31 maja 2011

Latem.

Jest duszno i gorąco, wiatr wieje jak wściekły, trzaskając drzwiami, oknami, wyginając drzewa jak zapałki. Wiosna już chyba zbiera się na urlop, aby wrócić w przyszłym roku. Lato wciska się na pierwszy plan. Ostatnia noc była ciepła i spokojnie mogłam nocą wracać z kina w krótkim rękawie. Jeszcze nie letnia noc, ale już nie wiosenna. Puste ulice, senne dzielnice i gdzieś w powietrzu unoszący się zapach lata.

Jak to o tej porze roku bywa, sen mój skraca się do niezbędnego minimum, a najbardziej senna bywam koło południa i wczesnym popołudniem. Najchętniej spałabym 2-4 w nocy i 12-15 w dzień, tylko że praktycznie nie bardzo to jest wykonalne, ale sen nocny jest w zupełności wystarczający.

Od dzieciństwa nie potrafię się zbyt dobrze przystosować do wysokich temperatur, do ciepła. Najchętniej nie wychodziłabym wówczas spod chłodnego prysznica.

Lato to najmniej lubiana przeze mnie pora roku. Gdyby nie zalety w postaci:
- świeżych warzyw i owoców;
- kąpieli w jeziorach, rzekach i żeglowania;
- snu pod chmurką;
- szybko schnącego i ładnie pachnącego prania;
- braku konieczności używania suszarki do włosów;
znienawidziłabym tę porę roku. Latem miewam częste migreny, łapię najwięcej infekcji, a moja skóra zamiast się opalać, zamienia się w skwarek, jeśli nie traktuję jej odpowiednio wysokim filtrem, o czym się przekonali ci, którzy widzieli w zeszłym roku moje plecy... Gdyby mnie zechciano torturować, to tortura słoneczna byłaby może niekoniecznie skuteczna, bo jednak wytrzymała za mnie istota, ale z pewnością bardzo odczuwalna i bolesna. Wszak (C)zekolada roztapia się od słońca...

W tym roku roztopić się również nie zamierzam, za to postanawiam zaspokoić na wszelkie możliwe sposoby moją potrzebę i ochotę obcowania z wodą, nad wodą, na wodzie, w wodzie oraz korzystać ze wszelkich z wodą związanych propozycji. W ostatnich latach potrzeba z konieczności bardzo zaniedbana. Muszę się napatrzeć, nawąchać, wymoczyć i rozmoczyć, by ciało, dusza i zwoje mózgowe mówiły jednym głosem.

30 maja 2011

Coolturalnie czyli słów kilka o fascynacjach CzG.

Postanowiłam ostatnio trochę zmodyfikować moje blogowanie. O samej sobie powiedziałam już tyle, że jakaś wstydliwość zaczęła mnie ogarniać i zamknęłabym się w skorupce. Zamierzam poopowiadać o moich fascynacjach z kulturą związanych, podzielić się różnymi przepisami, opowiadaniami i bajkami, które od dawna do szuflady piszę.

Zapowiada mi się totalnie zapracowany tydzień, a chwila na napisanie tu kilku słów jest jak oddech i energetyczne doładowanie.


Gabriel García Márquez i jego "Sto lat samotności"

Z jego książkami zetknęłam się jako nastolatka, ale wówczas nie mogłam ich ani zrozumieć, ani strawić. Kilka razy zabierałam się za czytanie, ale szło mi opornie. Nie było nam po drodze. Może musiałam dojrzeć, może musiałam się zmienić, może musiałam stać się taką osobą, jaką jestem teraz, aby złapać kontakt z tą literaturą? Nie wiem. Jednak gdy przeczytałam pierwszą książkę, musiałam przeczytać pozostałe.

Jakoś tak w maju, gdy pogoda była podobna do tej, która dziś jest za oknem, szarpałam się z moim stanem depresyjnym. Studiowałam. Akurat pomagałam koleżance w przygotowaniu do egzaminu i w pisaniu pracy zaliczeniowej. Gdy czekałam, aż wróci z dołu z wodą i sokiem, przyglądałam się jej półce z książkami. Zobaczyłam tam cienką książeczkę. Był to właście Gabriel García Márquez i "O miłości i innych demonach". Pożyczyłam ją od koleżanki, a następnego dnia rano oddałam ją jej na zajęciach. To było coś zupełnie innego od tego, co czytałam do tej pory. Jak tylko zaczęłam, czytałam tak długo, aż przeczytałam do końca.

Przy okazji wizyty w rodzinnym domu, wygrzebałam spomiędzy książek, "Sto lat samotności" Márqueza, czyli to, czego wcześniej nie mogłam ani strawić, ani zrozumieć, ani w ogóle nie wiedziałam, jak się za czytanie tegoż zabrać.

Gabriel García Márquez jest jednym z najwybitniejszych prozaików XX wieku. Ten, pochodzący z Kolumbii pisarz, laureat Nagrody Nobla z 1982 roku, to autor, którego literatura zyskała światowe uznanie nie tylko czytelników, ale także i krytyków. Mówi się, że „Sto lat samotności” jest jego najlepszą książką, choć sam autor temu zaprzecza. Jednakże dzięki tej powieści Márquez zyskał światową sławę.

„Sto lat samotności” miało być pierwszą powieścią Márqueza, jednak tak się nie stało, gdyż pisarz potrzebował wielu lat, aby spisać rodzinne opowieści, które posłużyły mu do stworzenia tej książki. Pracę nad nią rozpoczął w 1965 roku, a dwa lata później (w 1967r.) została ona wydana, odnosząc od samego początku niesamowity sukces.

Dasso Saldívar w biografii Márqueza pt. „Podróż do źródła” pisze, że praca nad „Stu latami samotności” mogła zacząć się w lipcu. Na potwierdzenie tego przypuszczenia przytacza historię, kiedy to Márquez poszedł we wrześniu na wykład Carlosa Fuentesa do Pałacu Sztuk Pięknych. Prelekcja ta dotyczyła najnowszej powieści Fuentesa – „Cambio del piel”. Po skończonym odczycie Álvaro Mutis zaprosił do domu kilkoro przyjaciół, między innymi Márqueza i jego żonę. Podczas całej drogi do mieszkania przyjaciela pisarz opowiadał historię rodu Buendíów. Wśród słuchaczy znalazła się pewna Hiszpanka, bardzo zainteresowana tą opowieścią. Była to María Luisa Elío, którą po skończonym opowiadaniu poeta z Aracataci zapytał, czy podoba się jej powieść, a María Luisa odpowiedziała zwyczajnie: „Jeśli ją napiszesz, będzie to szaleństwo, cudowne szaleństwo”. „Więc jest twoja”- oznajmił. Zadedykował jej tę książkę.

„Sto lat samotności” jest historią rodziny Buendía, prześladowanej fatum kazirodztwa. Ich dzieje zbiegają się z historią Macondo (miasta, w którym mieszkali) od jego założenia aż do upadku. Założycielami Macondo byli José Arcadio Buendía i Urszula Iguarán – kuzynostwo, pochodzące z rodzin, które od wielu pokoleń wchodziły ze sobą w związki małżeńskie. Ostatnimi z rodu byli Amaranta Urszula i Aureliano Babilonia, ciotka i siostrzeniec, których połączył kazirodczy związek. Z ich miłości został poczęty Aureliano, którego natura obdarzyła świńskim ogonem. Wszystkie pokolenia tego rodu obawiały się złamania zakazu kazirodztwa i spłodzenia potomka z takim właśnie defektem urody.

„Sto lat samotności” uważane jest za klasyczne dzieło realizmu magicznego. Jednakże Wolfgang Kayser uważa, że twórczości Márqueza nie można określić tym terminem, gdyż pisarz przekształca rzeczywistość już zdeformowaną i magiczną. W „Stu latach samotności” egzotyka występuje częściej niż magia. Jednak dla osób nie znających realiów życia, kultury i wierzeń Kolumbijczyków, pewne sytuacje mogą się wydawać trudne do zaakceptowania jako realne czy nawet mogą sprawiać wrażenie magii. Dziwaczność świata przedstawionego przez Márqueza potęguje dodatkowo fakt istnienia wielu zabobonów i przesądów, pochodzących zarówno z lokalnych wierzeń, jak i wyrosłych dodatkowo z religii katolickiej – m.in. widzenie wróżebnych znaków, wiara w przepowiednie z kart. Magia występuje właściwie w śladowych ilościach i jest przekazana w dość ironiczny sposób.


Książka ta dla jednych jest niesamowita, fascynująca, a dla innych rozwlekła, trudna, nużąca. Czytając ją, można się poczuć zdezorientowanym i zagubionym, ze względu na wielość postaci, powtarzalność imion (może się zacząć mylić kto jest kim) i szybko zmieniające się wydarzenia. "Sto lat samotności" albo zachwyca, albo zniechęca i męczy.
Ja polubiłam ją od drugiego wejrzenia i należy ona do moich ulubionych książek, często do niej wracam.

29 maja 2011

Kuchenne zmagania.

Ostatnio coraz częściej śni mi się jeden sen. Dziś jednak śniła mi się senna wariacja tego snu. W efekcie, gdy się nad ranem obudziłam, dłuższą chwilę trawało, zanim doszłam do siebie i poskładałam sobie wszystko w głowie. Dopiero gdy ojciec rano złożył mi życzenia, ocknęłam się, że powinnam była wczoraj kupić albo zrobić jakieś ciasto imieninowe. Zrobiłam szybki przegląd lodówki i decyzja padła na kruche z truskawkami, zwane plackiem z truskawkami.


składniki:
szklanka truskawek
szklanka mąki
szklanka cukru pudru
szczypta soli
10 dag masła
łyżka kwaśnej gęstej śmietany
2 jajka 

ciasto:
szklanka mąki
pół szklanki cukru pudru
łyżka śmietany
pół kostki masła (10 dag)
2 żółtka

Z podanych składników zagniatamy kruche ciasto. Trzeba zrobić to dość szybko. Zagniecione ciasto formujemy w kulę i wkładamy do lodówki na co najmniej godzinę. 
Ja ciasto owijam w folię do żywności, przez którą później wałkuję ciasto. Ciasto się łatwiej się wałkuje i nie rozrywa się.

Po wyjęciu z lodówki wałkujemy ciasto i wylepiamy nim blaszkę (nie trzeba jej smarować). Ciasto nakłuwamy widelcem i wkładamy do piekarnika nagrzanego do 180 stopni. Pieczemy pół godziny.

Pod koniec pieczenia ubijamy pianę z białek, połowy szklanki cukru pudru i szczypty soli. Do piany dodajemy pokrojone truskawki i mieszamy łyżką.

Wyjmujemy ciasto, na które wykładamy pianę z truskawkami. Ponownie wkładamy do piekarnika i pieczemy około 15-20 minut.

powyższy przepis jest na małą blaszkę - taką połowę normalnej dużej blachy


 
 

28 maja 2011

To skomplikowane (cz. 16).

