Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rower. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rower. Pokaż wszystkie posty

16 sierpnia 2014

Na górze i na dole.

Pękło 150 km.
 
1 rower + 1 tydzień + 1 CzG + 1 praca = 150 km
 
Jestem dumna z siebie. Kondycję nadal mam marną, jednak weszłam na wyższy poziom. Już się nie wlekę w takim tempie, że starsi ludzie i małe dzieci mijają mnie na ścieżce, a prędkościomierz mnie nie zauważa. 
 
Osiągnęłam zawrotną prędkość 21 km/h i pobiłam własny rekord - czasówka do stacji kolejowej w centrum. Pierwsza próba - zgubiona droga i czas katastrofalny. Druga próba - 30 min. Nowy rekord - 10 min z oczekiwaniem na wszystkich światłach. 
 
Co prawda daleko mi do Holendrów, którzy we trzy osoby jadą jednym rowerem, jednoosobowym rowerem albo przewożą tymże środkiem transportu różne dziwne rzeczy - typu szafka łazienkowa, drukarka, plecak ze stelażem wielkości połowy mnie i to wcale nie na plecach ten plecak, o ilości toreb, siatek, siateczek, tub i innych takich nie wspomnę. I w dodatku oni jadą. Przemieszczają się. I to całkiem szybko. Piszą smsy w trakcie jazdy i robią inne zupełnie zwyczajne rzeczy, aczkolwiek dla mnie wciąż nieosiągalne w trakcie jazdy. Ten poziom jest mi obcy. Przy moim roztrzepaniu, gdybym coś takiego odwaliła, to tym razem znalazłabym się pod kołami jakiegoś pojazdu, ale tym razem z własnej winy. Nie będę cudować. Dobrze, że na pełnej prędkości wchodzę w zakręty i nie zsiadam z roweru, jadąc pod górkę. Noooo i nawet się przemieszczam wieczorową porą oraz wczesnym rankiem, produkując prąd do mych światełek i daję radę. I nawet nauczyłam się drogi do pracy i już się nie gubię. Szukanie skrótów sobie odpuściłam, co by się nie wpuścić w maliny i na zaliczyć wpadki z deszczu pod rynnę.
 
Mały sukces na drodze ku wielkości ;) 
 
Zaliczyłam też sukces nr 2 czyli zaczęłam rozmawiać, zmuszona koniecznością, po holendersku przez telefon. Zaczęło się od angielskiego, po czym przeszłam na holenderski i tak już zostało. Mówię, co prawda, wciąż okrutnie kwadratowo i zdarza mi się zapominać o regułach gramatycznych, gdy chcę coś szybko powiedzieć. Jednak o dziwo ludzie mnie rozumieją i ja ich też. Co prawda nadal wciąż czasem nie wiem, o co im chodzi i czy aby na pewno myślą, i czy myślą o tym samym, co ja... Jednakże słowa rozumiem, choć może nie wszystkie, a sens również uchwycę, a jak nie rozumiem ich toku myślenia, dopytuję aż do skutku. Czasem wychodzi z tego coś bardzo zabawnego.

Szef się mnie wczoraj pyta, czy ja i moja koleżanka Czeszka jesteśmy bliźniaczkami. Ja patrzę na niego jak sroka w gnat i nic nie mówię. No to on znowu pyta. Ja nic. W końcu on do mnie, czy ja go rozumiem. Ja, że tak, tylko nie próbuję wymyślić, skąd on to wziął, że ja i ona... itd. skoro ja Polka, a ona Czeszka. On mi na to, że w sumie co za różnica, skoro jak gadamy to ja do niej po polsku, ona do mnie po czesku, a jak się nie możemy dogadać, to wtrącamy - ja holenderski, ona - niemiecki. No to mu mówię, że wtedy to ja już w ogóle nie wiedziałabym, kim jestem, bo rodzina ojca pochodzi ze Szkocji, a poza tym inne mixy u nich też były, a moja mama w połowie była Ukrainką, więc ja jestem w jednej czwartej. To on się mnie pyta, w której połowie moja mama jest Ukrainką - górnej czy dolnej. Ja na to, że musiałabym dziadków spytać, kto był na górze, a kto na dole ;)
 
To już mamy dwa małe sukcesy na drodze ku wielkości ;)
 
Czas na sukces numer 3... :)
 
 

5 sierpnia 2014

Najlepszy rower na świecie.

Wczoraj trafił mi się najgorszy poniedziałek od dawna. Jechałam sobie spokojnie rano do pracy i nie ujechałam daleko. Po pięciu minutach pedałowania, pewna naturalizowana Holenderka, choć w sumie to Hinduska, próbowała przerobić mnie na naleśnik. Owa pani wjechała autem w mój rower. Pomyliła gaz z hamulcem... 
 
