Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciasta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciasta. Pokaż wszystkie posty

29 maja 2011

Kuchenne zmagania.

Ostatnio coraz częściej śni mi się jeden sen. Dziś jednak śniła mi się senna wariacja tego snu. W efekcie, gdy się nad ranem obudziłam, dłuższą chwilę trawało, zanim doszłam do siebie i poskładałam sobie wszystko w głowie. Dopiero gdy ojciec rano złożył mi życzenia, ocknęłam się, że powinnam była wczoraj kupić albo zrobić jakieś ciasto imieninowe. Zrobiłam szybki przegląd lodówki i decyzja padła na kruche z truskawkami, zwane plackiem z truskawkami.


składniki:
szklanka truskawek
szklanka mąki
szklanka cukru pudru
szczypta soli
10 dag masła
łyżka kwaśnej gęstej śmietany
2 jajka 

ciasto:
szklanka mąki
pół szklanki cukru pudru
łyżka śmietany
pół kostki masła (10 dag)
2 żółtka

Z podanych składników zagniatamy kruche ciasto. Trzeba zrobić to dość szybko. Zagniecione ciasto formujemy w kulę i wkładamy do lodówki na co najmniej godzinę. 
Ja ciasto owijam w folię do żywności, przez którą później wałkuję ciasto. Ciasto się łatwiej się wałkuje i nie rozrywa się.

Po wyjęciu z lodówki wałkujemy ciasto i wylepiamy nim blaszkę (nie trzeba jej smarować). Ciasto nakłuwamy widelcem i wkładamy do piekarnika nagrzanego do 180 stopni. Pieczemy pół godziny.

Pod koniec pieczenia ubijamy pianę z białek, połowy szklanki cukru pudru i szczypty soli. Do piany dodajemy pokrojone truskawki i mieszamy łyżką.

Wyjmujemy ciasto, na które wykładamy pianę z truskawkami. Ponownie wkładamy do piekarnika i pieczemy około 15-20 minut.

powyższy przepis jest na małą blaszkę - taką połowę normalnej dużej blachy


 
 

15 maja 2011

Smakowita niedziela.

Niedziela od zawsze kojarzy mi się ze spokojem, odpoczynkiem, przyjemnością, posiłkami w towarzystwie i z zapachem domowego ciasta. W niedziele nie myślę o poniedziałku, o tym, co muszę. Cieszę się byciem. I pozwalam sobie na kawałek przyjemności w postaci smacznego ciasta.

Uwielbiam ciasta... piec. Jeść też, ale zdecydowanie bardziej wolę je robić. Lubię brać w dłonie mąkę, przesypywać ją między palcami, opuszkami palców zagniatać z mąki, masła i cukru pudru kruszonkę. Czuję się wtedy tak jak dziecko w piaskownicy. Może dlatego bawię się w zagniatanie ciasta na pierogi i wyrabiam ręcznie ciasto drożdżowe. Zresztą we mnie się wszystko burzy na myśl, że miałabym ciasto drożdżowe robić w jakiejś okropnej maszynie. Odebrałabym sobie wówczas całą przyjemność z tego spokojnego zagniatania, doglądania ciasta, rosnącego pod ściereczką, wąchania smakowitego zapachu, rozchodzącego się po całym domu.

Jest też inny powód, dla którego nie zrobiłabym drożdżówki w żadnej maszynie. Proporcje są... hmmm... ruchome. Gdy mama uczyła mnie robić to ciasto, nie było innej możliwości, jak tylko zagnieść je ręką. Mikser nie dałby rady, a innych udogadniaczy zwyczajnie w sklepach nie było. Może to i lepiej? Nie wiem. W każdym razie nauczyłam się wyczuwać pod dłonią, kiedy ciasto ma dostateczną ilość mąki i kiedy jest już wystarczająco wyrobione. Jeszcze się mi nie zdarzyło, aby się nie udało. Raz jeden zrobiłam głupotę, bo zapomniałam posypać drożdżówkę kruszonką (nie wiem, gdzie ja miałam wtedy własną głowę). Wyciągnęłam z piekarnika ciasto, posypałam... i już mi wyżej nie wyrosło... bo "inteligentnie" wyciągnęłam w trakcie rośnięcia. To tak jakby otworzyć piekarnik w trakcie pieczenia sufletu - opadnie, nie wyjdzie zupełnie. Tamtego dnia miałam takie zaćmienie umysłowe... ale mimo owego zaćmienia ciasto wyszło przepyszne, choć nie tak ładne, jak zwykle.