"Powinniśmy się jej pozbyć" - wciąż dźwięczało mi w uszach, gdy wsiadłam do auta, usiłując jakoś zebrać myśli. Byłam wściekła. Najchętniej sama pozbyłabym się tego podleca, paskuda przebrzydłego. Zastanawiałam się nad tym, czego mam się spodziewać. Czy mnie gdzieś wywiozą, czy na mnie napadną, nastraszą, czy mnie do szpitala wyślą, czy dadzą mi jednak jeszcze trochę pożyć, czy usuną mnie z tego padołu, nie zwracając uwagi na moje protesty. Jeśli myślą, że ja się dam zaszlachtować jak zwierzę albo że w ogóle dam sobie coś zrobić, to są wyjątkowymi idiotami. Chyba powinnam powiedzieć o tym Michałowi... ale może jeszcze nie teraz.

Odczekałam resztę ich rozmowy (wolałam nie wiedzieć, jakim też sposobem chcą się mnie pozbyć) w samochodzie. W końcu Igor wyszedł i udał się do swojego auta. Postanowiłam jechać za nim. Na wszelki wypadek trzymałam się z bezpiecznej odległości, starannie pilnując, aby oddzielały nas jakieś samochody. Nie mogłam sobie pozwolić na to, aby ten kretyn mnie zauważył. Wtedy to już na pewno długo bym nie pożyła.

Przejechaliśmy zaledwie kawałek, gdy Igor się zatrzymał na przystanku i zabrał stamtąd jakąś kobietę. Nie zdziwiłabym się, gdyby to była jakaś młoda, wychudzona, długonoga, mocno opalona blondynka w typie barbie z długimi tipsami... Wciąż się mnie czepiał, że powinnam wyglądać bardziej reprezentacyjnie, co znaczyło, że jak barbie. Ta kobieta była jakaś inna. Mówił o takich, że są przeciętne i brzydkie.

Igor podwiózł ją do jednego domu przy Korzennej. Stwierdziłam, że później się na tej Korzennej porozglądam, bo lepiej go nie stracić z oczu. Jechałam tak za nim jeszcze trochę, aż dojechaliśmy na Ogrodową. Igor wysiadł i poszedł do kamienicy, w której mieszkał Wiesiek. Czego on mógł chcieć stamtąd? Poszłam za nim. Dobrze, że miałam płaskie buty, bo przynajmniej nie było słychać moich kroków. W tej Wieśkowej kamienicy akustyka była naprawdę niezła.

Wiesiek posiadał dwa mieszkania i dom. W domu spotykał się z panienkami, czasem w nim mieszkał, choć częściej można go było zastać tam, gdzie go zamordowano. W kamienicy załatwiał te swoje podejrzane interesy. Ciekawe skąd Igor dowiedział się o Ogrodowej? Może od tych swoich bandziorów... Wiesiek go nie lubił ze wzajemnością, ode mnie by się niczego nie dowiedział. Zresztą nikt ze znajomych nie wiedział o tej kamienicy. Czego on może tam szukać?

Weszłam cicho do budynku. Z piętra dochodziły przyciszone głosy. Igor... i jeszcze jakiś facet. Schodzili w tempie ślimaczym, rozmawiając. Stanęłam za schodami, przy wyjściu na podwórko.

- Pilnuj jej. Muszę wiedzieć, co ona robi, gdzie bywa, z kim się spotyka - usłyszałam, jak Igor mówił do faceta.

- A nie lepiej ją sprzątnąć od razu? - zapytał tamten.

- Muszę wiedzieć, ile ona wie. Może jeszcze być mi potrzebna. Na pewno wie więcej niż mówi - wyjaśnił Igor.

- Może nasłać na nią Drzazgę? - zapytał tamten.

"Kto to u licha jest Drzazga?" - pomyślałam. - "Przynajmniej potrzymają mnie jeszcze trochę przy życiu" - stwierdziłam i od razu mi ulżyło, a serce przestało walić mi jak oszalałe.

- Nie nabierze się, choć można spróbować, ale jeszcze nie teraz. Pilnuj jej. Ty nie wiesz, do czego ta cholerna baba jest zdolna. Ty wiesz, co ja z nią miałem? Ile ja się musiałem namęczyć, żeby mnie do domu wpuściła? - narzekał Igor.

"Co za świnia! Bardzo dobrze, że go wykopałam. Pewnie do Wieśka chciał dotrzeć" - rozważałam w myślach. Byłam coraz bardziej wkurzona na Igora. - "Ma jak w banku, że mu nie odpuszczę. Niech no ja się tylko dowiem w jakim charakterze ten palant występuje w tym cyrku!"

- Dobra. Zrobione. Nie spuszczę z niej oka - powiedział tamten.

- Ona może znaleźć to, na czym nam zależy. Ona dobrze go znała. Niech tylko nas naprowadzi - powiedział Igor. Podał tamtemu rękę, zbiegł ze schodów i wyszedł.

"To mam świetną okazję, aby ich skołować. Co za głupki." - pomyślałam, czekając aż ten drugi też wyjdzie. Usiłowałam zza schodów zobaczyć jak tamten wygląda, ale niewiele zauważyłam. Wydał mi się jakiś znajomy. To chyba ten od fontanny, ale głowy za to bym nie dała.

Wiedziałam, że muszę być ostrożna, bo będą mnie pilnować. To była jedyna okazja, abym zajrzała do tego mieszkania, spróbowała się dostać do skrytki, o której kiedyś wspomniał Wiesiek.

27 maja 2011

Jak zostać mamą i skąd wytrzasnąć ojca.

W moim życiu mężczyźni przychodzą i odchodzą... Chociaż powinnam właściwie powiedzieć, że oni przychodzą, a ja odchodzę. Nie lubię być czyjaś. Nie chcę być czyjaś. Muszę czuć się wolna. Inaczej usycham jak kwiat bez wody. Nawet kaktusa można zasuszyć, jeśli się trochę postarać.

Każda kobieta ma "termin przydatności do użycia" i po tym terminie w sposób naturalny nie będzie mogła mieć dzieci. Oczywiście, że teraz wystarczy trochę lekarskiej ingerencji i ów termin już tak nie straszy, ale mi takie dziwności nie w głowie jednak. Mimo wszystko powinnam się zacząć poważnie zastanawiać, czy ja w ogóle chcę urodzić dzieci. Tak zupełnie serio i bez żartów, chciałabym być matką. Tylko że powinnam się za myślenie wziąć już, bo potem będzie za późno na pierwsze dziecko.

I tu się robi mały problem. Nie jestem wiatropylna, bo biologia nie nadąża i nie zafundowała człowiekowi takowego udogodnienia. Trzeba się jednak normalnie znanym sposobem postarać. Nie ulega wątpliwości, że dziecko powinno mieć ojca. Zresztą dobrze by było, żeby dziecko miało ojca i w życiu, żeby było chciane i kochane przez tego ojca, żeby ojciec o nie dbał (i nie mam tu na myśli wpłat na konto mamusi miesiąc w miesiąc). Fakt, nie musi być to ten sam.

Przecież nie zrobię castingu na ojca, ani tym bardziej nie wrobię w ojcostwo żadnego faceta bez jego wiedzy, bo to już byłoby świństwem. Tym bardziej nie wytrzasnę tego ojca z rękawa. Spermy też nie ukradnę, ani za nią nie zapłacę... I co ja bym potem dziecku/dzieciom powiedziała...? Biedne dzieci...

W miłość nie wierzę. Na związki mam alergię. Jestem zimna, nieczuła i cyniczna.

Dziecko to człowiek, choć mały. Ideałem byłoby, gdyby wszystkie dzieci rodziły się z miłości, gdyby mogły rodzić się z miłości...

"Chciałbyś mieć ze mną dziecko?" (Może już nie teraz, zaraz, ale w odpowiednim czasie. Bez tej całej związkowo-miłosnej szopki.) - tylko czy facet zaatakowany takim pytaniem nie popukałby się znacząco w czoło? A może znalazłby się taki, który by się na to szaleństwo zgodził...? Ale wtedy to pewnie by mnie kochał... I co ja bym z nim wtedy zrobiła, hmmm... ;) ?

26 maja 2011

Być mamą.

"Kocham cię mamo i dziękuję, że to właśnie ty nią jesteś, że mnie urodziłaś. Nie chciałabym innej mamy. Jesteś najlepsza. Bardzo za tobą tęsknię." - Kilka zdań. Dziś zamiast modlitwy, gdy stałam z najstarszą siostrą nad grobem mamy.

Była bardzo otwartą osobą, niezwykle tolerancyjną. Zupełnie nie przeszkadzały jej moje eksperymenty wyglądowe, łącznie z tym prawie brakiem włosów na mojej głowie, kolczykami i okropnymi ubraniami. Gdy ktoś ze znajomych przychodził do mnie, zawsze był traktowany jak swój, nawet gdy był pierwszy raz był u mnie i zawsze można było liczyć na coś dobrego do jedzenia. Kiedyś z dziewczynami wybierałyśmy się na harcerką pielgrzymkę do Częstochowy. Żadna z nas nie miała szans na zjedzenie obiadu, bo leciałyśmy na pociąg zaraz po szkole i po zajęciach, zmieniając w domu tylko ubranie i zabierając plecak. Na obiad miałam mieć wtedy pierogi... Mama spakowała mi je i zrobiła ich tyle, że cała nasza siódemka najadła się do syta.

Wychowała mnie ciepła, urocza, wspaniała i bardzo niezależna osoba.

Strach się bać, jaką matką ja bym była... ;) Tylko czy ja w ogóle mogłabym nią być...? Wątpliwe. Bo wiatropylna niestety nie jestem.

25 maja 2011

Wiosenne wnioski i postanowienia.

Wiosenny spadek nastroju. Kiedyś myślałam, że coś takiego w ogóle nie istnieje. A jednak... Za dużo słońca, za dużo zapachów, za dużo kolorów, za dużo wszystkiego... i w tym wszystkim ja - beznadziejna, nudna, marudna kupka nieszczęścia.

Przyznam, że intensywnie i długo zastanawiałam się przy porannej herbatce oraz śniadaniu nad zaprzestaniem pisania i skasowaniem tego miejsca. Spełniło swoją terapeutyczną funkcję, zwłaszcza dzięki Wam i chyba tylko dlatego jeszcze nie zwariowałam i nie rozsypałam się totalnie.

Pogodziłam się z tym, że nieustannie walczą we mnie moje sprzeczności i tak już pozostanie.

Doszłam dziś do pewnych wniosków odnoszących się do własnej osoby:

1. Bezpiecznie czuję się tylko albo w wodzie, albo otulona kilkoma warstwami ubrań.

2. Z jednej strony nie mam zachamowań, ale w gruncie rzeczy jestem jednak wstydliwa.

3. Najbardziej fascynuje mnie intelekt, a atrakcyjność zwojów mózgowych i intelektualna stymulacja przekłada się na całą resztę, brak tegoż również.

4. W przyjaźni kluczową rolę odgrywa niezakłócona komunikacja w całym znaczeniu tego słowa, zaufanie i otwartość.

5. Nie cierpię czuć, że jestem nierozciągnięta, bo wtedy mam wrażenie jakbym była z kołków i kijów. A to się przekłada na brak plastyczności w tańcu i tego też nie lubię.

