Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pogrzeb. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pogrzeb. Pokaż wszystkie posty

7 lutego 2024

A co po śmierci? O tym jak zaczęłam planować swój pogrzeb i życie po śmierci.

 Wróciłam właśnie z pracy. Dalej wieje jak wściekłe, choć i tak znacznie mniej niż w poprzednich dniach. No i nie pada, co ostatnio jest rzadkością przy tutejszej zimie. Leje i wieje. Tak w skrócie mogę opisać obecną niderlandzką zimę. Było trochę mrozu, odrobina śniegu i słońca, ale szybko się to skończyło, aby wrócić do standardu czyli leje i wieje. Zrobiłam sobie gorącą kawę zbożową z owsianym mlekiem i jedząc drugie śniadanie, zaczęłam przeglądać stare notki na blogu. 

2009 rok... to już 15 lat minęło odkąd popełniłam pierwszy wpis w tym miejscu. Za chwilę będzie kwiecień i 15 rocznica śmierci mamy. Pamiętam, jak bardzo to wszystko, co się działo, we mnie zapadło. Jak było mi źle. Jak myślałam o wszystkim, czego nie zdążyłam zrobić z mamą, o czym nie zdążyłam jej powiedzieć, o co nie zdążyłam jej zapytać. To miejsce, pomogło mi przetrwać tę sytuację, ale także kolejne trudne chwile. Zaczęło mi towarzyszyć na emigracji. A później ucichłam. Zniknęłam na kilka lat, choć nie zapomniałam o tym miejscu. Czy byłam przez ten czas szczęśliwa?

Bywałam szczęśliwa. Bywałam smutna. Bywałam radosna. Bywałam przygnębiona. Bywałam pełna nadziei. Bywałam przygnieciona życiem. Bywałam...

Co się zatem u mnie zmieniło? Ja się zmieniłam. Wciąż mam tę dziecięcą ciekawość, głód wiedzy i chochliki w oczach. Jednak doświadczenia, przeżycia, trudne chwile, problemy ze zdrowiem zbudowały mnie na nowo. Albo raczej przebudowały. Ja siebie przebudowałam. Siebie i swoje myślenie. Miałam chwile zwątpienia. Miałam chwile załamania. Czasem łzy lały się, jak woda z odkręconego kranu. Czasem ciężko było zapanować nad tym wszystkim wokół. A trudne emocje, które się pojawiały, wcale mi w tym nie pomagały. Za to poznałam siebie na nowo. Zobaczyłam, do czego jestem zdolna. Ale też zakopałam swój potencjał. Schowałam gdzieś ambicje, plany i marzenia. 

Kiedy posypało mi się zdrowie i doszłam do momentu, w którym trzeba pomyśleć o własnej ewentualnej śmierci, to już było totalnie niewesoło. Musiałam przetrawić to, należałoby rozważyć własny pogrzeb i to co dalej. Przy poważnych kłopotach ze zdrowiem nie ma się gwarancji ani życia, ani śmierci. Taka śmiertelna ruletka. I albo grasz, i może oszukasz przeznaczenie, albo nie grasz, a wtedy to raczej na pewno go nie oszukasz. Zdecydowałam się zaryzykować i zagrać o życie, jednak nie należało udawać, że gdyby mi się jednak nie udało, to trzeba mieć na to jakiś plan. 

Kiedy umieramy, zostaje po nas mniej lub więcej rzeczy. Czasem jakiś majątek, forsa na koncie. A w dzisiejszych czasach również i ślady w sieci. Maile, konta społecznościowe, blogi, wpisy, zdjęcia, filmy... Cmentarzyska danych, które nie zawsze ma kto posprzątać. Kiedy przestajemy być aktywni, nie zawsze wiadomo, co się z nami stało i czy w ogóle jeszcze żyjemy.

