Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty

11 maja 2014

Euro - Wizja.

Internet aż huczy od komentarzy po wczorajszym finale 59 konkursu piosenki Eurowizja. Wygrał reprezentant Austrii - Thomas Neuwirth występujący pod pseudonimem Conchita Wurst. Propozycja z Polski uplasowała się na 14 pozycji, natomiast mój osobisty faworyt czyli Holendrzy - zajęli drugie miejsce.

Przyznam, że już przed półfinałami spodziewałam się wygranej Wurst. Polityka, polityka, polityka. Wpływ na wynik konkursu miały głosy jury i głosy telewidzów. I o ile Wurst wygrałaby tak czy tak, bez względu na to czy brano by pod uwagę wyłącznie głosy telewidzów, czy byłoby tak jak jest, to na pozostałych miejsach byłyby przetasowania. 

Internet pełen jest komentarzy oburzonych ludzi. Z jednej strony mamy krytykę Conchity, krytykę polskiej propozycji, a z drugiej słowa o tolerancji, gender, itd. 

Polska propozycja została objechana na wszystkie możliwe strony. Zarzucano nam seksizm, promowanie naszych dziewczyn jako tanich prostytutek, porno na scenie. Jakoś jednak wszystkim umknęło, że Cleo potrafi śpiewać, a pełno osób skupiło się na aspekcie wizualnym. Przyznam, że nie potrafię zrozumieć kilku rzeczy. Dlaczego takie oburzenie zachodnich mediów wywołały polskie seksowne dziewczyny z głębokimi dekoltami, a nikt jakoś nie jeździł po Wurst? Czyli wychodzi na to, że jak się pokazuje kobiety, głębokie dekolty itd. i w dodatku zachwala ich piękno fizyczne, to nie jest to normalne, tylko poniżające. Jak się pokazuje drag queen z brodą to jest pełno zachwytów. Jak gołe panny biegają w teledyskach, pokazują całe cycki i nagie tyłki to wszystko jest ok. Podobnie rzecz ma się z brutalną przemocą. A co więcej, można to wszystko puszczać w środku dnia, aby dzieci oglądały. 

Co zaś tyczy się głosowania... Słowianki jednak spodobały się telewidzom. Poza tym emigracja zwarła szyki i głosowała, ja oczywiście też. Jednakże sędziowie nie dali nam szans i bardzo nisko ocenili naszą propozycję. "My Słowianie" nie jest utworem wysokich lotów, ale w moim odczuciu nie jest aż tak kiepskie, aby mogło się plasować na końcu stawki. To trochę tak, jakby sędziowie dowalili Polsce specjalnie w krajach, w których jest duża liczba polskich emigrantów. A to dlatego, że wiadomo było, iż w głosach telewidzów Polska zmiażdży w tych krajach konkurencję albo będzie bardzo bardzo wysoko. I też tak było. Jednak pozycja, jaką zajęli Polacy, czyli mniej więcej w połowie, jest odpowiednia do poziomu piosenki. Nie zmienia to faktu, że trochę czuję się zniesmaczona takimi rozbieżnościami w głosach.

Wygrana Conchity nie przypadła mi do gustu, zresztą podobnie jak wielu innym osobom. Na jednym z portali napisałam, co myślę na ten temat i zostałam objechana, nie tylko ja, za totalny brak tolerancji. Proszę mi wybaczyć, ale jeśli występ Polaków ocenia się przez pryzmat wizualny, to dlaczego ocenianie Conchity przez ten sam pryzmat ma już być objawem nietolerancji? Wiele osób pisało, że są zniesmaczeni jej wyglądem i nie rozumieją, co to ma być - mężczyzna, kobieta, hermafrodyta, drag queen? Myślę, że gdyby Thomas, występując jako Conchita, nie miałby brody, nie szokowałby aż tak, jednak jako śpiewająca drag queen z brodą czy bez niej, wygrałby eurowizję. 

Sama propozycja Austrii jest średnia. Thomas niewątpliwie śpiewać potrafi, ma nawet niezły głos, a scena to jego miejsce. Sądzę jednak, że gdyby tę piosenkę zaśpiewała kobieta, wyglądająca jak kobieta albo mężczyzna wyglądający jak mężczyzna, czy też sam Thomas lecz jako Thomas, a nie Conchita, to piosenka byłaby pewnie gdzieś wysoko, z pewnością w pierwszej połowie, ale nie sądzę, aby wygrała. Natomiast jeśli tę samą piosenkę śpiewa już diva drag queen... pojawia się polityka gender, walka o tolerancję, itd. Tyle tylko, że sam konkurs z założenia powinien być konkursem piosenki, a nie polityki i poprawności politycznej. Pomarzyć... fajna rzecz. 

