Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mężczyźni. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mężczyźni. Pokaż wszystkie posty

23 października 2014

Kapitulacja, ryba i nazwisko.

Internet to ogromne źródło wiedzy. Często niechcianej wiedzy. W sumie to taka studnia bez dna. Można kopać, kopać i się nie dokopać albo raczej nie doszukać. Nawet jeśli ludzie dość dobrze chronią swoją prywatność, to nigdy nie jest to dość. Zupełnie niechcący pokopałam, pogrzebałam, bo akurat zachciało mi się postukać w dno owej studni, a tu kicha. Dna jak nie było, tak nie ma. Natomiast jest całe mnóstwo informacji o różnych ludziach. I pewne rzeczy mnie odrobinkę zaszokowały. W życiu bym się nie spodziewała...

Doszłam do wniosku, w sumie dawno temu już do niego doszłam, że pewne osoby musimy spotkać w naszym życiu, poznać je i te spotkania odcisną piętno na nas, na naszej egzystencji, na naszym otoczeniu. Drogi mogą się poprzecinać łatwo i prosto albo mogą być zapętlone, pogmatwane, ale gdzieś tam w końcu się zetkną, przetną, bo tak musi być. Po nitce do kłębka. Tak tak. Właśnie tak. 

Czasem zastanawiam się, jak to do ciężkiego licha jest możliwe, że pewne osoby się znają albo znają innych, którzy znają jeszcze innych, którzy mnie znają. Podobno możemy po naszych znajomych i ich znajomych, którzy też mają swoich znajomych itd., znaleźć połączenie z każdą osobą na świecie. Nie będę tego na sobie sprawdzać. Trochę za dużo tych ludzi. Wystarczy, że gubię się w swoim własnym świecie, a cóż dopiero mówić o szerokim świecie. 

Z tego grzebania wyskoczył mi ślub. Nie mój, cudzy. I tak jakoś się okazało, że pan mąż przyjął nazwisko żony. No i teraz ma dwa. Pierwsze żony, a drugie swoje. Trochę mi się dziwnie w środku zrobiło. Choć niby nie powinno, bo ja jako rzekomo zdeklarowana feministka bez serca dla facetów i zimna jak lodowiec, powinnam się cieszyć, że jakiś facet na coś takiego poszedł i to w dodatku człowiek, który nie wżenił się w jakąś arystokratyczną rodzinę, ani nie poślubił znanej osobistości. On ożenił się ze zwyczajną - niezwyczajną dla niego - kobietą. No i zrobiło mi się dziwnie, bo jak to facet tak poszedł na to i ma dwa nazwiska. A dzieci co? Jedno będą mieć czy dwa? 

Możliwe, że wcale nie jestem przeżartą i zepsutą do cna feministką, bo jakoś tak sobie myślę, że skoro on przyjął jej nazwisko, to jakby się pod pantofel wcisnął. Jakby jakiś taki "miętki" był, "skapcaniały"... Jakiś metroseksualny czy jak to się tam nazywa. Ogólnie mało męski. Pewnie głupio myślę, ale myślę tak sobie właśnie. A kieruję się tym, co następuje:
A) jestem kobietą - kto nie wierzy, można sprawdzić 
B) jestem heteroseksualna i kompletnie nie czuję pociągu do własnej płci
C) skoro jestem A i B, to chcę faceta, ale faceta, który zawiera w sobie wyczuwalny testosteron, nie mylić z cuchnięciem ;)
D) skoro A, B i C, to wynik jest prosty - chcę i mam
E) skoro mam, to za cholerę nie mieści mi się w głowie, żeby on na coś takiego poszedł, gdybym mu z czymś takim wyskoczyła. Co prawda nie jesteśmy na etapie paplania o ślubie, zresztą jeszcze nie czas, a ja jako podwójna niedoszła ze ślubowstrętem, to tak łatwo się namówić nie dam. Zakładając teoretycznie coś takiego, to gdybym my wyskoczyła z tym, żeby przyjął moje nazwisko, zabiłby by mnie śmiechem i stwierdził, że kompletnie mi odbiło, a moje szaleństwo przekroczyło wszelkie granice. Pewnie by się zastanawiał, czy ja aby chora nie jestem. No i rzecz jasna w ogóle by na to nie poszedł. Dlaczego?
I otóż mamy punkt kolejny:
F) A dlatego że poczułby się tak, jakbym go wykastrowała. 

