Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jedzenie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jedzenie. Pokaż wszystkie posty

10 marca 2015

Koszmary i koszmarki.

Paskudna rzeczywistość pozbawiła mnie weny, a pętające się wszędzie mikroby, wirusy oraz inne paskudztwa zabrały mi siły. Bóle głowy, gorączka, mdłości, katar, kaszel i cała litania przypadłości, do tego brak chęci i motywacji do czegokolwiek. Nie jest to mój najlepszy okres. Zdecydowanie nie jest. Walczę z tym wszystkim i usiłuję się zmobilizować -tylko że... jak dotąd to z mizernym skutkiem mi idzie. 
 
Miewacie czasem stany lękowe? Mi się zdarzają. Jako dziecko bałam się ciemności. W nocy i w ogóle po ciemku moja wyobraźnia wręcz szalała, napędzając machinę lęku. Wiele lat później przestałam się bać ciemności, ale czasami mam takie dziwne uczucie w środku... niby to nie jest lęk, ciemność mnie nie przeraża, ale bywają wieczory, kiedy nie zasnę bez zapalonego światła. 
 
Od lat nie sypiam w ciszy. Towarzyszy mi radio, muzyka, film, jakiś program w telewizji, cokolwiek. Bardzo rzadko zdarza się, że zasnę w ciszy - dzieje się tak zwykle, gdy bardzo źle się czuję albo mam tak koszmarną migrenę, że nie jestem w stanie znieść jakiegokolwiek dźwięku. Bywają dni i wieczory, gdy cisza mi bardzo odpowiada, ale zasypianie w niej jest wyjątkowo trudne dla mnie, ponieważ mój słuch jest wyczulony, a głosy z otoczenia mnie rozpraszają, niepokoją. O wiele lepiej zasypia mi się, gdy mój słuch może się na czymś skupić. Cisza przy zasypianiu jest nie do zniesienia dla mnie, zwłaszcza od choroby i śmierci rodziców. 
 
Wiecie czego się jeszcze boję? Tego że nikt tak naprawdę mnie nie potrzebuje i że gdybym nagle umarła, to może ktoś by przyszedł na mój pogrzeb, ale czy ktokolwiek szczerze by po mnie płakał? Czy ktoś by mnie pamiętał? Czy może otoczenie zapomniałoby równie szybko, jak część mojej najbliższej rodziny o moich rodzicach? Nie cierpię czuć się niepotrzebna. 
 
Przypomniało mi się coś jeszcze. Nie dotyczy to lęków, lecz mojego dzieciństwa i jedzenia. Mam swoje koszmarki, jak wiele dzieci. 
 
Kiedy chodziłam do przedszkola, nie znosiłam, gdy po obiedzie czekała na nas obrana i sucha marchewka, do której jedzenia nas zmuszano. Obrzydliwość. Smakowała jak wióry. I zawsze kończyła, o ile mi się nie udało wypluć jej do kibelka czy do śmietnika, w mojej chusteczce albo w kieszeni spodni. Obrzydliwa przeżuta marchewkowa papka na długo zniechęciła mnie do chrupania marchewki.
 
Natomiast śniadania były dużo lepsze. Jak było kakao albo zupa mleczna, to był dobry dzień. Co prawda zupa mleczna nie dorastała do pięt tej, którą robiła moja mama, ale i tak smakowała dobrze. Gorzej było, gdy próbowano wmuszać we mnie bawarkę i częstowano mnie nią, zamiast herbatą. A dla mnie przypominało i wciąż przypomina to brudną wodę od mycia naczyń. Przepraszam, jeśli uraziłam zwolenników herbaty z mlekiem, ale dla mnie to profanacja herbaty i koszmar dzieciństwa. Na szczęście rodzice wybawili mnie od picia tegoż, zgłaszając, że mam dostawać herbatę albo kakao. Ciepłego mleka też nie wypiję. Zimne i owszem, o ile nie było wcześniej przegotowane.
 