6. Mój organizm śpi tylko tyle, ile potrzebuje do regeneracji, więc z bezsennością nie ma sensu walczyć. Budzę się bez budzika.

7. Gdy jem za dużo mięsa, a i tak jem go niezbyt wiele, mam wrażenie, że jestem brudna w środku.

8. Zapach i dźwięk odgrywają kluczowe role w moim życiu. Z zapachem jest w ogóle tak, że zapach danego jedzenia mi nie odpowiada, w ogóle tego nie zjem, a zawsze najpierw wącham. Co za tym idzie, gdy mam katar, tracę w ogóle apetyt. Głośne dźwięki toleruję jedynie na koncertach, a jeśli używam słuchawek do słuchania muzyki, znajomi dziwią się, że ja w ogóle coś słyszę, bo słucham tak cicho.

9. Na moje rozdarcie wewnętrzne wpływ ma to, że ja jestem tu, a moja siostra bliźniaczka - tam.

10. Jestem wkurzająca.

11. Chyba jednak posiadam jeden nałóg - pisanie. Bez słów, pisania, gadania, to ja jednak długo nie uciągnę. Mój rekord, którego raczej już nie pobiję, to 24 godziny, a wokół mnie byli wtedy ludzie... sporo ludzi.

12. Dlatego biorąc pod uwagę punkt 11, będziecie się musieli jeszcze ze mną pomęczyć ;).

13. Ostatni i wcale nie z pechem związny - porządek zrobię na tym blogu i jakoś po ludzku, mniej chaotycznie postaram się go prowadzić. Może nie wyjdzie z tego większa masakra... ;)

24 maja 2011

Woda.

Nie pamiętam swojego pierwszego spotkania z wodą. To było tak dawno dawno temu... Jednak nie zawsze czułam się w tej wodzie jak ryba, dobrze i przyjemnie. Jak byłam mała nie lubiłam za bardzo kąpieli w wannie, zwłaszcza gdy myto mi głowę i woda leciała mi do oczu - szczypało mnie, bolało i miałam wrażenie, że się utopię. Jednak dość szybko rodzice znaleźli odpowiedni sposób na ten dyskomfort, a ja znów uwielbiałam długo taplać się w wannie.

Zanim poszłam do szkoły, chciałam się nauczyć pływać. Początkowo było wszystko w porządku. Gdy poszłam do szkoły, przydzielono mnie do klasy bez moich koleżanek z podwórka i z przedszkola. Do mojej klasy chodziła córka mojej nauczycielki pływania. Owa panienka, pupilka wychowawczyni, nie przepadała za mną, kłamała wychowawczyni, że ją biję, szczypię i inne takie. W efekcie codziennie wracałam do domu z co najmniej jedną uwagą w dzienniczku... uwagą za nic. Matka tej panny przestała mnie normalnie traktować na zajęciach. Jednego razu, niewiele brakowało, abym się utopiła. Nie pływałam jeszcze najlepiej... i gdyby nie pan ratownik... Więcej na basen nie poszłam, zaczęłam bać się wody i kompletnie straciłam umiejętność utrzymywania się na wodzie. Klasę zmieniłam również - na klasę ze wspaniałą wychowawczynią i z moimi koleżankami.

Gdy nadeszły wakacje, ojciec zabrał mnie ze sobą na wodę właśnie. Do dziś pamiętam jak bardzo się bałam tego, że mogę wpaść do wody. Jednak stopniowo oswajałam się z pływaniem po wodzie, z poruszaniem się na tym wszystkim, co pływa - od kajaku do statku.

Kiedy miałam 12 lat czułam się na wodzie pewnie, przyjemnie. Pewnego wieczoru włożyłam kostium kąpielowy i weszłam do wody. Stałam sobie zanurzona po szyję i patrzyłam na poruszające się na wietrze trzciny. Nie wiem, ile czasu tak spędziłam. Postanowiłam, że następnego dnia spróbuję przypomnieć sobie, jak się pływa. Tamtego roku, gdy tylko miałam możliwość, aby na spokojnie w wodzie poprzebywać, próbowałam nawiązać z nią tą więź, którą miałam kiedyś. Znów chciałam poczuć się dobrze w wodzie, a nie tylko na wodzie.

W kolejnym roku oprócz długiego rejsu, nadarzył się wyjazd nad morze - na kolonie. Kolonie same w sobie to była średnia sprawa, ale dało się żyć, może dlatego że wylądowałam zupełnym przypadkiem w grupie z 16 i 17-latkami. Tak tak, tacy też na kolonie jeździli ;) Dzięki temu miałam większy komfort morskich kąpieli, bo nie traktowano nas tak, jak tych grup w moim przedziale wiekowym. Zupełnie się wtedy rozluźniła i odkryłam, że potrafię pływać, i że sprawia mi to niesamowitą przyjemność.

Woda mnie uspokaja. Woda mnie wycisza. Woda daje mi niesamowity zastrzyk energetyczny. Mogę godzinami się w niej moczyć, mieszać się z nią, pływać po niej, wpatrywać się w nią. Uwielbiam wiosną i latem, gdy ciepły deszcz wsiąka w moje włosy, a ja moknę... aż do samej skóry. Basenów, jak już to kiedyś napisałam, nie znoszę, wręcz się ich brzydzę (no chyba że miałabym swój własny prywatny, ale tego mój budżet w najbliższej przyszłości nie przewiduje).
Wszelkie łódki, kajaki, statki... czuję się na nich wspaniale i do tej pory nie wiem, czym jest choroba morska, nawet w czasie dużego sztormu. Kołysanie sprawia mi ogromną przyjemność i sprawia, że dobrze śpię. Właściwie to ja mogłabym mieszkać na barce. Być może te moje wodne ciągoty odziedziczyłam w genach po ojcu marynarzu.

"W całym świecie nie ma nic słabszego i bardziej uległego niż woda. Ale w sposobie, w jaki atakuje twarde i silne, nic nie może się z nią równać." (chiński myśliciel - Daodejing)


ps. Właśnie woda leje się z nieba ;)

23 maja 2011

W amoku.

Wpadłam w jakiś amok gotowania i sporo czasu wolnego spędzam w kuchni na eksperymentach, zwłaszcza tych związanych z ciastami. Od zawsze usiłuję robić małe porcje, ale... średnio mi to wychodzi, bo ja chyba zwyczajnie nie potrafię gotować dla jednej osoby ;) Ciasto na szczęście zawsze można zabrać do znajomych albo wpadnie siostra z siostrzeńcem, no i ojciec ciasta lubi, więc spokojnie mogę sobie eksperymentować z plackami bez obaw, że będę musiała jeść przez dwa czy trzy dni wyłącznie ciasto.

Poniżej mój ulubiony sos pomidorowy z bazylią i prażonym słonecznikiem oraz ciasto z bananem i krówkowym kremem budyniowym na kruchym spodzie.
 
 

22 maja 2011

Zasponsorować miłość.

Miłość. Towar luksusowy i bardzo pożądany. Nie znam człowieka, który nie chciałby kochać i nie chciałby być kochany. Sądzę jednak, że szukać miłości, to jak szukać igły w stogu siana, a opowieści o niej wkładam między bajki, mimo że świetny przykład tego uczucia miałam w najbliższej rodzinie w osobach moich rodziców. Czasem sobie myślę, że nie ma we mnie więcej miłości, że nie potrafię jej dać, że kochać już nie umiem. Czy się boję? Może wcale nie chcę? A może już dawno zgubiłam się w tych zawiłych i wyboistych ścieżkach?

Jedno jest pewne. Ludzie pragną miłości we wszelkich jej przejawach, również tej fizycznej, a może ostatnio głównie takiej? Może zawsze pragnęli? Internet aż kipi od anonsów osób szukających miłości, seksu albo jednego i drugiego. Są różne portale wyspecjalizowane w ogłoszeniach - randkowe, sponsoringowe i inne takie.

Kiedyś szukałam mieszkania/pokoju do wynajęcia. Wrzucałam ogłoszenia w różne miejsca, podając na siebie namiary. Zależało mi na tym, aby szybko znaleźć coś przyzwoitego i niekoniecznie za jakąś mocno wygórowaną cenę. Jednak szybko zaczęłam sobie pluć w brodę za głupotę. Skrzynka zapchała mi się szybko wiadomościami, telefon (całe szczęście, że ten tzw. rezerwowy) dzwonił jak oszalały, zapchany także wiadomościami tekstowymi. W tym całym śmietniku znalazło się zaledwie kilka takich na temat. Reszta to były oferty randek, seksu, sponsoringu. A ja nawet nic tam o sobie nie napisałam, nie zamieściłam żadnego zdjęcia. Brałam pod uwagę to, że mogą się tam i takie kwiatki zdarzyć, ale naiwnie myślałam, że nie aż w takiej ilości.

Zaczęłam się bliżej temu wszystkiemu przyglądać. Ludzie chyba naprawdę czują się samotni, niekochani, nieszczęśliwi, niedopieszczeni, niedopasowani, niezaspokojeni (jasne, że nie wszyscy), skoro sieć stała się miejscem spotkań, poszukiwań, selekcji, castingów na partnera, kochanka, na miłość, na szczęście. Z jednej strony z zawodowego punktu widzenia mnie to fascynuje i jakoś przyciąga, ale z drugiej mnie to przeraża. Potrafię się odnaleźć w życiu, potrafię się jakoś poruszać po fragmentach tego wielkiego wirtualnego świata, ale w tym świecie są dla mnie obszary, w których się czuję ślepa, głucha i nie wiem, w którą stronę mam się obrócić. Do tych obszarów należą wszelkie portale towarzyskie.

Mam sporo znajomych, którzy mają konta tu i ówdzie. Poopowiadali mi, jak to działa... a przypomina oczywiście szukanie igły w stogu siana - pełnego kolekcjonerów kontaktów, zdjęć, dewiantów, seksoholików, zwyczajnych zboczeńców, oszustów, w stogu gładkich, pięknych słówek poprzetykanych nitkami chamstwa. Niektórzy twierdzą, że owo szukanie nie jest wcale takie trudne i tych igieł jest całe mnóstwo. Trzeba tylko wiedzieć, jak szukać.

Jedna z moich znajomych zwierzyła mi się swego czasu, że szuka w sieci sponsora. Opowiadała mi, że są takie stronki w tej dziedzinie wyspecjalizowane. Spytałam ją, czy zdaje sobie sprawę, że jest to pewna forma prostytucji. A ona mi na to, że od wieków kobiety uprawiają prostytucję w małżenstwie, a to, co ona chce zrobić, to nic złego, bo skoro ona lubi seks, a dodatkowo może oprócz przyjemności mieć korzyści materialne. Niby to ma być takie połączenie przyjemnego z pożytecznym. Jeśli ktoś chce w ten sposób dorabiać, zarabiać, jego sprawa. Sam wie, co dla niego najlepsze.