A zaczęło się tak. Dojeżdżałam do skrzyżowania i widzę, że kawał ode mnie jedzie wolno auto. Myślę, spoko, przejadę, zdążę z jednej ścieżki rowerowej w drugą wjechać. Ślepa nie byłam, bo wówczas to mogłabym mieć do siebie pretensję, że źle oceniłam odległość. Soczewki były w użyciu. I co? Gówno! Nie zdążyłam przejechać. Pani dała gaz do dechy, wjechała z impetem na skrzyżowanie i w sumie nie tyle wjechała, co je maksymalnie ścięła, wjeżdżając na ścieżkę rowerową i mnie z niej zepchnęła. Właściwie miałam auto za plecami i kątem oka zauważyłam, co się święci, odbiłam kierownicą, żeby nie znaleźć się na masce. Mało brakowało, a bym przeleciała przez rower i auto tej pani. Na szczęście całe uderzenie poszło w koło roweru i z kółka zrobiło się coś na kształt prostokąta. Ja się jedynie pobrudziłam.
 
Pani stwierdziła, że mnie nie widziała. Jak nie spojrzała, to nie widziała. 
 
Ja tutaj się już dawno temu nauczyłam, że rowerzysta to święta krowa, a jak się wyjeżdża z podporządkowanej i jeszcze przecina się ścieżkę dla rowerów, to się i sto razy patrzy, aby się upewnić, że nie wyleci żaden rowerzysta. Mało który użytkownik dwóch kółek ma tu tzw. polski odruch czyli zwraca uwagę na jadące auta. Często wygląda to tak, że rowerzysta zapierdala i na skrzyżowaniu czy na rondzie nawet nie raczy spojrzeć w żadną stronę, zakładając, że auto i tak się zatrzyma.
 
Wciąż się zastanawiam, jak też ta pani tego dokonała. To wyczyn z kategorii typu ruszanie z 3 pod górkę. Tego z kolei ja dokonałam, wracając nocą z pracy, bez okularów i w padającym deszczu. Na szczęście po chwili dotarło do mnie, że coś świat za bardzo przypomina zamazane plamy. Może owa pani też chwilowo bujała w obłokach, pomyliła i stało się. Może też tak szybko jej poszło, bo z górki miała, a jak wiadomo z górki się pięknie wszystko toczy. 
 
Rower jest u naprawiacza rowerów. Może jutro w końcu mi go zrobią. Póki co w użyciu musi być rdzewiaczek. 
 
Pani wraz z mężem zapłacą za naprawę, bo wina leżała po pani stronie. Jak wszystko będzie tak, jak powinno, pokryją koszty, żadnej policji nie będę w to mieszać. Nie lubię dowalać ludziom większych problemów niż te, które już mają. Wszystko można próbować załatwić w cywilizowany sposób. 
 
Mi się nic nie stało, a to jest chyba najważniejsze. Rower dość ucierpiał, ale liczę na to, że wyjdzie z tego i będzie jak nowy, bo mnie uratował. Gdyby uderzenie nie poszło w niego, poszłoby w moje kolano. Zaledwie jakieś 5 cm i ruina, którą mam zamiast kolana, byłaby nie tylko w opłakanym stanie... Pewnie o jeździe rowerem mogłabym już tylko pomarzyć. Bo jak to mój cudotwórca ortopeda stwierdził - jeszcze jeden taki wyczyn albo wypadek i mam pozamiatane. 
 
Dziękuję Najwyższemu i Aniołom Stróżom, że mnie pilnowali, bo mogło się skończyć gorzej. A jak rower odbiorę, to będę dbać o niego bardzo bardzo bardzo, bo spisał się wspaniale. Dzielny rower. Nowiutki. Mam go zaledwie od 3 miesięcy. Szybko oberwał. Trochę jesteśmy do siebie podobni ;) Za młodu poturbowani. Teraz będziemy do siebie idealnie pasować ;) Oby pan naprawiacz ładnie się spisał. 
 
Bo póki co to mam pozamiatane. Dobrze, że chwilowo mam wolne i nie muszę robić po minimum 30 km dziennie rowerem, bo rdzewiaczek z trudem by sobie poradził. Do sklepu może się nadaje, ale to czarny służył dzielnie jako transport do pracy, do miasta, na stację kolejową, no i do szkoły. 
 
Niby człowiek nie powinien zżywać się z przedmiotami, ale... z czarnym stanowimy zgrany duet i dajemy radę bez względu na pogodę, ilość kilometrów oraz zgubioną drogę. Oby do czwartku "wyzdrowiał", bo bez niego nie zrobię tylu kilometrów. Jest niezastąpiony. Zwłaszcza wtedy, kiedy wszyscy są daleko i jestem zdana tylko sama na siebie. I na niego. Najlepszy rower świata. Dzięki niemu jestem cała. Przetrzymał. I mam nadzieję, że wróci do mnie cały i zdrowy.