Natomiast płatki z zimnym mlekiem mi nie podchodzą. Muszę mieć ciepłe mleko.
Była jednak jedna rzecz, którą uwielbiałam w przedszkolu i wręcz byłam gotowa bić się o nią - a mianowicie o kanapki z twarogiem i rzeżuchą. Fantastyczne. To było coś, co smakowało wybornie. Dlatego ostatnio odnowiłam znajomość z rzeżuszką, którą upiększam kanapki z twarożkiem właśnie. 
 
Wiosną pachnie... Czujecie?

24 października 2011

Dynia z gruszkami.

od lat niezmiennie
na pustej kartce
słów szukam

rozglądam się za nitkami atramentu
za znakami schowanymi w tej bieli
jak pokój za firanką

ciąg liter
alfabet
bez znaczeń
zbyt pełny
pękaty myślami

jak kowal kuję
myśli
zdarzenia
pragnienia

wiem że nie będą wieczne
zdumchnie je niczym ziarnka piasku wiatr
by spłynęły wraz z kroplą wody

--------------------------


Cisza.
Bez słów.
Bez znaków.
Niema.
Głucha.
Ślepa.
Cisza.

Nawet liście nie drżą na wietrze.
Tylko cienie drzew wyciągają swoje nagie macki gałęzi.

W kuchni smaki wnikają w ściany.
Warzywna paleta barw pachnie jesienią.
Zbolałe ciało próbuję nakarmić.
Wypełnić zapachem.

Ale straciłam apetyt.
Z tęsknoty.
-----------------------------------

 
 



mleczny mus z gruszek z cytrynową nutą


ciasto dyniowe
ciasto dyniowe  z musem gruszkowo-dyniowym


zupa dyniowa


Dynia i gruszki zapędziły mnie w weekend do kuchni. Nie mogłam się powstrzymać, nie mogłam walczyć ze sobą i jakoś tak wyszło, że niedzielę spędziłam głównie na kuchennych zmaganiach. Może to nawet lepiej, tym bardziej że za oknem o godzinie 10.30 było 0! stopni. Mgły tańczyły na horyzoncie, a koło południa jakby postanowiły zbliżyć się i pożreć znacznie więcej widoku za oknem. Sobota była przyjemna, słoneczna i chyba tylko dzięki temu zapędziłam samą siebie do gruntownych porządków. Nie oszczędziłam nawet firanki na drzwiach łazienkowych. A dziś mój ojczulek kochany przekonał się sam z siebie do zupy dyniowej i placka dyniowego. Nie, to nie moja zasługa, tylko tej smacznej, cudownie pomarańczowej, delikatnej dyni. 

Jednego roku miałam okazję spędzić kilka dni w tzw. letnim domku (nawiasem mówiąc można w nim spokojnie też zimą przebywać i się nie zmarznie) rodziców mojej koleżanki. Ona nie miała kłopotów ze snem. Za to ja spałam maksymalnie po dwie godziny, bo więcej jakoś nie mogłam. Gdy na dworze było jeszcze ciemno, wychodziłam o jesiennym poranku z domku i szłam najpierw na grzyby, a potem pomedytować sobie koło pola dyń. Nie mogłam się na nie napatrzeć. Mogłabym tak godzinami tam sobie siedzieć.

Muszę po prostu muszę utrwalić tę dynię na zimę, bo z czego będę robić dyniowe przysmaki??? Jeszcze w kolejce czeka chlebek dyniowy, ciasto z puree z dyni, suflet dyniowy, zapiekanka z dyni... Gruszkom też się nie upiekło.


10 sierpnia 2011

Sufletowo.

