Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty

5 lipca 2015

Bez tytułu.

Ciepło. Gorąco. Upalnie. Słońce praży jak szalone. Nie ma czym oddychać. 

Siedziałam w piątek na kanapie, walcząc z migreną, gdy dotarła do mnie pewna bardzo smutna wiadomość. Mój dobry kumpel zginął w wypadku drogowym. 

Szok. Niedowierzanie. Jak to? Jak to jest możliwe? Dlaczego on? Przecież był świetnym kierowcą... Cholera. 

Życie jest kruchutkie. W jednej chwili pęknie jak bańka mydlana przebita palcem. Moment wystarczy, żeby nas już tu nie było. 

Niewiele brakowało, a w piątek i mnie by już tu nie było. Ułamki sekund... Centymetry... 

Los sam wybiera komu jeszcze daruje życie, a komu je zabierze. 

I kiedy ja tego samego wieczoru dowiedziałam się, że mojego kumpla już nie ma, bo nie miał tyle szczęścia co ja... 

Jakoś ostatnio przez moje najbliższe otoczenie przetoczyła się taka fala, w której blisko było do katastrof drogowych, różnego rodzaju wypadków na drodze, ocierania się o śmierć. Szczęście. Tylko szczęściu wszyscy moi kochani bliscy mi ludzie, w tym ON, zawdzięczają to, że nic wielkiego się nie wydarzyło. No może poza tym, że oni wszyscy dostali tak jakby jeszcze jedno życie. 

Nade mną wisi chyba widmo wypadku, bo to ile razy w przeciągu tak krótkiego czasu udało mi się cudem uniknąć zderzenia z idiotami, którzy jeżdżą tak, jakby się z łańcucha zerwali i nie respektują żadnych przepisów, to wszystko to ogromne szczęście. 

Długo nie doceniałam tego, że z każdej takiej sytuacji wyszłam cało i ja, i auto, a sytuacji takich miałam kilka. 

Wyprzedzanie na trzeciego, prowokowanie czołówek i w ostatniej chwili zjeżdżanie na przeciwległy pas, przekraczanie prędkości o wiele kilometrów, nie upewnianie się przy ruszaniu, skręcaniu i zmianie pasów, czy nie ma na drodze innych uczestników ruchu, którym możemy zaszkodzić, itd. 

Rok temu pewna pani wjechała na drodze tylko dla rowerów we mój rower, a centymetry dzieliły mnie od tego, abym została inwalidką i nigdy już na ten rower nie wsiadła. W ciągu roku uniknęłam trzech czołówek. Dwa razy prawie wjechano mi w bok auta. A ostatnio pewna blondynka, zmieniając pasy ruchu na autostradzie, nie spojrzała czy coś jedzie i prawie przodem auta wjechałaby mi w tył. Prawie, bo na szczęście zauważyłam, co idiotka robi i zdążyłam umknąć na pobocze. Za każdym razem dzieliły mnie centymetry. Poza sytuacją z rowerem, w pozostałych przypadkach w momencie zderzenia...nie miałabym szans przeżyć wypadku. 

Mam chyba więcej żyć niż kot i więcej szczęścia jak rozumu. 

Szczerze mówiąc, nie znoszę jeździć samochodem. Gorszy od auta, według mnie rzecz jasna, jest tylko motor. Nigdy na niego nie wsiądę, choćby nie wiem co. 

Może dla niektórych, to co teraz napiszę, będzie oznaką mojej ciemnoty i zabobonności, ale... W aucie mam różaniec - wisi sobie na lusterku. Kiedy wsiadam do samochodu, robię znak krzyża i odmawiam modlitwę. Szaleństwo?
Nie wiem. Może dlatego wciąż jeszcze żyję. A może dlatego że moja chwila nie nadeszła.

Spoczywaj w pokoju drogi przyjacielu. Niech Ci do snu nucą liście drzew. 

5 października 2014

Nieodpowiednie słowa.

Zleciał aż miesiąc cały. Najpierw jedna praca, a później podjęcie ryzyka i zmiana na inną, a właściwie to powrót do starej. Do tego 54-godzinny maraton w pracy... Nie, skądże. Nie jednego dnia. Tylko przez pięć dni. Jednego dnia pracowałam zaledwie 17 godzin, więc zrobiłam prawie normę z połowy tygodnia. Stres, nerwy, jak to będzie. Przeziębienie też mnie nie ominęło. Wciąż trzyma, ale zaczyna mi już odpuszczać, więc jest szansa na to, że więcej będzie mi się chciało. Inne paskudy też mi odpuściły i bóle z nieznośnych stały się znośne i zaczynają powoli znów znikać, więc jest nieźle. Stałam się też dumną posiadaczką pojazdu mechanicznego. Doszłam do wniosku, że moje stare czarne auto, które ostatnio zakupiłam, jest dziewczyną. Dziwnie brzmi co? Wiem. Ale tak jakoś czuję. Mam do mojej "autki" osobisty stosunek, podobnie jak do lapka, telefonu i gitary. Może dlatego że te przedmioty stały się powiernikami moich tajemnic i wiedzą o mnie oraz o moim życiu znacznie więcej niż osoby, które mnie otaczają. 