I po napisaniu mniej więcej tego, co powyżej, zjechano mnie za nietolerację. Nazwano starą obrzydliwą babą z kompleksami, za którą nikt się nie ogląda. Proszę mi wybaczyć, ale ja w imię poprawności politycznej, nie będę wychwalać czegoś, co moim skromnym zdaniem dupy nie urywa. Uważam, że Conchita wygrała dzięki polityce gender, bo zarówno piosenka, jak i wykonanie aż tak dobre nie jest. Niezłe, jednak osobiście uważam, że propozycja Holandii, Armenii, Szwajcarii czy Szwecji były lepsze i bez patosu. Niezłe były piosenki Niemiec, Ukrainy, Hiszpanii, Rumunii, Albanii czy Węgier. Nawet Duńczycy z inspiracją Bruno Marsem dali radę. 

Tak sobie też właśnie pomyślałam, że propozycja Belgii była trochę podobna do tej austriackiej. Gdyby z Belga zrobić drag queen... miejsce Belgii byłoby znacznie lepsze. I utwierdzam się w przekonaniu, że gdyby Conchita wyszła na scenę jako Thomas i zaśpiewała to samo tylko w garniturze, to już tak dobrze by nie było. Brakowało mi też takiej radości z zabawy muzyką, piosenką, radości z bycia na scenie. Zaserwowano za to patos, powagę... operowa scena normalnie. Diva ot co. Lecz utalentowana. Miał facet pomysł na siebie. Zmienił się w drag queen i jego kariera nabrała tempa. A broda to sprytny chwyt marketingowy. Drag queen z brodą? Nie, jeszcze raz nie. Jak diva to diva. Brodę można było sobie darować. 

Gender i tę całą resztę z tym związaną... nie będę się rozwodzić. Zajmuję się tym poniekąd zawodowo. Pamiętacie Danę International? Izrael i Austria mają coś ze sobą wspólnego.

U muzyków i wokalistów bardzo lubię to, kiedy bawią się na scenie, bawią się muzyką, gdy widać, że gra i śpiew sprawiają im przyjemność, że naprawdę to kochają i chcą swoją muzyką dawać słuchaczom radość, że to lubią. To się czuje. I czuć to było u Duńczyków, Szwajcarów, Islandczyków, Holendrów, Greków, w propozycji Szwecji, Węgier, Armenii czy Hiszpanii, również i u Cleo. Zabrakło mi tego u Conchity. Conchita - więcej radości i zabawy muzyką, mniej pompy, bufonady i patosu!

Kolejna Eurowizja przeszła do historii. Cieszy mnie to, że wśród ludzi uznanie zyskują dobre piosenki. To jest pocieszające, że poziom tego konkursu poszedł jednak w górę. Co prawda poprawność polityczna i sprawy gender mocno mnie zniesmaczyły. Diva do gustu mi nie przypadła, podobnie jak jej występ, lecz wygrywały już dużo gorsze rzeczy. Jednakże piosenka mogłaby znaleźć się na ścieżce z jakiegoś Bonda. Wcale się nie zdziwię, jak przy następnej części piosenkę śpiewać będzie diva Wurst właśnie. Cieszę się natomiast z dobrego miejsca Holendrów. Ilse i Waylon zrobili kawał świetnej roboty. 

Austrii gratuluję wygranej. Thomasowi pomysłu na siebie i zwycięstwa jako Conchita. Holendrom świetnej piosenki świetnej pozycji. Polakom dobrego miejsca, które od lat się nie zdarzyło. Cleo i dziewczynom gratuluję przypadnięcia do gustu publiczności. Co by nie mówić, Słowianki piękne są ;)


Poniżej jedna z moich ulubionych piosenek Ilse de Lange, wokalistki i założycielki The Common Linnetes.



 

 

31 stycznia 2013

Tak we mnie gra.

zatańcz ze mną
dotknij
przytul
przyciągnij do siebie
i zatańcz ze mną
przesuń dłonią po chłodnej skórze
prowadź
moje kroki
chwyć moje dłonie
i zatańcz ze mną







7 października 2011

Coolturalnie.