Nie chciałam, aby po mojej ewentualnej przedwczesnej śmierci, rodzina zastanawiała się, co zrobić z moimi rzeczami, co zrobić z tym wszystkim, co w sieci i co zrobić ze mną, a raczej z tym, co ze mnie zostało. Tak wiem, że temat przygnębiający, trudny i bolesny. Jednak lepiej pochylić się nad nim, gdy z nami lepiej i nawet czujemy się świetnie. Kiedy umrzemy, to naszym bliskim czy też innym ludziom, którzy się będą wszystkim zajmować, zostaje mnóstwo spraw do ogarnięcia, zaplanowania. Plus jeszcze ta kwestia rzeczy materialnych i niematerialnych. 

Kiedy mamy jakiś majątek i forsę na koncie, to zawsze znajdą się jacyś chętni na zaplanowanie pogrzebu i ogarnianie naszych spraw. Miło byłoby przytulić jakiś domek, auto, trochę dodatkowych funduszy albo markowe ubrania czy buty. Zresztą miło byłoby wzbogacić się o cokolwiek, bo zawsze to można spieniężyć, a forsą się zaopiekować. No dobra, a czy ktoś z nas by chciał, żeby byle jak potraktowano nasze zwłoki i nasz dorobek życia, na który często ciężko pracowaliśmy całe życie? Może niektórym łatwo przyszłoby pozałatwiać wszystko, pozbyć się cudzego dorobku, ale część z nas z pewnością utonęłaby w domysłach. Czy pochować tradycyjnie czy raczej spalić? Czy ma być np. po katolicku czy może w innym obrządku, a może świecka opcja? A może jakaś pieśń na koniec? A może lepiej piosenka? A ubranie to jakie? A fryzura? A ma być stypa czy raczej nie? A kogo w ogóle zaprosić? A czy my znamy osoby, które należałoby zaprosić na pogrzeb? Przyjaciół? Znajomych? Rodzinę najłatwiej ustalić, ale przecież zmarły mógł mieć jakieś ważne osoby w swoim życiu o których istnieniu możemy w ogóle nie wiedzieć. A może nie życzyłby sobie na pogrzebie jakiejś stryjecznej ciotki a może wręcz przeciwnie chce, aby przyszli wszyscy? Powiadamiać ludzi w mediach społecznościowych czy niekoniecznie.

Jak już przebrniemy przez kwestię pogrzebu i stypy, ochłoniemy trochę, po tych przykrych wydarzeniach, to zaczyna z wolna pojawiać się kwestia rzeczy. Tak. Zostają po nas rzeczy. Zostaje czasem sporo rzeczy, a na pewno więcej niż byśmy mogli sobie wyobrazić. I nagle ktoś będzie przeglądał całą naszą prywatność, całe nasze życie, wszelkie sekrety i tajemnice. Nieźle co? Te papierowe to pół biedy. Telefony i komputery to prawdziwa kopalnia wiedzy o nas. No i co z tym wszystkim zrobić?

I kiedy tak sobie siedziałam, oswojona już z tym, że być może moje dni są policzone, pomyślałam, że bardzo nie chciałabym, aby moja rodzina, zastanawiała się, co zrobić z tym wszystkim, co mnie zostanie, łącznie ze mną. Przecież oni nie wiedzieliby nawet kogo powiadomić o tym, że mnie nie ma już na tym padole, poza nimi samymi i może kilkoma osobami, które mieli okazję poznać. A że jak już ktoś umrze, a zwłaszcza ktoś bliski, to jest stresik, łzy, czasem nie myśli się logicznie i czasem w ogóle ciężko zebrać myśli. No więc postanowiłam ułatwić im sprawę, a przy okazji zabezpieczając moje ciało przed potraktowaniem go w sposób, którego sobie nie życzę. 

Jak ktoś nie rozważał swojego pogrzebu i tego co dalej z tym, co zostawiamy na ziemi, to serio polecam. Bardzo ciekawe i ożywcze. Większość z nas boi się śmierci i odsuwa takie rozważania na swój temat jak najdalej od siebie. Rozumiem. Temat jest ciężki. Czy ja się boję? Nie. Oswoiłam temat już wiele lat temu. Każdego z nas to czeka. Jednak lepiej to przemyśleć póki nie dopadła nas demencja, zaniki pamięci, ciężkie choroby czy inne takie. 