Z pewnością są panowie, którzy wykastrowani by się nie czuli, wręcz przeciwnie, chętnie by się na to zgodzili. Tylko ja bym takiego faceta już nie chciała. Dyskryminuję? Nie. Po prostu od dzieciństwa pielęgnuję w sobie wyobrażenie mężczyzny. Konkretne wyobrażenie i tylko taki facet da sobie ze mną radę, spacyfikuje mnie, no i na chwilę przymknie tę moją pyskatą buźkę, rzecz jasna bez stosowania siły. Wystarczy delikatna perswazja w odpowiedni sposób i Choco skapituluje.

Wracając do pielęgnacji mojego wyobrażenia... Było tak. Facet koniecznie, ale to koniecznie musi umieć robić w domu to samo, co ja, co tyczy się naprawiania, remontów itp. A w ogóle to powinien umieć robić to lepiej i umieć więcej. Gotować też powinien umieć, aby w razie czego nakarmić siebie, tudzież jakieś potomstwo i się nie potruć. Nie mam tu na myśli przygotowania zupki z proszku, tylko normalnego obiadu. Tak właśnie. Sprzątać też musi umieć, prać i prasować, ale ja mogę to robić lepiej. Pedantom podziękuję. Taka skrajność mi nie odpowiada. No i zadbany musi być, i o mnie dbać musi. Koniecznie musi też umieć patroszyć rybę - sprawnie, fachowo i bez obrzydzenia, a najlepiej jak potrafi taką złapać. No taki facet, który jak trzeba to przytuli, pocieszy, pogłaszcze, a i jak ma ochotę w tyłek klepnie ;) W łóżku też musi sobie radzić. Nie z chrapaniem, tylko ze mną ;) No i nigdy przenigdy nie zgodzi się na to, aby przyjąć moje nazwisko, gdybyśmy jedak ślub wzięli. Plus kilka innych rzeczy. 

I ja, tak pielegnując w sobie to moje wyobrażenie, gdybym miała faceta, który by w sumie był tym ucieleśnieniem wypielęgnowanym w marzeniach i wziął by moje nazwisko, to zostawiłabym go. To trochę tak, jakby mi się dał spacyfikować. Co najwyżej mógłby sobie pożartować, że to zrobi, bo tak na serio... 

Bo wiecie... ja się okropnie czepiam, poza seksem, charakterem i innymi takimi, tych prac domowych, nazwiska i RYBY. Bo jak już skapitulować, rzucić własny egoizm w kąt, to dla kogoś, kto zrobi to samo dla nas, cokolwiek to znaczy. Bo tak zupełnie nie kapitulować albo kapitulować za bardzo...

24 sierpnia 2014

O niemieckim i zaskakującym życiu.

Poległam. Tak generalnie. Praca mnie pokonała. Zwłaszcza we wtorkowy i środowy wieczór. Jak policzyłam czas, o której we wtorek wieczorem skończyłam pracę i o której w środę rano ją zaczęłam... Wyszło aż 9 godzin i 15 minut przerwy. W środę i czwartek podpierałam oczy zapałkami, ziewając co chwila, ale dałam radę. A czemu miałabym nie dać, prawda? Noszę teraz dumnie siniaki na ramionach, bo przecież dzielnie poradziłam sobie z setkami kartonów. Cud jakiś, że nie były ciężkie i do 30 kilo im brakowało sporo. Wówczas zamiast kartonów, to na paletach leżałabym ja. W piątek jak zwykle postanowiono mnie nauczyć czegoś nowego, bo piątek bez nowości piątkiem straconym. Na szczęście mówiono już do mnie w jakiś normalny sposób, czyli po holendersku, odpuszczając sobie wymuszanie na mnie zrozumienia niemieckiego. 