Jednak jeśli sugeruje coś takiego innym... Znajoma stwierdziła, że dla mnie ten układ byłby idealny. Gdybym wówczas coś jadła lub piła, z pewnością zaczęłabym się dławić. Zapytałam ją jednak, dlaczego tak sądzi. Argumenty, jakie padły, już mnie nie zaskoczyły (wolny zawód, różne komplikacje osobiste, niechęć do związków, bardzo ożywione hormony itp.), a mimo to nie bardzo wiedziałam, co jej odpowiedzieć. Do głowy przyszło mi jednak pewne zdanie, które powiedziałam kiedyś do pewnego Litwina, oferującego mi układ sponsorowany. Facet chciał bardzo, a ja nie i nie. Rozszalał się z sumami, stać go było, odmowa nie docierała, więc powiedziałam mu, że jestem warta znacznie więcej. On spytał - ile? A ja mu na to, że szacunku do samej siebie.

21 maja 2011

Bez słów i milczenia.

Jestem roztrzepana, bezpośrednia, mówię za dużo, bywam zbyt spontaniczna, ale nie jestem nieodpowiedzialna. Czasem jestem okropnie głośna i pałętam się wszędzie, a znów innym razem chowam się w skorupie, owijam się ciasno myślami, milczę i tylko się przyglądam.

Decyzje. Małe i duże. Łatwe i trudne. Codzienne. Wychodząc dziś rano z domu na spotkanie ze znajomymi, których długi czas, a nawet bardzo długi, nie widziałam, zastanowiłam się, jakby wyglądało moje życie, gdybym podjęła inne decyzje.

Nie mogę oczywiście przewidzieć, jak wpłynęłyby wszystkie z nich na moje życie, ale skutki kilku nie byłyby trudne do przewidzenia.

Tylko czy ja wtedy byłabym szczęśliwa? Nie wiem. Nie mam pewności. Mam za to poważne wątpliwości. Drobne i wielkie decyzje, ale podejmowane przeze mnie spontanicznie, choć nie bezmyślnie. Z perspektywy czasu widzę, że były dobre, choć czasem komplikowałam sobie nimi mocno życie, ale uparcie, z wielką determinacją i wiarą dążyłam do celu.

Gdybym nie potrafiła sobie spojrzeć w twarz w lustrze, nie mogła... to byłoby to coś okropnego.

Gdyby można było cofnąć czas... Chcielibyście coś zmienić we własnym życiu? Podjąć inną decyzję?

Mi się kiedyś wydawało, że to czy tamto powinnam była zmienić, postąpić inaczej, wbrew intuicji, wbrew samej sobie, w zgodzie z tymi wszystkim zdrowymi rozsądkami. Gdy tak sobie myślę, nie zmieniłabym nic. Nawet najdrobniejszej rzeczy nie zmieniłabym, nawet tego, co bardzo bolało, co wciąż boli, ponieważ to, czego doświadczyłam, co przeżyłam, ukształtowało mnie. Nie czuję się pusta. I jestem szczęśliwa. Wciąż cieszę się drobnostkami, a moje wewnętrzne dziecko ma się dobrze i nie siedzi już samo w najciemniejszym kącie mojej duszy.


w tysiącach znaków
ból duszy zapisany

słowo
jak ostrze miecza

myśli
związane w supeł
wypływając z serca
w gardle utkwiły

łykiem nadziei
mądrości okruchem
spłyną
słów gorzkie pigułki

mowa srebrem
złotem milczenie
lśnią jak słońca lustrzane odbicie

patykiem po wodzie
klucz z nitek babiego lata i waty na niebie
tam gdzie niebo w uśmiechu się przegląda
w duszy zwierciadle

bez słów
i milczenia

20 maja 2011

Chmura.

Gorąco. Słonecznie. Trochę duszno. Prawie jak latem, choć przecież wciąż to wiosna. Postałam sobie pod chłodnym deszczem kropel po całym dniu wysiłków umysłowych. Zmęczenie gdzieś sobie uleciało. Czarna krótka luźna sukienka, bose stopy, mokre włosy roztrzepane palcami i już mogłam udać się do kuchni, którą szybko wypełnił zapach bazylii, kawy i prażonych nasion słonecznika.

Wzięłam miskę z jedzeniem, kubek z kawą i wyszłam na balkon. Odstawiłam wszystko na parapet i zamiast zabrać się za jedzenie... przymknęłam oczy. Stałam tak sobie, czując jak wiatr rozwiewa mi włosy, które schnąc szybko, zmieniają się z w delikatne fale. Powietrze pachniało deszczem, choć niebo wciąż było błękitne. Tylko na wprost mnie na niebie usadowiła się przepiękna duża chmura. Dawno takiej nie widziałam. Górna połowa była biała, lekko żółta, jakby zabarwiona słońca pocałunkami. Przybrała wygląd mężczyzny, który pochyla się, ciągnąc wóz z sianem. Mężczyzna miał w dłoniach gruby sznur, a jego twarz... wyraźnie zarysowane kości policzkowe i podbródek, a usta z nitek obłoku miał piękne, miękkie... aż chciałoby się wyciągnąć dłoń i delikatnie przesunąć palcami po jego wargach... pocałować...

Dolna połowa chmury miała kolor piasku na pustyni i wyglądała jak pustynna burza piaskowa. Wpatrywałam się jak urzeczona w ten obraz. Przysiadłam na progu i jedząc kolację wpatrywałam się w tę chmurę, nie mogąc oderwać od niej oczu... a może od niego... te kolory, kształty... jak rzeźba...

Gdy skończyłam jeść na niebie kruk czarny trzepotał skrzydłami, wielka żaba goniła kaczkę, która próbowała się schronić w ramionach wilka. A mężczyzna pociągnął wóz swój w kierunku jasnego okna, gdzieś na północ.

Stałam, pijąc kawę i wpatrując się w miasto. Kawki jak zwykle wydzierały się, nie mogąc zdecydować się, na którym drzewie przysiąść. W oddali słychać było stukot pociągu, nie taki głośny jak nocą, gdy miasto śpi. Czasem, gdy wiatr jest duży, słyszę jak woda faluje i tańczy, rozbija się o brzeg. Słychać już żab rechotanie. A ja tęsknię za lasem, za jeziorem, za zapachem siana i poziomek, za rozmowami do rana i zapachem bylicy wrzucanej do ognia. Zdążyło się ściemnić i pierwsze krople zaczęły spadać z nieba. Deszcz składa pocałunki na moich ramionach, wiatr szyję i twarz muska, gdyby wraz z nimi pieściły moje ciało dłonie i usta kochanka...

19 maja 2011

Jak się (nie) ubierać.

Rzadko oglądam cokolwiek w telewizji. W ogóle rzadko włączam owo urządzenie, które głównie pokrywa się kurzem. Czasem mi się jednak zdarza. Ostatnio, co włączyłam owo cudo techniki, to wciąż trafiałam na programy w stylu - w co się nie ubierać, jak się ubierać, jak dobrze wyglądać i inne takie. Powiem szczerze, że nawet gdyby mi zapłacono jakąś porządną sumkę z udział w czymś takim, podziękowałabym. W większości z takich programów trzeba się pozbyć swoich ubrań, które są brzydkie, niemodne, workowate i w ogóle jakoś nie pasują do nowego stylu.

Jak tak spojrzę na tę swoją garderobę, to w takim programie wywalono by mi jakieś 80%. Martensy i im podobne wylądować by musiały na śmietniku, wraz z bojówkami i całym mnóstwem innych ubrań. Za to ich miejsce zajęłyby jakieś pastelowe paskudztwa, w których moje cycki byłyby jeszcze bardziej widoczne niż są, buty, w których moje kolana błagałyby o litość, skrzypiąc i trzeszcząc, nie mówiąc już o tym, że po takim przewietrzeniu szafy, nie miałabym w czym chodzić w domu, w czym ćwiczyć, przesadzać kwiatków, jeździć na rowerze, chodzić po górach, pływać na łódkach, itd. Jednak najbardziej przerażałoby mnie to, co stałoby się z moimi włosami. Pewnie skończyłabym z jakimś blondem albo blondo-rudym. Gdybym takie coś chciała, to zostałabym przy naturalnym kolorze włosów albo po zmianie na rudy też bym przy tym rudym pozostała.

Jednak programy takie mają swoje zalety, bo pokazują, że każda kobieta jest ładna, tylko nie każda wie, jak to piękno pokazać, podkreślić. Poza tym udział w takim programie może zdziałać wiele dobrego dla tych osób, które mają kłopot z pewnością siebie, z dostrzeganiem zalet nie tylko we własnym wyglądzie, ale i w sobie.

Od wczesnego dzieciństwa spotykam czasem na swoim osiedlu dwie panie - siostry. Obie już dawno mają za sobą pierwszą i drugą młodość. Niewiele wiem o ich życiu prywatnym, ale z całą pewnością mogę stwierdzić, że po jednym małżeństwie mają za sobą. Obie panie do szczupłych nie należą, są dość sporych rozmiarów, jednak ich pewność siebie wcale na tym nie cierpi. Makijaż mają taki dość karykaturalny bardziej niż podkreślający urodę, kolorystycznie w jakichś pomarańczach i czerwieniach. Jeśli chodzi o ubrania, to wdziewają na siebie wszelkie "worki", "obrusy", "serwety", "zasłony", "koce", "dywaniki" sprzed kominka i inne takie. Z pewnością chętnie przerobiono by je w którymś z popularnych programów na temat ubierania się. Jednak program taki na pewność siebie wcale by im się nie przydał, bo tej pewności i własnej wartości mają sporo.

W sezonie wiosenno-letnim podrywają wszystkich starszych panów i zawsze mają kilku adoratorów, którzy chodzą z nimi na spacery, rozmawiają, żartują. I wcale nie są to jacyś pijaczkowie, czy tacy, którzy oczu nie mają albo sami przypominają obszarpańców. Nie wiem, jak one to robią, ale przyciągają facetów. Myślę, że kluczową rolę w tym przyciąganiu odgrywa ich osobowość, poczucie humoru i radość, która z nich bije. Czasem widzę, jakie spojrzenia rzucają w ich kierunku ludzie, bywa, że słyszę, że niepochlebnie komentują ich wygląd, ale po nich zupełnie nie widać, aby się tym przejmowały. Są szczęśliwe z tym, jakie są, jak wyglądają i to po nich naprawdę widać. Może można by poprawić ich wygląd, fryzury, które od lat fryzjera nie widziały, ale czy one byłyby z tym szczęśliwe? Może tak, a może nie.

Tak sobie myślę, że gdybyśmy wszyscy nosili się wedle najnowszej mody, byli jak spod igły, to czy nie zaczęlibyśmy wyglądać tak, jakby nas powielono na ksero?

18 maja 2011

Listy do...

Ostatnio znów nie czuję się najlepiej. Bez sił, bez apetytu, osłabienie totalne. Na szczęście dziś już nie jestem tak blada jak wczoraj, przedwczoraj, czy w niedzielę. Nawet ojciec dziś stwierdził, że bardziej mi się na życie ma. Myślę sobie, że to chyba zasługa makaronu, ciasta i kompotu. Na nic innego zupełnie nie miałam ochoty i pewnie znów niczego bym nie tknęła nawet. A tak w nieskończoność nie można chudnąć i tyć po kilkanaście kilo. Zbyt zdrowe to nie jest. Trwa za długo.

