Pokazywanie postów oznaczonych etykietą o mnie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą o mnie. Pokaż wszystkie posty

26 stycznia 2024

 Właściwie to nie wiem, od czego mam zacząć. Minęło już kilka lat od mojego ostatniego wpisu, a od pierwszego wpisu minęło jeszcze więcej. Sporo się wydarzyło przez ten czas. Świat wokół się zmienił. Internet przez te wszystkie lata się zmienił. Ja się zmieniłam. Nie wiem, dlaczego wróciłam tu i dokąd mnie to zaprowadzi. Czy będzie dalej osobiście? Czy będzie inaczej? Czy ktoś to będzie w ogóle czytał i jeszcze tu zaglądał? Czy są jeszcze ludzie, którym chce się czytać cudze blogowe skrobanie, czy raczej większość woli oglądać zamiast męczyć oczy milionami liter? Nie wiem. Zastanawiałam się także ostatnio, czy usunąć bloga, czy zostawić go, czy wrócić...

Zdarzyło się kilka rzeczy, które sprawiły, że postanowiłam tu wrócić, przynajmniej na jakiś czas. Czasem życie tak się plecie, że nie przypuszczamy nawet, że może być tak pięknie albo tak ciężko. U mnie było to drugie, choć były też piękne i ważne chwile. Właśnie dzięki nim miałam siłę i odwagę do walki, a także nadzieję, że słońce wyjrzy wreszcie zza chmur. 

Byłam i wciąż jestem w długim procesie odkrywania siebie, szukania właściwych ścieżek i podążania nimi, dbam o samorozwój i staram się żyć w zgodzie ze sobą, aczkolwiek oznacza to, że idę innymi drogami niż pewne osoby chciałyby, abym szła, ale ja nie dbam o to. 

Różne rzeczy wydarzają się w naszym życiu, aby nas czegoś nauczyć, aby nas wzmocnić, abyśmy mogli to, co złe, smutne, przykre czy trudne przekuć w coś pozytywnego. Czy można wyjść z czarnej dziury? Czy można wygrzebać się z bagna problemów, oceanu smutków? Czy można pokonać ból duszy? Czy można cokolwiek zrobić, aby choć mała iskra zajaśniała, gdy jest tak ciemno, że masz wrażenie, że gaśnie ostatnia nadzieja? Można. Trzeba choć spróbować. Dla siebie. Bo tylko kiedy robi się to dla siebie, są większe szanse na powodzenie. 

Mam na imię Magdalena. I żyję. 

Kiedy w zeszłym roku żegnałam się z bliskimi, załatwiałam swoje sprawy, nie przypuszczałam, że dziś będę tu siedzieć, pisać i żyć. Dwa razy stałam nad grobem i dosłownie uciekłam spod kosy. To nie był mój czas. Miałam dużo szczęścia. Dwie operacje praktycznie na ostatnią chwilę. W teorii nie powinno było być ze mną tak źle. W teorii. W praktyce to znalazłam się w jakimś małym procencie, którego dotyczą komplikacje. 

Co może pójść nie tak? Możesz na przykład umrzeć. Kiedy lekarz pyta Cię po raz któryś, czy na pewno chcesz iść pod nóż, choć masz szanse nie przeżyć operacji, a Ty czujesz, że musisz zaryzykować, bo i tak nie masz niczego do stracenia. Kiedy słyszysz, że masz praktycznie jakieś ponad 90% szans na komplikacje, a szanse powodzenia to jakieś może 10%, ale dalej chcesz to zrobić, bo i tak nie masz już żadnych innych możliwości. Jesteś przy ścianie. Chcesz spróbować, zaryzykować. Nie powinno tak być. Leczenie powinno zadziałać. Trzecia operacja? To niemożliwe. Przecież nie masz raka. Jak możesz być w takiej czarnej dziurze? Jak to się stało, że nagle pojawia się strach przed śmiercią, która zagląda w oczy? Oszukujesz najbliższych, że nie jest wcale tak źle, że ból jest do wytrzymania, że dajesz radę, bo nie chcesz nikogo martwić, że czas może się za chwilę skończyć. Przeżyłam. Mimo poważnych komplikacji. Mało kto wie dokładnie, co się działo, bo nie chciałam wdawać się we wszystkie szczegóły. Czy operacja się udała. Tak. Czy w 100%? Nie. Jednak to, jak się zakończyła, to był jakiś cud. Stałam nad przepaścią. Stałam nad grobem. I kiedy otworzyłam oczy, zobaczyłam światło, a za chwilę ułamkiem świadomości dotarło do mnie to, że ŻYJĘ. To było tak cudowne uczucie, rozsadzające mi serce. 