Mój niemiecki to więcej niż masakra. Jak się wysilę, nawet rozumiem dosyć dosyć, za to nie mówię wcale w tym języku, a wszelkie próby nauczenia mnie go, dały marne rezultaty. Czasem mam naprawdę już dość, bo ile można powtarzać, że ja po niemiecku nie gadam. Gdy odpowiadam po holendersku, te osoby usilnie pokazują, że mnie nie rozumieją i nie będą po holendersku ze mną gadać. Tyle tylko, że pracujemy jak by nie było w Holandii... Może powinnam na złość przejść na francuski, to może znalazłyby się ze 3 osoby, które by mnie zrozumiały. Skoro ja, pracując z Niemcami, wysilać się muszę, to inni też niech się wysilają, a co. Czasem odnoszę wrażenie, że wielu Niemcom wydaje się, że nie muszą znać innych języków i w ogóle jest to totalnie zbędna rzecz, za to ci, którzy po niemiecku nie mówią, są dziwni. Wciąż spotykam się ze zdziwionymi spojrzeniami, że nie mówię w języku naszych sąsiadów. Nie mówię i kropka. Póki co 4 języki mi wystarczą, a kolejny, który chcę poznać... kolejny... w sumie trzy kolejne... z czego żaden nie jest i nie będzie niemieckim. Prędzej kozę nauczy się latać niż wpoi mi się znajomość niemieckiego. 

Choć właściwie, jak się człowiek chce z drugim człowiekiem dogadać, to się dogada, a przynajmniej będzie próbował i nie ważne jakiej narodowości jest ten ktoś. Wszystko zależy od naszej dobrej woli. Z koleżanką Czeszką rozmawiamy czasem w czterech czy pięciu językach. Ona do mnie po czesku, po niemiecku, ja do niej po polsku, po holendersku i angielsku. Z jedną Niemką też dajemy radę - ona po niemiecku i po rosyjsku, a ja że jestem to pokolenie, co się już rosyjskiego nie uczyło w szkole, to po polsku, po holendersku i troszkę po rosyjsku. Można? Można.

Kiedy prawie nie mówiłam po holendersku, też dawało radę się dogadać z niektórymi osobami, ale tylko z tymi, które tego chciały i były otwarte na porozumienie. 

Ktoś mi powiedział, że mam podobno łatwość uczenia się obcych języków. Ja jakoś tego nie widzę. Może dlatego że wiem, ile czasu poświęcam na to, aby jednak jakoś się porozumiewać. Czasem tak mi się plącze język, że mówię do niektórych w nieodpowiednich językach. Bywa śmiesznie. Nadal łatwiej mi się przekłada holenderski na angielski lub francuski, ale z polskim zrobiłam postępy i szukam odpowiednich znaczeń, choć czasem bywa kłopot. Znam znaczenie słowa, ale nijak nie potrafię znaleźć polskiego odpowiednika. 

Po tym tygodniu mam tak wielką głowę od języków obcych i jestem pewna, że zanim umrę, jeszcze kilka poznam. Może trzeba mi było tłumaczem zostać. Zdecydowanie minęłam się z powołaniem ;)

A przy tym wszystkim zapomniałam wspomnieć, że zamieniłam jednego faceta na drugiego i że ten nowy, choć w sumie już nie taki nowy ;), ma niesamowity zapach. Tak pachnie dla mnie dom i poczucie bezpieczeństwa. Wczoraj poczyniłam to odkrycie, że on z tym swoim zapachem wpisuje się w zapachy mojego rodzinnego domu, w jego filary... Szok kolejny. A do bycia Polakiem mu bardzo daleko. Pewnie tak daleko, jak mi do bycia ciemnoskórą kobietą. Życie bywa przewrotne i bardzo zaskakujące.  

2 lipca 2011

Bo dobry facet musi być jak... DGD.

O mężczyznach napisano i powiedziano już wiele. A ja mam swoją własną teorię.

Jaki powinien być dobry facet?

Facet powinien być jak dobra gospodyni domowa.

Facet powinien być jak dobra gospodyni domowa i nie tracić przy tym nic z faceta.

Facet powinien być jak dobra gospodyni domowa, nie tracić przy tym nic z faceta i radzić sobie z tzw. męskimi zajęciami.


Facet musi być inteligentny. Musi być też otwarty i tolerancyjny. Oczywiście musi radzić sobie z wszelkimi gwoździami, śrubkami, uszczelkami, remontami, itp. Musi umieć PATROSZYĆ RYBY i inne takie też. Facet musi mieć pasję, jakąkolwiek, byle normalną, żadnych patologii i chorych głupot. Facet musi też i powinien ... (ale to zachowam dla siebie ;).