Kompot rabarbarowo - jabłkowy, kruche ciasto z rabarbarem i jabłkami, kruchy placek (spód z herbatników, migdałów, orzechów i masła) z bananami, kremem budyniowym o smaku krówkowym, posypany wiórkami czekolady, makaron z sosem pomidorowym i chili, był też sos carbonara, wczoraj pomidorowy sos z bazylią i prażonym słonecznikiem, dziś domowa pizza z bazylią i pomidorami. Tak w ogóle to mam ochotę na truskawki i na tartę z kawałkami truskawek w delikatnej bezie truskawkowej.



========
Wiesz,

jest wiosna. Poranki są tak ciche i spokojne, chłodne jeszcze. Czasem, gdy jest czyste niebo, patrzę sobie jak słońce przeciąga się i wstaje. Myślę wtedy o tobie i zastanawiam się, co robisz, gdzie jesteś, czy już wstałeś, czy śniąc, przewracasz się na bok. Nie wiem, jaką kawę lubisz i nie wiem nawet, czy w ogóle lubisz zapach kawy.

Czasami czuję, jakbyś mnie we śnie całował, głaskał po twarzy, wtulał się moją szyję, a przecież nawet nie zdążyłam ci spojrzeć w oczy, nie wiem, jakiego są koloru. I nie wiem też, jak wyglądają, gdy się uśmiechasz.

Spotkać znów ciebie na moście z marzeń, z dźwięków, ze snów utkanym i przejść na drugą stronę, tam gdzie jawa, ale z tobą. I otwierając oczy, zobaczyć cię obok siebie.

Myślisz, że kiedyś się spotkamy, że się poznamy...?

16 maja 2011

Lubię...

Zawieszona między słowami, a muzyką była tancerka ze słabością do czekolady i aromatycznej sypanej herbaty. Uparciuch rozmiłowany w żaglach, wodzie rzek, jezior i mórz, nocnym kołysaniu łódki na falach. Poszukująca obserwatorka, która w ciszy potrafi usłyszeć muzykę.

Lubię...

domowe ciasta. Przypominają mi o mamie, pachną ciepłem, poczuciem bezpieczeństwa i przyjemnością.

gdy czekolada - zmysłowy aksamit - roztapia się powoli w moich ustach, rozpływa się na języku.

przyprawy - wąchać, dodawać, mieszać, komponować. Cynamon, imbir, kardamon, kurkuma. Tymianek, rozmaryn, zielona pietruszka, kolendra, bazylia.

świeże figi - najbardziej zmysłowe owoce. W starożytnej Grecji była świętym owocem, który kojarzono z płodnością i miłością fizyczną, w Chinach dawano ją nowożeńcom, a mi się kojarzy z... ;)

pocałunki, ale tylko wtedy, gdy jestem zakochana.

taniec - najpełniej wyraża moje emocje, gdy dźwięki pulsują mi w żyłach, a ja słucham muzyki całym ciałem.

słowa - tylko nie puste i wiatrem podszyte. Lubię te pełne, soczyste. Ciasno owijają się wokół mnie, jak prześcieradło, przylegające do nagiej skóry.

stać w jeziorze, zanurzona po szyję w wodzie, wpatrywać się w drugi brzeg i w falujące na wietrze trzciny.

kawę z mlekiem, a właściwie to mleko z kawą. I z cukrem.

owoce z jogurtem naturalnym na śniadanie. Bez cukru.

zmoknąć do skóry od ciepłego letniego deszczu.

otulać się wartstwami miękkich ubrań, w których czuję się, jak w przytulnym domu.

czerń, wszelkie odcienie zieleni i niebieskiego.

kolorowe buty, torebki i kolczyki. Te ostatnie wytwarzam z wielką pasją.

książki. Mogłabym mieszkać w bibliotece. Kiedyś w Dublinie siedziałam sobie w bibliotece w Trinity College, napawając się zapachem starych ksiąg i... kurzu, wpatrując się w popiersie Sokratesa. Bo Sokratesa to ja też lubię.

mieć na głowie fryzurę, a nie siano.

rąbać drewno. Na moim ostatnim obozie poznałam też taką maniaczkę rąbania, której pokazałam, jak przyszyć guziki do munduru, aby dziewczyny dały jej wreszcie święty spokój.

listy. Szkoda tylko, że dominują te elektroniczne. Czuć pod palcami czyjeś pismo to tak, jakby dotykać cudzej duszy, dłoni, skóry. Z cioci domu zabrałam całe pudełko listów... miłosnych.

suflety i owoce zapiekane pod kruszonką. Sprawiają, że nawet najpodlejszy humor i najpaskudniejszy dzień odchodzą w niepamięć.

przyglądać się ludziom. Każdy jest tak niezwykły i zadziwiający.

przesypywać w palcach mąkę. Czuję się tak, jakbym była w piaskownicy.

zanurzać dłonie w wodzie, gdy płynę łódką.

zapach siana i rozgwieżdżone niebo, gdy latem zasypiam pod chmurką.

przyglądać się morzu. Codziennie się zmienia. Każdego dnia jest inne. Jakby zmieniało nastroje w zależności od pogody i jakby codziennie chodziło do fryzjera, by zmienić kolor włosów.

góry. Dają mi niesamowite poczucie wolności. Tylko że gdy po nich "biegam" za szybko, wciąż zmieniając tempo, robi mi się słabo i mdleję. Jednak gdy "wracam do żywych" i otwieram oczy, mam tyle energii i sił, jakby się nic nie stało.

spacerować nocą pustymi ulicami miasta. Najchętniej w czasie lekko siąpiącego deszczu, gdy miejskie światła odbijają się w kroplach wody.

zapach piwa i drewnianych stołów w pubach.

mężczyzn. Fasycnują mnie... jednak przytomnie ;)

rano pić gorącą herbatę przy oknie. Nawet latem. I oczywiście w moim kubku z londyńskim autobusem.

gdy woda pod prysznicem spływa po moim ciele, po wszystkich łukach, krzywiznach. Zamykam wtedy oczy i wpadam na nowe pomysły.

czytać przy jedzeniu, ale tylko w kuchni.

sukienki i spodnie. Naraz.

być. Po prostu. Zwyczajnie. Codziennie. Cieszę się bardzo, gdy mogę przywitać kolejny dzień i móc go przeżyć. Kolejny świt to niesamowity dar. Mam tylko nadzieję, że po drugiej stronie też będę mogła być. Po prostu. Zwyczajnie. Codziennie.

Lubię...

15 maja 2011

Smakowita niedziela.

Niedziela od zawsze kojarzy mi się ze spokojem, odpoczynkiem, przyjemnością, posiłkami w towarzystwie i z zapachem domowego ciasta. W niedziele nie myślę o poniedziałku, o tym, co muszę. Cieszę się byciem. I pozwalam sobie na kawałek przyjemności w postaci smacznego ciasta.

Uwielbiam ciasta... piec. Jeść też, ale zdecydowanie bardziej wolę je robić. Lubię brać w dłonie mąkę, przesypywać ją między palcami, opuszkami palców zagniatać z mąki, masła i cukru pudru kruszonkę. Czuję się wtedy tak jak dziecko w piaskownicy. Może dlatego bawię się w zagniatanie ciasta na pierogi i wyrabiam ręcznie ciasto drożdżowe. Zresztą we mnie się wszystko burzy na myśl, że miałabym ciasto drożdżowe robić w jakiejś okropnej maszynie. Odebrałabym sobie wówczas całą przyjemność z tego spokojnego zagniatania, doglądania ciasta, rosnącego pod ściereczką, wąchania smakowitego zapachu, rozchodzącego się po całym domu.

Jest też inny powód, dla którego nie zrobiłabym drożdżówki w żadnej maszynie. Proporcje są... hmmm... ruchome. Gdy mama uczyła mnie robić to ciasto, nie było innej możliwości, jak tylko zagnieść je ręką. Mikser nie dałby rady, a innych udogadniaczy zwyczajnie w sklepach nie było. Może to i lepiej? Nie wiem. W każdym razie nauczyłam się wyczuwać pod dłonią, kiedy ciasto ma dostateczną ilość mąki i kiedy jest już wystarczająco wyrobione. Jeszcze się mi nie zdarzyło, aby się nie udało. Raz jeden zrobiłam głupotę, bo zapomniałam posypać drożdżówkę kruszonką (nie wiem, gdzie ja miałam wtedy własną głowę). Wyciągnęłam z piekarnika ciasto, posypałam... i już mi wyżej nie wyrosło... bo "inteligentnie" wyciągnęłam w trakcie rośnięcia. To tak jakby otworzyć piekarnik w trakcie pieczenia sufletu - opadnie, nie wyjdzie zupełnie. Tamtego dnia miałam takie zaćmienie umysłowe... ale mimo owego zaćmienia ciasto wyszło przepyszne, choć nie tak ładne, jak zwykle.

Raz jeden jedyny, gdy miałam jakieś dziesięć lat i trochę, zrobiłam "arcydzieło", którym można by zabić. Spalone, z zakalcem i twarde jak kamień... a wszystko robiłam zgodnie z przepisem ;) A ciężkie było... jakby w tym placku były kamienie.

Gdy byłam na studiach, znajomi zapraszali a to na grilla, a to na jakieś imprezy z jedzeniem i piciem ;) Z pustymi rękami iść nie wypada, przynosić kolejnych kilogramów kiełbasy, chleba czy nawet litrów alkoholu (no jednak każdy ma jakieś granice przyswajania tak jedzenia, jak i picia ;) sensu nie było, więc CzG chodziła z ciastami. Coś słodkiego zawsze dobrze smakuje i wcale nie musi to być alkohol czy ciastka z czekoladą. Kiedyś zrobiłam wielką blachę tarty z truskawkami. Załapałam się na jeden mały kawałek. W niecałe 10 min pożarli wszystko, co zawierała największa blacha, jaką miałam w domu. Podobnie było innym razem z chruścikami - 3 wielkie michy, smażyłam chrust ponad 4 godziny. Zjedli wszystko w pół godziny.

Jak tak sobie myślę o tym, to dotarło do mnie, że w szkole średniej też chodziłam z czymś w postaci ciasta, ciastek własnej roboty. Dziwne, że nie zostałam cukierniczką. Choć z drugiej strony, to ma swoje plusy. Przyjemność i relaks (czyli robienie ciasta) takimi pozostają :) I do dziś mi to zostało, że zabieram te ciasta, ciasteczka ze sobą. O ile przyjemniej zjada się pyszności w towarzystwie.

Niedziela upłynęła pod znakiem ciasta drożdżowego z kruszonką. Za w nadchodzącym szybkimi krokami tygodniu zjadłabym kruche ciasto z jabłkami i rabarbarem albo tartę z kremem budyniowym o smaku krówkowym.

13 maja 2011

Gorące rytmy.

