, porcelana, meble... właściwie wszystko, co można uznać za przejaw sztuki. 
 
Olej na płótnie, niderlandzcy malarze. Koniec XIX i początek XX wieku. Zimowy krajobraz miasta, kanał, kamienice, ludzie. Zwyczajne życie. Po prostu piękne.
Baletnica w sukience z wielkiego liścia i z koczkiem na czubku głowy. Błogi wyraz jej twarzy przypominał mi jednocześnie małą dziewczynkę i dorosłą kobietę. Gdyby moje konto zawierało coś więcej z pewnością tancerka byłaby moja. Spodobała mi się tak bardzo, jak i dwa obrazy, które oglądałam chwilę wcześniej. 
 
Ostatnio pojawiam się tu na chwilę i znikam. Dużo pracuję, także słowem. Piszę, tłumaczę. Jazz wypełnia pokój. Czuję się jak w filmie W. Allena, w którym w tle pobrzmiewa stary dobry Frank S. i Norah Jones. Naprawdę lubię holenderskie mgły. Ah gdyby mieć szal utkany z takiej mgły właśnie...

26 października 2013

A jeśli...?

Jak ułożyć sobie życie na nowo? Po śmierci bliskich, po rozwodzie, po rozstaniu, po utracie pracy, po przeprowadzce czy w nowym kraju? Nie mam pojęcia. Chyba nie istnieje na to żadna odpowiednia recepta czy skuteczny sposób. 

Sama nie umiem powiedzieć, czy uporałam się z odejściem bliskich. Jednego dnia wydaje mi się, że tak, a innego przychodzi totalny kryzys i chce mi się tylko wyć. 

Czy poradzić sobie z tym wszystkim to znaczy zapomnieć lub udawać, że nic się nie stało? Czy to oznacza, że to już za mną i wcale nie boli? Nie sądzę. 

Kiedy człowiek staje na życiowym zakręcie, narażony jest na popełnienie masy błędów. Łatwo może zostać ofiarą oszustów, bardziej jest podatny na zranienia. A jeśli nie jest dość silny, to już w ogóle mu ciężko. 

Żadna droga nie wiedzie prosto do celów. Nasze życiowe drogi są pełne zakrętów, skrzyżowań, czasem wiją się i plączą jak miejskie autostrady - jedna na dole, inne u góry, i można naprawdę się pogubić w tych wszystkich zjazdach i wjazdach. 

Czy potrafię zbudować sobie życie w obcym kraju? Czy dam radę? Czy nie będzie tak, że jakiś czas mi się znudzi albo stwierdzę, że muszę zbyt wiele poświęcić, albo już sama nie wiem, co jeszcze wymyślę. Boję się. Boję się, że mnie to wszystko przerośnie. Boję się tego, aby nie zbudować niczego na wątłej podstawie, żeby to wszystko nie runęło przy lekkim ruchu wiatru. Boję się, że nie wytrzymam psychicznie i nie wytrwam w związku, w którym jestem. Boję się, że skończę jako bezdomna i samotna wariatka. 

Ostatnio M. pytając - stwierdzając, powiedziała, że: "Czy tobie zawsze życie musi wszystko tak komplikować i utrudniać?". Nic jej na to nie odpowiedziałam. Pomyślalam sobie za to, że może po prostu ktoś musi mieć taką właśnie drogę, a ja sobie z nią poradzę. Podobno życie nie daje nam tego, czego nie jesteśmy w stanie unieść. Strach też jest nieodłączny. Myślę, że gdybym się nie bała, byłabym zwyczajnie głupia. Dobrze, że się boję. Powinnam. Ale to wcale nie znaczy, że pozwolę, aby ten strach mnie sparaliżował. 

E., z którą tu mieszkam, powiedziała mi wczoraj, że jest ciekawa, jak skończy się moja historia i co ze mną będzie. A może ona wcale się nie kończy? Może nasza historia toczy się nawet po naszej śmierci w bliskich nam ludziach, w ich myślach, w ich sercach, w genach kolejnych pokoleń? 

Gdy tęsknię za mamą, gotuję. Robię to, co uwielbiałam, gdy ona to przygotowywała. I wtedy czuję, jak otacza mnie ciepło. Ona jest w moim sercu tak samo jak tato. Dzięki rozmowom z ojcem ubiegłej jesieni, buduję ten związek. Brakuje mi rozwagi i intuicji do ludzi, które miał mój tato. Brakuje mi tego, że nie mogę się go poradzić, spytać, ale mogę kierować się tym, czego mnie nauczył. Wierzył we mnie i zawsze powtarzał, że mam słuchać siebie, że mam rozum i serce, że one mnie poprowadzą, gdy go zabraknie. 

Zaczęłam tu wszystko od zera. Nie wiedziałam nawet, jak się mam za to zabrać. Małymi krokami idę. 

Choćby nie wiadomo jak było trudno, choćby upadało się wiele razy, człowiek jest silny i poradzi sobie. Powstanie i pójdzie. W każdym z nas jest wewnętrzna siła, która nam w tym pomoże. Ona drzemie w każdym, wystarczy nie bać się jej obudzić. Strach, że przed tym, że się uda, jest często silniejszy niż ten przed niepowodzeniem. A jeśli się jednak uda to co? To przecież bardzo bardzo dobrze. 

Jeśli Rotterdam, to moje miejsce na ziemi, to zrobię wszystko, aby tam wrócić i zostać. Aczkolwiek nie znaczy to, że tych miejsc nie będzie dwa lub trzy. I myślę, że Rotterdam to jedno z nich.  

20 października 2013

Byle mówili.