Jak sobie pomyślałam, ile moja rodzina musiałaby się grzebać w moich sprawach, zastanawiać się itd., to już im współczułam. Sama wiem, ile tego wszystkiego ja miałam na głowie. Jeszcze nawet po tylu latach są jakieś resztki tego wszystkiego. A ilość rzeczy, którą trzeba po śmierci przejrzeć, jest porażająca. 

Tak więc zostawiłam rodzince instrukcje. Oczywiście ja, jak to ja, żeby nie było za łatwo, zostawiłam wskazówki w jednej z moich ulubionych książek. Kilka razy wspominałam o niej wszystkim wokół. Ciekawe, czy ktoś by pamiętał? Zawsze mogliby przerzucić wszystkie. Zresztą tu w Niderlandach nie mam ich za wiele. Coś koło 180 do przejrzenia by było. W Polsce to jest ich znacznie więcej, więc i tak mieliby zadanie ułatwione. Opisałam wszelkie kwestie, które mi przyszły do głowy. Rozdzieliłam część rzeczy i majątku, żeby zdjąć im z głowy zastanawianie się i kłótnie. Skoro to było moje za życia, to i po śmierci mogę rozdzielić to wedle uznania. Na szczególną uwagę zasługuje taka część moich rzeczy, którą nazywam archiwum.

Archiwum zawiera dokumenty, zdjęcia, rzeczy sentymentalne, ale też ważne dla rodziny. To taka nasza historia dla kolejnych pokoleń. I osoba, która się nim opiekuje, nie może tego wyrzucić, powinna o to dbać i uzupełniać. Ja jestem opiekunką archiwum, strażniczką historii mojej rodziny. Uważam, że to jest coś, o co trzeba dbać. Staram się zdigitalizować to wszystko na wszelki wypadek, ale też po to, aby każdy miał do tego łatwy dostęp. Archiwum to nie jest coś, co można zostawić każdemu. Też musiałam tę kwestię przemyśleć. Nie mogłabym spokojnie odejść, nie wiedząc, czy ktoś się tym należycie zaopiekuje. Czy ktoś zadba o pamięć i naszą historię. 

Chciałam też, aby osoby, które są ważne dla mnie, otrzymały pewne rzeczy, zgodnie z tym, co lubią, co robią i kim dla mnie były. Wiem, że dla niektórych osób rzeczy te stanowiłyby również wartość sentymentalną. 

Oczywiście najbliższej rodzinie trułam też o kilku najważniejszych kwestiach, żeby potem nie było, że nie znaleźli, nie doczytali, czy co tam innego. Bo pierwsze i najważniejsze jest to, co by ze mną potem zrobili. Mam na to swoją własną wizję i nie chciałabym, aby ktoś kombinował w tej kwestii niezgodnie z moją wolą. Moja wizja może być dla niektórych kontrowersyjna, dziwna, niestrawna, głupia, chora... i można dopisać sobie cały zestaw przymiotników. W skrócie mówiąc - chcę być spalona. Co w tym dziwnego? W tym nic. Zaraz przejdziemy do konkretów. Szczegóły pominę. Ograniczę się do - tak w skrócie.