Czas mi tak zleciał, że zupełnie odleciałam z tego świata... wirtualnego. Życie realne wzięło górę wraz z potrzebami fizjologicznymi. W dodatku mój organizm tak domagał się spania, że każdą wolną chwilę przeznaczałam na sen. Zdarzało mi się przysypiać nawet przy stole przy jedzeniu. Zmęczenie materiału. Ot co! 

Poczytałam sobie dzisiaj w necie, jak to ludzie narzekają jak mają pod górkę i jak to znów inni chwalą się, że wcale nie trzeba się wysilać i można sobie lecieć po bandzie nawet na bakier z prawem, bo przecież i tak im nic nie zrobią. I całe mnóstwo innych rzeczy tam znalazłam, w tym bardzo smutnych informacji, jak ta o śmierci naszej młodej aktorki Ani Przybylskiej.

Tak. Życie jest niesprawiedliwie. Bardzo. Ale nikt nie mówił, że jest inaczej. Jeśli życie zaczęłoby nagle być sprawiedliwe, ja zaczęłabym się zastanawiać, czy w ogóle jeszcze żyję. 

Nigdy nie wiemy, co czeka na nas za rogiem, ale wcale nie trzeba przez to pędzić przez życie jak huragan, bo tego czy tamtego nie zdążymy zrobić. Zawsze czegoś nie zdążymy, coś jeszcze będziemy chcieli. Lepiej cieszyć się każdą  ofiarowaną chwilą, każdym momentem, który daje nam radość. Delektuję się życiem jak kawałkiem pysznego ciasta i nie przestaję pracować nad nim i nad sobą. Życie takie jest, że przeplatają się w nim trudne momenty i piękne chwile. Raz przyjdzie nam się wspinać po pionowej ścianie, raz na tyłku zjedziemy z górki, a innym razem zlecimy do rowu. Może też zdarzyć się i tak, że będziemy mieć przed sobą prostą płaską drogę. 

Jakiś czas temu napisałam o zmianie mężczyzn jak o zmianie butów czy rękawiczek. Nie powinnam była w taki ton uderzać, ale też nie bardzo wiedziałam, jak mam się do tematu zabrać. Może nie trzeba było poruszać go wcale. W każdym razie przytrafiło mi się coś, czego jeszcze bardziej nie rozumiem, co jeszcze bardziej wykracza poza moje pojmowanie relacji międzyludzkich i związków damsko-męskich. Bardzo długo przekonywałam się do tego mężczyzny i wciąż się przekonuję, poznaję go. I tak nam mijają kolejne tygodnie, miesiące. Chyba nie potrafię nawet mówić o tej relacji. Nie umiem ubrać tego związku w słowa. Wiem tylko, że im więcej czasu mija, tym ja czuję bardziej, więcej, głębiej. Czuję się bezpieczna, spokojna, szczęśliwa. I bardzo bardzo nie lubię, kiedy on jest daleko. Czuję... i to mi wystarczy. Nie potrafię przekuć tej relacji w żadne słowa. Każde wydają mi się nieodpowiednie.

21 stycznia 2011

Boląca głowa, równanie życiowe i zdolności komplikacyjne.

Boli mnie głowa. Migrena. Piąty dzień. Zaczynam się powoli przyzwyczajać do tego bólu, bo nawet jak nałykam się środków, które mają zadziałać przeciwbólowo, to jestem co najwyżej napakowana nimi aż po rzęsy, a ból jak był, tak jest. Ciągły stres, pogoda, zmęczenie i zbyt wiele godzin spędzanych przed ekranem komputera.

Spacery, czekolada i mandarynki (nic innego nie jestem w stanie ostatnio przełknąć), ćwiczenia... Gdyby przebicie głową ściany sprawiłoby, że przestałaby boleć, to z pewnością bym to zrobiła. Tylko lodowaty okład na czoło, na kark i spokojne leżenie pomagają... Problem w tym, że ja zbyt długo nie wytrzymam w pozycji leżącej, bo zaraz mi się w głowie świeci lampka, że przecież nic nie robię... W sumie nie do końca nic, bo leżę i chyba odpoczywam. Chyba...? Nie potrafię odpoczywać, leżąc. Muszę być w ruchu. Nawet gdy siedzę długo przy komputerze (z własnej woli się nie przykuję ;), to... bujam się na krześle. Swoją drogą... ciekawe, ile to krzesło jeszcze zniesie. Jak na razie wytrzymało dziesięć lat takiego traktowania, a jest starsze niż ja i to znacznie. 