I powinien być jak dobra gospodyni domowa, w skrócie DGD, - sprząta, pierze, prasuje, zmywa naczynia, myje okna, pierze i wiesza firanki, ceruje skarpetki, przyszywa guziki, gotuje nie tylko jadalne, ale smaczne rzeczy. Nie marudzi, że brudno, że koszula nie jest wyprasowana czy że obiadu nie ma, czekając aż kobieta wróci z pracy, a sam w tym czasie nic nie robi. Facet, który jest jak dobra gospodyni domowa, widząc, że coś należy w domu zrobić, weźmie i to zrobi, a nie będzie wygłaszał tekstów, że to powinna zrobić kobieta. Nie, on nie musi dbać o garderobę kobiety, nie musi gotować obiadu z czterech dań na poziomie najlepszych restauracji, nie musi sprzątać tak, że byłoby sterylnie jak w jakimś laboratorium. Po prostu nie powinien robić za nieudacznika. Jeśli nic nie stoi na przeszkodzie, aby robił (ma sprawne ręce, nogi itp.), to niech robi. W końcu jego ubrania same się nie wybrudziły, jedzenie samo nie wyparowało z lodówki i garnków, talerze same się nie pobrudziły, a w domu się samo nie nabałaganiło, więc logiczne jest, że samo się nie upierze, nie posprząta, nie umyje.

W dzisiejszych czasach mamy całe mnóstwo udogodnień, więc prace domowe nie powinny sprawiać żadnego kłopotu. Facet, który jest jak DGD sam widzi, że należy je wykonać i wykonuje je bez zbędnego marudzenia, że to powinna kobieta. Facet, który jest jak DGD, pomaga kobiecie, a czasem ona pomaga jemu. Facet, który jest jak DGD, wie, że jego kobieta nie jest kuchenką, pralką ani zmywarką, lecz człowiekiem. Facet, który jest jak DGD, a na dodatek potrafi świetnie gotować, jest jak igła w stogu siana, o tę igłę dbać należy.

Dobry facet powinien być jak DGD, a przynajmniej starać się. I z pewnością na tym skorzysta nie tylko jego partnerka (względnie partner), ale i on sam.

7 maja 2011

Czy ja coś wydzielam ;)?

Zjeżdżałam sobie rano windą, aby udać się po zakupy (w weekendy schody omija, bo to co można na nich czasem znaleźć... zwłaszcza w tak dużym bloku jak mój...). Wsiadł sąsiad z bardzo ładnym dużym brązowym psem. Winda jak zwykle się wlecze tak jakby chciała, a nie mogła, a sąsiad się przysuwa do mnie i wpatruje się we mnie, jak sroka w gnat. W pierwszej chwili pomyślałam sobie, że może ja jakoś dziwnie wyglądam, nie tak się ubrałam czy coś. Spojrzałam w duże lustro, które jest w windzie, z ulgą stwierdziłam, że jednak wszystko w porządku, odetchnęłam głęboko i już był parter.

Piekarnia
Stoję sobie w kolejce, przyglądam się chlebom, myślę, co mam kupić. Wchodzi facet, patrzy się na mnie tym samym spojrzeniem, co ten w windzie i staje za mną. Mam wrażenie, że gdyby mógł, to by mi na plecy wlazł. Pani przede mną ucina sobie pogawędkę ze sprzedawczynią na temat długich godzin pracy i korków, ja czuję oddech faceta na swoich włosach... Aby skrócić czekanie, usiłuję dyskretnie jakoś obejrzeć własną garderobę, przyglądam się trampkom... wszystko w normie.

Targowisko
Stoję w jednej kolejce, potem w kolejnej, w jeszcze jednej i mam jakieś dziwne wrażenie jakby mi mrówki po plecach chodziły. Kolejny facet... Do mięsnego też za mną poszedł, do kiosku, po sałatę, po mleko, nawet do sklepu z rajstopami! Do domu wróciłam prawie biegiem, nie zważając na ciężar zakupów.

Winda po raz 2 (znowu w dół)
Wsiadłam. W windzie taki młodzian z 1 piętra, gdzieś w wieku mojego najstarszego siostrzeńca mniej więcej. Jedynak. Czasem pod blokiem konferuje z kolegami przy piwku albo przy samochodach. W jednej ręce miał rękawice bokserskie, w drugiej torbę i inne akcesoria do ćwiczenia uderzeń, kopnięć. Pewnie sobie w suszarniach salę treningową zrobili z tym gościem z 10 piętra, którego czasem na balkonie widzę.
Młodzian, który do tej pory nigdy się do mnie nie odezwał, nie dość, że się przywitał, to jeszcze zagadywać zaczął, przebąkiwać coś o jakichś kawkach, czymś... Pomyślałam tylko: ratunku!