Od dziecka uwielbiałam wszelkiego rodzaju zapiekanki. A zamiłowanie do nich tak naprawdę zaczęło się chyba pewnego piątkowego popołudnia, gdy wróciłam ze szkoły. Za oknem było paskudnie, brzydko, zimno i deszczowo. W domu byłam tylko ja i mama. W lodówce i szafkach robiło się mocno pustawo, podobnie jak w portfelach rodziców. Moja mama wykazała się wtedy pomysłowością i zrobiła cudowną zapiekankę. Do dziś pamiętam tamten niesamowity zapach i smak. Żałuję bardzo, że nigdzie nie zapisałam składników z jakich mama zrobiła tę zapiekankę. Ciepłe przepyszne i pięknie pachnące danie rozjaśniło mi tamten pochmurny dzień, a moje kubki smakowe rozmiłowały się w zapiekankach.

Zapiekanka to właściwie pojęcie bardzo ogólne. Najczęściej chyba kojarzy się z czymś, co można kupić w budce z fast foodami. Jednak zapiekanka to potrawa zapiekana w piekarniku, przyrządzona z różnych, często wcześniej ugotowanych składników. Stąd mamy zapiekanki z makaronu, z warzyw, w tym z ziemniaków. Wśród zapiekanek jest też coś takiego jak gratin. Słowo "gratin" pochodzi z języka francuskiego. Pod tym pojęciem należy rozumieć wszystko to, co w czasie zapiekania pokrywa się złocistobrązową chrupiącą skórką. I jest jeszcze mój absolutny faworyt czyli suflet. Słowo to również wywodzi się z francuskiego. Pochodzi ono od czasownika souffler, oznaczającego wydmuchiwać, dmuchać, nadymać, dąć. Suflet to puszysto wyrośnięta, dzięki dodaniu ubitej na sztywno piany z białek, zapiekanka.

Zapiekanki mają to do siebie, że potrafią poprawić humor w paskudny dzień, a te słodkie cudownie odganiają wszelkie smutki. Poza tym zapiekankę można przyrządzić prawie ze wszystkiego, co jest jadalne, a dzięki temu możemy szaleć z pomysłami.

Pierwszy suflet, który zrobiłam, był mało udany. Smak miał nawet niezły, ale wyglądał koszmarnie. Poza tym był robiony nie w ceramicznej formie, tylko w tym co było pod ręką. Opadł, środek się wciągnął, a suflecik wyglądał jak rozciągnięty balonik, z którego uszło powietrze. Następne razy były już dużo dużo lepsze. Gdy robię słodkie sufleciki, czy to małe, czy duże - formę smaruję masłem i obsypuję cukrem. Natomiast te serowe, z szynką i z warzywami, słone i pikantne również wkładam w foremki wysmarowane masłem. Czasem obsypuję je bułką tartą, a czasem niczym. Zdarza się, że natłuszczam formę oliwą, ale to wyjątkowo rzadko, jeśli jakimś cudem masło zniknie z mojej lodówki. Foremki napełniam do max 2/3, czasem 3/4 wysokości, aby suflecik mógł swobodnie wyrosnąć i nie zabierał się za uciekanie. Suflety muszą wędrować do nagrzanego piekarnika. Chwilę po upieczeniu i wyjęciu, może trochę opaść i jest to całkiem normalne. Dlatego suflety najlepiej jeść tuż po wyjęciu z piekarnika. Wtedy nie tylko pięknie wyglądają, ale świetnie smakują. Suflety piekę zwykle w temperaturze 180-200 stopni. Te małe zwykle 15-20 minut, te duże około 45 minut. I jeszcze jedna ważna uwaga- nie należy otwierać piekarnika w trakcie pieczenia.
Poniżej 3 najprostsze wersje sufletowe w wersji pojedynczej (małej). Gdy używam dużej formy zwykle składniki mnożę razy 4. Zachęcam do różnych wariacji z dodatkami, przyprawami.


