Pokazywanie postów oznaczonych etykietą związki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą związki. Pokaż wszystkie posty

23 października 2014

Kapitulacja, ryba i nazwisko.

Internet to ogromne źródło wiedzy. Często niechcianej wiedzy. W sumie to taka studnia bez dna. Można kopać, kopać i się nie dokopać albo raczej nie doszukać. Nawet jeśli ludzie dość dobrze chronią swoją prywatność, to nigdy nie jest to dość. Zupełnie niechcący pokopałam, pogrzebałam, bo akurat zachciało mi się postukać w dno owej studni, a tu kicha. Dna jak nie było, tak nie ma. Natomiast jest całe mnóstwo informacji o różnych ludziach. I pewne rzeczy mnie odrobinkę zaszokowały. W życiu bym się nie spodziewała...

Doszłam do wniosku, w sumie dawno temu już do niego doszłam, że pewne osoby musimy spotkać w naszym życiu, poznać je i te spotkania odcisną piętno na nas, na naszej egzystencji, na naszym otoczeniu. Drogi mogą się poprzecinać łatwo i prosto albo mogą być zapętlone, pogmatwane, ale gdzieś tam w końcu się zetkną, przetną, bo tak musi być. Po nitce do kłębka. Tak tak. Właśnie tak. 

Czasem zastanawiam się, jak to do ciężkiego licha jest możliwe, że pewne osoby się znają albo znają innych, którzy znają jeszcze innych, którzy mnie znają. Podobno możemy po naszych znajomych i ich znajomych, którzy też mają swoich znajomych itd., znaleźć połączenie z każdą osobą na świecie. Nie będę tego na sobie sprawdzać. Trochę za dużo tych ludzi. Wystarczy, że gubię się w swoim własnym świecie, a cóż dopiero mówić o szerokim świecie. 

Z tego grzebania wyskoczył mi ślub. Nie mój, cudzy. I tak jakoś się okazało, że pan mąż przyjął nazwisko żony. No i teraz ma dwa. Pierwsze żony, a drugie swoje. Trochę mi się dziwnie w środku zrobiło. Choć niby nie powinno, bo ja jako rzekomo zdeklarowana feministka bez serca dla facetów i zimna jak lodowiec, powinnam się cieszyć, że jakiś facet na coś takiego poszedł i to w dodatku człowiek, który nie wżenił się w jakąś arystokratyczną rodzinę, ani nie poślubił znanej osobistości. On ożenił się ze zwyczajną - niezwyczajną dla niego - kobietą. No i zrobiło mi się dziwnie, bo jak to facet tak poszedł na to i ma dwa nazwiska. A dzieci co? Jedno będą mieć czy dwa? 

Możliwe, że wcale nie jestem przeżartą i zepsutą do cna feministką, bo jakoś tak sobie myślę, że skoro on przyjął jej nazwisko, to jakby się pod pantofel wcisnął. Jakby jakiś taki "miętki" był, "skapcaniały"... Jakiś metroseksualny czy jak to się tam nazywa. Ogólnie mało męski. Pewnie głupio myślę, ale myślę tak sobie właśnie. A kieruję się tym, co następuje:
A) jestem kobietą - kto nie wierzy, można sprawdzić 
B) jestem heteroseksualna i kompletnie nie czuję pociągu do własnej płci
C) skoro jestem A i B, to chcę faceta, ale faceta, który zawiera w sobie wyczuwalny testosteron, nie mylić z cuchnięciem ;)
D) skoro A, B i C, to wynik jest prosty - chcę i mam
E) skoro mam, to za cholerę nie mieści mi się w głowie, żeby on na coś takiego poszedł, gdybym mu z czymś takim wyskoczyła. Co prawda nie jesteśmy na etapie paplania o ślubie, zresztą jeszcze nie czas, a ja jako podwójna niedoszła ze ślubowstrętem, to tak łatwo się namówić nie dam. Zakładając teoretycznie coś takiego, to gdybym my wyskoczyła z tym, żeby przyjął moje nazwisko, zabiłby by mnie śmiechem i stwierdził, że kompletnie mi odbiło, a moje szaleństwo przekroczyło wszelkie granice. Pewnie by się zastanawiał, czy ja aby chora nie jestem. No i rzecz jasna w ogóle by na to nie poszedł. Dlaczego?
I otóż mamy punkt kolejny:
F) A dlatego że poczułby się tak, jakbym go wykastrowała. 

Z pewnością są panowie, którzy wykastrowani by się nie czuli, wręcz przeciwnie, chętnie by się na to zgodzili. Tylko ja bym takiego faceta już nie chciała. Dyskryminuję? Nie. Po prostu od dzieciństwa pielęgnuję w sobie wyobrażenie mężczyzny. Konkretne wyobrażenie i tylko taki facet da sobie ze mną radę, spacyfikuje mnie, no i na chwilę przymknie tę moją pyskatą buźkę, rzecz jasna bez stosowania siły. Wystarczy delikatna perswazja w odpowiedni sposób i Choco skapituluje.

Wracając do pielęgnacji mojego wyobrażenia... Było tak. Facet koniecznie, ale to koniecznie musi umieć robić w domu to samo, co ja, co tyczy się naprawiania, remontów itp. A w ogóle to powinien umieć robić to lepiej i umieć więcej. Gotować też powinien umieć, aby w razie czego nakarmić siebie, tudzież jakieś potomstwo i się nie potruć. Nie mam tu na myśli przygotowania zupki z proszku, tylko normalnego obiadu. Tak właśnie. Sprzątać też musi umieć, prać i prasować, ale ja mogę to robić lepiej. Pedantom podziękuję. Taka skrajność mi nie odpowiada. No i zadbany musi być, i o mnie dbać musi. Koniecznie musi też umieć patroszyć rybę - sprawnie, fachowo i bez obrzydzenia, a najlepiej jak potrafi taką złapać. No taki facet, który jak trzeba to przytuli, pocieszy, pogłaszcze, a i jak ma ochotę w tyłek klepnie ;) W łóżku też musi sobie radzić. Nie z chrapaniem, tylko ze mną ;) No i nigdy przenigdy nie zgodzi się na to, aby przyjąć moje nazwisko, gdybyśmy jedak ślub wzięli. Plus kilka innych rzeczy. 

I ja, tak pielegnując w sobie to moje wyobrażenie, gdybym miała faceta, który by w sumie był tym ucieleśnieniem wypielęgnowanym w marzeniach i wziął by moje nazwisko, to zostawiłabym go. To trochę tak, jakby mi się dał spacyfikować. Co najwyżej mógłby sobie pożartować, że to zrobi, bo tak na serio... 

Bo wiecie... ja się okropnie czepiam, poza seksem, charakterem i innymi takimi, tych prac domowych, nazwiska i RYBY. Bo jak już skapitulować, rzucić własny egoizm w kąt, to dla kogoś, kto zrobi to samo dla nas, cokolwiek to znaczy. Bo tak zupełnie nie kapitulować albo kapitulować za bardzo...

5 października 2014

Nieodpowiednie słowa.

Zleciał aż miesiąc cały. Najpierw jedna praca, a później podjęcie ryzyka i zmiana na inną, a właściwie to powrót do starej. Do tego 54-godzinny maraton w pracy... Nie, skądże. Nie jednego dnia. Tylko przez pięć dni. Jednego dnia pracowałam zaledwie 17 godzin, więc zrobiłam prawie normę z połowy tygodnia. Stres, nerwy, jak to będzie. Przeziębienie też mnie nie ominęło. Wciąż trzyma, ale zaczyna mi już odpuszczać, więc jest szansa na to, że więcej będzie mi się chciało. Inne paskudy też mi odpuściły i bóle z nieznośnych stały się znośne i zaczynają powoli znów znikać, więc jest nieźle. Stałam się też dumną posiadaczką pojazdu mechanicznego. Doszłam do wniosku, że moje stare czarne auto, które ostatnio zakupiłam, jest dziewczyną. Dziwnie brzmi co? Wiem. Ale tak jakoś czuję. Mam do mojej "autki" osobisty stosunek, podobnie jak do lapka, telefonu i gitary. Może dlatego że te przedmioty stały się powiernikami moich tajemnic i wiedzą o mnie oraz o moim życiu znacznie więcej niż osoby, które mnie otaczają. 

Czas mi tak zleciał, że zupełnie odleciałam z tego świata... wirtualnego. Życie realne wzięło górę wraz z potrzebami fizjologicznymi. W dodatku mój organizm tak domagał się spania, że każdą wolną chwilę przeznaczałam na sen. Zdarzało mi się przysypiać nawet przy stole przy jedzeniu. Zmęczenie materiału. Ot co! 