Muzyka i taniec. Wielokrotnie podkreślałam, jak bardzo są one dla mnie ważne. Najgorszą z rzeczy, które mogłyby mi się przytrafić byłaby utrata słuchu. Z zajmowania się na poważnie tańcem musiałam zrezygnować dawno temu i do dziś trochę tego żałuję, tęsknię, choć zdarza mi się tańczyć i to nie znowu tak rzadko. Gorzej z tymi partnerami do tańca - jest bardziej niż źle - albo nie znoszą tańca albo nie potrafią i nie chcą ani tańczyć, ani się nauczyć. Ja bez tańca żyć nie umiem. Dopóki mi siły i zdrowie pozwolą, nie zrezygnuję. Uwielbiam czuć muzykę całym ciałem. Gdy tańczę, mam wrażenie, jakby w moich żyłach płynęły zamiast krwi dźwięki. 

Dziś było słonecznie, gorąco, duszno, upalnie... po prostu lato. W żyłach mi się zagotowało i na nieszczęście, chyba moje hormony się obudziły... Wnioskuję to po pragnieniu gorących i zmysłowych rytmów - salsa, merengue, bachata, tango... i inne takie ;) Dlatego dziś proponuję trochę muzyki :) Do tańca rzecz jasna!


ps. Część można posłuchać poniżej, a część w postaci linków, bo inaczej był kłopot ;) Im niżej tym goręcej ;P

 
Buena Vista Social Club - Candela

 
Aventura - Obsesion



Gotan Project - La Revancha Del Tango




Elizio - Make Love On Tempo



Yuri Buenaventura - Salsa


La Cumparsita tango


Mambo Big Band - Me Gusta Boogaloo



Gotan Project - Santa Maria del buen ayre



10 maja 2011

Spacer po B. i cd metamorfozy ;)

To wszystko to B. Są tu i takie miejsca. Mój poziom szczęścia i samozadowolenia znacznie wzrósł, więc tym samym wzrósł mi poziom mobilizacji, chęci do pracy twórczej w skrobaniu literek i tak jakoś... Zresztą co ja tu będę dużo opowiadać ;) 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Wstęp do metamorfozy ;)

Obudziłam się o czwartej po niecałych trzech godzinach snu. Podreptałam trochę po domu, aby w końcu usiąść na blacie w kuchni. Patrzyłam jak dzień się budzi, przeciąga. Pomyślałam, że na pewno będzie ciepło i słonecznie, bo sen zaczyna się ze mną na lato żegnać. Zapragnęłam nagle chłodnika, kompotu z rabarbaru i pierogów leniwych, tak od rana. Co chwilę spoglądałam na zegarek, jakbym chciała przyspieszyć przeuswanie się wskazówek, żeby szybciej to targowisko otworzono i abym zdążyła zakupy zrobić. Organizm sam domaga się zmian w jadłospisie, a skoro się tego domaga, stwierdziłam, że może i zewnętrznie trochę go ulepszę.

Moja waga w ciągu ostatnich dwóch lat zmieniała się tak często, że nie jestem w stanie określić ile razy - w zależności od tego, czy w ogóle jadłam i co też to było. Mięśnie gdzieś tam są i nawet działają, ale słabe to... w porównaniu do tych sprzed kilku lat. Oprócz tego machania rękami i nogami, muszę popracować nad siłą... ciosu i kopnięć, wrócić do jogi, bo czuję, że zamiast kręgosłupa mam kij od szczotki, a kondycja tak średnia.

Na początek jednak postanowiłam pozbyć się włosów i zrobić z nich fryzurę, a nie stóg falowanego nie wiem czego, co wygląda dobrze tylko, gdy jest związane i wtedy też nie grzeje mnie w szyję, czego nie lubię, zwłaszcza latem. I złożyłam sobie dziś obietnicę, że więcej nie obetnę włosów poniżej 1 cm (chyba że będę zmuszona kiedyś to zrobić ze względu na chorobę) i nie będę mieć długich włosów (chyba że... jest taka jedna chwilowa ewentualność, ale raczej jej nie przewiduję, przynajmniej nie w najbliższej przyszłości). Dlatego zadzwoniłam do mojej fryzjerki, która niedawno otworzyła swój salon i z ulgą dowiedziałam się, że mogę przyjść dziś i w końcu będę wyglądać jak człowiek :)

Poza tym doszłam do jednego wniosku. Jestem wierna. Jeśli ktoś nie robi mi krzywdy, dba o mnie (w tym o moje włosy, zęby i inne takie ;) ja jestem wierna. A dobry fryzjer to podstawa dobrego samopoczucia każdej kobiety, która z takich usług korzysta (bo są takie panie, które nie korzystają). Pamiętam, jak kiedyś moja współlokatorka poszła do pewnego salonu w Poznaniu, który podobno taki renomowany, fryzjerzy jakieś nagrody dostają czy coś. Czekała na wizytę miesiąc. Gdy wyszła stamtąd... miała na głowie jakieś postrzępione coś, a nie fryzurę. Wyglądała okropnie. Płakała całe popołudnie. Inna moja znajoma, też z Poznania, poszła do tego samego salonu, do którego zawsze chodziła. Jednak zgodziła się na inną niż zwykle panią do pofarbowania włosów. Efekt? Zamiast blondu - beton. Poprawka po betoniu - rozwolnienie w kolorze żółtym. Kolejną poprawkę zrobił szef i wreszcie dziewczyna wyglądała normalnie.

Ja od trzeciego roku życia bywam regularnie u fryzjera. Zdarzało się różnie. Na szczęście 10 lat temu zawarłam znajomość z moją obecną fryzjerką, niewiele starszą ode mnie. Rozumiem się z nią idealnie. Piękna, urocza, sympatyczna kobieta z cudownymi dłońmi. Już czuję jak mi poziom szczęścia i samozadowolenia wzrasta, a co dopiero będzie później ;)

9 maja 2011

Spacer po B.

Blog chwilowo przestał mieć zachcianki, więc z okazji wiosny chciałam Was zabrać na spacer nad Stary Kanał i po B. od strony wody. Zdjęcia były robione tym, co akurat było pod ręką i trochę w pośpiechu, ale może uda mi się w końcu tam wybrać z jakimś lepszym sprzętem. Wiosną B. jest piękna i lubię w niej przebywać.


 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
A poniżej... cóż... CzG nad Starym Kanałem ;)
 
i coś jeszcze ;)
 
 

8 maja 2011

Oset i czas przenikania.

Bardzo lubię kwiaty, zresztą nie tylko kwiaty, rośliny w ogóle. Nie wyobrażam sobie, aby w moim domu nie było żadnych roślin. Zieleń działa na mnie z jednej strony kojąco i uspokajająco, a z drugiej daje mi energetycznego kopa. Zresztą to mój ulubiony kolor, który jest również na ścianach i na pościeli.

Gdy byłam mała, uwielbiałam na podwórku bawić się w ogródek. Miałam łopatkę, grabki, wiaderko, konewkę i inne akcesoria. Na piasku niedaleko piaskownicy wydzielałam sobie kawałek terenu, ogradzałam go małymi, cienkimi patyczkami i sadziłam zielsko, udając, że to warzywa, zioła i kwiaty. Zawsze też pomagałam mamie, gdy przesadzała kwiaty, sadziła coś i siała. Wciąż pamiętam jak wieczorem pachniała maciejka... Dawno nie było jej na balkonie. Może w tym roku...? Muszę też więcej ziół wysiać, bo coś mi za szybko znikają w potrawach.

Pamiętam, jak w podstawówce zabieraliśmy na wakacje kwiaty do domu. Większość zawsze lądowała u mnie, były przesadzane, leczone ze szkodników, piękniały i później jesienią takie ładne wracały do naszej klasy szkolnej. W całej szkole nigdzie nie było ładniejszych kwiatów. Przez całą podstawówkę opiekowałam się nimi. Jak nikogo obok nie było, to zawsze z nimi rozmawiałam. Może dlatego tak dobrze rosły? A może dlatego że moja mama do nich rękę latem przykładała... Zawsze sobie żartowałam, że gdy mama patyk wsadzi w ziemię, to on zakwitnie.

Nie przepadam za ciętymi różami, zwłaszcza za czerwonymi. Podobają mi się takie na krzewach. Mogę podejść, powąchać, ale cięte... Cóż... Jednak są to najpopularniejsze kwiaty, które można dostać, nie tylko od mężczyzny, ale dostać tak w ogóle. Tak się zastanawiam... Ile kobiet dostaje od swoich połówek swoje ulubione kwiaty? W moim najbliższym otoczeniu... tylko mama od ojca dostawała. Zawsze wiosną, bo ulubione kwiaty mamy są sezonowe. W domu, przez cały okres kiedy one były, zawsze stały świeże. Teraz też ojciec, jak tylko może, a jak nie może, to mnie wysyła albo najstarszą siostrę, zanosi je na grób mamy. To urocze, że przez tyle lat jej dawał kwiaty i to właśnie te, które tak bardzo lubiła.

Jeśli chodzi o mój gust. Chyba nie jest specjalnie wyszukany. Lubię polne, leśne, łąkowe kwiatki, zwłaszcza te drobne. Są piękne. Najbardziej jednak lubię białe tulipany, bez, wrzosy, lawendę i... oset. Z tego, co pojawia się w kwiaciarniach, to jeszcze goździki - najlepiej drobne i różnokolorowe. W tej mojej kwiatowej wyliczance dziwić może oset, ale ja go uwielbiam. Fascynuje mnie od pierwszego wejrzenia - jednocześnie kłujący i delikatny. Jest dla mnie symbolem... symbolem czasu przenikania... Cichutko powiem, że wierzę za starożytnymi, że oset może wzbudzić nieodparte uczucia miłosne. A poza tym, zamiłowanie do ostu odziedziczyłam chyba w genach po przodkach.

Oset (wrzucam w to pojęcie wszelkie osty, popłochy itp. - kłujące astrowate;) jest dla mnie symbolem czasu przenikania, przenikania się czasu rodzenia z czasem umierania. Osty odkąd sięgam pamięcią przyciągały mnie do siebie, intrygowały, fascynowały nieprzytomnie. Przed dotknięciem ich, zerwaniem, wąchaniem nie zniechęcały mnie nawet kolce, które wiele razy przebijały mi dłonie, kaleczyły je do krwi. Uwielbiałam patrzeć, jak na tych purpurowych kwiatach siadały bąki. Kwiaty piękne w barwie, z delikatnymi płatkami, ale kłującą łodygą i liśćmi. Kiedy byłam w Szkocji, chodziłam dużo po szkockich górach. Tam można spotkać oprócz wrzosowisk również duże ilości popłochów (nie lubię tej nazwy, wolę oset szkocki - brzmi dostojniej). Pamiętam, jak zatrzymałam się przy takim jednym rosnącym przy drodze. Stałam i patrzyłam jak urzeczona...... Wtedy był także czas przenikania.

Śmierć to ból, cierpienie. Rodzenie to nadzieja, świeżość. Czasem tak w życiu bywa, że czas rodzenia przenika się z czasem umierania. Jednocześnie coś się rodzi, a coś umiera. Kiedy dotykam ostu, chwytam za liście czy łodygę, czuję ból... kłują kolce... Kiedy jednak dotykam samych tylko płatków, dotykam delikatności, piękna... Kolce to śmierć, płatki to rodzenie, nadzieja...