Nie wiem, co mnie uratowało. Czy doświadczenie i umiejętności mojego lekarza, czy wsparcie energetyczne tylu dobrych ludzi, dobre myśli i wsparcie najbliższych, czy to że ktoś tam gdzieś u góry, w przestrzeni energetycznej postanowił mnie oszczędzić... Nie wiem. Myślę, że to wszystko razem. I myślę, że bez wsparcia mentalnego, energetycznego i bez obecności innych ludzi byłoby mi bardzo ciężko. Przepełnia mnie wdzięczność za życie, za dobro, którego doświadczyłam. 

Są lata, miesiące, tygodnie czy dni, które bywają wyjątkowo trudne, skomplikowane i bolesne. Zawsze można coś zrobić, zawsze można spróbować, choć czasem pozostaje tylko się z tym pogodzić i zaakceptować. Bo nawet jeżeli się odchodzi, można odejść na własnych warunkach. Ja wiem, że to, co bolesne, przykre, trudne, akceptuje się wyjątkowo ciężko. Nad wieloma rzeczami, sytuacjami możemy nie mieć kontroli. Mogą one od nas nie zależeć. Ale nasze reakcje, nasz stosunek do nich, nasze uczucia i myśli, zależą od nas. Ktoś może powiedzieć, że co ja tam wiem albo że się wymądrzam. Jednak zawsze można coś zrobić. Zawsze. 

Pojawiłam się tu, kiedy zmarła moja mama. Blog był moją terapią. W tym roku minie 15 lat od śmierci mamy i 15 lat od pierwszego wpisu w tym miejscu. Co przyniesie czas? Nie wiem, ale jestem na to gotowa. 

Zapraszam Was ponownie do mojego świata. Opowiem Wam o tym, jak przetrwałam, czego się o sobie dowiedziałam. Opowiem Wam o tym, co wokół mnie czyli o Niderlandach. Opowiem też Wam o tym, jak postrzegam świat, otoczenie, religie, życie, śmierć, to co po śmierci. Opowiem Wam m.in. o tym, jak planowałam swój pogrzeb i jak spotkałam wilka w lesie. To dobry moment, aby spiąć życie klamrą. To czas na moją historię. Drugie życie w życiu i drugie życie na blogu. 

Zapraszam Was do mojego świata! 


13 września 2015

O Zachodzie, Islamie i o mnie słów kilka.

Nie wiem już, ileż to razy biłam się z myślami nad końcem tego bloga i jego kontynuacją. Czasem zastanawiałam się nad tym, czy nie lepiej byłoby pozwolić mu umrzeć śmiercią naturalną. Spełnił swoje zadanie już dawno temu. Był formą terapii. Miejscem, które pozwoliło mi przetrwać najtrudniejsze chwile w moim życiu. Gdyby nie to miejsce, nie wiem, jak moje życie by się potoczyło i co by się ze mną stało. 