Poczytałam sobie dzisiaj w necie, jak to ludzie narzekają jak mają pod górkę i jak to znów inni chwalą się, że wcale nie trzeba się wysilać i można sobie lecieć po bandzie nawet na bakier z prawem, bo przecież i tak im nic nie zrobią. I całe mnóstwo innych rzeczy tam znalazłam, w tym bardzo smutnych informacji, jak ta o śmierci naszej młodej aktorki Ani Przybylskiej.

Tak. Życie jest niesprawiedliwie. Bardzo. Ale nikt nie mówił, że jest inaczej. Jeśli życie zaczęłoby nagle być sprawiedliwe, ja zaczęłabym się zastanawiać, czy w ogóle jeszcze żyję. 

Nigdy nie wiemy, co czeka na nas za rogiem, ale wcale nie trzeba przez to pędzić przez życie jak huragan, bo tego czy tamtego nie zdążymy zrobić. Zawsze czegoś nie zdążymy, coś jeszcze będziemy chcieli. Lepiej cieszyć się każdą  ofiarowaną chwilą, każdym momentem, który daje nam radość. Delektuję się życiem jak kawałkiem pysznego ciasta i nie przestaję pracować nad nim i nad sobą. Życie takie jest, że przeplatają się w nim trudne momenty i piękne chwile. Raz przyjdzie nam się wspinać po pionowej ścianie, raz na tyłku zjedziemy z górki, a innym razem zlecimy do rowu. Może też zdarzyć się i tak, że będziemy mieć przed sobą prostą płaską drogę. 

Jakiś czas temu napisałam o zmianie mężczyzn jak o zmianie butów czy rękawiczek. Nie powinnam była w taki ton uderzać, ale też nie bardzo wiedziałam, jak mam się do tematu zabrać. Może nie trzeba było poruszać go wcale. W każdym razie przytrafiło mi się coś, czego jeszcze bardziej nie rozumiem, co jeszcze bardziej wykracza poza moje pojmowanie relacji międzyludzkich i związków damsko-męskich. Bardzo długo przekonywałam się do tego mężczyzny i wciąż się przekonuję, poznaję go. I tak nam mijają kolejne tygodnie, miesiące. Chyba nie potrafię nawet mówić o tej relacji. Nie umiem ubrać tego związku w słowa. Wiem tylko, że im więcej czasu mija, tym ja czuję bardziej, więcej, głębiej. Czuję się bezpieczna, spokojna, szczęśliwa. I bardzo bardzo nie lubię, kiedy on jest daleko. Czuję... i to mi wystarczy. Nie potrafię przekuć tej relacji w żadne słowa. Każde wydają mi się nieodpowiednie.

3 listopada 2013

Za zakrętem.

Umieranie jest jak zasypianie. Tyle tylko, że z tego snu człowiek się już nie obudzi. Odchodzenie jest jak umieranie. Tylko że człowiek nadal żyje, ale gdzieś indziej, gdzieś poza nami. Czy potrafię sobie wyobrazić nasze rozstanie? Może potrafię. Choć myślę o tym każdego dnia, że taki dzień przyjdzie, nie wizualizuję. Nie mam odwagi pomyśleć. Po prostu nie mam. Gdy ktoś pyta mnie o związek... Co mogę odpowiedzieć? Równie dobrze możemy być razem długo, możemy być i nawet przez resztę życia, ale możemy także jutro się rozstać. Związek jak każdy. No może w pewnych aspektach zdecydowanie trudniejszy. Ale dla ludzi brzmi jak szaleństwo. Muszę przyznać, że chyba mają jednak rację. 
 
- Jak myślisz, które z nas jest bardziej szalone?
- Nie mam pojęcia - odpowiedział. - Oboje.
- Też tak myślę.
 
Myślę, że nie moglibyśmy razem pracować. On działa na mnie dekoncentrująco. Wczoraj miałam okazję stwierdzić naocznie, że ja na niego też. Uszy też to stwierdziły, jako że wyartykułował to. 
 
Co to za związek, w którym ludzie mają przegadane warianty rozstania, co więcej zdrowe podejście do tegoż, a wizją przeżycia reszty życia wspólnie w sielance nie poświęcają ani chwili w rozmowie? Normalne? Nie wiem. Choć z mojego punktu widzenia, wspólne snucie wizji owej sielanki sprawiłoby, że w mojej głowie zapaliłoby się czerwone światło. No bo jasna cholera życie tak nie wygląda. Normalne życie zwyczajnych ludzi nie przypomina sielanki. Raz jest świetnie, innym razem nawet tragicznie, częściej trudniej niż łatwiej. 
 
Normalne życie zawiera w sobie całe mnóstwo odcieni, nie tylko pastelowe plus cała gama różu. Zresztą pastele napawają mnie obrzydzeniem - jasne, łagodne, spokojne, jak z jakiejś bajki o królewnie i księciu, bez wyrazu, bez osobowości. Moje życie to mieszanka odcieni szarości i żywych barw, a pastele to zaledwie margines, podobnie jak ów róż, który kojarzy mi się jedynie z watą cukrową. A życie cukierkowe nie jest. Choć może chwilami smakować właśnie jak wata. 
 
Nie wiem, co jest za zakrętem. Nie mam pojęcia, co jest dwa kroki dalej. Jeśli nadejdzie ten dzień, pozwolę mu odejść i wiem, że on pozwoli mi odejść. Tak jak pozwalamy bliskim odejść na wieki, zasnąć snem wiecznym, wyruszyć w podróż nam przez pewien czas niedostępną, tak trzeba pozwolić drugiej osobie iść swoją drogą, nawet jeżeli bardzo chcemy jej towarzyszyć. Ktoś mógłby pomyśleć, że nie dam rady. Nie mówię, że to będzie łatwe, ale nie mogłabym go zatrzymać, gdyby on nie mógł, nie chciał zostać. Jednak prędzej czy później wszyscy odejdziemy i zostawimy bliskich. Rozstanie jest jak umieranie. Umieranie jest jak zapadanie w sen. 
 
Żyję, ciesząc się z każdej darowanej chwili. Celebrować życie. Napawam się nim. Karmię oczy, uszy, ciało, duszę, myśli - nim. Syta i głodna. Szczęśliwa, bez względu na to, co zobaczę za zakrętem. 

20 października 2013

Byle mówili.

Nie ważne, jak o tobie mówią, byle mówili. Czasami wolałabym, żeby jednak przestali. Do pracy przyjechała nowa panna. Od razu zaczęła robić sondę - kto, co, gdzie, kto z kim, jak, itd. Pytania bez końca. Nie lubię takich ludzi. Co ich obchodzi prywatne życie innych? Znaczy, niby jej nie interesuje, ale mimo wszystko fajnie się plotkuje, słucha o innych i w ogóle. O sobie pocztą pantoflową dowiedziałam się, że neutralne osoby mówią, że jestem ok, jestem neutralna (Coś jak Szwajcaria, tak?) i że w pracy pracuję. (A co niby mam tam robić?) Inni z kolei wiedzą o mnie tyle, że mam faceta, który nie jest Polakiem ani nawet chrześcijaninem i że lubię zaczepki. Jasne. O ile pierwsze się jak najbardziej zgadza, to o drugim nie wiem, co myśleć. Znaczy, że co? Lubię zaczepiać innych czy lubię jak inni mnie zaczepiają? To brzmi co najmniej tak jakbym lubiła jakieś bójki, czepianie się ludzi albo jakby mi się podobało, że faceci mnie zaczepiają. Tylko niby kiedy miałabym to robić albo oni mieliby to robić? Zawsze to jednak ciekawie dowiedzieć się o sobie czegoś nowego. Może chodziło komuś o to, że lubię sobie pożartować, zawsze rzucę jakimś tekstem, a na zaczepki słowne mam riposty zgaszające?

Nie znoszę w ludziach różnych rzeczy. Bardzo drażni mnie usilne zapewnianie, jacy to oni są w porządku, jak lubią spokój, nie interesują się życiem innych, jakby chcieli wszystkich wokół przekonać, że tak jest, a potem mieszają, wszczynają zakulisowe aferki, itp. 

Najwięcej emocji w ludziach, w związku z moją osobą, wzbudza jednak mój facet. Wszyscy wiedzą, że istnieje, ale nikt go nie widział. Trzymam go z daleka od nich wszystkich, zwłaszcza od pieprzonych dupków. Teksty ludzi są wprost genialne, zwłaszcza jak się zagalopują, brak tolerancji poraża, gdy wykazują szczerość w rozmowie, a kiedy nagle doznają oświecenia z kim rozmawiają (mam na myśli siebie) - miny mają bezcenne. Następnie zaczyna się lawina przeprosin, że oni tak nie myślą, a mi chce się zwyczajnie śmiać. Każdy ma prawo do własnego zdania, a usilne bycie poprawnym politycznie, obracanie kota ogonem, próba udowadniania, że nie pakuje się ludzi w stereotypowe szufladki czy w jeden wór, jest żałosne i zwyczajnie żenujące. Z kolei bardzo zabawnie jest, gdy ktoś usłyszy z kim się spotykam i zadaje to samo pytanie niczym zacięta płyta - czy naprawdę i czy nie żartuję, bo przecież wydaję się taka konserwatywna, bo jak to w ogóle możliwe i w ogóle im się wydaje, że sobie z nich żartuję. Zdziwienie na twarzach równie bezcenne. A reakcje, gdy przetworzona informacja po wielkich trudnościach wreszcie dotrze do zwojów mózgowych, są w większości pozytywne. Zdarza się jednak i święte oburzenie, że polskie kobiety to tylko dla Polaków. Dobre sobie.