Jest środek nocy. Spać nie chce mi się wcale, leżeć i udawać, że odpoczywam tym bardziej nie, więc postanowiłam trochę pogrzebać w kompie i w moich płytach. Oczywiście po krótkiej chwili coś wygrzebałam i po prostu nie mogę się oprzeć. Słucham, słucham i wciąż mi mało, jakbym była totalnie wygłodniała, ale chyba tego mi właśnie było trzeba.

Jest taka płyta, która posiada białą okładkę, a na tejże okładce znajduje się banan. Mam na myśli pierwszą płytę the Velvet Underground nagraną wraz z aktorką i wokalistką Nico, która dołączyła do zespołu (Lou Reed, John Cale, Sterling Morrison, Maureen Tucker) na prośbę Andy'ego  Warhola, który był producentem płyty (choć faktycznie produkcją zajmował się Tom Wilson). 
Moja przygoda z tą płytą zaczęła się dopiero na studiach i to jakoś przypadkiem, gdy płyta wysunęła się ze stojaka w domu mojej koleżanki. Złapałam płytę tuż nad podłogą i spytałam, czy mogę ją pożyczyć. Poniżej kilka kawałków, które bardzo bardzo lubię.



 




 


Deszcz szumiał za oknem, a ja słuchałam the Velvet Underground. I jak to zwykle bywa, gdy ich słucham, musiałam włączyć sobie również the Raveonettes - duński duet, który tworzą Sune Rose Wagner i Sharin Foo. Działają od 2001 roku. W ich muzyce można dosłuchać się wpływów między innymi wspomnianego powyżej Velvet Underground. 
Trafiłam na nich dzięki pewnej znajomej, z którą zgadałyśmy się przy okazji Warhola, jakiejś wystawy. Zeszło nam na muzykę i Velvet Underground, a ona stwierdziła, że koniecznie powinnam posłuchać Raveonettes i powinno mi się spodobać. I spodobało się tak bardzo, że przez pewien czas katowałam na okrągło, zamęczając wszystkich wokół, a gdy komputer był łaskaw połknąć mi ich płytę, z desperacją wydzierałam ją z niego. 
Poniżej kilka utworów. Trochę nie mogłam się zdecydować, które wrzucić. Najbardziej jednak lubię "Love in a Trashcan", którego mogę słuchać w kółko i śpiewam na całe gardło. 
















Poniżej jeszcze dwa zupełnie inne kawałki, które wlazły mi do głowy i jak nie wrzucę, to się chyba nie uwolnię ;)







21 września 2011

Coolturalnie czyli słów kilka...

Erykah Badu, właściwie Erica Abi Wright, urodziła się 26 lutego 1971 roku w Dallas w Teksasie (USA). Ta niziutka (niewiele ponad 1.50 m), utalentowana, piękna kobieta urzekła mnie swym głosem dawno. Dokładnie pamiętam chwilę, kiedy pierwszy raz usłyszałam, jak śpiewa. Było lato, wakacje, słońce grzało niemiłosiernie, a ja usiłowałam wcisnąć w siebie bardzo spóźnione śniadanie gdzieś koło południa. Siedziałam w pokoju, oglądając telewizję (od niedawna dostępna kablówka...). Specjalnie jakoś nic ciekawego nie było, jak to w wakacje, więc zaczęłam od niechcenia oglądać program po angielsku. Traf chciał, że na tym samym kanale chwilę później leciała Oprah Winfrey, może nie tyle Oprah, co jej program ;) Gościem u niej była właśnie Erykah, a na zakończenie programu był jej występ. Usłyszałam, oszalałam, pokochałam. I pierwsze co zrobiłam po wysłuchaniu, zapisałam sobie na kartce, którą powiesiłam nad biurkiem, że powinnam się zaopatrzyć w jej muzykę. 

Do dziś pamiętam takie pewne zdarzenie z osobą pani Badu związane. Siedziałam sobie na huśtawce, machałam nogami i rozmawiałam z moimi kumplami. Jeden z nich usiłował uchodzić za znawcę muzyki i nurtów wszelakich w niej. Ów kumpel bardzo starał się mi udowodnić, że panią Badu to ja sobie wymyśliłam. Ze śmiechu prawie spadłam z tej huśtawki.
Poniżej trochę muzyki i zdjęć. Zapraszam serdecznie do posłuchania.