Ostatnio głównym tematem w mediach całej Europy są emigranci z Syrii, Iraku, Afganistanu i Afryki. Celowo piszę - emigranci, a nie uchodźcy. Większość z nich to młodzi i silni mężczyźni. Jakoś w głowie mi się nie mieści, że zamiast walczyć o wolność i bezpieczeństwo, oni uciekają do tzw. rajów socjalnych, przynajmniej z ich punktu widzenia. Moi dziadkowie i pradziadkowie walczyli o wolną Polskę, o wolną Ukrainę. Nikt z nich nie myślał o ucieczce. Nikt nie myślał o porzuceniu rodzin i ucieczce w bezpieczne miejsce bez nich. Nie rozumiem tych wszystkich emigrantów stamtąd. Nie potrafię też zrozumieć polityków, którzy kłamią, że ci ludzie uciekają przed wojną. Czy tak ciężko przyznać, że wykorzystując wojnę udają się tam, gdzie im wszystko dadzą za darmo? 

Jakoś tak mi się wydaje, że ci którzy uciekli przed wojną, zostali w pierwszym bezpiecznych kraju, który zgodził się ich przyjąć i nie narażają swojego życia kolejny i kolejny raz dla jakiegoś lepszego socjalu. Nie narażają swoich rodzin. Może ja źle myślę. Sama nie wiem. 

Wydaje mi się też, że w tej masie ludzi, którą ciężko skontrolować, łatwo mogą się ukryć terroryści. Może kolejny raz się mylę, a może nie.

Wiecie... Od lat zadaję sobie pytanie, po cóż Zachód wszędzie się wpierdala. Mało im było wyrżnięcia Indian. Mało im było handlu niewolnikami. Mało im było rozwalenia całej Afryki w czasach kolonialnych. Mało im było prześladowań i dyskryminacji Aborygenów w Australii. Współcześnie światły Zachód znalazł sobie innego kozła ofiarnego - wpierdala się we wszystkie reżimy, zwłaszcza w świecie muzułmańskim. Czy ten cholerny Zachód niczego się nie nauczył? Czy oni nie rozumieją, że te reżimy zapewniały i zapewniają jakąś stabilizację polityczną w tamtym regionie? Wyrażę się dobitnie. Reżimy trzymają za mordę cały fanatyzm religijny, wszelkich radykalistów, całe to gówno. Zgadza się, że bywały gwałcone prawa człowieka, ale nikt mi nie wmówi, że np. w takiej Syrii było aż tak tragicznie. Było tam bezpieczniej i żyli obok siebie muzułmanie, chrześcijanie, alawici (właściwie to też muzułmanie), jazydzi. Po jaką cholerę Zachód się tam wpierdalał? Do Iraku też musieli, bo im Saddam przeszkadzał? Jak nie wiadomo o co chodzi to chodzi o pieniądze. W przypadku Syrii to gazociągi, zwłaszcza te, które dotyczą Kataru. A Irak to nic innego jak złoża ropy. 

W tym miejscu chciałam serdecznie podziękować debilom z Ameryki i Europy, dzięki którym na terenie Syrii i Iraku mamy ISIS czyli państwo islamskie, gówniany kalifat pełen psycholi. Co więcej, należy naszym kochanym zachodnim politykom podziękować za to, że teraz w Europie mamy wręcz inwazję emigrantów. 

I wiecie co? Boję się. Bardzo się boję tych wszystkich nastawionych roszczeniowo ludzi, którym Europa ma dać, bo im się należy, bo oni są biedni, a u nich jest wojna i bieda. 

Jestem emigrantką. Jedną z wielu. Mnóstwo nas na całym świecie. Mi nikt nic za darmo nie dał. Pracowałam i pracuję ciężko. Wykonywałam prace, które nawet facetów wykańczały, a ja pracowałam na równi z nimi. Uczyłam i uczę się języka, aby posługiwać się nim jeszcze lepiej. Co z tego, że znam cztery inne języki, jeśli nie mówię językiem miejscowym. Czy ja szanuję kraj, który mnie przyjął, kiedy nie dostosowuję się do miejscowego prawa, nie chcę pracować i znać tutejszej mowy? To nie jest tak, że ja wyrzeknę się swojego pochodzenia, swojej religii, języka ojczystego i kraju, w którym się urodziłam. Tyle tylko, że nie zamierzam narzucać nikomu ani swojej religii, ani swoich tradycji, ani własnego języka. Mogę to sobie w domu czy w kościele kultywować, a nie obnosić się na prawo i lewo. W mojej nowej pracy, oprócz mnie są jeszcze dwie Polki, reszta to miejscowi, i gdybym z tymi Polkami rozmawiała po polsku, to jakby to wyglądało? 