Nie znasz kogoś, nic lub niewiele wiesz o kimś? Powstrzymaj się od publicznej oceny. Albo chociaż od wypowiadania jej w twarz temu komuś tylko po to, aby za chwilę się wycofywać z tego z ceglastym kolorem twarzy.

 

13 października 2013

Stworzyć rodzinę.

Nie, nie zamierzam wychodzić za mąż. Tym razem będzie o tworzeniu rodziny, ale bez zamążpójścia ;)

Rodzina jest dla mnie ważna i zawsze jest na pierwszym miejscu. Tylko że tę rodzinę stwarzam sobie ja sama. I nie mam tu na myśli zakładania rodziny w tradycyjnym pojęciu tylko budowanie rodziny z różnych osób, niekoniecznie związanych więzami krwi. Moja rodzina, pozwólcie, że ograniczę się do żyjących, to siostry, ich dzieci i partnerzy/mężowie (obecni i byli). To także moja przyjaciółka, jej mąż i ich dzieci. Zresztą własnych przyjaciół w ogóle uważam za członków rodziny. Nauczyłam się tego od moich rodziców, zwłaszcza od ojca.

Natomiast kuzynostwo, ciotki oraz wujowie znajdują się dużo dalej niż przyjaciele. Może to wynika z więzi bliśkości, które się wytworzyły?

Jestem twórcą własnej rodziny. Zapraszam do niej tego, kogo zechcę i kto zechce do niej dołączyć. Nie muszą nas łączyć więzy krwi, nie muszą nas łączyć podobne doświadczenia, ale łączy nas bliskość, zaufanie, miłość, przyjaźń. 

Mówi się, że rodziny się nie wybiera, że z rodziną dobrze wychodzi się na zdjęciu tylko. W porządku. Mogę mieć rodzinę, która jest krwią z krwi. Jednak mogę mieć też rodzinę z wyboru. I ta rodzina jest mi zdecydowanie bliższa. 

Jakiś czas temu usłyszałam, że moje myślenie na temat rodziny jest niewłaściwe. Zapytałam więc, dlaczego za obcą osobę nie uważa się żony czy męża, skoro dołączyli z zewnątrz do rodziny i dołączyli z wyboru (przypadki odmienne pominę chwilowo). Dowiedziałam się, że to coś innego, bo to małżeństwo itp. itd. Jednak ja wychodzę z założenia, że skoro mogę wybrać sobie partnera, to mogę wybrać i innych członków własnej bliskiej rodziny. 

W czasach gdy rodziny wielopokoleniowe nie są powszechne, gdy więzi rodzinne (krew z krwi) są coraz luźniejsze, może taka rodzina, którą sami tworzymy, wybieramy jest dobrym rozwiązaniem? Nikt z nas nie żyje w próżni. Wokół są ludzie. Sądzę, że każdy z nas potrzebuje bliskich osób, życzliwych osób, ludzi, na których może polegać, którym może ufać, ale nie każdy z nas ma to szczęście, aby mieć rodzinę czy odnaleźć to w rodzinie, w tradycyjnym znaczeniu tego słowa. 

Otaczają mnie cudowni ludzi i bardzo dziękuję im za to, że mają dla mnie tyle cierpliwości, wyrozumiałości i że starają się mnie kochać taką, jaką jestem, choć czasem bywa to niezwykle trudne. Moja wspaniała rodzina z wyboru czyli całe życie z wariatami. Jestem szczęśliwa.

Najbliższą mi osobą i moim domem jest mój facet. Nigdy w życiu nie spodziewałabym się, że z kimś takim jak on stworzę związek partnerski i na dodatek najlepszy, choć najtrudniejszy, związek, jaki mi się do tej pory trafił. Umrę szczęśliwa. 



7 października 2013

Jednym spojrzeniem.

Czwarta nad ranem. Piąta... 160 km z hakiem. Gdyby 11 lat temu... Gdyby lat temu 40... Tylko że strach. Tylko brak zgody. Ustrój. Kraj. Rodzina. Dziecko. Szkoła. Studia. Nauka. Zdolności. Pragnienia. Intuicja. 

Jakby wyglądało moje życie, gdyby... Czy byłoby łatwiej? Czy może potrzebowałam tak skomplikowanej drogi, aby dojść do punktu, w którym dziś jestem? Czy potrzebowałam tak trudnej drogi, która już zarysowała się wówczas, gdy nie było mnie nawet na świecie i nikt nie przeczuwał, że w ogóle kiedykolwiek się pojawię. Czy potrzebowałam tego całego bagażu doświadczeń? 

W styczniu naiwnie sobie myślałam, że oto właśnie poukładam sobie życie w tzw. normalny sposób, jak wszyscy ludzie. Szczerze mówiąc, w pewnym momencie złapałam się na tym, że sama siebie przekonuję, że to jest dla mnie dobre, że tak będzie lepiej i że wcale nie jest ważne, że nie czuję się szczęśliwa, że przeżywam same stresy i jestem kłębkiem nerwów. Jak pomyślę, co chciałam sama sobie zafundować, to aż dostaję gęsiej skórki. Jest mi wręcz niedobrze do obrzydzenia, że chciałam same siebie tak skrzywdzić i coś takiego zrobić sobie - skazać się na nieszczęście na przynajmniej sporą część życia. 

Za to teraz... jestem szczęśliwa, mimo że czuję, że jestem w totalnej wielkiej kropce - takiej wielkości powiedzmy jeziora, no taki rosyjski Bajkał byłby odpowiedni. Normalnie siedzę w czarnej dupie, rozmyślam jak jakiś cholerny Salomon i od dwóch miesięcy nie potrafię dojść do niczego sensownego. Może wcale nie muszę do niczego dochodzić, tylko mi się tak wydaje. Ja pierdzielę. Jedyna pewność jaką mam, to wewnętrzna pewność. Intuicja. Szósty zmysł. Jakkolwiek dziwacznie to brzmi, jak czuję w środku, to tak jest. Tylko czy ja muszę zawsze wywracać wszystko do góry nogami, robić rewolucję i wybierać tak dziwaczne drogi życiowe, że ludzie znacząco się w głowę stukają, twierdząc, że oszalałam. 

Lubię robić rzeczy niemożliwe. Lubię wyzwania i trudne drogi. Lubię robić to, co innym wydaje się totalnie szalone. Tak. Właśnie tak. 

Zdałam sobie też sprawę, że wraz ze śmiercią ojca, przejęłam jego rolę i stałam się głową rodziny. Totalnie dziwne. No bo w sumie, to powinna najstarsza osoba, a tu nagle okazało się, że wcale tak nie jest. 

Każdego dnia w pracy rozmyślam nad tym, co zrobić mam ze swoim życiem. I chyba najwłaściwsze wydaje się - niech się dzieje. Jest tu i teraz, więc niech się dzieje, cokolwiek Bóg, los, życie mi da. Niech będzie. 

W życiu lubię intesywność albo delikatność. Lubię wszystko, co przeciwstawne, skrajne wręcz. Jednak bez przekraczania pewnych granic. 

Seks. Nigdy nie był dla mnie brudny, brzydliwy. To zupełnie naturalna sprawa. Ludzie to robią. Nie potrzeba do tego modłów, ślubów, idei. Powiedzieć, że jestem wymagająca, to mało. Seks... i wszystko z nim związane jest... hmmm... integralną częścią mnie. Nie jestem wyzywająca i wcale tego nie potrzebuję, jednak jest we mnie coś takiego, że rzuca się w oczy, że ta sfera jest dla mnie ważna, że lubię seks, pieszczoty, pocałunki. Nie byle jakie. Nie łatwo jest mi sprostać. Jestem okrutna i potrafię skreślić faceta już po jednym pocałunku. Kiepskie całowanie, jeszcze gorszy seks. A jak słaby seks i ma to miejsce w związku, to i słaba komunikacja, no chyba, że człowiek pomylił przyjaźń z miłością - czyli mamy dobrą komunikację i kiepski seks. Dobry seksu i słaba komunikacja? Też może być, ale to nie będzie takie "wow" i na zbyt wiele nie wystarczy. Szybko się wypala. Takie zimne ognie co najwyżej. Na jeden raz  może być. 