 
 
 
 
On & On
Love Of My Life


Call Tyrone


Bag Lady


You Got Me
z The Roots
Apple Tree

Window Seat


Danger


Orange Moon


zdjęcia zamieszczone w tej notce pochodzą ze strony www.erykah-badu.com


31 marca 2011

Było morze w morzu...

Odwiedziłam wczoraj moją przyjaciółkę. Kiedy jej malutkie jeszcze dzieci usnęły, usiadłyśmy sobie przy kawce zbożowej, a rozmowa jakoś tak zeszła nam na to, jaki wpływ miały na nas nasze zajęcia, gdy byłyśmy dziećmi, nastolatkami. Jak to nas ukształtowało, jak ukształtowało nasze rodzeństwo, znajomych, itd. 

Na nas obu swoje piętno odcisnęło harcerstwo. Każda z nas co innego jemu zawdzięcza, poza jedną rzeczą, którą obie mu zawdzięczamy... To właśnie przez harcerstwo poznałyśmy się bliżej, bo znałyśmy się z widzenia wcześniej i to właśnie w harcerstwie zaczęła się rozwijać nasza wieloletnia przyjaźń. 

Mój szary mundur zdjęłam dawno, schowałam do szafy... Krzyż leży w szufladzie... Bezpieczny. Czasem biorę go w dłonie, przyglądam się mu...
Jest taka piosenka... Przez kilkanaście lat mojej harcerskiej przeszłości prześpiewałam wiele różnych tekstów, ale ze wszystkich najbardziej lubię ten:

"Zielony płomień"
W dąbrowy gęstym listowiu
Błyska zielona skra,
Trzepoce z wiatrem jak płomień
Mundur harcerski nasz.
Czapka troszeczkę na bakier,
Dusza rogata w niej.
Wiatr polny w uszach i ptaki
W pachnących włosach drzew.

Tam, gdzie się kończy horyzont,
Leży nieznany ląd.
Ziemia jest trochę garbata,
Więc go nie widać stąd.
Kreską przebiega błękitną
Strzępioną pasmem gór,
Żeglują ku tej granicy
Białe okręty chmur.

Gdzie niskie niebo usypia
Na rosochatych pniach,
Gdziekolwiek namiot rozpinasz,
Będzie kraina ta.
Zieleń o zmroku wilgotna
Z niebieską plamką dnia.
Cisza jak gwiazda ogromna
W grzywie złocistych traw.

W dąbrowy gęstym listowiu
Błyska zielona skra.
Trzepoce płomień zielony
Mundur harcerski nasz.
Czapka troszeczkę na bakier,
Lecz nie poprawiaj jej.
Polny za uchem masz kwiatek,
Duszy rogatej lżej.


Od tygodnia śpiewam w kółko jedną piosenkę, którą uwielbiałam jako dziecko. Myślę, że wy też ją znacie ;) Nie wiem, czemu się do mnie przyczepiła, ale się przyczepiła. Skanduję ją na całe gardło w domu, a jak wieszam pranie na balkonie, to też się nie ograniczam. Ciekawe, kiedy sąsiedzi będą mieli dość... ;) Jak na razie piosenka odczepić się ode mnie nie chce. Znam ją w dwóch wersjach, ale śpiewam ciągiem, składając tekst w następujący sposób:

Było morze w morzu kołek
A na kołku był wierzchołek
Na wierzchołku siedział zając
I nóżkami przebierając śpiewał tak:

Moje nogi pachną cudnie
Rano wieczór i w południe
A najbardziej pachną latem
Zalatują aromatem zdechłych ziół

[Pachną pięknym aromatem
Tak jak ser szwajcarski latem]

Gdy powąchasz jedną nogę
To upadniesz na podłogę
Gdy powąchasz obie nogi
To nie wstaniesz z tej podłogi nigdy już

Było morze w morzu kołek
A na kołku był wierzchołek
Na wierzchołku siedział zając
I nóżkami przebierając śpiewał tak:

Łysy ojciec łysa matka
Łysy sąsiad i sąsiadka
I ja także łysy byłem
I się z łysą ożeniłem no i już

Łysy ksiądz nas błogosławił
Łysy organista grał
A po roku coś przybyło
I to także Łyse było tralalala...



Poza tym Czekoladka zapycha się czekoladą, wydając przy tym takie dźwięki.... i i ... .... Jakbym nigdy w życiu wcześniej czekolady nie jadła...