suflecik serowy
składniki:
1 jajko (rodzielić białko i żółtko)
sól, pieprz, gałka muszkatołowa
2 łyżki tartego sera żółtego
łyżka pokrojonej drobno szynki
łyżka posiekanego drobno szczypiorku
masło do wysmarowania foremki

Żółtko wymieszać z przyprawami, serem, szynką i szczypiorkiem.
Białko ubić na sztywną pianę i dodać do masy, połączyć delikatnie mieszając łyżką.
Dobrze najpierw połączyć część piany, a potem resztę.
Przełożyć masę do formy, uważając, aby nie ubrudzić wierzchu formy, bo wówczas suflet od tej wypaćkanej strony będzie miał kłopot, aby wyrosnąć i będzie po prostu krzywy ;)
Taki suflecik piekę ok. 20 min w 200 stopniach.




suflecik czekoladowy
składniki:
1 jajko
6 kostek czekolady mlecznej
masło i cukier do wysmarowania oraz obsypania formy

Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej. Ja biorę na taką ilość małą szklaną miskę, stawiam ją na metalowym kubku, w którym gotuje się woda. Gdy czekolada się rozpuści, odstawić ją na kilka minut do ostygnięcia. Czekolada nie może być gorąca.
Białko ubić na sztywną pianę. Do czekolady dodać żółtko i razem wymieszać, najlepiej dość szybko. Do masy czekoladowo-żółtkowej dodać pianę i delikatnie połączyć, mieszając łyżką. Masę przełożyć do formy. Taki suflecik piekę ok. 15 minut w 180-200 stopniach. (Można nagrzać piekarnik do 200 a po wstawieniu sufletu zmniejszyć do 180).




suflecik z malinami
składniki:
1 jajko
łyżka cukru (może być biały, może być trzcinowy)
można dodać łyżkę rumu
10 malin
masło i cukier do wysmarowania oraz wysypania formy

Żółtko wymieszać z cukrem i ewentualnie z rumem. Białko ubić na sztywną pianę i połączyć delikatnie z masą żółtkową. Na dno wysmarowanej i wysypanej cukrem formy położyć umyte oraz osuszone maliny. Zalać masą i wstawić do piekarnika. Piec ok. 15-20 min. w 180-200 stopniach.


Pogoda za oknem jaka jest każdy widzi. Bardziej październikowa niż sierpniowa. Wiatr, ciemne chmury i zimno. Dlatego dziś serwuję sobie suflecik czekoladowy z malinami.


27 kwietnia 2011

Jadalny bukiet.

Wróciłam wczoraj do domu i jak to po świętach być nie powinno, a było... lodówka ziała pustką, podobnie jak pobliskie targowisko. Zbliżała się pora obiadu, śniadanie gdzieś mi z rozkładu jakoś wyjątkowo uciekło, choć to mój ulubiony posiłek i najważniejszy w ciągu dnia. Trzeba było czymś nakarmić moje trzewia, które już głośno domagały się czegoś do strawienia. Przejrzałam zapasy... i stworzyłam... curry nie curry, ale na pewno coś jak curry ;) Cebula, czosnek, por, pomidory z puszki, kalafior z zamrażarki, rodzynki, oliwa, ryż, jogurt naturalny bez cukru, natka pietruszki ze skrzynki (kolendra jeszcze nie urosła ;)... nic więcej z rzeczy jadalnych, które były w domu się nie nadawało do tegoż. Oczywiście najważniejsze są przyprawy, które z lenistwa, choć bardziej z głodu, wrzuciłam do młynka i zmieliłam. Wyszło przepyszne. I tylko siłą woli powstrzymałam się od zjedzenia podwójnej porcji ;)