I nagle zdarza mi się coś takiego, że samo spojrzenie bywa elektryzujące i wiem, że jeśli on dotknie dłonią mojej dłoni, będę tylko myślała o tym, żeby mnie pocałował. Kiedy pyta, czy może, czuję, że jeśli nie odmówię, jestem zgubiona. Kiedy ustami dotyka moich ust, jestem pewna, że chcę się z nim kochać przez resztę życia. Kiedy mnie pieści, całuje, kiedy czuję go blisko, kiedy jesteśmy jednym, stopieni ciałami, duszami, w uniesieniu wpatrzeni nawzajem w swoje oczy, wiem, że przez resztę życia tak blisko chcę być tylko z nim. 

Straciłam już nadzieję, że seks może tak właśnie wyglądać. Im człowiek bardziej jest syty, tym bardziej jest spragniony. Być sytym i głodnym jednocześnie. Dwie skrajności i piorunujące uczucie doświadczać tego. Ekscytujące. Nasycenie i pragnienie. Jedno i drugie tak silne. 

Tak nie wygląda dobry seks. To zupełnie inny poziom. 

Rozpalić faceta jednym spojrzeniem... Rozpalić jak rozpalić. Sprawić, że płonie. Jednym spojrzeniem w oczy. 

I nie palimy się tu jak pochodnie, tylko rozpalamy ognie namiętności ;) 

A tak poważnie, zawsze chciałam do takiego stanu doprowadzić faceta jednym spojrzeniem. Właściwego faceta.

I tak po przebrnięciu przez szereg tematów stanęło na seksie. Jest ważny w związku. Bardzo ważny. Może nawet najważniejszy... z różnych punktów widzenia. I nie mam tu na myśli, że tak "brzydko" (bo nie lubię tego słowa, którego zaraz użyję) powiem, penetracji, tylko całą seksualną sferę. Tak się buduje bliskość w związku. Tym sposobem właśnie. Przyjaźń w związku i inną formę bliskości z nią związaną buduje się inaczej, a to robi się właśnie tak i tym sposobem. Jak to nie funkcjonuje i jest do niczego, to prędzej czy później związek się posypie. Żeby trwało, dobry związek potrzebuje obu form bliskości. A gdy nie ma żadnej z nich, choć partnerów łączą jakieś wspólne sprawy to co wówczas?

2 października 2013

Rozważania poniedzielne w śrdoku tygodnia ;)

Stacja Rotterdam. Nie muszę zerkać na zegarek, aby wiedzieć, która jest godzina. Czuję się tak, jak gdybym wróciła do czasów, o których opowiadał mój ojciec - kiedy to zegarki można było nastawiać według kursowania pociągów. Jednak gdyby moja podróż odbyła się zupełnie bezproblemowo, to nie byłaby moją. 

Wybrałam się w chłodny poranek na dworzec w mojej miejscowości. Tyle tylko że sierota zapomniałam wziąć właściwej karty, aby móc zapłacić w automacie za bilet. Co prawda w portfelu miałam gotówkę, ale jedyne dostępne opcje płacenia to monety albo karta (i to jeszcze tylko dwa rodzaje). Musiałam wrócić do domu. Jednak nie ma tego złego, bo przynajmniej zjadłam śniadanie i spokojnie mogłam wybrać się na kolejny pociąg, ponieważ tu kursują one bardzo często, nawet do małych miejscowości i nie trzeba czekać iluś godzin na następny. 

Czysto, szybko. Komfort jazdy nieporównywalny do tego z Polski. 

W piątek w pracy wciąż spoglądałam na zegar, nie mogąc doczekać się weekendu. Cieszyłam się jak dziecko na tę wycieczkę pociągiem. Taka nowa nowość w innym kraju ;) 

Cudownie było znaleźć się znów w tym pięknym mieście. Uwielbiam Rotterdam z jego wszystkimi kanałami, śluzami, z mostem białym i czerwonym, ze światłami nocą i z portem, z kamienicami i rowerami, z ciszą i szumem wiatru nocą, gdy oboje stoimy na środku ulicy i śmiejemy się do siebie. Najpierw zakochałam się w mieście, a zaraz potem w nim. Na dobrą sprawę, nie bardzo wiem, czy słowo "zakochanie" jest w ogóle właściwe w nazywaniu tego, co czuję. Zawsze kojarzyło mi się z czymś, co potrafi szybko zniknąć, tylko najpierw rzuci człowiekowi klapki na oczy i na mózg. Nie mam klapek, różowych okularów ani zaćmienia zwojów mózgowych. Rozum, serce, dusza funkcjonują jednym rytmem. 

Siedzimy w niedzielę obok siebie i rozmawiamy.

On: Jest ciężko.

CzG: Wiem.

On: Co będzie z nami?

CzG: Zależy kiedy.

On: W przyszłości.

CzG: Nie wiem.

On: Ja też nie.

CzG: Za 10 lat to możemy kopnąć w kalendarz.

On: Wciąż jesteśmy młodzi.

CzG: Co nie zmienia faktu, że może nas tu już nie być. Skąd mam wiedzieć, czy ciebie albo mnie nie wpieprza właśnie jakaś cholerna choroba?

On: Fakt. Może tak być. Choć lepiej, żeby nie było. Fajnie byłoby jeszcze pożyć i nacieszyć się sobą.

CzG: Ta chwila to dar od losu.

On: Tęskniłem za tobą.

CzG: Ja za tobą też. 

itd. itd. o pracy, o przyłości, o nas, o życiu, o przeszłości...

Tym razem nadszedł czas, aby porozmawiać też o mnie. Było mi okropnie ciężko, ale wiem, że w nim mam też przyjaciela. Z nim jest tak, że gdy rozmawiamy, mówię wszystko to, co odradzają wszelkie cholerne poradniki na temat związków damsko-męskich. Jednak tak sobie myślę, że gdybym zaczęła się stosować do jakichś reguł, zamiast postępować tak, jak czuję, zamiast być sobą, nie udałoby się zacząć budować tej relacji. To wszystko, co się dzieje i on w ogóle, to jest takie niesamowite, nieoczekiwane, żywcem wyjęte ze snu. Tylko że nie boję się, że się obudzę, bo to nie sen. 

Jeśli człowiek chce, pokona wszelkie trudności i żadna odległość, problemy nie są straszne tak w związku, jak w życiu. A gdy człowiekowi chcieć się przestaje lub w ogóle się nie chciało, to żadna siła go nie zmusi, aby się zachciało. 

Szczęście jest tak proste i tak niewiele trzeba, aby być szczęśliwym. Wystarczy zdjąć z oczu przepaskę z napisem "czekam na lepsze jutro" lub "szukam szczęścia". Szczęście jest na wyciągnięcie ręki i nie można się bać sięgać po nie. To jest ta chwila. To jest moja chwila. Nie czuję, że zmarnowałam czy przegrałam swoje życie. Jeśli nigdy więcej nie będę się czuć tak, jak czuję się teraz, jak czułam się przy nim w to niedzielne popołdunie, to nic. Wiem już, jak smakuje szczęście. Poza tym spełniło się moje marzenie. A on jest moim darem od losu. Jest nam ciężko i będzie jeszcze trudniej. Cena szczęścia? Jakakolwiek by nie była. Szczęście jest nie do wycenienia.

26 września 2013

Monolog uczuć.

nie mogę przestać o tobie myśleć
nie mogę przestać szeptać twojego imienia
nie potrafię powstrzymać się 
przed zakochiwaniem się w tobie każdego dnia
codziennie obwiniam się
że nie potrafię cię nawet w myślach porzucić
jesteś moją słabością
chcę żebyś dotknął moich ust
odgarnął włosy z mojej twarzy
spojrzał mi w oczy
wiesz 
to jest naprawdę czasem bardzo zabawne
jak zbieżne mamy myśli
nawet gdy się na siebie złościmy
uwielbiam gdy moje ubrania bardziej pachną tobą niż mną
lubię nawet zapach twoich papierosów
bo przypomina mi ciebie
próbowałam zrobić wszystko
aby wyrzucić cię z mojej głowy
gdybym tylko mogła rozkazać sercu
aby cię mniej kochało
wystarczy że zadzwonisz
że usłyszę twój głos
staję się jak twoja niewolnica
nie potrafię się powstrzymać
nie potrafię się bronić
przed pragnieniem ciebie
nie chcę





I od razu mi lepiej, gdy mój monolog wewnętrzny ujrzał światło dzienne. W sumie to jego część. Noszę go w sobie każdego dnia. A przez Niego straciłam głowę. I to chyba po pierwszym zdaniu, które do mnie wypowiedział. Jestem zgubiona. I z każdym dniem bardziej rozkojarzona ;)
 

7 września 2013

Zatrzymane chwile.