Sklep
Powędrowałam do sklepu naprzeciwko szpitala, bo w żadnym bliżej coś nie było wody mineralnej, o którą ojciec poprosił, a zapas domowy na wykończeniu. Pomijając fakt, że nie bardzo powinnam dźwigać, zwłaszcza po tych gnieźnieńskich ekscesach, to dwie zgrzewki przyniosę, w ostateczności jakieś 1,5 ;)
Zakupy zrobiłam w towarzystwie trajkoczącego mi nad uchem pana ochroniarza, który zamiast stać i pilnować, zamienił się z kolegą i chodził ze mną po sklepie. Uwolniłam się od niego tylko dlatego że spotkałam przyjaciółkę. Pokonferowałyśmy dłuższą chwilę przed tym sklepem (pan ochroniarz też się wietrzył...), minęło nas dwóch facetów z dziewczyną, a moja przyjacióka stwierdziła, że jeden z nich do mnie się tak szeroko uśmiechał.

Powiedziałam jej, że chyba jej odbiło... się w okularach ;) i spytałam, czy ja czegoś czasem nie wydzielam, bo takie jakieś zachowania obserwuję już drugi tydzień... Tylko że ja wcale najpiękniej nie wyglądam ostatnio - przeziębiona, katar paskudny, obłęd w oczach, trochę bardziej rozczochrana jestem niż zwykle, wdziewam tylko to, co wygodne, a niekoniecznie wzrok przykuwające, a już na pewno nie odsłaniające, więc o co chodzi? Już nawet ojca pytałam, czy aby wszystko ze mną w porządku ;)

Muszę ja normalnie coś wydzielać chyba, jakieś hormony, feromony czy cholera wie co ;) Myślałam, że może to wina używanych kosmetyków i innych takich, ale to zupełnie nie wpływa. Może to jednak ów obłęd w oczach jest odpowiedzialny... albo wiosna mi uszami paruje... ;)


Życzę wszystkim przyjemnego popołudnia :)

14 grudnia 2010

Czego pragną mężczyźni w łóżku?

"Czego pragną mężczyźni w łóżku" - po takim zdaniu można trafić na ten blog. Zauważyłam to ostatnio, gdy zerknęłam sobie w licznik. Zastanawiam się, czego właściwie szukają w sieci osoby, które wpisują takie właśnie zdanie. Czy może chodzi im o pragnienia mężczyzn, czy może o to, co mężczyźni robią w łóżku, a może o jakieś erotyczne fantazje? 

Przyznam, że nie rozumiem też idei tych wszystkich poradników w stylu jak go uwieść, jak sprawić, aby cię pragnął, jak go zatrzymać u swojego boku (posługując się seksem rzecz jasna), jak to, jak tamto. Osobiście, wyrzuciłabym te wszystkie poradniki do śmieci, a przynajmniej większość z nich, bo bzdury, które tam są wypisywane, nie stanowią recepty na udane relacje z mężczyznami. Być może gdyby Wszechmogący stworzył tylko jedną płeć, byłoby nam łatwiej, ale i tak nie ma się co łudzić, że bylibyśmy do siebie podobni, bo każdy z nas jest inny, ma inne oczekiwania, pragnienia, marzenia, a jakichś ogólnych recept nie ma. 
Zakładając, że jednak chodzi o kontekst erotyczny, to sądzę, że ilu facetów, tyle ich pragnień. Zamiast grzebać w sieci, wynajdując w niej teksty w stylu, że tylko idealnie wydepilowana skóra w każdym miejscu zapewni twojemu panu maksimum przyjemności, należałoby może zapytać zainteresowanego, a nie poszukiwać jakichś wymysłów. Przecież coś, co lubi nawet 99% mężczyzn, wcale nie oznacza, że ten nasz musi lubić to także, może wręcz czegoś nie znosić.

Czego pragną mężczyźni w łóżku? Gdybym miała udzielić odpowiedzi zgodnie ze swoją pierwszą myślą, to brzmiałaby: Wyspać się ;) A czy jest to zgodne z rzeczywistością... Tego to ja już nie wiem.