Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzina. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzina. Pokaż wszystkie posty

13 października 2013

Stworzyć rodzinę.

Nie, nie zamierzam wychodzić za mąż. Tym razem będzie o tworzeniu rodziny, ale bez zamążpójścia ;)

Rodzina jest dla mnie ważna i zawsze jest na pierwszym miejscu. Tylko że tę rodzinę stwarzam sobie ja sama. I nie mam tu na myśli zakładania rodziny w tradycyjnym pojęciu tylko budowanie rodziny z różnych osób, niekoniecznie związanych więzami krwi. Moja rodzina, pozwólcie, że ograniczę się do żyjących, to siostry, ich dzieci i partnerzy/mężowie (obecni i byli). To także moja przyjaciółka, jej mąż i ich dzieci. Zresztą własnych przyjaciół w ogóle uważam za członków rodziny. Nauczyłam się tego od moich rodziców, zwłaszcza od ojca.

Natomiast kuzynostwo, ciotki oraz wujowie znajdują się dużo dalej niż przyjaciele. Może to wynika z więzi bliśkości, które się wytworzyły?

Jestem twórcą własnej rodziny. Zapraszam do niej tego, kogo zechcę i kto zechce do niej dołączyć. Nie muszą nas łączyć więzy krwi, nie muszą nas łączyć podobne doświadczenia, ale łączy nas bliskość, zaufanie, miłość, przyjaźń. 

Mówi się, że rodziny się nie wybiera, że z rodziną dobrze wychodzi się na zdjęciu tylko. W porządku. Mogę mieć rodzinę, która jest krwią z krwi. Jednak mogę mieć też rodzinę z wyboru. I ta rodzina jest mi zdecydowanie bliższa. 

Jakiś czas temu usłyszałam, że moje myślenie na temat rodziny jest niewłaściwe. Zapytałam więc, dlaczego za obcą osobę nie uważa się żony czy męża, skoro dołączyli z zewnątrz do rodziny i dołączyli z wyboru (przypadki odmienne pominę chwilowo). Dowiedziałam się, że to coś innego, bo to małżeństwo itp. itd. Jednak ja wychodzę z założenia, że skoro mogę wybrać sobie partnera, to mogę wybrać i innych członków własnej bliskiej rodziny. 

W czasach gdy rodziny wielopokoleniowe nie są powszechne, gdy więzi rodzinne (krew z krwi) są coraz luźniejsze, może taka rodzina, którą sami tworzymy, wybieramy jest dobrym rozwiązaniem? Nikt z nas nie żyje w próżni. Wokół są ludzie. Sądzę, że każdy z nas potrzebuje bliskich osób, życzliwych osób, ludzi, na których może polegać, którym może ufać, ale nie każdy z nas ma to szczęście, aby mieć rodzinę czy odnaleźć to w rodzinie, w tradycyjnym znaczeniu tego słowa. 

Otaczają mnie cudowni ludzi i bardzo dziękuję im za to, że mają dla mnie tyle cierpliwości, wyrozumiałości i że starają się mnie kochać taką, jaką jestem, choć czasem bywa to niezwykle trudne. Moja wspaniała rodzina z wyboru czyli całe życie z wariatami. Jestem szczęśliwa.

Najbliższą mi osobą i moim domem jest mój facet. Nigdy w życiu nie spodziewałabym się, że z kimś takim jak on stworzę związek partnerski i na dodatek najlepszy, choć najtrudniejszy, związek, jaki mi się do tej pory trafił. Umrę szczęśliwa. 



19 lipca 2013

Dom.

Od miesięcy nigdzie nie czułam się jak w domu. Tułałam się po namiastkach domów, po domach rodziny i przyjaciół, krążyłam po własnych czterech ścianach. Wraz z moim tatą umarł mój dom, bo dom był zawsze tam, gdzie byli moi rodzice. Przy żadnym facecie nie czułam się tak, jakbym była w domu, nawet gdy siedzieliśmy w moich własnych czterech ścianach. 

Ostatnio miewam okropne huśtawki nastrojów, emocje bardzo mi falują góra-dół. Jest mi trudno samej ze sobą. Gonitwa myśli, stres, miliony wątpliwości. W przypływie emocji i lęku chciałam spakować się, wracać do domu... tylko uświadomiłam sobie, że ja nie mam domu. Mam cztery ściany. Cztery puste ściany pełne książek, mebli, kurzu i sporej ilości innych rzeczy. Cztery ściany. Co prawda własne, ale... Kiedyś to był dom. Teraz już nim nie jest. To tylko, choć z drugiej strony aż, dach nad głową. Schronienie. Jednak przestałam się czuć w nim bezpiecznie. 

Ubiegłej nocy siedziałam zwinięta w kłębek w fotelu i słuchałam przez kilka godzin Vivaldiego. Księżyc, jak nisko zawieszona lampa, wisiał nad blokami, wtulony między liście, zaglądał w moje okno. Vivaldi mnie relaksuje, uspokaja. Słuchając tej muzyki, uśmiecham się, wyciszam, jestem szczęśliwa. To taki moment kiedy moja dusza pląsa radośnie jak jakaś naga wodna czy leśna boginka. Cudowny stan ducha i gdy tak w nim trwałam, uświadomiłam sobie pewną rzecz. 

Od miesięcy nie czułam się tak jak czułam się w ubiegły weekend. Przez tę dość długą "chwilę" czułam się jak w prawdziwym domu. I spałam tak dobrze, jak wtedy gdy moje poczucie bezpieczeństwa nie było zachwiane. Cudowny weekend...