Bardzo lubię takie momenty. Zatrzymane chwile. Deszcz siąpi z nieba, wyginając źdźbła trawy, wyrastającej wśród mchu. Pierwsze liście zaczynają sypać się z drzew wraz z koralikami jarzębiny. Mokry rower stoi w na werandzie, jakby od zawsze było to jego miejsce. Kawa w wielkim kubku paruje, łaskocząc mnie w nos. Wrzesień. Obraz jak z fotografii. 

To tak jakby uchwycić coś ulotnego.

Kiedy siedzę obok niego, a on siedzi z przymkniętymi oczami, ja muskam delikatnie jego policzki palcami, głaszczę go po twarzy... Nic nie mówimy. Przyglądam się jemu i temu, co odmalowuje się na jego twarzy. Taka chwila bliskości. Totalna cisza. By za moment twarz dotknęła twarzy, a wargi leciutko zetknęły się z wargami, z zamkniętymi powiekami. 

Pierwsze. Pierwsze. Pierwsze. Nigdy wcześniej. Pierwsze. Pierwsze. Pierwsze. 

Wiele pierwszych razów. Wspólnych. Ciągle się czegoś od siebie uczymy, poznajemy coś razem. Od pierwszej chwili wszystko jest tak naturalne, tak normalne. Szczerość, otwartość na drugą osobę. Nie umiem tego pojąć, zrozumieć. 

Z nikim nie doświadczyłam takiej bliskości. Gdy dotykam jego twarzy, czuję się tak, jakby to była wyjątkowo intymna chwila. 

Czułość, intymność, bliskość. W formie, której nie znałam i na poziomie, o którego istnieniu nawet nie wiedziałam. No może wydawało mi się, że powinien gdzieś tam być, ale nawet nie byłam blisko, aby go doświadczyć.

A tu się nagle okazuje, że doświadczam właśnie czegoś, czego się panicznie całe życie bałam. 

To trochę tak, jakby znaleźć brakujący fragment siebie. Część swojej duszy. Albo jakby widzieć swoje własne odbicie. 

Jak długo można siedzieć w ciszy naprzeciwko siebie, ciałem wtulonym w ciało, wpatrując się w oczy?

19 lipca 2013

Dom.

Od miesięcy nigdzie nie czułam się jak w domu. Tułałam się po namiastkach domów, po domach rodziny i przyjaciół, krążyłam po własnych czterech ścianach. Wraz z moim tatą umarł mój dom, bo dom był zawsze tam, gdzie byli moi rodzice. Przy żadnym facecie nie czułam się tak, jakbym była w domu, nawet gdy siedzieliśmy w moich własnych czterech ścianach. 

Ostatnio miewam okropne huśtawki nastrojów, emocje bardzo mi falują góra-dół. Jest mi trudno samej ze sobą. Gonitwa myśli, stres, miliony wątpliwości. W przypływie emocji i lęku chciałam spakować się, wracać do domu... tylko uświadomiłam sobie, że ja nie mam domu. Mam cztery ściany. Cztery puste ściany pełne książek, mebli, kurzu i sporej ilości innych rzeczy. Cztery ściany. Co prawda własne, ale... Kiedyś to był dom. Teraz już nim nie jest. To tylko, choć z drugiej strony aż, dach nad głową. Schronienie. Jednak przestałam się czuć w nim bezpiecznie. 

Ubiegłej nocy siedziałam zwinięta w kłębek w fotelu i słuchałam przez kilka godzin Vivaldiego. Księżyc, jak nisko zawieszona lampa, wisiał nad blokami, wtulony między liście, zaglądał w moje okno. Vivaldi mnie relaksuje, uspokaja. Słuchając tej muzyki, uśmiecham się, wyciszam, jestem szczęśliwa. To taki moment kiedy moja dusza pląsa radośnie jak jakaś naga wodna czy leśna boginka. Cudowny stan ducha i gdy tak w nim trwałam, uświadomiłam sobie pewną rzecz. 

Od miesięcy nie czułam się tak jak czułam się w ubiegły weekend. Przez tę dość długą "chwilę" czułam się jak w prawdziwym domu. I spałam tak dobrze, jak wtedy gdy moje poczucie bezpieczeństwa nie było zachwiane. Cudowny weekend...

11 lipca 2013

No to mnie wylali.

Poprzedni tydzień skończył się fatalnie na polu zawodowym i dobrze na polu osobistym. Ten tydzień zaczął się fatalnie, a jak się skończy?

Z pracą się pożegnałam. Dżungla przez półtora tygodnia dobiła mnie ostatecznie. Z drugiej strony co to za przyjemność stanowić dla pracodawcy szereg liczb zamiast człowieka? 

Czy żałuję? Tylko z jednego powodu.

Czy wrócę do kraju? Nie ma takiej opcji. 

Pracy tu jest pełno i od poniedziałku szukam sobie nowej.

Od dwóch tygodni czułam, że to się tak właśnie skończy, bo zaczynają się kończyć moje fizyczne możliwości, a przewalanie codziennie w rękach po ponad 30 ton skończy się moim zwolnieniem, jeśli dalej będę mieć takiego pecha a ktoś dalej będzie mi w tym usilnie pomagał. 

Obecna sytuacja nie jest dla mnie dobra, bo trochę mi skomplikowała życie i narobiła problemów, ale dla życia prywatnego może okazać się zbawienna. Atmosfera w pracy momentami była nie do zniesienia. Przez tę cholerną robotę mieliśmy kilka nieporozumień, nagromadziło się między nami problemów i niewiele brakowało, abyśmy się rozstali. 

Intensywnie uczę się języka, orientuję się w możliwościach, szukam nowych rozwiązań, szukam nowej pracy. 

Zupełnie się nie załamuję. Nagle przestałam się męczyć, stresować, myśleć w kółko o tym, że przez Niego ludzie będą mi podkładać świnie, utrudniać pracę, że on będzie opierdalany jeśli tylko mi pomoże, nie będzie mieć normalnego życia w robocie za rozmowy ze mną, że wciąż ktoś będzie nas usiłować skłócić, tylko dlatego że z żadnym z tych pieprzonych facetów nie chciałam się umówić. 

Jedyna korzyść z tej pracy jest taka, że poznałam Jego. Najlepsza korzyść. Warto było się pomęczyć i pozajeżdżać samą siebie. 

Mogłam się uratować przed zwolnieniem, ale nagle doszłam do wniosku, że to co dzieje się poza nią, jest dla mnie znacznie ważniejsze. Po ostatniej naszej rozmowie dotarło do mnie, że bez niego to wszystko nic nie jest warte, bo wcale nie chcę, aby praca stanowiła sens mojego życia. 

Okropnie długą i wyboistą drogę musiałam przejść, aby trafić do punktu, w którym trafiliśmy na siebie. Ja tam trafiłam, on zrobił resztę. Teraz wszystko mamy w swoich rękach. Może coś z tego będzie? Tylko teraz będzie nam jeszcze trudniej, a może paradoksalnie łatwiej?

Zeszło ze mnie ciśnienie, ogarnął mnie spokój. Chyba powinnam płakać, załamywać się albo coś? A jestem szczęśliwa, spokojna, choć z lekka przerażona ogromem spraw do ogarnięcia.

 

8 lipca 2013

Cóż robić?

Zginęłam gdzieś w gąszczu spraw prywatnych, rodzinnych, tych z pracą związanych, problemów... W weekend zmuszona byłam do jazdy samochodem po tutejszych autostradach. Wiją się one po całym kraju jak nitki, przecinają się, mieszają. Więcej niż trzy razy zgubiłam drogę, gdy wracałam do domu. Nie lubię jeździć samochodem i nie jestem w tym najlepsza. Może nie prowadzę beznadziejnie, ale szału nie ma. Najbardziej lubię jeździć z Nim, bo za kółkiem to on jest bardzo na właściwym miejscu, natomiast ja... zupełnie nie. O wiele bardziej wolę żeglowanie i radzę sobie sto razy lepiej z kobyłą na wodzie niż z małą pierdułką na drodze. A już przemierzanie długich dystansów... tylko wtedy, kiedy muszę. 

Zadzwonił. Przyjechał. Oboje nie wiemy, co zrobić z tą znajomością, z tym, co jest... ale jest nam ciężko, kiedy się nie spotykamy, kiedy się nawet dotknąć nie możemy... Siedzieliśmy w domu na kanapie otuleni nocą i jakoś niczego nie potrafiliśmy wymyśleć. Może nadejść kiedyś taki dzień, że więcej do siebie nie wrócimy i co wtedy? 

Życie będzie płynąć dalej... będzie musiało. 

Im dalej w las, tym więcej drzew, a drogi zupełnie już nie widać. Poruszam się totalnie na ślepo. Kieruję się chyba tylko węchem i intuicją. 

Gdy tak siedzieliśmy razem, mówiłam mu o tym, o czym w sumie chyba nie powinnam. Pewnie wszystkie pieprzone poradniki by mi to odradziły, ludzie podobnie. Tylko, że nie widzę jakoś powodu, aby się obwarowywać, chować i milczeć. Szczerość, otwartość. Możemy o wszystkim porozmawiać. Czuję jakby między nami rodziła się przyjaźń.