Nie ważne, jak o tobie mówią, byle mówili. Czasami wolałabym, żeby jednak przestali. Do pracy przyjechała nowa panna. Od razu zaczęła robić sondę - kto, co, gdzie, kto z kim, jak, itd. Pytania bez końca. Nie lubię takich ludzi. Co ich obchodzi prywatne życie innych? Znaczy, niby jej nie interesuje, ale mimo wszystko fajnie się plotkuje, słucha o innych i w ogóle. O sobie pocztą pantoflową dowiedziałam się, że neutralne osoby mówią, że jestem ok, jestem neutralna (Coś jak Szwajcaria, tak?) i że w pracy pracuję. (A co niby mam tam robić?) Inni z kolei wiedzą o mnie tyle, że mam faceta, który nie jest Polakiem ani nawet chrześcijaninem i że lubię zaczepki. Jasne. O ile pierwsze się jak najbardziej zgadza, to o drugim nie wiem, co myśleć. Znaczy, że co? Lubię zaczepiać innych czy lubię jak inni mnie zaczepiają? To brzmi co najmniej tak jakbym lubiła jakieś bójki, czepianie się ludzi albo jakby mi się podobało, że faceci mnie zaczepiają. Tylko niby kiedy miałabym to robić albo oni mieliby to robić? Zawsze to jednak ciekawie dowiedzieć się o sobie czegoś nowego. Może chodziło komuś o to, że lubię sobie pożartować, zawsze rzucę jakimś tekstem, a na zaczepki słowne mam riposty zgaszające?

Nie znoszę w ludziach różnych rzeczy. Bardzo drażni mnie usilne zapewnianie, jacy to oni są w porządku, jak lubią spokój, nie interesują się życiem innych, jakby chcieli wszystkich wokół przekonać, że tak jest, a potem mieszają, wszczynają zakulisowe aferki, itp. 

Najwięcej emocji w ludziach, w związku z moją osobą, wzbudza jednak mój facet. Wszyscy wiedzą, że istnieje, ale nikt go nie widział. Trzymam go z daleka od nich wszystkich, zwłaszcza od pieprzonych dupków. Teksty ludzi są wprost genialne, zwłaszcza jak się zagalopują, brak tolerancji poraża, gdy wykazują szczerość w rozmowie, a kiedy nagle doznają oświecenia z kim rozmawiają (mam na myśli siebie) - miny mają bezcenne. Następnie zaczyna się lawina przeprosin, że oni tak nie myślą, a mi chce się zwyczajnie śmiać. Każdy ma prawo do własnego zdania, a usilne bycie poprawnym politycznie, obracanie kota ogonem, próba udowadniania, że nie pakuje się ludzi w stereotypowe szufladki czy w jeden wór, jest żałosne i zwyczajnie żenujące. Z kolei bardzo zabawnie jest, gdy ktoś usłyszy z kim się spotykam i zadaje to samo pytanie niczym zacięta płyta - czy naprawdę i czy nie żartuję, bo przecież wydaję się taka konserwatywna, bo jak to w ogóle możliwe i w ogóle im się wydaje, że sobie z nich żartuję. Zdziwienie na twarzach równie bezcenne. A reakcje, gdy przetworzona informacja po wielkich trudnościach wreszcie dotrze do zwojów mózgowych, są w większości pozytywne. Zdarza się jednak i święte oburzenie, że polskie kobiety to tylko dla Polaków. Dobre sobie.

Nie znasz kogoś, nic lub niewiele wiesz o kimś? Powstrzymaj się od publicznej oceny. Albo chociaż od wypowiadania jej w twarz temu komuś tylko po to, aby za chwilę się wycofywać z tego z ceglastym kolorem twarzy.

 

26 sierpnia 2013

Zaczęło się nowe.

No i zaczęło się nowe. Zaczęło się tak porządnie. Zapierdalać muszę jak jasny gwint, ale daję radę. A postaram się dać tę radę jeszcze lepiej ;) Jest dobrze. Trafiły mi się niezłe warunki mieszkaniowe, współlokatorzy też są w porządku i dziewczyny na mojej zmianie w pracy też są fajne. Część szefostwa mam tzw. ą ę bułkę przez bibułkę ;) i w dodatku takie służbistyczne (co za słowo ;). Za to ta druga część jest zupełnie inna. Generalnie myślę, że powinnam się dogadać. Co prawda na część ludzi trzeba uważać, jak wszędzie, bo są i tacy, którzy uwielbiają podpieprzać do biura z byle powodu - nawet jeśli coś tam podsłyszą, nie znają kontekstu, nie mają pojęcia o co chodzi, ale przecież dla nich to żaden problem coś stworzyć. Aby przetrwać muszę robić swoje jak najlepiej, trzymać język za zębami, jeśli nie ma potrzeby, aby nim mielić, pilnować siebie i swojego życia prywatnego. Wrednych ludzi nigdzie niestety nie brakuje. 

Własne otoczenie uważnie obserwuję, wyciągam wnioski. 

Nazbierało się mi trochę zdjęć z ostatnich kilku tygodni, parę anegdotek. Jest o czym pisać. Blog przeobraził się w pamiętnik, a może był nim od początku. Niedługo stukną mu cztery lata. Zapisałam kawałek własnego życia, uczuć, doświadczeń. Zdarzyło się tyle rzeczy w tym czasie, tak wiele ważnych spraw. Odeszli ci, których kocham, a w ich miejsce pojawiły się nowe osoby. I jakoś tak stwierdzam, że to miejsce jest takie osobiste i to trochę tak, jakbym uchylila drzwi do własnej duszy i pozwoliła tam zajrzeć. 

Gdy czytam samą siebie tu, czasem potrafię się zdystansować, a czasem zupełnie mi to nie wychodzi. To miejsce jest dla mnie ważne, tak jak i Wy jesteście dla mnie ważni. Cieszę się, że mogę dzielić się z Wami myślami, przeżyciami, uczuciami, tym, co mnie spotyka. Bardzo Wam za to dziękuję. 

Ostatnio byłam trochę rozdarta. Jakbym nagle stała się naleśnikiem i wpadła jak śliwka w kompot między młot a  kowadło ;) he he Tak poważnie mówiąc, nie układało mi się ostatnio najlepiej. Trzeba było podjąć kilka niezwykle trudnych decyzji. Z nim też tak jakoś było, że wzajemnie podnieśliśmy sobie ciśnienie i podziałaliśmy sobie na nerwy, normalnie na "żyletki" poszło. Ale jako że oboje jesteśmy dorośli i jednak nam zależy, to i z tym sobie poradziliśmy jak dorośli ;) Szczerze mówiąc, może to nawet było potrzebne, aby zdać sobie sprawę z pewnych rzeczy, a zwłaszcza z tego właśnie, że nam zależy. Gdyby nie on, to ja bym tu chyba zwyczajnie oszalała. Na razie niestety musi nam wystarczyć tylko telefon.