Bywało tak, że pracowałam w miejscach, w których słychać było różne języki, bo wiele osób nie znało dobrze żadnego innego języka niż ojczysty, więc ciężko się było porozumieć. Czasem wkurzało mnie też robienie za tłumacza. 

Wracając do tej całej nowej fali emigrantów. Jestem na NIE dla ludzi, którzy szukają dobrego socjalu i mają postawę "pani daj". Dostosować się nie dostosują nawet w części, do pracy nie pójdą, języka się nie będą uczyć. Takich wysłałabym tam, skąd przyszli. Co innego ludzie, którzy coś z siebie dają i chcą normalnie bezpiecznie żyć bez narzucania innym swoich poglądów. 

Znam wiele muzułmanek i muzułmanów. Z niektórymi się przyjaźnię. Zresztą z jedną osobą o takim wyznaniu od prawie dwóch lat się spotykam. To są różni ludzie, tak samo jak my chrześcijanie. Wśród nich są ludzie, dla których ważne jest to, jakimi ludźmi jesteśmy, jakie mamy serca, a nie to w jakiego boga wierzymy i jakim językiem mówimy, czy jak się ubieramy. Myślicie, że oni się nie boją imigrantów o radykalnych poglądach? Boją się tak samo, jak i ja. Myślicie, że oni nie mają córek albo że chcieliby, aby ich nastoletnie córki zamiast skończyć szkoły, zdobyć zawód, pójść na uniwersytet, zostały wydane za mąż? Gdyby tego chcieli, nie żyliby tak jak ja i wy. 

Nie boję się muzułmanów. Boję się fanatyzmu w każdym wydaniu. Boję się mężczyzn, którzy boją się kobiet i mają z naszego powodu kompleksy, bo oni będą nas w domach zamykać, gwałcić i dręczyć. To jakie mamy serca, zależy od nas samych. To, czy potrafimy i chcemy samodzielnie myśleć - również. To że ktoś zatrzymał się w rozwoju na etapie średniowiecza, nie znaczy, że każdy w tym średniowieczu siedzi. A może w Polsce takich ludzi nie ma? 

31 maja 2015

Szczęście w butelce whisky.

Tak właśnie umierają blogi. Szósty rok. Gdzieś był początek, potem był środek, aż wreszcie pojawia się koniec. Tylko sama nie wiem, czy koniec jako koniec, czy może jako nowy początek i jaki początek.

Nie wiem czy ktoś pamięta jeszcze, jak ja się tu znalazłam, a może ktoś tego wcale nie wie. Powód prozaiczny. Nazbierało mi się problemów między innymi w postaci chorób rodziców, a ja szukałam sposobu, aby uporządkować sobie tę otaczającą rzeczywistość. Powstał emocjonalny zapis myśli. Pamiętnik. Właściwie to nigdy nie chciałam pisać pamiętnika. Jakoś samo wyszło.

Sześć lat później...

Moich rodzice są już w lepszym świecie. Ciocia również. Ja mieszkam w zupełnie innym kraju, a moje życie zmieniło się o 180 stopni. Na stole stoi butelka Jack'a Daniels'a z mniej więcej połową zawartości, przypominająca mi wczorajszy wieczór. Za oknem pada. Jak zwykle w weekend. W domu cisza. Słychać tylko szum deszczu za oknem. 