Wciąż jestem tchórzem. Boję się okropnie. 

Swoją drogą to ciekawe, jakby wyglądało nasze życie, gdybyśmy się spotkali te 10 lat temu. Już wtedy upierałam się przy wyjeździe, ale nie miałam żadnej siły przebicia w rodzinie, a ojciec stanowczo się na to nie zgodził. Może należało się bardziej uprzeć? A może te dziesięć lat było nam potrzebne? Przecież oboje jesteśmy zupełnie innymi ludźmi niż wtedy. 

Pamiętam sen sprzed dziesięciu lat. Opowiadałam go mamie. Jego spotkałam w nim. 

Doświadczam tu szoku za szokiem. Robię i mówię rzeczy, których wcześniej bym nie zrobiła, nie powiedziała. 

Jest ciężko. Płacimy oboje sporą cenę, a zapłacimy jeszcze wyższą. 

Jego też zdradzają oczy. Przykro było patrzeć na ten smutek, żal i ból, wymieszany ze szczyptą złości. 

Każde z nas ma własne problemy.

Oboje się miotamy, oboje się gryziemy w środku. Kto wie, co będzie? Jednak bez siebie, jest nam ciężko. Często nie potrzeba nam nawet słów, aby się zrozumieć. 

Piękne i bolesne. 

Nie jesteśmy w stanie bez siebie wytrzymać. 

Mogę sobie wmawiać, że mi nie zależy, że nic mnie nie obchodzi, że dni bez niego są takie same albo nawet lepsze. Mogę sobie wszystko wmawiać. Tylko że dzięki niemu wypełnia mnie spokój, harmonia, radość, energia i... nawet jem w miarę jak człowiek. I on ma podobnie... spokojny, szczęśliwy.

Uczymy się wzajemnie różnych rzeczy. Potrzebna jest cała masa kompromisów, ale jest szacunek i zrozumienie. Tylko ta cała masa problemów i pytanie, co dalej? 

Kolejne 28 dni zapowiada się na długi i trudny czas. Będzie nam okropnie ciężko. 

Zresztą z każdym dniem będzie nam trudniej i trudniej. Problemy będą się mnożyć, cena będzie szybowała wyżej i wyżej. Jak długo to wytrzymamy? Ile? Bo jeśli przetrzymamy... Boję się o tym myśleć, bo daleka droga przed nami.     

1 lipca 2013

Spalone.

Jutro 8 dzień pracy z rzędu. Wszystko boli mnie po kolei. Maraton... przewalone ponad 50 ton własnymi rękami. W sobotę praca dała mi tak popalić, że myślałam, że nie wytrzymam do końca dnia pracy. Gdyby nie siła woli, to bym sobie nie poradziła. Wakacje będą ciężkie i długie. Dużo ludzi na urlopach, w pracy zbyt mało, a pracy niewyobrażalnie dużo. Pozostaje wytrzymać jakoś do urlopu. 

Widok jedzenia doprowadza mnie do mdłości. Nie jestem w stanie niczego wmusić w siebie poza śniadaniem. Praca doprowadza mnie do wstrętu do jedzenia. Wiem, że powinnam jeść i jeść więcej, ale nie zamierzam się zmuszać. 

Poza tym jestem okropnym tchórzem. 

Presja jest nie do zniesienia. Nie do wytrzymania. Ostatni tydzień to była jakaś masakra. Mam dość. Chcę świętego spokoju. 

Uciekam.

Nie potrafię stworzyć niczego. 

Własne uczucia mnie przerażają. 

W weekend zdałam sobie z czegoś sprawę. Szok. Nie przypuszczałam. Stało się. Dlatego więcej się z nim nie spotkam. 

To głupie. Wiem. Nie dam rady. Nie dam po prostu rady. Oczy mnie zdradzą w jednej chwili. Nie chcę tego. Nie zniosę. Boję się. Jestem tchórzem. 

Poza tym zgubiłam gdzieś swoją głowę. 

Wczoraj, chwilę przed wyjściem do pracy, stwierdziłam, że moje jedyne spodnie do pracy są wciąż mokre, więc postanowiłam, że zrobię to samo co zwykle, czyli je podsuszę. Chwilę później, włącza się alarm przeciwpożarowy. Nic się nie pali, tylko spodnie parują. Ściągnęłam je z elektrycznego kominka, otworzyłam okno, alarm wył nadal. Ja w panice, siostra w panice, bo nie wiadomo, jak to cholerstwo wyłączyć. W końcu przestało wyć. Postanowiłam się ubrać, bo za pięć minut musiałyśmy wyjeżdżać do pracy. Wkładałam spodnie i... one były w kilku miejscach zielone i sztywne. Myślałam, że mi się nie doprały po ogórkach, które układałam. Wstałam, a moje spodnie... trzask trzask... wszystko się rozeszło. Spodnie poszły w strzępy. Spaliłam je. Muszę do pracy wychodzić, a nie mam żadnych spodni. Przypomniałam sobie, że są jedne, ale że chyba w nie się nie zmieszczę... a jednak się zmieściłam. Nic dziwnego, skoro jem tylko tyle, żeby z głodu nie umrzeć. 

Przy okazji zepsułam sobie zamek w swetrze. Zablokowałam radio w aucie. 

Jestem blondynką i nic nie pomoże to, że od dziesięciu lat usiłuję stworzyć sobie sztuczną inteligencję. Skądś musiały się wziąć kawały o brunetkach. To po prostu naturalne blondynki próbujące ratować się sztuczną inteligencją na własnej głowie ;) 

Jak widać na moim przykładzie, na wiele się to nie zdaje. Blondynka to blondynka i ukrywanie się pod innym kolorem nic nie pomoże. 

Poza tym czuję się chora. Muszę odchorować własną decyzję. Oczy zaczynały mnie zdradzać. Zresztą otoczenie już i tak zbyt dużo widziało. Presja z tym związana, różne naciski zaczęły być dla mnie nie do zniesienia. Podobnie jak komentarze. Muszę wytrzymać tu jeszcze długi czas, ale w takiej atmosferze... byłoby trudno. 

Jestem tchórzem. Zresztą od początku tego nie ukrywałam, że może się tak zdarzyć, że ucieknę, że to bardzo prawdopodobne. Stało się.

To zbyt wiele dla mnie. Mój mózg sobie z tym nie poradził, dusza mnie zaskoczyła totalnie. 

Nie umiem być szczęśliwa.

Odchoruję to. 

Stanęłam przed koniecznością wyboru. Albo praca, albo życie prywatne. Wybór oczywisty. Praca. Innej decyzji być w tej chwili nie mogło. Głupszej decyzji też nie. Zresztą i tak uważam, że nie jestem warta tego całego zachodu, rozpierdalania dla mnie ustalonego porządku, całego własnego życia. Naprawdę nie jestem kimś, dla kogo warto coś takiego zrobić. Po co mnożyć sobie problemy?

Zawsze odchodzę. Nawet jeśli bardzo chcę zostać. Może dlatego od zawsze to robię, że chciałabym, aby ktoś nie pozwolił mi na to i nie pozowolił mi na to w normalny sposób, w normalny dla mnie sposób... 

Chyba naprawdę oszalałam. 

   














23 czerwca 2013

Kim jesteś?

Ostatni tydzień był okropny. Praca mnie zajechała. Było jej tyle, że nawet mnie z wolnego dnia odwołano i musiałam iść do pracy. Wczoraj jakoś dotrwałam do końca zmiany, ale tydzień temu... ziewałam i walczyłam ze snem. Monotonia pracy z jogurtami znużyła mnie bardziej niż piątkowy reset. I tak jak zaczęłam się z nimi użerać w sobotę, tak użerałam się przez cały tydzień. W sumie to zdążyłam się już do nich przyzwyczaić. W każdym razie nie wiem, jak wytrzymam jeszcze 10 miesięcy na tej umowie, ale się postaram, żeby mnie jednak nie wyrzucili. Jedyne co mnie motywuje, to dobre zarobki. Wiem, że to nie jest praca dla mnie i że się do niej nie nadaję, ale nie poddaję się łatwo i walczę tak, jak inne panie.

Moje postępy językowe są żałosne. Co prawda rozumiem o czym do mnie w sklepie rozmawiają, jakieś proste zdania też nie stanowią problemu, ale żeby coś powiedzieć... Utknęłam na etapie zwrotów grzecznościowych. Muszę się wziąć do roboty. Zaopatrzyłam się w trochę materiałów i wpadłam na pomysł, co by uczyć się tego badziewia w wersji angielski-niderlandzki-francuski. W tej formie najszybciej załapię ten język, a przy okazji nie będzie mi się mylić. 

Zakochałam się w Rotterdamie od pierwszego wejrzenia i chcę tu trochę zostać. Może trochę dłużej niż trochę. 