10 lutego 2011

Muzyka miejsc.

Dotyk. Tyle spokoju w jednym geście.

Siła. Ona jest w nas. Czasem potrzeba impulsu, aby ją zbudzić.

Ulotne chwile, momenty, które powinno się zatrzymać. To one tworzą nasze życie. Wypełniają je.
Mieszkałam kiedyś w kamienicy, której okna wychodziły na podwórko, otoczone innymi budynkami. Rosło tam tylko jedno drzewo, ale bardzo piękne drzewo. Miałam w zwyczaju siadać na parapecie, na którym była położona szeroka deska, aby wygodniej się siedziało. W wolnych chwilach lubiłam spoglądać za okno. W słoneczne dni, zawsze kiedy byłam sama w domu, siadałam na parapecie. Spoglądałam w niebo, śledziłam sunące po nim chmury, patrzyłam na grę promieni oraz na dachach i w szybach kamienic. Słuchałam wszystkiego tego, co kojarzyło mi się z wiatrem, słońcem, wodą i wolnością.

Było też i inne mieszkanie. Duże i jasne, w dobrej dzielnicy. Lubiłam siedzieć przy kuchennym stole, na jednym z krzeseł. Zawsze na tym samym, plecami do okna. Podkurczałam nogi, zwijałam się na nim w kłębek i pisałam. Albo siadałam na fotelu z podwiniętymi nogami i patrzyłam w okno, na poruszające się w jesiennym i zimowym wietrze liście i gałęzie drzew. To właśnie tam rozwinęłam się muzycznie, otworzyłam, weszłam ponownie w świat dźwięków, aby chwilę później wyjść z niego i stanąć z boku, nasłuchując, obserwując, ale już nie wydobywając dźwięków z własnej duszy.

Kiedy w pewnym okresie swojego życia rzuciłam się w wir pracy, różnych obowiązków, wciąż zmieniając miejsca, wracałam jednak w jedno - do pewnego parku, który znam lepiej niż własne kieszenie. Jest tam ławka, ławka z widokiem na drzewo, na jedną z głównych alejek i na rzeźby. Siadałam tam, rozmyślałam, szukałam spokoju i chwytałam oddech, uśmiechałam się, czytałam, po prostu byłam. Erykah Badu przesyciła mi to miejsce swoją muzyką. Jest też taka płyta - "Impala - lounge", której wtedy słuchałam na okrągło.

Każde miejsce, w którym jakiś czas przebywałam, każda sytuacja i każdy człowiek przywdziewa przed oczami mojej duszy szatę z dźwięków. Napawam się muzyką, muzyką żyję. Dzięki niej trwam. Mogłabym oślepnąć, nie czuć zapachów, ale bez słuchu nie zniosłabym życia. Nawet cisza cieszy moje uszy swoją muzyką.
Bez zbędnych słów, nasłuchując ciszy, być.

 

6 grudnia 2010

"When the Pawn" czyli o uzewnętrznianiu emocji dźwiękami.

Siedziałam nocą na blacie w kuchni, wpatrując się w okno, za którym śnieg drobnymi płatkami pokrywał drzewa, dachy, parapety i odśnieżone chodniki. Rozmyte światła latarń dawały złudzenie, że powietrze jest pomarańczowo - różowe, odbijały się od zaśnieżonego zamarzniętego bajora. Na zmianę było mi zimno i gorąco. Nie wiedziałam, czy wciągnąć bluzę na siebie, czy może jednak zdjąć ją. Ubierałam się i rozbierałam, a tak naprawdę chciało mi się płakać. 
 
Wirowały we mnie różne uczucia. Skłębiły się w jeden ogromny węzeł. Smutek, jakieś uczucie przykrości, żalu wymieszane ze złością podbarwioną szczęściem. Przedziwna mieszanka, która bulgotała we mnie nocą ja woda, gotująca się w garnku. 
Zawsze powtarzam, że nic nie oddaje tak dobrze naszych emocji, naszego stanu ducha, jak muzyka. Są ludzie, którzy gdy są smutni, słuchają czegoś radosnego, gdy są źli, słuchają czegoś, co ich uspokoi, itp. Ja słucham tego, co odzwierciedla mój stan ducha, bo tylko taka muzyka, która dokładnie oddaje to, co czuję, jest w stanie sprawić, że jest mi tak, jakbym wyrzuciła z siebie te uczucia, uzewnętrzniła je. I w sumie tak się dzieje, bo czuję muzykę całą sobą, wargami powtarzam teksty piosenek. 
 