Jako że wiosna już na dobre u nas się rozgościła, to znak, że znowu będzie można najeść się szparagów. Uwielbiam szparagi - gotowane, zapiekane, w zupie, białe, zielone... Każdego roku sezon wydaje mi się zbyt krótki, aby się ich najeść na zapas aż do następnego roku. Działają na mój organizm jak odtrutka i mogłabym je spożywać na śniadanie, obiad i kolację, podobnie jak pomidory, ogórki, sałatę i cukinię. Ja w ogóle lubię warzywa, zielsko wszelakie... i właśnie do głowy przyszło mi coś szparagowego. Przy najbliższej okazji sprawdzę, czy jest jadalne ;)

Lubię piec i gotować potrawy z dużą ilością warzyw oraz owoców. Nie wyobrażam sobie bez nich życia, a gdy ich nie jem lub jem zbyt mało, czuję się tak, jakbym w środku była brudna. Mam wrażenie, że jestem ciężka, zatruta i zmęczona. Panie, u których kupuję, zdążyły się już przyzwyczaić do tego, że zanim kupię, muszę powąchać ;) Bukiet z ziół... pachnący i smaczny. Szkoda, że nikt jakoś nie wpadł na to, aby mnie takim obdarować... Eh... Bo też kto miałby wpaść... A taki bukiet zielony to nie tylko ładny i pachnący, ale jeszcze jadalny :)))

3 lutego 2011

jest mi tak...

Popołudnie było jakieś takie zamglone, rozmyte, nieprzyjemne. Tylko zawinąć się w koc i wcisnąć się w kąt, słuchając jazzu. Miękka jak wosk, rozpłynięta i śpiąca...
Zrobiłam sobie curry. Uwielbiam curry. Wąchałam je tak długo, aż poczułam, że energia rozchodzi się po całym moim ciele. Aromatyczne, ostre, pyszne...
Jest mi tak jakoś...

Przypomniał mi się dziś obraz Wrubla - "Demon i anioł z duszą Tamary" i wiersz, napisany jakiś czas temu, gdy znalazłam go przypadkiem przy czyszczeniu starego laptopa...


"spacer z aniołem"
ludzkie to cechy zbliżyły nas do siebie
wtulasz nos w moją szyję i włosy co noc
strzegąc snu mojego
głaszczesz mnie po włosach

masz mnie pod skórą
wraz ze skrzydłem moim
które schnąc nad kuchenką
zostało nadpalone

aureola wisiała kiedyś na kołku
dałam ją temu kto bardziej jej potrzebował
mam tylko sukienkę szarą podartą
i kawałek skrzydła
z którego dnia każdego gubię pióra

słone strużki wyryły koryta na policzkach

głowę w rękach chowasz
kulisz się jak kamień
spod zaciśniętej powieki wysuwa się gwiazda
błyszczy się 
spada
na serce nieme 

znak pamięci?
chwila odrodzenia?


porzuć koronę twą cierniową
na gwoździu nad kominkiem zawieś
rzuć w ogień skrzydła
idź ze mną drogą


niech w pył się zmieni
bolesna pamięć







15 grudnia 2010

Święta, święta...

Mróz ściął porządnie, białego lekkiego puchu codziennie przybywa... Mam nadzieję, że utrzyma się tak do świąt. Uwielbiam białe święta, kiedy wszystko wokół przykryte jest tą śnieżną pierzynką, a wszelki brudy i szarości są pochowane. Lubię też, gdy mróz szczypie moje policzki, a śnieg skrzypi gdy tylko krok zrobić. 

Uświadomiłam sobie, że za 9 dni będzie Wigilia i że zupełnie myślowo nawet nie jestem przygotowana. W tym roku jakoś tak nie mam ochoty na święta, smutno mi i refleksyjnie. Zresztą nie wiem jak miałyby wyglądać. Od kilku lat nie ma normalnych radosnych świąt, są podszyte łzami, strachem, niepewnością, tęsknotą, smutkiem. Czy te będą inne? Niestety nie, choć ja zrobiłabym wszystko, aby były, ale nie mam takiej mocy.