Moja siostra jest na mnie wkurzona. Wczoraj usłyszałam taaaakieee kazanie przed wyjściem, że aż mnie ścięło. Dowiedziałam się, że dla niej jestem dziwką. Co więcej, liczy się dla niej wyłącznie opinia innych ludzi, a nie to, czego ja chcę. Bo ona myślała, że skoro tu przyjechałam, to będę tylko pracować, codziennie jej dziękować, że mi pomogła i prowadzić zakonny tryb życia. Zrugała mnie tak, że nawet gdybym nie umówiła się z nim i tak bym wyszła z domu, bo z trudem powstrzymywałam się, żeby nie wybuchnąć i jej nie przygadać. Stanęło na tym, że jestem dorosła i zrobię to, co będę chciała, czy jej się to podoba, czy nie. 

Ojciec na próżno przed śmiercią nie ostrzegał mnie, abym nie ufała moim siostrom, abym nie wdawała się z nimi w dyskusje, tylko robiła swoje. Wiedział, że prędzej czy później będę miała z nimi problemy. Najlepiej byłoby, gdybym robiła to, czego one chcą, na wszystko się godziła i miała zawsze takie samo zdanie, jak one. To nie jest możliwe. 

Na początku ludzie tutaj postrzegali mnie przez pryzmat mojej siostry. W końcu zaczyna się to zmieniać. Jestem zupełnie inna niż ona. Widzę, że nie bardzo jej się podoba to, że ludzie widzą we mnie mnie samą, a nie tylko jej siostrę. Zaczyna wkradać się zazdrość i muszę być bardzo ostrożna. Mam poprawne relacje z nią i z naszą drugą siostrą i wolę, aby tak zostało.

Bo gdyby wiedziały... byłabym zlinczowana. Tym bardziej, że w tygodniu też odwaliłam numer i poszłam z nim w nocy na spacer. Miałam wolny dzień, bo po pięciu dniach pracy muszę mieć dzień wolny, więc miałam przed następnym maratonem ;) On nie miał ochoty pracować, wziął wolne i poszliśmy sobie na spacer. On była wyjątkowo ciepła i piękna. Przełaziliśmy i przegadaliśmy tak kilka godzin. 

Obojgu nam ta znajomość zdążyła narobić problemów, których oboje i tak mamy sporo. Obawiam się, że będzie ich jeszcze trochę. Wiedziałam na co się decyduję. 

Nie dbam o to, co pomyślą i zrobią inni. Od wczoraj nie dbam już o to, co powie moja rodzina. To, jak się czuję teraz, to, jak się czuję gdy jesteśmy razem, to, co widzę w jego oczach, to o czym mówi jego ciało, warte jest każdej ceny. 

10 lat temu nie weszłabym w to. Nawet pięć lat temu bym się nie zdecydowała. Przecież inaczej to sobie wyobrażałam, że przecież co by powiedziała moja rodzina i znajomi. Byłabym okropnie głupia tak myśląc. Moje życie jest teraz. Teraz piszę swoją życiową książkę i nikt, nawet ja, nie wie, jak ona się skończy. Piszę ją sama każdego dnia i ode mnie zależy, jaka ona będzie. 

Prawda jest taka, że oboje dostaliśmy totalnego pierdolca na własnym punkcie i nie mam zielonego, ani żadnego w ogóle, pojęcia do czego nas to doprowadzi. Albo będziemy bardzo szczęśliwi, albo będziemy bardzo cierpieć. Albo wszystko naraz. Tu mogę tylko myśleć i czuć duszą, bo rozum przestał już dawno to ogarniać, aczkolwiek stoi na posterunku. 

Dwoje doświadczonych przez życie ludzi, cieszy się jak dzieci, gdy się widzą, gdy są w swoim towarzystwie. Jakoś wyjątkowo dużo mają różnych pierwszych razów. Są zupełnie różni, ale podobnie patrzą na świat i podobnie go odczuwają. Oboje będą cierpieć ze swojego powodu. To nie jest normalne, co się między nimi wyprawia, co się z nimi dzieje. 

On: - Kim ty jesteś?
      - Co ze mną robisz?

Choco: - Co ty ze mną robisz?
          - Gdzie byłeś przez ten czas?

16 czerwca 2013

Mam nadzieję, że... ;)

Pogoda dla wisielców doprowadziła mnie do takiego stanu umysłu, że następny dzień w pracy ciągnął się w nieskończoność. Jeśli dodać do tego ludzi, którzy działali na nerwy, dziwną rozmowę z nim... 

Po dotrzymaniu do końca pracy wraz z nadgodzinami nie chciało mi się nawet mrugać, jeść mi się nie chciało. Miałam za to ochotę zrobić sobie totalny reset. I zrobiłam. Mimo że na drugi dzień musiałam iść do pracy. 

Reset dokonał się za pomocą różowego francuskiego wina, wypitego przeze mnie z gwinta. Co się działo potem... wyklepałam elaborat. Była rozmowa, z której pamiętałam rano tylko jedno zdanie: "Nie chcę cię stracić." W sumie to więcej nie musiałam sobie przypominać. To mi wystarczyło. W pracy przypomniałam sobie jeszcze kilka innych rzeczy, między innymi to, że chyba z cztery razy wymuszał na mnie obietnicę, że udam się pod prysznic, a potem do łóżka. Jak na 18 minut gadania, to nie pamiętałam zbyt wiele. No może jeszcze to, że wpadłam w totalny słowotok nerwowy. Resztę przypomniał mi wieczorem. 

Dzień w pracy po resecie... no przy jogurtach prawie zasnęłam, bo jakoś wyjątkowo monotonne zamówienia mi się trafiły. Do tego jeszcze czułam się kiepsko. Żołądek cierpiał, kac też się na chwilę pojawił. 

Reset był konieczny. Gdyby nie reset... Zrobiłam tak, jak mi intuicja mówiła. Zrobiłam to, co było mi potrzebne. 

A sobota... bardzo długi wieczór. Długa poważna rozmowa. Szczerość. Mało słów, ale za to ważnych słów. Konkretnych.
 
Choco: Chcę tak z tobą codziennie. Do końca życia.
On:     Mam nadzieję, że będziemy długo żyli.

11 czerwca 2013

Jakość szczęścia.

Nie było mnie tu. Przepadłam. Taplam się w szczęściu.

Świecę na kilometr własnym blaskiem. Nie mogę przestać się uśmiechać. Oczy mi błyszczą. Jestem szczęśliwa. 

Nawet gdyby moje szczęście miało trwać przysłowiowe pięć minut... to wolę je sto razy bardziej od tego, które znałam do tej pory. Gdybym miała wybierać - to co mam teraz i co czuję teraz tylko przez chwilę czy to, co znałam do tej pory przez resztę życia...??? Wybrałabym to, co czuję teraz choć na chwilę. 
Jakość szczęścia. Nieporównywalna. 

Kiedyś napisałam tu, że chciałabym bardzo doświadczyć w życiu połączenia normalności, zwyczajnego życia z czymś niezwykłym. Bycia i z nie-byciem. Żeby mnie to nie niewoliło, nie robiło ze mnie drewnianej, żeby mnie obecność drugiej osoby nie męczyła, nie spinała, żeby to było takie naturalne, zwyczajne, ale jednocześnie, aby napawało szczęściem, było niezwykłe. 

Właśnie tego doświadczam. Fascynujące, nieprawdopodobne, cudowne. 

Kiedyś opisałam tu też jeden z moich snów. Bardzo erotyczny. Człowieka, którego w nim widziałam, znałam tylko ze snów. Facet bez twarzy. Dopiero za którymś razem mogłam spojrzeć w jego oczy. W weekend spoglądałam w nie z bardzo bliska. Nie we śnie. Na jawie. 

Mój mózg nie ogarnia tego, co się dzieje. Kompletnie tego nie rozumiem ani ja, ani moje zwoje mózgowe. Szczerze mówiąc, nie muszę tego rozumieć. Nawet jeśli to ma trwać tylko chwilę, to dla tej chwili warto było żyć prawie 30 lat. 

Wyglądam tak samo. Jestem tą samą osobą. No może troszkę lżejszą przez pracę ;), lecz jednak tą samą. Tylko nieporównywalnie szczęśliwszą. 

W sobotę wieczorem siedzieliśmy na przeciwno siebie w mojej ulubionej pozycji, spełnieni, szczęśliwi. Jego uśmiech, radość w oczach... Pierwszy raz w życiu spełnienie faceta napawało mnie szczęściem.

Mam gdzieś czy ktoś mnie w tej chwili mnie zlinczuje, za to co napisałam powyżej. 

Jestem wewnętrznie rozpalona. Jestem. Przez niego. Z jednej strony mnie rozprasza, a z drugiej zmusza mnie do wzmożonej koncentracji. Nie blokuje mojego natchnienia. Gdy jest obok, ogarnia mnie totalne poczucie bezpieczeństwa. Jak wtedy gdy żyli moi rodzice i byli zdrowi.