Najbardziej się boję, że mogłabym stracić słuch. Nie wyobrażam sobie, aby nie słyszeć dźwięków, muzyki, głosów ludzkich... To byłoby nie do zniesienia. Długo szukałam siebie w muzyce, szukałam swoich ścieżek, szukałam dźwięków, które pokocham. Nie miałam nauczyciela. Nikt mi nie pomagał. Wokół otaczało mnie sporo dźwięków, ale do większości nie mogłam się przekonać, bo... były zbyt prymitywne, a teksty... płaskie, słabe, płytkie. A ja nie lubię się ślizgać po powierzchni. Muszę czuć całą sobą. 
Jako dziecko słuchałam różnych rzeczy, które jakoś tam we mnie zapadały. Wyławiałam je z radia, nagrywałam sobie i wykorzystywałam... gdy bawiłam się w radio. Nie chodziłam wtedy jeszcze do szkoły. Później w podstawówce muzyka stała mi się bliska w tańcu i w grze, stała się nieodłączną częścią mojego życia. Nauczyłam się ją czytać, czuć, wsłuchiwać się. Pamiętam, że nawet nauczyłam się grać "Stairway to heaven" Led Zeppelin... na flecie.
Zupełny przełom we mnie nastąpił jednak w wakacje jakoś pod koniec podstawówki. Oglądałam telewizję, siedziałam sobie, skubiąc jakieś szczątkowe śniadanie i coś mnie wzięło, aby zrobić sobie listę muzyki, którą koniecznie muszę mieć, w którą powinnam się wsłuchać. Od tamtej pory co jakiś czas sporządzam sobie taką listę, taki plan artystów, z których dźwiękami koniecznie muszę się zapoznać. Moja muzyka to przekrojówka przez właściwie prawie wszystkie gatunki. Gdybym chciała wrzucić to wszystko z boku w linki na blogu... Nie dałabym rady. Jest tego zbyt wiele, a poza tym wielu nagrań nie ma w sieci, nie można ich nawet ściągnąć. 
 
Na mojej ścieżce muzycznej były oczywiście pewne potknięcia, dziwne ścieżki, ale bardziej z czystej ciekawości zapoznania się niż z zamiłowania. Do dziś tak mam, że choć raz posłucham nawet czegoś, co zajeżdża mi totalną amatorszczyzną i nie mieści się nawet na mojej tzw. dolnej półce, bo skoro twierdzę, że coś tam o muzyce wiem, to nie powinnam się zamykać na poznawanie, nawet jeśli coś jest kiepskie. Posłucham raz i tyle. Jednak więcej nie skażę sama siebie na wielogodzinne słuchanie czegoś, co mnie wręcz denerwuje, co uważam, za słabe, co powoduje, że chcę zatkać uszy. A do tego zmusiłam się na swojej 18-tce, bo przy czymś takim ludzie się bawili, a ja byłam nieszczęśliwa. Jak goście sobie poszli, to przepłakałam aż do popołudnia. 
Mam taką jakąś wrażliwość muzyczną... Płynie sobie we mnie kanałami. Tak sobie czasem myślę, że ze mną wytrzyma tylko ktoś o podobnej wrażliwości, z kim będę mogła się podzielić swoimi dźwiękami, kto choć część z nich zrozumie. 
 
Nocą, gdy tak się we mnie kotłowało, włączyłam sobie Fionę Apple i jej płytę "When the Pawn". Słuchałam jej w kółko aż do rano, słucham dzisiaj cały dzień i jeszcze mi mało. Nie zdziwię się, jeśli przez cały tydzień będzie się przewijać pośród innej muzyki. Tego właśnie potrzebowałam. Tak nocą śpiewała moja dusza, wyrzucając z siebie ból, złość, podbarwione stłumioną radością.
Album pełny jest negatywnych emocji, które dominują w tekstach artystki, tekstach trudnych, głębokich, znacznie bardziej wyrafinowanych leksykalnie niż teksty z pierwszej płyty. Jeśli dodać do tego aranżacje, które świetnie współgrają ze słowami, to już tylko słuchać. 
Bardzo zachęcam do posłuchania Fiony Apple, także innych jej albumów, nie tylko "When the Pawn".