Jeśli inne sprawy ułożą się pomyślnie, to się całe mnóstwo rzeczy ułoży. Niestety jest tak, że jedno ciągnie za sobą drugie, jedno od drugiego zależy. Jak mi się poskłada z jedną sprawą to ta pociągnie za sobą inne i będzie dobrze. Oby się jak najszybciej to udało. Gdyby to zależało ode mnie, ale nie zależy, więc pozostaje mi czekać, oczywiście jednak nie bezczynnie. Działam. Intensywnie. Potrzebuję pozytywnego i szybkiego załatwienia tejże sprawy, żeby ruszyć z resztą ze spokojną głową. 

Nowe, które się zaczęło, jest wstępem do czegoś większego. Tak czuję i jestem tego pewna. Nie do końca sobie to wszystko uświadamiam, może nawet trochę się boję, bo wydaje mi się, że sprawy, o których myślę, są zbyt nieprawdopodobne, niemożliwe, ale przecież stało się już tyle niemożliwego, że jeszcze trochę, nie powinno mnie zdziwić i powinnam w to wierzyć. 

Celebruję życie. Cieszę się każdą chwilą i żyję chwilą. Moja chwila za moment stanie się przeszłością, kolejnej chwili mogę nie mieć. Na przeszłość nie mam wpływu, na przyszłość wpływ mam znikomy, tym bardziej, że do przewidywalnych to ona raczej nie należy. Chcę żyć swoim życiem i być szczęśliwa. To właśnie robię, aczkolwiek nad odpowiednią formą wciąż pracuję (trzeba pokonać tylko trochę problemów i już). Mimo braku odpowiedniej formy i pewnych trudności, jestem szczęśliwa, a najszczęśliwa, gdy oddycham jego oddechem. 

18 sierpnia 2013

Nadchodzi nowe.

Nowa praca. Nowy dach nad głową. Nowe miejsce. Nowi ludzie. Wszystko nowe. Jestem przerażona, zestresowana. Z nerwów boli mnie żołądek. Jakoś sobie z tym poradzę. Bardziej jednak martwi mnie całe morze tęsknoty. 

Jedyna osoba, dzięki której jeszcze tu nie oszalałam, zostaje daleko ode mnie na te naście tygodni, a może trochę dłużej. Telefony nie zastąpią, nie wypełnią... W posiadaniu auta nie jestem. O odwiedzinach, jeśli nie chcę mieć problemów w miejscu zamieszkania i w pracy, mogę zapomnieć, a najlepiej to żeby nikt nic o mnie tam nie wiedział, bo będę mieć przesrane.

Nie wiem jeszcze jak dopnę swoich celów, ale to zrobię. Nauczę się na rzęsach chodzić, jeśli będę musiała.

Od dłuższego czasu odnoszę wrażenie, że za rękę prowadzi mnie przeznaczenie. Nawet się pięknie zrymowało ;) A tak zupełnie na serio, to jest tak jakby coś wyznaczało mi drogę, a moja własna intuicja wyłaziła ze mnie, brała mnie za rękę i oświetlała ścieżkę, którą mam iść. Zrobiłam już całe mnóstwo rzeczy wbrew logice i zdrowemu rozsądkowi. Tyle tylko, że wychodzi mi to na dobre, choć mogłoby się wydawać, że powinnam dostać po dupie, po czymś takim. Po tyłku mi się obrywa... kiedy usilnie próbuję postępować rozumowo, logicznie. Gdzie logika to logika, ale gdzie należy o niej zapomnieć, to zapomnieć, a nie bawić się w roztrząsanie. 

To nie jest tak, że ja ślepo będę wierzyła własnej intuicji. Nie. Bywa dość często, że ją sprawdzam. Po prostu. Ostatnio też to zrobiłam, bo wyjątkowo trudno mi było uwierzyć samej sobie w to, co się dzieje. Intuicja wie. Nawet moje ciało wie to, z czym rozum sobie nie radzi. Doświadczam rzeczy nieprawdopodobnych, dowiaduję się rzeczy, wykraczających poza normalne myślenie. Przeczucia się sprawdzają, sny się sprawdzają. Mówię i się dzieje. Wiem więcej niż sobie uświadamiam czasem. Skąd? Cholera wie. To też mnie trochę przeraża. Nie jest normalne. Albo jest. Sama nie wiem. W każdym razie nigdy nie było tak intensywne. No może wtedy, gdy byłam dzieckiem. 


Piątkowy późny wieczór. Deszcz leje. Siedzimy razem. Rozmawiamy. Piętrząca się góra problemów przed nami. Razem możemy sobie z nią nawet poradzić. Łatwo nie jest, bo w miejsce jednego wyrasta nam pięć innych. To gorsze niż trzygłowy smok ziejący ogniem. Jak można być jednocześnie tak różnym i tak podobnym?

Naprawdę szczęśliwa jestem wtedy, gdy jestem z nim. 

Oszalałam. A może wcale nie... 

Siedzimy, rozmawiamy, wzdychamy, dotykamy, całujemy, wąchamy... 

Życie wystawia nas na próby. Pięknie. No ale w sumie, jeśli pojechać po całości, odkrywa się coraz więcej, coraz bardziej i okazuje się, że robi się coraz bardziej ciekawie. 