Bywam tu czasem. Wpatruję się w pusty ekran. Co miałabym napisać? Co miałabym powiedzieć? Skomentować rzeczywistość? Czy dla kogokolwiek poza mną samą jest ważne to, co ja myślę o tym czy o tamtym? Są tematy, które chciałabym poruszyć, coś powiedzieć, tylko sama już nie wiem. Ostatnio za kilka słów przy okazji wyborów prawie "zjedzono" mnie na fb. Nawet na mojej własnej ścianie mi się dostało. Odstrasza mnie ta cała fala hejtu, która wylewa się z sieci. Fala nienawiści. Fala wyśmiewania, obrażania. Jakieś prześmiewcze, obrażające obrazki, na które mówią memy. To wszystko jest nie dla mnie. Dlatego cieszę się, że to miejsce jest niszowe. Tkwi sobie gdzieś na marginesie internetu. Mało kto o nim wie. Tłum tu nie trafia, ale omija to miejsce bokiem. Może dlatego moje najlepsze teksty trafiają do przysłowiowej szuflady, bo ja cenię sobie spokój. Za dużo w ostatnich latach przeżyłam. Za wiele jak na jedną osobę. 

Chcę tylko zwyczajnie sobie żyć. Tylko czy jak zacznę na nowo mówić, to czy znów nie przyjdzie mi mierzyć się z falą nienawiści i psycholi? Nazywam rzeczy po imieniu, a ludzie wolą ładne opakowania. Mam swoje zdanie, którego pewne osoby ścierpieć nie mogą. Na fb wolę wrzucać ładne fotki z Holandii albo fotki deserów, które ostatnio pasjami robię niż cokolwiek i jakkolwiek skomentować. Nie wiem, czy chcę siedzieć cicho. Może stworzę sobie jakieś alter ego, bo nie chcę brukać tego miejsca. Parę drażliwych tematów tutaj pokazało swoje, więc... 

To miejsce jest ważne dla mnie z jednego względu. Tu są moje łzy, smutki, radości, emocje, zapis, które zmieniły mnie jako człowieka. Nie chcę tego miejsca niszczyć, kasować, tak jak nie chcę, by ktoś tego, co tu jest, bezkarnie używał. Dobrze tu jest. W cieniu. Na uboczu.

Gdy jeździłam ostatnio w nocy autem, taka pełna emocji i wkurzona, że znowu próbuje się robić ze mnie kogoś, kim nie jestem, nasunęło mi się kilka myśli. Nawet jeśli istnieje tylko jedna osoba, przy której możemy być sobą, całkowicie sobą i nie musimy się w żaden sposób chronić, budować fortyfikacji, starać się nie wychodzić z cienia itp. itd., to jesteśmy wielkimi szczęściarzami. Przypomniało mi się to, co kiedyś mi mama o mnie powiedziała... Ona wiedziała. 

Wczoraj usłyszałam coś pięknego i ważnego dla mnie. Czysta, naturalna, żadnych masek, żadnych gierek. Prawda. I w drugą stronę... to poczucie, że przy mnie jest sobą, może być sobą. Ciiiicho. Nic więcej nie powiem. Nie potrzeba wielkich słów czy poematów. Spoglądam na butelkę whisky, uśmiecham się i jestem szczęśliwa. 

20 kwietnia 2015

List z Holandii.

Usiadłam na krześle. Pomachałam nogami. Położyłam się na łóżku. Popatrzyłam w skośny sufit mojego holenderskiego mieszkania. Jak mnie to wszystko wkurza. Jak mnie to cholernie wkurza, że muszę się męczyć z otaczającą rzeczywistością. Czy nie może być tak zwyczajnie nudno i normalnie? Jestem ostatnio poirytowana drogą, która wciąż mniej czeka. Końca nie widać. 
 