Tym razem ze względu na mój "szpital domowy", cała najbliższa rodzina będzie u mnie. Trudno to sobie wyobrazić na tak małym metrażu, ale w tym mieszkaniu już wiele razy bywało znacznie więcej osób. Chciałabym tylko, aby nie wisiał nam nad głowami smutek, aby w gardłach nie grzęzły wciąż łzy, aby choć trochę tej radości było, radości z czasu, który jest nam dany, który możemy razem spędzić. 
Myślę, że dobre jedzenie, pachnące domowe ciasto może w tym pomoże? Siedzę i tak sobie myślę, co też tym ludziom dać do jedzenia, aby nikt nie był głodny, aby każdy mógł coś zjeść. Wbrew pozorom, to nie takie proste gdy ograniczają nas różne diety, alergie i inne takie. Mam kilka pomysłów, mam też kilka asów w rękawie... Święta spędzę głównie w kuchni i mam tylko nadzieję, że zjedzone zostanie jedzenie, a nie ja... wzrokiem ;) Trochę bezpiecznie, trochę ryzykownie z potrawami... 

Moja rodzina to taki twór, który nie lubi nowości, nie lubi modyfikacji, nie lubi nawet, gdy coś jest trochę inaczej niż zwykle. Coś co wpasowuje się w gusta ich kubków smakowych, ale jest nowe i nazywa się jakoś tak, że kojarzy im się z udziwnieniem, bez spróbowania wydaje im się niedobre i od razu mają negatywne nastawienie. Czasem im nie mówię, co jest w potrawie, bo wcale by nie zjedli ;) A w całej rodzinie to ja właśnie uchodzę za tę dziwną, która kaszanki nie ruszy (ze względu na to, co daje jej ciemny kolor), mięsa je byle jak najmniej, a w kuchni wydziwia... Już dodanie rozmarynu do ryby pieczonej w folii na ruszcie jest dziwne... Żadnych nowości, udziwnień i nieznanych smaków. 

Pamiętam, gdy jednego roku na Wielkanoc robiłam ciasta... poza Mamą, reszta rodziny miała negatywne podejście, wyobrażając sobie nie wiem już co, a moje wytwory okazały się strzałem w dziesiątkę, a ojciec oszalał normalnie na punkcie babki pomarańczowej i wciąż by ją jadł. 
Sądzę, że i tym razem utrafię w ich smaki, ale nic im nie powiem. Jest szansa, że najpierw zjedzą, a później spytają, co to było ;) 

Jeśli o mnie chodzi to orzechy, czekolada, makowiec, kluski z makiem, zupa rybna i kapusta z grzybami w zupełności mi wystarczą. Mogłabym nic innego nie jeść przez całe święta. Aczkolwiek w planie jest dużo dużo więcej pyszności... 

Mam tylko nadzieję, że tegoroczne święta nie będą podszyte łzami...

16 października 2010

Żywność ze śmietnika.

W ostatnim czasie temat żywności i jej marnowania jest coraz głośniejszy w mediach. Co siódma osoba na świecie cierpi z głodu i niedożywienia. Dziś obchodzimy Światowy Dzień Żywności i Walki z Głodem. A mnie zastanawia jedno, dlaczego marnujemy tyle jedzenia? Dlaczego tak dużo świeżej żywności ląduje w śmietnikach (W skali świata to jakaś 1/3 jedzenia się marnuje.)?

Codziennie wyrzucam śmieci, wcale nie dlatego, że tyle się ich nazbiera, ale dlatego, że się szybko psują... choćby takie obierki od kartofli czy skórki od bananów. Zdarza się, że w moim śmietniku ląduje zepsuta śliwka, zgniły kartofel czy spleśniała marchewka. Zawsze wtedy jestem wściekła na siebie, że tak się dzieje. Bardzo nie lubię marnować jedzenia. Staram się przed każdym wyjazdem co najmniej dwudniowym pozjadać wszystko i nie robić żadnych zapasów, bo nie chodzi o to, aby później jedzenie wylądowało w śmieciach, ale aby napełnić nim swój żołądek.
Wczoraj wyrzuciłam śliwkę, a dziś pomidora. Popsuły się przez wilgoć i chyba były lekko zgniecione. Nie było mnie, więc nie spostrzegłam w porę, kiedy nadawało się jeszcze do jedzenia. Lodówkę regularnie przeglądam z rodziny ja, pchana do tego przeglądania obsesją, że się coś zmarnuje, częściej pcha mnie tam głód.