Od pewnego czasu szukam też wyjaśnień tego, co wykracza poza rozumowe myślenie, co zwykle nazywa się przypadkiem, zbiegiem okoliczności, szczęściem, fuksem, itp. I dochodzę do wniosku, że przypadki są wyłącznie w gramatyce, zbiegają się ulice, ludzie itp., szczęście to stan umysłu, ducha i ciała, itd. Przeczucie przeczuciem przeczucie pogania i wszystko się sprawdza, sny się sprawdzają, nawet coś tak parszywego jak horoskop mi się sprawdza. To nie jest normalne. Coś jakby mój świat nagle stanął na głowie albo zaczął fikać koziołki. 

Morze tęsknoty i czas na zastanowienie się, co dalej. Coś mi się mocno wydaje, że gdy skończę ten "projekt" za naście tygodni, stanie się coś, w co zupełnie nie chce mi się wierzyć. 

Proszę, trzymajcie za mnie kciuki, co bym sobie z tym wszystkim nowym dała radę, bo jak Was bardzo wszystkich lubię, przysięgam, trzęsę portkami ze strachu i nerwów.  

24 lipca 2013

Plotki plotkami.

Przelewają się we mnie emocje. Góra - dół. Góra - dół. Góra - dół. Falują we mnie myśli. Mdli mnie od ogórków, na widok melonów, której dalej nazywam śmierdzielami i arbuzów też mnie mdli, więc trzymam się z daleka od nich. Na pomarańcze też długo nie spojrzę, podobnie jak na ziemniaki. Banany jem tylko z musu, ze względu na bolące bebechy. Siniaki poschodziły. Pozostało kilkanaście blizn, szczuplejsze ciało i jadłowstręt, który na szczęście coraz mniej przypomina anoreksję. 

Może dobrze się stało, że pożegnałam się z tamtą pracą, bo jeszcze trochę i chyba by się to dla mnie szpitalem skończyło. Mogłabym mieć też poważne kłopoty z donoszeniem ciąży (nie że teraz tylko w przyszłości, bo zapylona jeszcze nie jestem). 

W sumie możliwe że nie ma tego złego. Może jest więcej plusów obecnej sytuacji. Tyle tylko że nie ze wszystkich zdaję sobie w tej chwili sprawę. 

Miło też wiedzieć, że nie tylko ja się burzyłam pewnymi sprawami w pracy - obcinaniem czasu, dokładaniem produktów i utrudnianiem pracy. Miałam niezłe poparcie jak się okazało po czasie. Dobrze wiedzieć, że moje słowa nie rozpłynęły się i pewne sprawy poprawiono. Mi to się na nic nie przyda, ale mojej siostrze i kilku innym osobom, które bardzo lubię, ułatwi pracę. A to bardzo ważne, zwłaszcza że bywają dni, kiedy we własnych rękach przerzuca się po 40 ton. To ektremum, którego pechowo doświadczyłam przez ostatnie półtora tygodnia i poległam na nim. Właśnie usiłuję odrodzić się jak feniks z popiołów. 

miejsce akcji: praca, kantyna dla palących (ja nie palę gdyby ktoś pytał tylko heroicznie truję się dymem wydychanym przez innych)
czas: przerwa na kawę

P: Coś wam powiem. Ale naprawdę nie uwierzycie. No ale to prawdziwa prawda.
Reszta: Noooo.
P: Mam sąsiada Turka. Wiecie co zrobił wczoraj?
Reszta: Noooo?
P: Swojemu trzynastoletniemu synowi przyprowadził kozę, żeby on stał się mężczyzną. Bo wiecie, oni mają taki zwyczaj.
Reszta parsknęła śmiechem.

Bardzo to ciekawe, zwłaszcza że wszyscy zainteresowani mieszkają w środku miasta, w dodatku w bloku. Nikt oczywiście nie uwierzył w tę historię, choć P. mówiła to całkiem poważnie, jakby sama w to wierzyła. No może wierzyła...? Albo jak zwykle usłyszała trochę i resztę dopowiedziała... albo nie zrozumiała... zwłaszcza jeśli to było po holendersku. Gdyby to opowiedziała któremuś Turkowi... chciałabym widzieć minę i reakcję Turka oraz samej opowiadającej. Byłoby to bezcenne. 

P. uwielbia opowiadać wszystko o wszystkich. Dzięki temu dowiedziałam się kilku rzeczy o sobie, o których nie miałam w ogóle bladego pojęcia. Teraz, gdy mnie tam już nie ma, będą krążyć z pewnością znacznie ciekawsze rzeczy niż moja ciąża.

Kiedyś, gdy tak paplała po kolei o każdym kto wszedł do kantyny, traf chciał, że wszedł człowiek, którego znam, bardzo, ale to bardzo lubię i którego widziałam w naprawdę różnych sytuacjach. Ta zaraz wyleciała z tekstami jaki to on jest chamski, jaki wredny, jaki okropny dla innych, jak to utrudnia wszystkim pracę wokół, jak na nowych pracowników krzyczy, itd. No i gdy ona tak jedzie po nim, jak po łysej kobyle, ja się zwijam przy stoliku ze śmiechu, łzy mi ciekną, brzuch mnie już zaczyna boleć. P. patrzy zdziwiona na mnie i pyta się z czego ja się tak śmieję. Ja jej na to, że mam dobry humor i głupawkę. A prawda o owym człowieku, który wszedł wówczas do kantyny jest inna. Tylko aby to wiedzieć, trzeba by go najpierw w ogóle znać trochę, a najlepiej jeszcze prywatnie, zwłaszcza że należy do zamkniętych w sobie ludzi. 
Ona go nie lubi po prostu. Jak sądzę, ze wzajemnością. Być może, jak to ma w zwyczaju, po chamsku i wulgarnie wyleciała z mordą na niego, zaczęła rozstawiać go po kątach, a on ją sprowadził do pionu i sobie nie pozwolił. To taki człowiek, który w słowach jest bardzo szczery, wręcz brutalnie (nie mylić czasem z chamstwem czy wulgarnością, bo nie to miałam na myśli). Bo z nią inaczej się nie da, jak tylko słownie otrzeźwić, ponieważ jej wydaje się, że skoro własnego męża i rodzinę trzyma pod pantoflem, to wszyscy będą skakać tak, jak ona im zagra. I tak właśnie z antypatii rodzą się plotki.