Kolce ostu kłują bardziej niż różane kolce, a płatki kwiatu delikatniejsze są niż róża. Ukłucie w dłoń boli jak śmierć, pieszczota płatków jest jak nadzieja na nowe, na narodziny...
Czas przenikania to czas trudny, bolesny, ale i świecący nadzieją. Czas rodzenia wymieszał mi się z czasem umierania, tworząc czas przenikania.... W tym kwiatku widzę tak wiele, tak wiele nadziei na to, co piękne. Lecz, aby dojść do piękna, nie da się uniknąć bólu...

7 maja 2011

Czy ja coś wydzielam ;)?

Zjeżdżałam sobie rano windą, aby udać się po zakupy (w weekendy schody omija, bo to co można na nich czasem znaleźć... zwłaszcza w tak dużym bloku jak mój...). Wsiadł sąsiad z bardzo ładnym dużym brązowym psem. Winda jak zwykle się wlecze tak jakby chciała, a nie mogła, a sąsiad się przysuwa do mnie i wpatruje się we mnie, jak sroka w gnat. W pierwszej chwili pomyślałam sobie, że może ja jakoś dziwnie wyglądam, nie tak się ubrałam czy coś. Spojrzałam w duże lustro, które jest w windzie, z ulgą stwierdziłam, że jednak wszystko w porządku, odetchnęłam głęboko i już był parter.

Piekarnia
Stoję sobie w kolejce, przyglądam się chlebom, myślę, co mam kupić. Wchodzi facet, patrzy się na mnie tym samym spojrzeniem, co ten w windzie i staje za mną. Mam wrażenie, że gdyby mógł, to by mi na plecy wlazł. Pani przede mną ucina sobie pogawędkę ze sprzedawczynią na temat długich godzin pracy i korków, ja czuję oddech faceta na swoich włosach... Aby skrócić czekanie, usiłuję dyskretnie jakoś obejrzeć własną garderobę, przyglądam się trampkom... wszystko w normie.

Targowisko
Stoję w jednej kolejce, potem w kolejnej, w jeszcze jednej i mam jakieś dziwne wrażenie jakby mi mrówki po plecach chodziły. Kolejny facet... Do mięsnego też za mną poszedł, do kiosku, po sałatę, po mleko, nawet do sklepu z rajstopami! Do domu wróciłam prawie biegiem, nie zważając na ciężar zakupów.

Winda po raz 2 (znowu w dół)
Wsiadłam. W windzie taki młodzian z 1 piętra, gdzieś w wieku mojego najstarszego siostrzeńca mniej więcej. Jedynak. Czasem pod blokiem konferuje z kolegami przy piwku albo przy samochodach. W jednej ręce miał rękawice bokserskie, w drugiej torbę i inne akcesoria do ćwiczenia uderzeń, kopnięć. Pewnie sobie w suszarniach salę treningową zrobili z tym gościem z 10 piętra, którego czasem na balkonie widzę.
Młodzian, który do tej pory nigdy się do mnie nie odezwał, nie dość, że się przywitał, to jeszcze zagadywać zaczął, przebąkiwać coś o jakichś kawkach, czymś... Pomyślałam tylko: ratunku!

Sklep
Powędrowałam do sklepu naprzeciwko szpitala, bo w żadnym bliżej coś nie było wody mineralnej, o którą ojciec poprosił, a zapas domowy na wykończeniu. Pomijając fakt, że nie bardzo powinnam dźwigać, zwłaszcza po tych gnieźnieńskich ekscesach, to dwie zgrzewki przyniosę, w ostateczności jakieś 1,5 ;)
Zakupy zrobiłam w towarzystwie trajkoczącego mi nad uchem pana ochroniarza, który zamiast stać i pilnować, zamienił się z kolegą i chodził ze mną po sklepie. Uwolniłam się od niego tylko dlatego że spotkałam przyjaciółkę. Pokonferowałyśmy dłuższą chwilę przed tym sklepem (pan ochroniarz też się wietrzył...), minęło nas dwóch facetów z dziewczyną, a moja przyjacióka stwierdziła, że jeden z nich do mnie się tak szeroko uśmiechał.

Powiedziałam jej, że chyba jej odbiło... się w okularach ;) i spytałam, czy ja czegoś czasem nie wydzielam, bo takie jakieś zachowania obserwuję już drugi tydzień... Tylko że ja wcale najpiękniej nie wyglądam ostatnio - przeziębiona, katar paskudny, obłęd w oczach, trochę bardziej rozczochrana jestem niż zwykle, wdziewam tylko to, co wygodne, a niekoniecznie wzrok przykuwające, a już na pewno nie odsłaniające, więc o co chodzi? Już nawet ojca pytałam, czy aby wszystko ze mną w porządku ;)

Muszę ja normalnie coś wydzielać chyba, jakieś hormony, feromony czy cholera wie co ;) Myślałam, że może to wina używanych kosmetyków i innych takich, ale to zupełnie nie wpływa. Może to jednak ów obłęd w oczach jest odpowiedzialny... albo wiosna mi uszami paruje... ;)


Życzę wszystkim przyjemnego popołudnia :)

6 maja 2011

29...

W zeszły piątek minęła druga rocznica śmierci mojej mamy, a ja się czuję tak, jakby odeszła wczoraj. Poszłam sama na cmentarz i usiadłam na piasku, tak jak zwykle siadałam obok niej. Tyle chciałabym jej powiedzieć, o tyle spraw się spytać.

Budzę się rano o świcie z nadzieją, że usłyszę, jak cichutko krząta się w kuchni, wyczuję zapach jej porannej kawy. Zawsze gdy gotowała albo piekła, czy robiłam coś przy kwiatach pchałam się jej pod rękę, wtykałam głowę i palce... do ciasta i w ziemię w doniczkach. A ona zawsze się do mnie uśmiechała, całowała mnie w czoło i nie przeganiała, nigdy.

Wspierała mnie zawsze i przypominała, że siła jest we mnie, że to ja mam moc, aby góry przenosić, osiągać cele, które sobie postawiłam.

Z jej dzieciństwa i młodości, zanim wyszła za mąż za mojego ojca, mam tylko trzy zdjęcia - jedno komunijne i dwa z procesji w Boże Ciało. Reszta zdjęć, jej pamiątki spłonęły w domu dziadków. Dom był piękny, drewniany - nie ma po nim już śladu. Tak jak nie ma śladu po lesie, do którego chodziła z dziadkiem na grzyby. Na jej rodzinnej ziemi nie ma po niej śladu. Ślady jej wspomnień z młodości też gdzieś zniknęły sprzedane, zniszczone... Żyją właściwie tylko w opowiadaniach ojca. Niewiele wiem o jej życiu przed małżeństwem z moim ojcem. Rzadko o tym mówiła. Wiem tylko, że było jej ciężko i że od zawsze była takim człowiekiem, który najpierw o bliskich myślał, a na samym końcu o sobie.

Ktoś mi powiedział, że matki nigdy nie opuszczają swoich dzieci, że przechodzą tylko na drugą stronę lustra, na drugą stronę mostu.

Jej ostatni uśmiech na zawsze zostanie w moim sercu. Zakorzenił się w mojej duszy. Tak jak ten pierwszy, który zapamiętałam. Jak dobrze, że zdążyła mnie nauczyć do czego służy serce.

5 maja 2011

Jak zaufać kłamcy?

Czy kłamcy można ufać? Czy kłamcy można wierzyć? Czy z kłamcą da się na co dzień w miarę normalnie żyć?

Kłamstwo. Tak wiele osób mówi, że się nim brzydzi, że nie cierpi kłamców, że to ohydne tak wciąż kłamać. Tylko że kłamstwo jest nagminne. Poza tym jest lepkie, brudne, przykleja się jak smoła, ale ma krótkie nogi, więc prędzej czy później zwykle się wydaje.

Osobiście nie znam żadnej osoby, która ani razu nie posłużyła się kłamstwem. Jako dziecko zdarzało mi się kłamać rodzicom, że mi się zegarek spóźnia albo że stanął, gdy spóźniałam się, wracając z podwórka. W sumie nikomu to nie szkodziło, ale kara za kłamstwo była, ponieważ kłamstwo jest zawsze kłamstwem. Osobiście wyznaję zasadę, że lepiej milczeć, niż posuwać się do kłamstwa. Jednak ja nie o kłamstwie i kłamaniu jako takim chciałam, a o kłamcach, którzy tak bardzo zaprzyjaźnili się z kłamstwem, że nie potrafią bez niego żyć. Raz się udało, drugi raz się udało, piąty, dziesiąty... więc można tak wciąż i wciąż, bo zawsze znajdzie się ktoś, kto w któreś z kłamstw uwierzy.

W kłamstwach ludzie potrafią posunąć się bardzo daleko. Czy jest jakaś granica? Ile i jak długo można wybaczać oraz znosić kłamstwa?

Jest sobie osoba, powiedzmy, że kobieta. Kobieta po rodzinie wyłudza pieniądze, mówiąc, że to butów dla dziecka potrzebuje, a to że nie ma czym dzieci nakarmić, a to, że na lekarza potrzebuje, a to że jakiś kataklizm się wydarzył. Oczywiście osoba obiecuje, że pieniądze odda, tylko że mijają tygodnie, miesiące, lata, a kobieta pieniędzy wciąż potrzebuje, wymyśla nowe preteksty, aby pożyczać i nie oddawać. I o ile znajomi mogą mieć dość, to ludzie, którzy ją kochają mogą się zlitować, wybaczyć. Tylko dziwnym sposobem mieszkanie owej osoby przeszło kilka remontów, pojawiają się w nim wciąż nowe sprzęty, a pieniędzy tak naprawdę nie brakuje. Za to rośnie góra kłamstw, bo przecież skoro się z tą kasą udawało... I tak pani nasza okłamuje męża i dwóch kochanków, ale z żadnego rezygnować nie chce, bo jej tak wygodnie, przy czym tylko mąż zna jakąś tam prawdę o żonie, bo kochankom zmyśla wszystko - od pracy przez posiadanie dzieci na śmierciach najbliższych skończywszy. Do tego dochodzi kłamstwo na temat wyjątkowo ciężkiej choroby, która się okazuje prostym zabiegiem, a urasta do rangi śmiertelnej i nieuleczalnej, która prawie wysłała panią na tamten świat.

To tylko jeden z przykładów. Podobnych historii znam kilkanaście. I wciąż nie bardzo potrafię je zrozumieć. Nie umiem jakoś wytłumaczyć sobie motywów, które kierują takimi kłamcami. Przecież prędzej czy później ta góra kłamstw runie, wyda się i co wtedy? Łatwiej niestety brnąć coraz głębiej i bardziej w to bagno kłamstw...