Dla niektórych może być to dziwne, że jestem na siebie tak bardzo zła z powodu jednej marchewki. Ale przecież ta marchewka, która ląduje w koszu przez moje niedopatrzenie, mogłaby zapełnić czyjś pusty żołądek... może jakiegoś dziecka.
Mieszkam w dużym bloku i codziennie widzę, jak wiele jedzenia ląduje w pojemnikach w śmietniku. Pominę fakt braku segregacji odpadów, niezgniatania butelek plastikowych itp., bo nie jest to dzisiejszy temat. W śmietnikach ląduje chleb, owoce i warzywa, niestety tylko lekko nadpsute albo odgniecione... bo pewnie lepiej kupić świeże... W śmieciach można znaleźć też sporo mięsa i wędliny. Wolę nie myśleć, ile mleka, śmietany, soków i innych takich codziennie się wylewa. 
Obok opakowań po pizzy, po chipsach, po słodyczach, napojach gazowanych w śmieciach widzę mnóstwo żywności, kiedy uchylam wieko pojemnika. W moim bloku mieszka około tysiąca ludzi, a codziennie w kontenerach pojawia się tyle jedzenia, że kilkadziesiąt osób mogłoby się wyżywić z tego. A to tylko jeden blok. Ile takich bloków i kontenerów jest w całej Polsce? 

W sobotę na pobliskim targowisku mnóstwo ludzi stoi w kolejkach i kupuje różne produkty - od chleba począwszy, a na słodyczach skończywszy. Czasem mam wrażenie, że się pobiją o jakieś owoce czy mięso, bo przecież muszą je kupić, a ta osoba przed nimi przecież specjalnie chce je im wykupić. Zdarza się, że jeśli ktoś powie, że też chce dany produkt kupić, to osoba z przodu, która właśnie go kupuje, wykupi wszystko, akurat po czyjejś uwadze, bo wcześniej jakoś tyle nie było potrzebne... 

Z tego, co obserwuję... zazwyczaj ludzie kupują dość dużo. Ile z tego zjedzą? A ile wyląduje w śmieciach? Ile jedzenia ze sklepów wyląduje w śmietniku, bo przecież bardziej opłaca się wyrzucić niż wspomóc np. jakiś dom dziecka? 

Przyznam, że nie rozumiem tego kompletnie. Powinno być inaczej. Przecież można kupić mniej, tyle żeby zjeść, tylko że tu pojawia się inny problem. Wygodniej kupić więcej, bo przecież kto będzie biegał do sklepu kilka razy w tygodniu... To jak już się kupuje więcej, to może z dłuższą datą przydatności, to może coś, co da się zamrozić, kupić mniejszą ilość produktów, które łatwo się psują...? Jeśli chodzi o sklepy i przedsiębiorców, to ustawodawcy powinni się tym zająć, żeby bardziej opłacało się podarować jedzenie niż wyrzucać jeszcze dobre produkty, bo sprzedać się nie sprzedadzą, a zjeść można, bo są dobre (np. chleb). Pal licho tych tam, co prawo stanowią. 