P. czasami jest śmieszna. Ale tylko czasami. Zwykle można zauważyć, że jest wulgarna, chamska i bezdennie głupia. Dawno nie spotkałam kogoś tak żywo zainteresowanego plotkami i żądnego wiedzy na temat wszystkich wokół. Barwna postać z wyjątkowo bujną wyobraźnią. Jednak lepiej trzymać się od niej z daleka.

19 lipca 2013

Dom.

Od miesięcy nigdzie nie czułam się jak w domu. Tułałam się po namiastkach domów, po domach rodziny i przyjaciół, krążyłam po własnych czterech ścianach. Wraz z moim tatą umarł mój dom, bo dom był zawsze tam, gdzie byli moi rodzice. Przy żadnym facecie nie czułam się tak, jakbym była w domu, nawet gdy siedzieliśmy w moich własnych czterech ścianach. 

Ostatnio miewam okropne huśtawki nastrojów, emocje bardzo mi falują góra-dół. Jest mi trudno samej ze sobą. Gonitwa myśli, stres, miliony wątpliwości. W przypływie emocji i lęku chciałam spakować się, wracać do domu... tylko uświadomiłam sobie, że ja nie mam domu. Mam cztery ściany. Cztery puste ściany pełne książek, mebli, kurzu i sporej ilości innych rzeczy. Cztery ściany. Co prawda własne, ale... Kiedyś to był dom. Teraz już nim nie jest. To tylko, choć z drugiej strony aż, dach nad głową. Schronienie. Jednak przestałam się czuć w nim bezpiecznie. 

Ubiegłej nocy siedziałam zwinięta w kłębek w fotelu i słuchałam przez kilka godzin Vivaldiego. Księżyc, jak nisko zawieszona lampa, wisiał nad blokami, wtulony między liście, zaglądał w moje okno. Vivaldi mnie relaksuje, uspokaja. Słuchając tej muzyki, uśmiecham się, wyciszam, jestem szczęśliwa. To taki moment kiedy moja dusza pląsa radośnie jak jakaś naga wodna czy leśna boginka. Cudowny stan ducha i gdy tak w nim trwałam, uświadomiłam sobie pewną rzecz. 

Od miesięcy nie czułam się tak jak czułam się w ubiegły weekend. Przez tę dość długą "chwilę" czułam się jak w prawdziwym domu. I spałam tak dobrze, jak wtedy gdy moje poczucie bezpieczeństwa nie było zachwiane. Cudowny weekend...

12 lipca 2013

Zjadające nerwy.

Właśnie zaczęłam się bać. Ogrom tego wszystkiego naprawdę mnie przeraża i przytłacza. 

Wczoraj mu powiedziałam, że jestem aut z pracy. Stwierdził, że postąpili ze mną po chamsku. Jednak jeśli o mnie chodzi, to i tak dla mnie byli znacznie bardziej mili niż dla jednego faceta. 

W teorii wcale nie musiałam zostać wyautowana, bo było kilka innych możliwości. W praktyce natomiast, jest tu tak, że jeśli chcą cię wyrzucić i komuś na tym zależy, to prędzej czy później to zrobią. Świnię może podłożyć ci każdy i to tak, że nawet nie zauważysz, co się święci.

Moja własna siostra jeszcze się wybroniła przed wyautowaniem. Kumpla jeden facet z roboty też chce się pozbyć i gościu nie ma łatwego życia. Na razie się wybronił, ale obawiam się, że któregoś dnia może nie mieć tyle szczęścia. Tu bardzo łatwo pozbyć się ludzi. Ostatnio kumpela wyleciała... bo była za słabo zmotywowana do pracy. 

Mnie się zaczęto czepiać od pewnego momentu i w końcu się udało. Jak chcą cię wywalić, to powód się w końcu znajdzie. Oficjalnie jestem aut z jednego powodu, ale w rzeczywistości poszło o coś innego.

Z czymś takim spotkałam się w pracy za granicą drugi raz. Za pierwszym razem nawet się nie broniłam, bo nie chciałam w tamtej firmie pracować. Szefowa była tak wredna i tak dawała w kość, że nie szło z nią wytrzymać. Bez żalu rozstałam się z tamtym zajęciem. 

Tu natomiast... lepiej mieć oczy dookoła głowy. Jeśli cię w pracy ludzie lubią - uważaj. Zawsze znajdzie się ktoś, komu jesteś nie na rękę, komu to się nie podoba i może postarać się pomóc tobie wylecieć. 

Po wczorajszym i dzisiejszym mam pełną głowę informacji. Jestem w totalnym szoku. Ludzie potrafią takie rzeczy robić, żeby pomóc innym wylecieć... Normalnie aż nie chce się wierzyć. 

Nawet przez chwilę się zastanawiałam, czy nie iść do szefa szefów, ale nawet gdyby mnie przywrócił, (a myślę, że tak by było) to chyba bym nie chciała tam wracać. Wtedy byłabym na celowniku jeszcze większej liczby osób i wyleciałabym kolejny raz. Tyle tylko że mogłabym mieć duże problemy ze znalezieniem nowej pracy. 


Pracy jest tu sporo. Można się gdzieś załapać. Boję się tylko o to, abym nie trafiła gorzej i nie wpadła w jakieś bagno. Martwię się, denerwuję się. Kryzys zaczyna mnie dopadać. On mi mówi, że sobie poradzę, że jestem mądra, że wszystko się ułoży. 

Momentami myślę, czy nie rzucić tego wszystkiego i nie wracać. Tylko że nie mam do czego wracać. Do domu? Co to za dom, w którym czekają tylko puste ściany? Nie mam domu. Mam cztery własne ściany, ale nie mam domu. Nie mam pracy. Nie mam rodziny. 

Nie wiem, czy będę potrafiła tu żyć. Czy nauczę się tu normalnie żyć? Co będzie z nami. Boję się jak jasny gwint. Bardzo dużo spraw do ogarnięcia. Strach, czy wszystko się uda. 

Trzymajcie kciuki!  