Tylko jak później zaufać kłamcy, którego złapało się na stercie kłamstw i właściwie nie wiadomo, czy cokolwiek jest prawdą i na ile nią jest. Jak zaufać? Czy jest to możliwe? Jak żyć z takim człowiekiem? Jak rozmawiać? I jak długo można tak wybaczać i wybaczać, i wybaczać te kłamstwa? Czy wybaczając je wciąż nie stawiamy się w pozycji totalnie naiwnej osoby, która we wszystko uwierzy? Czy nie robimy z siebie głupca? A może po prostu wybaczamy, bo kochamy? Tylko jak długo tak można? Kiedyś skończy się cierpliwość, bo przecież chyba nikt nie chce być na każdym kroku okłamywany... I czego się później złapać, gdy wokół jest bagno kłamstwa, a jeśli prawda gdzieś jest, to dawno już utonęła w tym bagnie.


ps. Zapomniałam dodać najważniejszego. Przypadek chorobowy w postaci mitomanii pominę, bo tę z powodzeniem można leczyć, Odnoszę się powyżej do kłamstwa z premedytacją, dla własnych korzyści, a kłamca ma świadomość tego, że kłamie, dobrze wie, że to robi - np. żeby nie oddawać długu, bo dobrze się żyje w cudzej kieszeni.

4 maja 2011

Krótko.

Radość, pogoda i spokój ducha wracają. Jest mi jakoś lżej. I mam też ochotę, aby lżej się zrobiło na mojej głowie.

Ktoś mi ostatnio powiedział, że nie powinnam ścinać włosów, tylko je zapuszczać, bo kobieta z krótkimi włosami wcale nie wygląda kobieco. Czy rzeczywiście? Osobiście śmiem w to wątpić, ale może ja się jednak mylę... To jak to jest?

Rok ponad wytrzymałam z włosami dłuższymi, no taki średnio długimi, choć dla mnie one są już długie. Za bardzo. Wkurza mnie to, że wszędzie się plączą, muszę je tak długo suszyć i tyle czasu marnować na układanie, a i tak głównie noszę je niedbale związane byle czym, najczęściej tym, co mam pod ręką. Na własnej głowie nie lubię długich włosów i już. Wątpię, abym się kiedykolwiek przekonała do długich, tak samo jak do własnego naturalnego koloru tychże włosów.

Nasłuchałam się przez większość życia, że jestem aseksualna, nie bardzo kobieca, że jestem chłopczycą... i to właśnie przez te włosy. A żeby było zabawniej, to częściej kobiety jednak tak właśnie twierdziły. I niech sobie inni mówią o moich włosach to, co chcą. One i tak pod nóż pójdą, a raczej pod nożyczki i w dłonie mojej fryzjerki.

Tak naprawdę tylko w krótszych włosach (i proszę nie myśleć, że krótkie to zaraz prawie na łyso ;P) czuję się kobieco, ładnie, atrakcyjnie i... wygodnie.

2 maja 2011

Słowem o słowach.

Słowa, słowa, słowa. Zlepki liter, głosek, sylab. Myślane, pisane, czytane, słyszane, wypowiadane. W książkach, w gazetach, w radiu i telewizji, w internecie, na murach, w muzyce, w rozmowie, wszędzie. Świat ze słów. Tak normalne, tak codzienne, tak zwyczajne, a przecież niezwykłe.

Czy mógłby istnieć świat bez słów? Czy można wyobrazić sobie świat pozbawiony w ogóle słów?

Przecież słowem dąży się do słowa marginalizacji, minimalizacji. Tylko że czasem nie da się zawrzeć maksimum w minimum.

Coraz częściej widzę dziwaczne skróty i obrazy zamiast słów. Czy obraz wyprze słowo? Wykopie je, uśmierci?

Słowa mają siłę. Można nimi zranić bardziej niż nożem. Można słowem ofiarować komuś nadzieję tak wielką, rozniecić w człowieku iskrę w potężny płomień. Można słowem zabić i przywrócić do życia. Słowa mogą tak wiele. Jednak nie mogą wszystkiego.

Czasem słowo to zbyt mało, a czasem zbyt wiele.

Czasem słowo to i za mało, i za wiele - zbyt mało, jeśli nie prowadzi do czynu, nie wywołuje go i czynu nie ma; zbyt wiele, jeśli obiecuje, jeśli obiecuje tak przekonująco i tak pięknie, jakby grało na strunach ludzkiej duszy.

Słowo to tak wiele, a zarazem tak mało.

Dobrze, że istnieją jeszcze poeci, którzy nocą piszą ody do księżyca, pisarze, którzy słowem czarować potrafią, muzycy, dla których słowo jest również ważne i nie ogranicza się do zlepku "i love u, u love me" ;). Mam nadzieję, że słowo nie umrze i że zawsze znajdzie się ktoś, kto słowem operować będzie umieć, a może nawet będzie potrafił nim czarować.

Słowo. Tak zwyczajne. Tak potrzebne. Mowa jest srebrem, a milczenie złotem. Nie chcę złota. Wolę srebro. Słowa... tylko nie puste, w które jak w wydrążone pnie drzew, wlatuje wiatr. Słowa pełne, ale nie napęczniałe, jak baloniki, którym ktoś nadmuchał policzki, aby przekuć je szpilką. Słowa proste, z serca, duszy, myśli i czynu jednocześnie płynące.

1 maja 2011

Czekoladowa blondynka.

Gardziołko wciąż boli, nos się produkuje i chyba mi przyjdzie w środę rano odwiedzić moją panią doktor, tym bardziej, że pobrykałam dziś sobie w krótkim rękawku przy lodowatym wietrze, który wziął wiosnę w tango i jakoś słońce nie radzi sobie jeszcze z ogrzewaniem. Głos wrócił do chrypienia i wcale się temu nie dziwię, wszak blondynka swetra zapomniała, jak tak biegała...

Do G. wpadła moja siostra, też blondynka. Ale ona się nie ukrywa, w przeciwieństwie do mnie, której w blondzie nie jest do twarzy, więc bez żalu pożegnałam ów blond. W ciemnej czekoladzie zdecydowanie mi do twarzy, co nie zmienia faktu, że ów blond rzuca mi się na mózg czasem, jak przystało typowej blondynce.

Zaczęło się niewinnie... Targałam z siostrą trzy wielkie wory wypełnione ubraniami, aby te ubrania wrzucić do pojemników. I gdy tak targałyśmy te wory, zaśmiewając się, że chyba nam się pora roku pomyliła, bo wielkie wory to w grudniu, a nie w maju i na dodatek z okazji Bożego Narodzenia, natknęłyśmy się na pewnego pana. Ów pan, człek starszy, siwy, niski i okrąglutki, ubrany cały w szarości - od butów, poprzez spodnie, wiosenną kurteczkę, aż po kapelusz na głowie, tak krążył koło nas i nam się przyglądał. Gdy już wypakowałyśmy zawartość worków, ja ruszyłam do mieszkania bo następne wory, które należało wywieźć kawałek dalej i wrzucić do kontenera, bo tylko tam właśnie kawałek dalej śmietnik był otwarty, dostępny, bez żadnych ogrodzeń i daszków. Moja siostra miałam podjechać bliżej autem, żebym z tymi worami nie biegała przez cały parking i plac zabaw. Miała... ale nie podjechała, bo nie mogła odpalić auta. A czemuż to? Bo akumulator się rozładował, bo samochód został zostawiony na światłach. Jak na złość żadnych ludzi, żadnych aut, sąsiedzi wyjechani...

- Co robi blondynka, gdy się jej rozładuje akumulator w aucie?
- Ustawia z drugą blondynką auto na słońcu i czekają, aż akumulator się naładuje.

To nie głupi kawał. To rzeczywistość ;) Ów starszy pan spacerował i zataczał kółka wokół nas, przyglądając się naszym poczynaniom. Najpierw biegałyśmy z tymi worami, co by je pod drzewkiem ustawić. Pchałam auto wraz z moją sis w środku to w górę, to w dół, bo ona się nie mogła zdecydować, jak to zrobić, żeby auto odwrócić, by zjechało z górki, ale aby na ulicę nie wjechać. Niewiele nam wyszło, więc wpakowałyśmy wory do auta i posiedziałyśmy sobie w samochodzie. Nagle przyszło nam do głowy, aby sprawdzić, czy zadziała radio. Coś tam poświeciło, więc blondynki doszły do wniosku, że może trzeba odczekać, to aku się zregeneruje. Żeby nam szybciej czas zleciał, przeleciałyśmy się z dwoma worami do kontenera. Jednak po powrocie auto nadal nie chciało zapalić i nic dziwnego... Wpadłyśmy na pomysł, żeby postawić zepchnąć auto przodem z górki. Ja pchałam i kierowałam słownie ruchami mojej siostry i kierownicy ;) Pan już z nas ze śmiechu nie mógł i nawet przestał spacerować, poprzestając wyłącznie na przyglądaniu się nam.

Jak tak manewrowałyśmy z tym autem obracając je, zaczął się jakiś ruch na tej uliczce, przy której to robiłyśmy, ale jakoś nikt nie zatrzymał się, nie zapytał się, czy pomóc... Cóż... powinnam była zamiast spodni 3/4 z wywietrznikiem pod pośladkiem, trampek i t-shirta włożyć krótką sukienkę oraz szpilki, to od razu znalazłoby się kilku pomocników ;) Zamiast apteczki powinnam mieć chyba przy sobie taki zestaw awaryjny. Byłby pewnie bardziej przydatny.

Nie zrażona niczym, popchnęłam to auto z górki, które i tak jakoś jechać normalnie nie chciało... I nic dziwnego... W końcu na dole, kawałek za zakrętem zaparkowałyśmy je... na słońcu właśnie, wypróbowując, czy może od słońca się nie naładuje ;) Poczekałyśmy jakieś dwadzieścia minut, po czym wpadłam na pomysł, że może należałoby zapytać jakiegoś faceta, jakie szanse są na to, aby aku naładował się na słońcu... od słońca... Telefon poszedł w ruch i moi koledzy zostali zasypani tym, jakże z lekka bezmyślnym pytaniem ;) Niestety poza dwiema blondynkami, nikt jakoś nie kwapił się do uwierzenia w cud, więc trzeba było obudzić w końcu swoje szare komórki...

Na machania zareagowało kilku kierowców, ale żaden nie miał kabli. My też nie miałyśmy, bo sis stwierdziła, że skoro zima minęła, to kable się jej nie przydadzą, poodbnie jak koło zapasowe... Dobrze, że to ostatnie nie było potrzebne. Trzeba było skądś te cholerne kable wziąć, więc zadzwoniłyśmy na taxi z prośbą, aby pani znalazła nam pana taxi, który kable posiada i przyjedzie, aby wybawić nas z kłopotu ;) Trwało to kilka minut, ale znalazł się miły pan, który zjawił się ekspresowo i na dodatek miał dużo siły. Szybko zdjął nam problem z głowy.

Czemu nie wpadłyśmy na to szybciej? No jak to? Dwie blondynki z głupawką się dobrały... Czasem mój naturalny kolor na mózg mi się rzuca i zaćmienia powoduje... Właśnie wtedy przydałby się pod ręką rozsądny facet albo taki chociaż co to raczej uchwytny telefonicznie bywa w miarę o każdej porze i który cierpliwie odpowie na moje nawet najgłupsze oraz najdziwaczniejsze pytania, i nie będzie się pukał w głowę, a wręcz przeciwnie... mogłoby go to rozczulać ;)


ps. Ale na wszelki wypadek może jednak przygotuję sobie "kieszonkowy" zestaw awaryjny ;)