W życiu bym nie pomyślała, że znając trzy języki, w sumie cztery jeśli doliczyć jeden martwy, będę się znowu uczyć kolejnego, twierdząc, że na tym piątym nie poprzestanę. Rozum to ja chyba już dawno straciłam. Dobrze, że mam jeszcze trochę mojej sztucznej inteligencji, bo resztki naturalnej same by rady nie dały. Ostatnio jednak dowiedziałam się, że i głowy nie posiadam. No tę to akurat wiem, gdzie i w jaki sposób zgubiłam. Kiedy poznałam pewnego pana, moja głowa poszła sobie na spacer i rzadko kiedy mnie odwiedza.
 
Nie ma takiej opcji, abym wróciła do Polski. Bywają dni, że miotam się okrutnie, bo wcale nie jest różowo, ani nawet kolorowo, tylko raczej szaro-buro (co jest i tak sto razy lepsze niż wszystkie odcienie czerni), choć czasem pojawia się tęcza i tylko ona daje mi nadzieję na to, że życie nabierze jakichś innych barw, tak na długo, może kiedyś na zawsze. Mogłoby chociaż na początek akwarelę zacząć przypominać. Sama kiedyś wyglądałam jak taki portrecik akwarelowy. Ostatnio znów zrobiłam się bardziej wyrazista. 
 
Usiadłam na progu na balkonie. Grzałam się w słońcu, obserwując błękitne wiosenne niebo. Fiołki na moim balkonie przecudnie pachną. Jest mi błogo. Jest mi tak dobrze, jak wtedy gdy lato spędzałam w rodzinnym domu, w którym mama krzątała się po kuchni albo doglądała kwiatów, a tato siedział przy stole pokrytym mapami, książkami, zapiskami. Jak było mi przyjemnie, jak spokojnie. 
 
I choć tu zmagam się codziennie z szarą trudną rzeczywistością, walcząc o lepszą przyszłość, czasem o jakąkolwiek przyszłość, uwielbiam ten kraj. Wiecie za co? Za spokój, który mnie tu wypełnia. Za to, że gdy świeci tu słońce, przepełnia mnie takie samo uczucie, jak wtedy w moim rodzinnym domu, gdy rodzice żyli. Uwielbiam ten kraj za to, że przyjął mnie, gdy moja ojczyzna miała mnie głęboko gdzieś. Uwielbiam ten kraj za nadzieję, która tu się obudziła. I jeszcze za to, że leczy moją chorą duszę i uratował mnie przed popełnieniem najgorszego głupstwa w życiu (Depresja o mało mnie w Polsce nie zabiła.).

10 marca 2015

Koszmary i koszmarki.

Paskudna rzeczywistość pozbawiła mnie weny, a pętające się wszędzie mikroby, wirusy oraz inne paskudztwa zabrały mi siły. Bóle głowy, gorączka, mdłości, katar, kaszel i cała litania przypadłości, do tego brak chęci i motywacji do czegokolwiek. Nie jest to mój najlepszy okres. Zdecydowanie nie jest. Walczę z tym wszystkim i usiłuję się zmobilizować -tylko że... jak dotąd to z mizernym skutkiem mi idzie. 
 
Miewacie czasem stany lękowe? Mi się zdarzają. Jako dziecko bałam się ciemności. W nocy i w ogóle po ciemku moja wyobraźnia wręcz szalała, napędzając machinę lęku. Wiele lat później przestałam się bać ciemności, ale czasami mam takie dziwne uczucie w środku... niby to nie jest lęk, ciemność mnie nie przeraża, ale bywają wieczory, kiedy nie zasnę bez zapalonego światła. 
 
Od lat nie sypiam w ciszy. Towarzyszy mi radio, muzyka, film, jakiś program w telewizji, cokolwiek. Bardzo rzadko zdarza się, że zasnę w ciszy - dzieje się tak zwykle, gdy bardzo źle się czuję albo mam tak koszmarną migrenę, że nie jestem w stanie znieść jakiegokolwiek dźwięku. Bywają dni i wieczory, gdy cisza mi bardzo odpowiada, ale zasypianie w niej jest wyjątkowo trudne dla mnie, ponieważ mój słuch jest wyczulony, a głosy z otoczenia mnie rozpraszają, niepokoją. O wiele lepiej zasypia mi się, gdy mój słuch może się na czymś skupić. Cisza przy zasypianiu jest nie do zniesienia dla mnie, zwłaszcza od choroby i śmierci rodziców. 
 