11 lipca 2013

No to mnie wylali.

Poprzedni tydzień skończył się fatalnie na polu zawodowym i dobrze na polu osobistym. Ten tydzień zaczął się fatalnie, a jak się skończy?

Z pracą się pożegnałam. Dżungla przez półtora tygodnia dobiła mnie ostatecznie. Z drugiej strony co to za przyjemność stanowić dla pracodawcy szereg liczb zamiast człowieka? 

Czy żałuję? Tylko z jednego powodu.

Czy wrócę do kraju? Nie ma takiej opcji. 

Pracy tu jest pełno i od poniedziałku szukam sobie nowej.

Od dwóch tygodni czułam, że to się tak właśnie skończy, bo zaczynają się kończyć moje fizyczne możliwości, a przewalanie codziennie w rękach po ponad 30 ton skończy się moim zwolnieniem, jeśli dalej będę mieć takiego pecha a ktoś dalej będzie mi w tym usilnie pomagał. 

Obecna sytuacja nie jest dla mnie dobra, bo trochę mi skomplikowała życie i narobiła problemów, ale dla życia prywatnego może okazać się zbawienna. Atmosfera w pracy momentami była nie do zniesienia. Przez tę cholerną robotę mieliśmy kilka nieporozumień, nagromadziło się między nami problemów i niewiele brakowało, abyśmy się rozstali. 

Intensywnie uczę się języka, orientuję się w możliwościach, szukam nowych rozwiązań, szukam nowej pracy. 

Zupełnie się nie załamuję. Nagle przestałam się męczyć, stresować, myśleć w kółko o tym, że przez Niego ludzie będą mi podkładać świnie, utrudniać pracę, że on będzie opierdalany jeśli tylko mi pomoże, nie będzie mieć normalnego życia w robocie za rozmowy ze mną, że wciąż ktoś będzie nas usiłować skłócić, tylko dlatego że z żadnym z tych pieprzonych facetów nie chciałam się umówić. 

Jedyna korzyść z tej pracy jest taka, że poznałam Jego. Najlepsza korzyść. Warto było się pomęczyć i pozajeżdżać samą siebie. 

Mogłam się uratować przed zwolnieniem, ale nagle doszłam do wniosku, że to co dzieje się poza nią, jest dla mnie znacznie ważniejsze. Po ostatniej naszej rozmowie dotarło do mnie, że bez niego to wszystko nic nie jest warte, bo wcale nie chcę, aby praca stanowiła sens mojego życia. 

Okropnie długą i wyboistą drogę musiałam przejść, aby trafić do punktu, w którym trafiliśmy na siebie. Ja tam trafiłam, on zrobił resztę. Teraz wszystko mamy w swoich rękach. Może coś z tego będzie? Tylko teraz będzie nam jeszcze trudniej, a może paradoksalnie łatwiej?

Zeszło ze mnie ciśnienie, ogarnął mnie spokój. Chyba powinnam płakać, załamywać się albo coś? A jestem szczęśliwa, spokojna, choć z lekka przerażona ogromem spraw do ogarnięcia.

 

8 lipca 2013

Cóż robić?

Zginęłam gdzieś w gąszczu spraw prywatnych, rodzinnych, tych z pracą związanych, problemów... W weekend zmuszona byłam do jazdy samochodem po tutejszych autostradach. Wiją się one po całym kraju jak nitki, przecinają się, mieszają. Więcej niż trzy razy zgubiłam drogę, gdy wracałam do domu. Nie lubię jeździć samochodem i nie jestem w tym najlepsza. Może nie prowadzę beznadziejnie, ale szału nie ma. Najbardziej lubię jeździć z Nim, bo za kółkiem to on jest bardzo na właściwym miejscu, natomiast ja... zupełnie nie. O wiele bardziej wolę żeglowanie i radzę sobie sto razy lepiej z kobyłą na wodzie niż z małą pierdułką na drodze. A już przemierzanie długich dystansów... tylko wtedy, kiedy muszę. 

Zadzwonił. Przyjechał. Oboje nie wiemy, co zrobić z tą znajomością, z tym, co jest... ale jest nam ciężko, kiedy się nie spotykamy, kiedy się nawet dotknąć nie możemy... Siedzieliśmy w domu na kanapie otuleni nocą i jakoś niczego nie potrafiliśmy wymyśleć. Może nadejść kiedyś taki dzień, że więcej do siebie nie wrócimy i co wtedy? 

Życie będzie płynąć dalej... będzie musiało. 

Im dalej w las, tym więcej drzew, a drogi zupełnie już nie widać. Poruszam się totalnie na ślepo. Kieruję się chyba tylko węchem i intuicją. 

Gdy tak siedzieliśmy razem, mówiłam mu o tym, o czym w sumie chyba nie powinnam. Pewnie wszystkie pieprzone poradniki by mi to odradziły, ludzie podobnie. Tylko, że nie widzę jakoś powodu, aby się obwarowywać, chować i milczeć. Szczerość, otwartość. Możemy o wszystkim porozmawiać. Czuję jakby między nami rodziła się przyjaźń.

Wciąż jestem tchórzem. Boję się okropnie. 

Swoją drogą to ciekawe, jakby wyglądało nasze życie, gdybyśmy się spotkali te 10 lat temu. Już wtedy upierałam się przy wyjeździe, ale nie miałam żadnej siły przebicia w rodzinie, a ojciec stanowczo się na to nie zgodził. Może należało się bardziej uprzeć? A może te dziesięć lat było nam potrzebne? Przecież oboje jesteśmy zupełnie innymi ludźmi niż wtedy. 

Pamiętam sen sprzed dziesięciu lat. Opowiadałam go mamie. Jego spotkałam w nim. 

Doświadczam tu szoku za szokiem. Robię i mówię rzeczy, których wcześniej bym nie zrobiła, nie powiedziała. 

Jest ciężko. Płacimy oboje sporą cenę, a zapłacimy jeszcze wyższą. 

Jego też zdradzają oczy. Przykro było patrzeć na ten smutek, żal i ból, wymieszany ze szczyptą złości. 