Raz jeden jedyny, gdy miałam jakieś dziesięć lat i trochę, zrobiłam "arcydzieło", którym można by zabić. Spalone, z zakalcem i twarde jak kamień... a wszystko robiłam zgodnie z przepisem ;) A ciężkie było... jakby w tym placku były kamienie.

Gdy byłam na studiach, znajomi zapraszali a to na grilla, a to na jakieś imprezy z jedzeniem i piciem ;) Z pustymi rękami iść nie wypada, przynosić kolejnych kilogramów kiełbasy, chleba czy nawet litrów alkoholu (no jednak każdy ma jakieś granice przyswajania tak jedzenia, jak i picia ;) sensu nie było, więc CzG chodziła z ciastami. Coś słodkiego zawsze dobrze smakuje i wcale nie musi to być alkohol czy ciastka z czekoladą. Kiedyś zrobiłam wielką blachę tarty z truskawkami. Załapałam się na jeden mały kawałek. W niecałe 10 min pożarli wszystko, co zawierała największa blacha, jaką miałam w domu. Podobnie było innym razem z chruścikami - 3 wielkie michy, smażyłam chrust ponad 4 godziny. Zjedli wszystko w pół godziny.

Jak tak sobie myślę o tym, to dotarło do mnie, że w szkole średniej też chodziłam z czymś w postaci ciasta, ciastek własnej roboty. Dziwne, że nie zostałam cukierniczką. Choć z drugiej strony, to ma swoje plusy. Przyjemność i relaks (czyli robienie ciasta) takimi pozostają :) I do dziś mi to zostało, że zabieram te ciasta, ciasteczka ze sobą. O ile przyjemniej zjada się pyszności w towarzystwie.

Niedziela upłynęła pod znakiem ciasta drożdżowego z kruszonką. Za w nadchodzącym szybkimi krokami tygodniu zjadłabym kruche ciasto z jabłkami i rabarbarem albo tartę z kremem budyniowym o smaku krówkowym.

19 kwietnia 2011

Babeczka cd.

Święta zbliżają się wielkimi krokami to czas na babeczkę ;)

Do babeczki piaskowej pomarańczowej (ale może być też cytrynowa) potrzebne będą:

szklanka mąki pszennej
szklanka mąki ziemniaczanej
szklanka cukru pudru
25 dag masła ( 1 i 1/4 kostki)
4 jajka
2 płaskie łyżeczki proszku do pieczenia
skórka otarta z jednej pomarańczy (lub cytryny w opcji cytrynowej)
4 łyżki soku świeżo wyciśniętego z pomarańczy (lub cytryny)
masło i bułka tarta do przygotowania formy

http://czekoladazgruszkami.blogspot.com/2011/03/babeczka.html - tu instrukcja obrazkowa (jako że blog mi znowu świruje, mogę pisać tylko teksty bez linków i innych dodatków...)


Do miski wrzucamy masło pokrojone na kilka kawałków, wsypujemy cukier puder i jedno żółtko (białko oddzielamy i wkładamy do innej miski). Ucieramy. Następnie dodajemy kolejno po jednym pozostałe żółtka (a biała do miski) oraz sok pomarańczowy. Ucieramy na pulchną jednolitą masę. Na tę masę sypiemy przez sito obie mąki i proszek do pieczenia. Ucieramy wszystko mikserem 4 minuty.

Następnie ubijamy białka na sztywną pianę. Do białek dodajemy skórkę otartą z pomarańczy i mieszamy łyżką, żeby się połączyły.

Pianę ze skórką pomarańczową dodajemy do naszej masy. Najpierw dwie czy trzy łyżki - mieszamy delikatnie łyżką, żeby się połączyło. A potem dodajemy resztę piany, mieszając oczywiście łyżką.

Formę do babki (ja używam formy z kominkiem, forma ma śr. 24cm) smarujemy masłem i obsypujemy bułką tartą. Ciasto przekładamy do formy i wstawiamy do nagrzanego do 180 stopni piekarnika. Pieczemy ok. 50 min, czasem trochę dłużej, w zależności od piekarnika. Dobrze sprawdzić ciasto patyczkiem.