Tu w Niderlandach są trochę bardziej liberalne przepisy, dotyczące pochówku. Nikt nie musi mnie na siłę umieszczać na cmentarzu w grobie, wmurowywać w ścianę czy cokolwiek takiego, co się przyjęło uważać za standard w Polsce. Są dwie możliwości. Pierwsza to bio-urna i drzewo. Chciałabym, aby z moich prochów wyrosło drzewo. Jeśli to byłoby trudne technicznie do zrealizowania, to jest druga możliwość - urna morska, którą umieszcza się na wodzie, ona się chwilę unosi, potem opada, rozpada, a prochy zostają powierzone żywiołom. Ekologiczny pochówek bez tych wszystkich okazałych trumien, tony ciętych kwiatów, wieńców, które przyprawiają mnie o mdłości. A to wszystko bez udziału otoczki religijnej, księży itd. (Nie chcę teraz pisać o tym, dlaczego tak, bo to temat na kilka notek.) Żadnych okropnych cmentarnych pieśni, które człowieka dobijają, za to z "Fly away" Kravitza. Stypa? Raczej pewna forma uroczystości wspomnieniowej z dobrym jedzeniem, tortem i tańcami, najlepiej w bardzo kolorowych ubraniach, no chyba że ktoś bardzo chciałby włożyć czarny, to ok. Impreza dla wszystkich bliskich mi ludzi, nie tylko dla tych, z którymi łączą mnie więzy krwi. 

Dlaczego tak? Bo śmierć jest zarazem końcem i początkiem. Zamykają się jedne drzwi, aby kolejne mogły się otworzyć. Już sam fakt śmierci bliskiej osoby jest wystarczająco przykry, więc po co tych ludzi jeszcze dołować tą grobową otoczką. Czemu taka forma pochówku? Bo zero waste i ekologia są dla mnie ważne, a ja jestem częścią natury i czuję się z nią blisko związana. Wierzę, że matka natura dobrze się zaopiekuje moimi szczątkami. Poza tym moi bliscy gdziekolwiek będą na łonie natury, ja będę blisko i będą mogli o mnie pomyśleć. Świeczkę można zapalić w domu. W rodzinie już mamy groby, którymi trzeba się opiekować i bez sensu tworzyć nowe. Poza tym wg mnie cmentarze są takie smutne, bo kłębi się tam mnóstwo trudnych emocji oraz przeżyć wielu ludzi, a to za życia jest trudne do uniesienia. To nie miejsce dla mnie. Ja jestem częścią natury. Las, woda, góry, pola, łąki to jestem ja.

I jak napisałam kiedyś w swoim "Epitafium":

wyszłam z domu razem ze słońcem,

wędrowałam aż do końca.

pójdę dalej.

tam, gdzie mnie nie znajdziecie.

drogą brzasku i jutrzenki podążać będę,

znikając w deszczu, pojawiając się w mgle.

ziemia nie przyjmie już śladów moich stóp,

wiatr nie rozwieje mi włosów.

rozsypię się powoli,

wąchając kwiaty,

czując dotyk traw,

stanę się tym co nienamacalne…

- MYŚLĄ.



15 września 2010

Gdyby jutro mnie tu nie było.

Gdyby jutro mnie tu nie było... Gdybym zniknęła bez słowa... Gdyby nie pojawiły się tu więcej żadne moje słowa...

Dziś tylko pół kroku zabrakło, aby być może długo, a możliwe, że już więcej by mnie tu nie było. Kretyn prawie mnie rozjechał, gdy przechodziłam na zielonym świetle. Pędził na oślep chyba, znacznie przekraczając prędkość, bo przecież nie będzie się wlec tą dozwoloną 30. Rozumiem, że niektórych mogą wkurzać przepisy, wolna jazda, itp., ale te przepisy nie są po to, aby utrudniać nam życie. Zresztą nie dalej jak dwa dni temu, gdy jechałam z moją siostrą samochodem, idiota z naprzeciwka wyprzedzał na trzeciego i to z taką prędkością, że gdyby moja siostra nie zjechała na trawnik, to byłaby czołówka i być może nas na tym świecie już by nie było. Rzuciłam wiąchą we wszystkich znanych mi językach, a moją siostrę nauczyłam kląć po hiszpańsku.