Każde z nas ma własne problemy.

Oboje się miotamy, oboje się gryziemy w środku. Kto wie, co będzie? Jednak bez siebie, jest nam ciężko. Często nie potrzeba nam nawet słów, aby się zrozumieć. 

Piękne i bolesne. 

Nie jesteśmy w stanie bez siebie wytrzymać. 

Mogę sobie wmawiać, że mi nie zależy, że nic mnie nie obchodzi, że dni bez niego są takie same albo nawet lepsze. Mogę sobie wszystko wmawiać. Tylko że dzięki niemu wypełnia mnie spokój, harmonia, radość, energia i... nawet jem w miarę jak człowiek. I on ma podobnie... spokojny, szczęśliwy.

Uczymy się wzajemnie różnych rzeczy. Potrzebna jest cała masa kompromisów, ale jest szacunek i zrozumienie. Tylko ta cała masa problemów i pytanie, co dalej? 

Kolejne 28 dni zapowiada się na długi i trudny czas. Będzie nam okropnie ciężko. 

Zresztą z każdym dniem będzie nam trudniej i trudniej. Problemy będą się mnożyć, cena będzie szybowała wyżej i wyżej. Jak długo to wytrzymamy? Ile? Bo jeśli przetrzymamy... Boję się o tym myśleć, bo daleka droga przed nami.     

1 lipca 2013

Spalone.

Jutro 8 dzień pracy z rzędu. Wszystko boli mnie po kolei. Maraton... przewalone ponad 50 ton własnymi rękami. W sobotę praca dała mi tak popalić, że myślałam, że nie wytrzymam do końca dnia pracy. Gdyby nie siła woli, to bym sobie nie poradziła. Wakacje będą ciężkie i długie. Dużo ludzi na urlopach, w pracy zbyt mało, a pracy niewyobrażalnie dużo. Pozostaje wytrzymać jakoś do urlopu. 

Widok jedzenia doprowadza mnie do mdłości. Nie jestem w stanie niczego wmusić w siebie poza śniadaniem. Praca doprowadza mnie do wstrętu do jedzenia. Wiem, że powinnam jeść i jeść więcej, ale nie zamierzam się zmuszać. 

Poza tym jestem okropnym tchórzem. 

Presja jest nie do zniesienia. Nie do wytrzymania. Ostatni tydzień to była jakaś masakra. Mam dość. Chcę świętego spokoju. 

Uciekam.

Nie potrafię stworzyć niczego. 

Własne uczucia mnie przerażają. 

W weekend zdałam sobie z czegoś sprawę. Szok. Nie przypuszczałam. Stało się. Dlatego więcej się z nim nie spotkam. 

To głupie. Wiem. Nie dam rady. Nie dam po prostu rady. Oczy mnie zdradzą w jednej chwili. Nie chcę tego. Nie zniosę. Boję się. Jestem tchórzem. 

Poza tym zgubiłam gdzieś swoją głowę. 

Wczoraj, chwilę przed wyjściem do pracy, stwierdziłam, że moje jedyne spodnie do pracy są wciąż mokre, więc postanowiłam, że zrobię to samo co zwykle, czyli je podsuszę. Chwilę później, włącza się alarm przeciwpożarowy. Nic się nie pali, tylko spodnie parują. Ściągnęłam je z elektrycznego kominka, otworzyłam okno, alarm wył nadal. Ja w panice, siostra w panice, bo nie wiadomo, jak to cholerstwo wyłączyć. W końcu przestało wyć. Postanowiłam się ubrać, bo za pięć minut musiałyśmy wyjeżdżać do pracy. Wkładałam spodnie i... one były w kilku miejscach zielone i sztywne. Myślałam, że mi się nie doprały po ogórkach, które układałam. Wstałam, a moje spodnie... trzask trzask... wszystko się rozeszło. Spodnie poszły w strzępy. Spaliłam je. Muszę do pracy wychodzić, a nie mam żadnych spodni. Przypomniałam sobie, że są jedne, ale że chyba w nie się nie zmieszczę... a jednak się zmieściłam. Nic dziwnego, skoro jem tylko tyle, żeby z głodu nie umrzeć. 

Przy okazji zepsułam sobie zamek w swetrze. Zablokowałam radio w aucie. 

Jestem blondynką i nic nie pomoże to, że od dziesięciu lat usiłuję stworzyć sobie sztuczną inteligencję. Skądś musiały się wziąć kawały o brunetkach. To po prostu naturalne blondynki próbujące ratować się sztuczną inteligencją na własnej głowie ;) 

Jak widać na moim przykładzie, na wiele się to nie zdaje. Blondynka to blondynka i ukrywanie się pod innym kolorem nic nie pomoże. 

Poza tym czuję się chora. Muszę odchorować własną decyzję. Oczy zaczynały mnie zdradzać. Zresztą otoczenie już i tak zbyt dużo widziało. Presja z tym związana, różne naciski zaczęły być dla mnie nie do zniesienia. Podobnie jak komentarze. Muszę wytrzymać tu jeszcze długi czas, ale w takiej atmosferze... byłoby trudno. 

Jestem tchórzem. Zresztą od początku tego nie ukrywałam, że może się tak zdarzyć, że ucieknę, że to bardzo prawdopodobne. Stało się.

To zbyt wiele dla mnie. Mój mózg sobie z tym nie poradził, dusza mnie zaskoczyła totalnie. 

Nie umiem być szczęśliwa.

Odchoruję to. 

Stanęłam przed koniecznością wyboru. Albo praca, albo życie prywatne. Wybór oczywisty. Praca. Innej decyzji być w tej chwili nie mogło. Głupszej decyzji też nie. Zresztą i tak uważam, że nie jestem warta tego całego zachodu, rozpierdalania dla mnie ustalonego porządku, całego własnego życia. Naprawdę nie jestem kimś, dla kogo warto coś takiego zrobić. Po co mnożyć sobie problemy?