Kiedyś spróbowałam spędzić dwa tygodnie wakacji na plaży, wygrzewając się na słoneczku, leżąc sobie... Wytrzymałam trzy dni, a to tylko dlatego że miałam co czytać. Gdy lektury się skończyły... wykazywałam totalną nadaktywność. Dwie godziny snu w nocy i 2 godziny w środku dnia, gdy panował największy upał. Niestety towarzystwo moje nie wykazywało takiej aktywności. 
Myślę, że powinnam odpocząć, ale jeszcze nie wymyśliłam dobrego sposobu. Idealny byłby taki, który uspokoiłby również moją głowę. Jak na razie bałaganią w niej procesy myślowe, zwoje mózgowe szaleją, a ja cały czas zastanawiam się nad tym, dlaczego usiłuję zrozumieć coś, czego zrozumieć nie potrafię. Żeby zrozumieć, musiałabym rozwiązać życiowe równanie z niewiadomymi i chociaż nigdy nie miałam kłopotów z matematyką, ani z liczeniem w ogóle, to życiowe równania... cóż... Zanim dojdę do rozwiązania, dziesięć razy skomplikuję i wybiorę najdziwaczniejszą metodę, na dodatek naokoło, bo najprostsze rozwiązania sprawiają mi najwięcej kłopotu. Dlatego preferuję jasną, konkretną, zwięzłą komunikację potrzeb tak swoich, jak i innych względem mnie. Trzeba ułatwiać sobie życie, zwłaszcza gdy ma się wybitną zdolność do jego komplikowania. Jestem dobra w podrzucaniu prostych rozwiązań innym. Sama w odniesieniu do siebie... cóż... Rzeczy niemożliwe załatwiam od ręki, na cuda potrzebuję trochę czasu. Nie potrafię okiełznać samej siebie i choć zwykle panuję nad własnym roztrzepaniem, nie mam problemu z motywacją czy działaniem, nie umiem siebie namówić, zmotywować do spokojnego poleżenia przez kilka godzin z lodowatym kompresem na głowie, a niewątpliwie by mi to pomogło.

10 października 2010

Kolory życia.

Życie i ludzie są jak wielkie pudło kredek, kredek w różnych kolorach. W takim pudełku znajdziemy całą gamę odcieni. Znajdziemy tam także czerń i biel. Świat jednak nie jest czarno - biały, choć niektórzy ludzie właśnie takim chcą go widzieć i do czerni oraz bieli próbują go sprowadzić, jakoś wszystko przyporządkować tylko do nich, jakby innych kolorów wcale nie było. Przecież nikt nie jest tylko czarny, albo tylko biały. 

W czarno - białym świecie to, co dobre jest białe, a to, co złe jest czarne, ale przecież my jako ludzie nie jesteśmy tacy jednoznaczni i mało skomplikowani. Mamy wady i zalety. Podobnie jest z sytuacjami. Często nie można jasno ich określić. 
Przyznam, że nie rozumiem czarno - białego podziału świata. Dla mnie czarno - białe mogą być filmy. Uwielbiam też takie zdjęcia, zwłaszcza portrety, dlatego że uwydatniają barwy, które mają w sobie ludzie, a kolor nie przeszkadza dostrzec piękna. I choć uwielbiam czarny i ponad połowa moich ubrań jest właśnie taka, i choć nie przepadam za białym, nie wyobrażam sobie patrzenia na świat i ludzi tylko poprzez czarno - białe okulary. 

Wydaje mi się, że ci, którzy w sposób czarno - biały postrzegają świat oraz ludzi tracą bardzo wiele. Na ich oczach tętni życie, pojawia się wiele emocji, a oni wszystko sprowadzają do dwóch wyznaczników. To trochę tak, jakby sami sobie świat zubożali. Nie widzą jego kolorów. 
Ci, którzy widzą świat i ludzi w kolorze, widzą te kolory na swój własny sposób. I ja widzę kolory. Mnóstwo barw. Miłość widzę w wielu odcieniach, ale najczęściej ma ona dla mnie kolor makowych płatków. Nadzieja jest zielona jak świeża wiosenna trawa. Smutek ma kolor fiołków leśnych. Radość wygląda jak tęcza. Wiara ma kolor upalnego, letniego, bezchmurnego nieba. Dobro ma dla mnie kolor jesiennej dyni. Tęsknota jest jak noc ciemna, granatowa. Szczęście wygląda jak dojrzałe kłosy pszenicy. Każde uczucie ma inną barwę. 

A ludzie są jak pudełka kredek. Otwieram i widzę różne kolory. W każdym pudełku są inne, bo każdy z nas jest inny, niepowtarzalny.

Wyglądam za okno i widzę mnóstwo barw. Zamglone niebo w kolorze malinowym, drzewa z liśćmi zielonymi, żółtymi, pomarańczowymi, czerwonymi, nawet trawa nie jest tylko w jednym kolorze. 
Świat i ludzie nie są ani czarni, ani biali, ani czarno - biali, ani szarzy. Wszystko ma swój kolor. Tyle tylko, że dla każdego z nas świat i ludzie mają tyle kolorów, ile w nich potrafimy dostrzec.