Po upieczeniu wyjmujemy babeczkę z piekarnika i studzimy w formie przez 10 minut. Następnie wyjmujemy ciasto z formy.

Gotową babeczkę możemy obsypać cukrem pudrem albo możemy zrobić lukier. Ja przygotowuję sobie lukier z cukru pudru i z soku z pomarańczy, i oblewam nim gotowe ciasto.

Babeczka owinięta w folię aluminiową albo włożona nawet w taki zwykły worek foliowy, trzymana w chłodnym miejscu jest świeża i smaczna przez kilka dni.

Smacznego!


Jeśli już jestem przy ciastach, to powiem, że moja rodzina uwielbia też ciasto drożdżowe (przepis z boku na blogu, gdyby ktoś chciał ;), które ja i ojciec zjadamy do białej kiełbasy, zamiast chleba ;)

Ja osobiście uwielbiam też sernik i sernikiem własnoręcznie zrobionym można mnie śmiało kusić, bo na pewno się skuszę. Niestety tylko ja przejawiam takie zamiłowanie do sernika, więc jeśli już sernik się pojawia, to raczej nie mam się co obawiać, że się nie załapię ;) Sernik to zdecydowanie moje ulubione ciasto.

Za to jabłecznik mojej najstarszej siostry ma wzięcie, bo cała rodzina przepada za tym plackiem z jabłkami. Z wyglądu niczym specjalnym się nie wyróżnia, ale jest przepyszny.

W tym roku siostra wyraziła ochotę, aby zrobić 3bita ;) Znacie może? Takie ciacho bez pieczenia, z trzema wartwami, przypominające batonik o tej samej nazwie. Słodkie, dobre, śmiesznie proste i odgania smutki :)

Do mazurków ci moi też upodobania nie mają, bo albo zęby już nie te albo po prostu nie lubią, więc ja mazurki zajadam u mojej przyjaciółki, bo jakbym sama coś takiego zrobiła, to musiałabym sama zjeść ;) Tylko potem po takim opychaniu się pewnie by mi kilka kilogramów przybyło. Ale nawet gdyby, to w końcu jest wiosna, ciepło się zrobiło, na rowerku pojeździć można i w ogóle zwiększyć aktywność fizyczną.

A Wy? Lubicie słodycze? Lubicie ciasta? Wolicie te sklepowe czy te własnoręcznie upieczone? Jestem bardzo ciekawa. Jeśli o mnie chodzi, to ja uwielbiam sernik i czekoladę. Zawsze, wszędzie i w każdych ilościach :)

13 marca 2011

Babeczka.

Dziś obrazkowo o jedzeniu :)
Uwielbiam desery (poza lodami, których nie lubię), zwłaszcza te z owocami oraz czekoladą, no i oczywiście ciasta.
 
Jednego roku powiedziałam mamie, że tym razem ja zrobię babkę piaskową. Chociaż rodzinka była nastawiona do pomysłu sceptycznie, mama stwierdziła, że czemu nie. W końcu tylko raz udało mi się zrobić ciasto, które nie dość, że było przypalone i z zakalcem, to jeszcze było tak twarde jak kamień, spokojnie można było nim zabić ;). Miałam wtedy 10 lat. W domu nie było nikogo przez pół dnia, a ja chciałam zrobić ciasto. Do tej pory nie udało mi się powtórzyć tego "sukcesu", ale może to dobrze, bo przynajmniej nikt się nie otruł i nie miał przypadłości gastrycznych.
Wracając do babki, zrobiłam wtedy babkę piaskową pomarańczową i od tamtej pory rodzina oszalała na jej punkcie. Gdyby mama nie schowała dla mnie jednego kawałka, to w ogóle bym się nie załapała ;) Babka zniknęła w kilka minut.  A mam stwierdziła, że od tej pory to tylko ja mam piec babki. 
I piekę... na Wielkanoc i jak tylko wyczuję nadchodzącą wiosnę. 

Najlepsza babka jaką w życiu jadłam... i wcale nie moja w tym zasługa
tylko składników, przepisu...


ps. Przepis pojawi się niebawem. 













 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
ps. Zdjęcia nie są super jakościowo, ale pstrykałam tak na szybko i w dodatku komórką ;P