Zawsze odchodzę. Nawet jeśli bardzo chcę zostać. Może dlatego od zawsze to robię, że chciałabym, aby ktoś nie pozwolił mi na to i nie pozowolił mi na to w normalny sposób, w normalny dla mnie sposób... 

Chyba naprawdę oszalałam. 

   














23 czerwca 2013

Kim jesteś?

Ostatni tydzień był okropny. Praca mnie zajechała. Było jej tyle, że nawet mnie z wolnego dnia odwołano i musiałam iść do pracy. Wczoraj jakoś dotrwałam do końca zmiany, ale tydzień temu... ziewałam i walczyłam ze snem. Monotonia pracy z jogurtami znużyła mnie bardziej niż piątkowy reset. I tak jak zaczęłam się z nimi użerać w sobotę, tak użerałam się przez cały tydzień. W sumie to zdążyłam się już do nich przyzwyczaić. W każdym razie nie wiem, jak wytrzymam jeszcze 10 miesięcy na tej umowie, ale się postaram, żeby mnie jednak nie wyrzucili. Jedyne co mnie motywuje, to dobre zarobki. Wiem, że to nie jest praca dla mnie i że się do niej nie nadaję, ale nie poddaję się łatwo i walczę tak, jak inne panie.

Moje postępy językowe są żałosne. Co prawda rozumiem o czym do mnie w sklepie rozmawiają, jakieś proste zdania też nie stanowią problemu, ale żeby coś powiedzieć... Utknęłam na etapie zwrotów grzecznościowych. Muszę się wziąć do roboty. Zaopatrzyłam się w trochę materiałów i wpadłam na pomysł, co by uczyć się tego badziewia w wersji angielski-niderlandzki-francuski. W tej formie najszybciej załapię ten język, a przy okazji nie będzie mi się mylić. 

Zakochałam się w Rotterdamie od pierwszego wejrzenia i chcę tu trochę zostać. Może trochę dłużej niż trochę. 

Moja siostra jest na mnie wkurzona. Wczoraj usłyszałam taaaakieee kazanie przed wyjściem, że aż mnie ścięło. Dowiedziałam się, że dla niej jestem dziwką. Co więcej, liczy się dla niej wyłącznie opinia innych ludzi, a nie to, czego ja chcę. Bo ona myślała, że skoro tu przyjechałam, to będę tylko pracować, codziennie jej dziękować, że mi pomogła i prowadzić zakonny tryb życia. Zrugała mnie tak, że nawet gdybym nie umówiła się z nim i tak bym wyszła z domu, bo z trudem powstrzymywałam się, żeby nie wybuchnąć i jej nie przygadać. Stanęło na tym, że jestem dorosła i zrobię to, co będę chciała, czy jej się to podoba, czy nie. 

Ojciec na próżno przed śmiercią nie ostrzegał mnie, abym nie ufała moim siostrom, abym nie wdawała się z nimi w dyskusje, tylko robiła swoje. Wiedział, że prędzej czy później będę miała z nimi problemy. Najlepiej byłoby, gdybym robiła to, czego one chcą, na wszystko się godziła i miała zawsze takie samo zdanie, jak one. To nie jest możliwe. 

Na początku ludzie tutaj postrzegali mnie przez pryzmat mojej siostry. W końcu zaczyna się to zmieniać. Jestem zupełnie inna niż ona. Widzę, że nie bardzo jej się podoba to, że ludzie widzą we mnie mnie samą, a nie tylko jej siostrę. Zaczyna wkradać się zazdrość i muszę być bardzo ostrożna. Mam poprawne relacje z nią i z naszą drugą siostrą i wolę, aby tak zostało.

Bo gdyby wiedziały... byłabym zlinczowana. Tym bardziej, że w tygodniu też odwaliłam numer i poszłam z nim w nocy na spacer. Miałam wolny dzień, bo po pięciu dniach pracy muszę mieć dzień wolny, więc miałam przed następnym maratonem ;) On nie miał ochoty pracować, wziął wolne i poszliśmy sobie na spacer. On była wyjątkowo ciepła i piękna. Przełaziliśmy i przegadaliśmy tak kilka godzin. 

Obojgu nam ta znajomość zdążyła narobić problemów, których oboje i tak mamy sporo. Obawiam się, że będzie ich jeszcze trochę. Wiedziałam na co się decyduję. 

Nie dbam o to, co pomyślą i zrobią inni. Od wczoraj nie dbam już o to, co powie moja rodzina. To, jak się czuję teraz, to, jak się czuję gdy jesteśmy razem, to, co widzę w jego oczach, to o czym mówi jego ciało, warte jest każdej ceny. 

10 lat temu nie weszłabym w to. Nawet pięć lat temu bym się nie zdecydowała. Przecież inaczej to sobie wyobrażałam, że przecież co by powiedziała moja rodzina i znajomi. Byłabym okropnie głupia tak myśląc. Moje życie jest teraz. Teraz piszę swoją życiową książkę i nikt, nawet ja, nie wie, jak ona się skończy. Piszę ją sama każdego dnia i ode mnie zależy, jaka ona będzie. 

Prawda jest taka, że oboje dostaliśmy totalnego pierdolca na własnym punkcie i nie mam zielonego, ani żadnego w ogóle, pojęcia do czego nas to doprowadzi. Albo będziemy bardzo szczęśliwi, albo będziemy bardzo cierpieć. Albo wszystko naraz. Tu mogę tylko myśleć i czuć duszą, bo rozum przestał już dawno to ogarniać, aczkolwiek stoi na posterunku. 

Dwoje doświadczonych przez życie ludzi, cieszy się jak dzieci, gdy się widzą, gdy są w swoim towarzystwie. Jakoś wyjątkowo dużo mają różnych pierwszych razów. Są zupełnie różni, ale podobnie patrzą na świat i podobnie go odczuwają. Oboje będą cierpieć ze swojego powodu. To nie jest normalne, co się między nimi wyprawia, co się z nimi dzieje. 

On: - Kim ty jesteś?
      - Co ze mną robisz?

Choco: - Co ty ze mną robisz?
          - Gdzie byłeś przez ten czas?