Chociaż my starajmy się nie marnować jedzenia. Przecież tylu ludzi na świecie nie ma co jeść, tyle dzieci umiera z głodu. Wiem, że nie da się uniknąć tego, żeby w ogóle jedzenie nie lądowało w koszu, bo czasem naprawdę nie ma na to wpływu, że jeden ziemniak czy jakaś cebula nie będą się nadawać do spożycia, ale możemy mieć wpływ na to, aby nie wywalać wręcz kilogramów jedzenia. Lepiej kupić mniej, a tę złotówkę czy dwie przeznaczyć na wsparcie akcji jakieś organizacji pozarządowej, która walczy z głodem i niedożywieniem.

24 września 2010

O jesieni i słowie na d.

Pełnia. Pierwszy dzień jesieni. Piękna słoneczna pogoda. Świeże powietrze, chociaż o świcie towarzyszył mi poranny chłód, mgła i typowo jesienny wschód słońca. Uwielbiam jesień. Zdecydowanie to moja ulubiona pora roku. Ma w sobie taką smakowitą świeżość podszytą kolorem i chłodem poranka, dostarcza mi mnóstwo energii, podobnie jak jesienne jedzenie. Kiedy idę po zakupy czasem sama nie wiem, co mam wybrać, bo właściwie mam na tyle rzeczy ochotę. Kabaczek nadziewany mięsem mielonym, cukinia zapiekana z rozmarynem, tymiankiem, czosnkiem i pomidorami, puree z dyni z pomidorami, sałata z gruszką i serem z niebieską pleśnią, zapiekanka z dyni, rogaliki ze świeżymi powidłami, pierożki z grzybami, zupa grzybowa... Mogłabym tak wymieniać i wymieniać w nieskończoność, a najchętniej to wszystko bym zjadła... naraz. Jednakże choć bardzo bym się starała, to i tak nie zmieszczę tego wszystkiego żołądku. Tak więc kilka razy w tygodniu serwuję coś innego, coś pysznego, coś jesiennego. 
 
Spacerowałam sobie dzisiaj, wdychając jesienne powietrze, zbierając kasztany, relaksując się przed wielkim poniedziałkowym stresem. W drodze powrotnej wstąpiłam do centrum handlowego, żeby zrobić szybkie potrzebne zakupy w kilku sklepach. Wjeżdżałam do góry ruchomymi schodami, a przede mną nieco wyżej stali sobie dwaj młodzi faceci, którzy każdą kobietę komentowali tak: "Ty! Patrz, co za dupa!", "Jaka dupa!", "Ty, niezła dupa!". Zostałam również skomentowana tekstem... "Patrz na tą dupę!". Nie dość, że zamiast jakiegoś normalnego określenia na kobietę rzucili słowem na d, to jeszcze zamiast zaimka "tę" użyli "tą" - nagminny błąd jednostek wszelakich doprowadzający mnie do szału, zwłaszcza gdy powtarzany jest przez dziennikarzy, bo że dziennikarzyny tak mówią, to już mnie nie dziwi. 

Wracając jednak do słowa na literę d. Zastanowiło mnie jedno, czy młodzi mężczyźni potrafią między sobą określić kobietę normalnym słowem, czy może tak bardzo się przyzwyczaili do przedmiotowego traktowania nas, że nie przejdzie im przez usta słowo "kobieta" albo "dziewczyna"? Wielokrotnie słyszę wokół  jak mężczyźni nazywają kobiety dupami, a najgorsze jest to, że tak mówią też o swoich partnerkach. Najczęściej wyrażają się tak młodzi faceci, ale ci starsi często niestety też nie są lepsi. 

Niedawno jeden taki przyglądał mi się, nazwał mnie oczywiście dupą, zwracając się do swojego kolegi, a potem nieudolnie próbował mnie zagadnąć. Myślał chyba, że nie dosłyszałam jego komentarza z dupą na pierwszym planie. Jaka normalna kobieta zareaguje przychylnie po czymś takim? Rzuciłam mu tylko tyle, że "taka dupa to ma w dupie takiego dupka jak ty". Fakt, zniżyłam się do jego poziomu, ale innego języka pewnie by nie strawił.