Niczego nie muszę, ale nagle mogę wszystko. Zwyczajne normalne życie zmieszane z czymś niezwykłym. 

Boję się tak śnić na jawie. Właściwie nie śnię. Żyję. To jest moje życie. To co było snem, stało się nagle życiem. Nie szukałam tego. Nie sądziłam, że to się w ogóle może zdarzyć, że tego doświadczę, że to mnie to spotka. 

Nie myślę o tym, co będzie jutro. Moje jutro jest dziś. Moja przeszłość jest dziś. Tylko to dzisiaj liczy się dla mnie. Reszta jest bez znaczenia. 

Moja przyjaciółka nazywa taki stan zakochaniem, zauroczeniem, miłością. Jednak ja tego bym tak nie nazwała. Różowych okularów nie mam. Zaćmienia na mózgu również, bo jakoś moje zwoje wciąż pracują i mają się świetnie, choć nie wszystko potrafią ogarnąć. Z drugiej strony, to czego rozumem ogarnąć nie można, ogarnąć można duszą i sercem. Spokój i trzęsienie ziemi w jednym. Będzie co ma być. Całkowicie instynktowne podejście. Po całości intuicyjne. Nie wiem, co da mi jutro. Jednak wiem, że w tym stanie chciałabym trwać do końca życia. 

Nieoczekiwanie znalazłam sobie najodpowiedniejsze miejsce dla siebie. 

Moja filozofia życiowa jest bardzo prosta: żyć swoim życiem i być szczęśliwą.

2 czerwca 2013

Ciąg dalszy szaleństwa.

W pracy walczę. Raz jest lepiej, raz jest gorzej. Muszę w końcu zacząć codziennie robić tę cholernie wyśrubowaną normę. Wcześniej tu tak nie było. Było tak jak wszędzie. Jednak nasi kochani rodacy musieli się ścigać w wynikach i część z nich robi to dalej. Efekt jest taki, że jednego dnia owe sto procent jest dla mnie wykonalne, a innego, mimo że latam jak kot z pęcherzem i nawet gdybym na rzęsach biegać zaczęła, nie jestem w stanie dać rady. W zupełności mi wystarczy robić tylko tyle, ile muszę i nic ponad to. Nie zamierzam zachowywać się tak, jak niektórzy czyli jak psychiczna, jakbym uczestniczyła w jakimś pieprzonym wyścigu szczurów. Tylko po co? Przecież i tak dostają premie tylko za dziesięć procent więcej, więc po jaką cholerę tak się zażynać?

Będę walczyć dalej w pracy, bo jej po prostu potrzebuję. Poza tym nieźle płacą, a pieniądze są niestety niezbędne do życia, a chwilowo potrzebuję ich trochę więcej niż zwykle, co by pozamykać, a nie podomykać, pewne sprawy. Jest jeszcze jeden plus tej pracy - idę i robię swoje, a w domu już nie muszę się niczym martwić i pracować po 20 godzin na dobę. Zresztą plusów znalazłoby się znacznie więcej, mimo że jest ciężko.

W życiu prywatnym szaleństwa ciąg dalszy. Nie mam pojęcia dokąd mnie, w sumie powinnam napisać - nas, to wszystko zaprowadzi. Nie poznaję sama siebie. Momentami w ogóle wydaje mi się, ze sama siebie nie znam. Podążam za własnym instynktem, działam intuicyjnie, rozum na wakacje się nie wybiera. A ja nie mam pojęcia, co się ze mną dzieje. Trochę przeraża mnie ta sytuacja. Tym bardziej, że wczoraj zdałam sobie sprawę, że oboje nie mamy nad tym kontroli. Oczywiście w jakimś tam stopniu mamy kontrolę nad sytuacją, ale to wymaga balansowania na granicy własnej silnej woli. Co z tego, że mogę mieć kontrolę nad tym, co w danej chwili robię, jeśli nie mam zielonego pojęcia, dlaczego nie mogę kontrolować całej sytuacji, relacji, znajomości. Wszelkie konsekwencje ewentualne mam przemyślane. Jak zawsze. Mimo to nie potrafię tego wszystkiego nazwać, ogarnąć własnym mózgiem, nic przewidzieć ani zrozumieć.

Codziennie pytam samą siebie, co ja wyprawiam. I sama sobie odpowiadam, że nie powinnam w ogóle się nad tym zastanawiać, tylko brać życie. Czyżbym dostała właśnie od losu, od życia, od Boga, czy tam od kogoś czy czegoś, to czego zawsze pragnęłam i tak jak pragnęłam...??? A przy tym mam milion dylematów i totalny strach przed tym, że nie panuję nad tym wszystkim, nie bardzo mam wpływ, przestaję się hamować, momentami zupełnie sobie odpuszczam i cholernie boję się chwili, w której przestanę mieć siłę i ochotę na kontrolę samej siebie. 

Na koniec powiem tylko jedno... ah... żeby tak przez resztę życia... :)))

20 maja 2013

Chyba jednak coś jak randka.

Zadzwonił.

Wczoraj.

Było późno. Wiedział,  że nie śpię. Zresztą mu o tym powiedziałam. Rozmawialiśmy długo. A potem nie mogłam zasnąć.

Dziś z siostrą zrobiłyśmy wypad do portu w Rotterdamie (relacja fotograficzna jutro) i nad morze do Hagi. Tak jakoś dzień minął. Był ciepły i miły. Zakończył się jeszcze bardziej miło. 

Zadzwonił. Przyjechał. Poszliśmy na spacer. Rozmowy. Śmiech. Dotyk.

Moje oczy rozmawiają z nim...  

On się urodził tu. Od urodzenia tu mieszka. Tyle tylko, że jego rodzice nie są Europejczykami. O takich jak on Polacy mówią tu - pomazańcy - czyli kolorowi - ani czarni, ani biali. Poza tym spora ilość ludzi, no głównie facet, z rodzimych stron naszych nie lubi, jeśli Polki w ogóle rozmawiają z pomazańcami, a co dopiero, żeby gdzieś z takim wyjść.

Jeśli o mnie chodzi, mam na to wyrąbane. On jest normalnym facetem. Tyle tylko, że nie jest biały i że nasze kultury się różnią. Zapatrywania na życie mamy podobne i nawet podobnie nam się układało. Może dlatego dobrze nam się rozmawia. 

Nie wiem, co mam z tym wszystkim zrobić.  

Wpadłam w coś, tylko nie wiem w co. 

Nie myślę o tym, co będzie, bo jutra może nigdy dla mnie już nie być. Żyję tym, co jest teraz. Czas zrobi swoje.

Jeśli już jestem przy tym jutrze, to odpowiem na kilka pytań, które na swoim blogu zadała Małgo. 

1. Gdyby miało nie być jutra, to...

cieszę się, że moje dzisiaj było właśnie takie. Staram się żyć teraźniejszością, bo mojego jutra może nie być, a któregoś dnia z pewnością go nie będzie. 

2. Rozum czy serce?

rozum i serce

3. Piosenka, która ostatnio zawróciła Ci w głowie.

żeby tylko jedna... ;) no ale zdecyduję się na to: DAFT PUNK  

4. Gdyby istniała możliwość bycia przez jeden dzień kimś innym, to byłabyś...

gdyby... to byłabym papieżem, bo chciałabym spenetrować archiwa i bibliotekę Watykanu

5. Czego najbardziej chcesz się jeszcze w życiu nauczyć?

kochać

6. Ile lat chciałabyś żyć?

Chciałabym żyć aż do śmierci ;)

7. Czego najbardziej brakuje Ci na świecie?

pokoju

8. Masz jakiś autorytet?

Moim autorytetem byli i są moi rodzice.

9. Uznajesz kłamstwo "dla czyjegoś dobra"?

nie
kłamstwo jest zawsze kłamstwem
dla czyjegoś dobra? wg mnie nie ma czegoś takiego, bo zawsze to jest dla naszego dobra, a nie tej drugiej osoby. lepiej nie mówić czasem nic, choć czy to bywa dobre... zależy... od punktu widzenia.

10. biały czy czarny?

zależy

w przypadku ubrań - czarny

w przypadku świata i ludzi - czarno-biały wymieszany czyli szary :)

11. zima czy lato?

wiosna        


Proszę mi wybaczyć, że nie będę wrzucać tu listy blogów, bo trudno byłoby mi wybrać spośród tych, na które zaglądam. Wszyscy moi Drodzy czujcie się nominowani :)

Zadam Wam tylko jedno pytanie: Czego nie zrobiłaś/-eś dziś, czekając na jutro, na później, na lepszy dzień, czas, miejsce?  

Wszystkim życzę dobrego tygodnia i pozdrawiam serdecznie :)