W przeciągu trzech dni naprawdę niewiele brakowało, ledwie kilkanaście centymetrów, aby mnie tu nie było. Zaczęłam się zastanawiać nad tym, czy ktoś z Was by się zorientował, że więcej tu nie wrócę. Przecież nikt z mojej rodziny nie wie o istnieniu tego miejsca. Nie wiem, czy powiadomiliby moich przyjaciół... Co pomyślelibyście wy i ci wszyscy ludzie, z którymi rozmawiam najczęściej słowem pisanym... że zniknęłam bez słowa, bez pożegnania, że tak porzuciłam...?

Zdałam sobie sprawę, że mimo otwartości, jestem dość skryta i tak naprawdę ludzie niewiele o mnie wiedzą, nawet moi najbliżsi. Mam tu na myśli takie fakty jak mój wzrost, rozmiar buta i ubrań, itp. aż do ilości kont mailowych posiadanych przeze mnie (z uwagi na blog można się łatwo domyślić, że mam przynajmniej dwa adresy mailowe ;) i naturalnego koloru włosów. Zawsze wychodziłam z założenia, że te wszystkie liczby, miary, wagi i im podobne nie są wcale konieczne do życia, a przez w ogóle o nich nie mówię, nawet innych ludzi o nie nie pytam zazwyczaj.

Gdyby mnie nie jutro tutaj nie było, to moja rodzina miałaby niezłe zamieszanie. Pogrzeb i inne takie załatwiliby szybko, bo wszyscy wokół znają moją fobię na temat trumien i zakopywania w ziemi, więc wiedzą, że chcę być spalona i rozsypana, bo stanie na kominku w charakterze kolejnego badziewia, z którego trzeba ścierać kurz, byłoby dość nudne. Jakby rodzina zaczęła się zagłębiać w moje papiery i zapiski... Gdyby mnie tu jutro nie było, to rodzina z pewnością musiałaby się dopchać do zawartości mojego komputera... Oj z pewnością nie jedno by ich zdziwiło.

Gdyby mnie tu jutro nie było, myślę, że żałowałabym, że tak wielu rzeczy nie zrobiłam, nie spróbowałam tylu potraw, że częściej nie uśmiechałam się do ludzi, że o tylu rzeczach nie zdążyłam napisać. Nie boję się śmierci, obawiam się tego, co jest po niej, a raczej tego, czego nie ma... Skoro nie ma ciała, to jeść się nie chce i nie trzeba, ale przez to nie można rozkoszować się smakiem tych wszystkich pyszności, zwłaszcza czekolady, świeżych warzyw i owoców. Seksu chyba też nie ma... w każdym razie orgazmów nie ma, bo skoro już nie ma ciała... Upić z rozpaczy też się nie można, nawet z radości. Żadnych przyjemności... No ale mam nadzieję, że chociaż można być w dwóch miejscach w tym samym czasie i że przez ściany przechodzić można, skoro tylu przyjemności robić się nie da... Podobno... Mam nadzieję, że to nieprawda, bo jeśli jest ta jakaś tam wieczność, to co to za wieczność bez przyjemności. Co to za niebo... Bo wiecie, na piekło to ja mam już plan. Jeśli tam trafię, to piekło zamarznie pierwszy raz w historii :) I już ja się o to postaram, bo wiecie, upałów to ja nie lubię. Może jednak Szef mnie nie wyklnie i trafię do nieba, byle nie do takiego, w którym będę musiała stać godzinami w jakiejś białej szmacie (nie lubię białego, taki sterylny... blee), machać gałązką jakiegoś zielska (zamiast je zjeść) i śpiewać cienkim głosem (nie przepadam za tym i śpiewam tylko jak jestem zupełnie pijana albo gdy mi wyjątkowo humor dopisuje i energia rozpiera, ale to się wyjątkowo rzadko zdarza), bo to by było istne piekło, żadne tam niebo.

Gdyby jutro mnie tu nie było, to proszę się jednak nie martwić, bo jak na razie ja się stąd nigdzie nie wybieram, a moje Anioły Stróże dobrze mnie pilnują. Tyle jest jeszcze do powiedzenia, do napisania, do zrobienia, do zjedzenia, do... nooo.... itd. :)