Wiecie czego się jeszcze boję? Tego że nikt tak naprawdę mnie nie potrzebuje i że gdybym nagle umarła, to może ktoś by przyszedł na mój pogrzeb, ale czy ktokolwiek szczerze by po mnie płakał? Czy ktoś by mnie pamiętał? Czy może otoczenie zapomniałoby równie szybko, jak część mojej najbliższej rodziny o moich rodzicach? Nie cierpię czuć się niepotrzebna. 
 
Przypomniało mi się coś jeszcze. Nie dotyczy to lęków, lecz mojego dzieciństwa i jedzenia. Mam swoje koszmarki, jak wiele dzieci. 
 
Kiedy chodziłam do przedszkola, nie znosiłam, gdy po obiedzie czekała na nas obrana i sucha marchewka, do której jedzenia nas zmuszano. Obrzydliwość. Smakowała jak wióry. I zawsze kończyła, o ile mi się nie udało wypluć jej do kibelka czy do śmietnika, w mojej chusteczce albo w kieszeni spodni. Obrzydliwa przeżuta marchewkowa papka na długo zniechęciła mnie do chrupania marchewki.
 
Natomiast śniadania były dużo lepsze. Jak było kakao albo zupa mleczna, to był dobry dzień. Co prawda zupa mleczna nie dorastała do pięt tej, którą robiła moja mama, ale i tak smakowała dobrze. Gorzej było, gdy próbowano wmuszać we mnie bawarkę i częstowano mnie nią, zamiast herbatą. A dla mnie przypominało i wciąż przypomina to brudną wodę od mycia naczyń. Przepraszam, jeśli uraziłam zwolenników herbaty z mlekiem, ale dla mnie to profanacja herbaty i koszmar dzieciństwa. Na szczęście rodzice wybawili mnie od picia tegoż, zgłaszając, że mam dostawać herbatę albo kakao. Ciepłego mleka też nie wypiję. Zimne i owszem, o ile nie było wcześniej przegotowane.
 
Natomiast płatki z zimnym mlekiem mi nie podchodzą. Muszę mieć ciepłe mleko.
Była jednak jedna rzecz, którą uwielbiałam w przedszkolu i wręcz byłam gotowa bić się o nią - a mianowicie o kanapki z twarogiem i rzeżuchą. Fantastyczne. To było coś, co smakowało wybornie. Dlatego ostatnio odnowiłam znajomość z rzeżuszką, którą upiększam kanapki z twarożkiem właśnie. 
 
Wiosną pachnie... Czujecie?

25 lutego 2015

Byle do wiosny.

Skrajnie wyczerpana jestem. Mogłabym tylko spać, spać i spać. Jak tylko usiądę, to zaraz zasypiam - na kanapie, przy stole, a bywa że walczę z sennością, gdy wracam z pracy samochodem. Apetyt nie dopisuje mi wcale, chyba że akurat jestem w pracy. W domu... mogłabym mieć pustą lodówkę. Żołądek się buntuje... znowu. Każda wolna chwila przeznaczona jest na odpoczynek i sen. Tylko już mnie to wkurza. Chciałabym wiosnę i słońca dużo, no i marzą mi się jeszcze takie wakacje nad morzem z plażą i kąpielami.

11 stycznia 2015

Tylko albo wyłącznie... w naszych rękach.

Kiedy miałam 12, 16 czy nawet 19 lat do głowy by mi nie przyszło, że w wieku 30 lat moje życie będzie wyglądać tak, a nie inaczej. Przekroczyłam magiczną barierę i w listopadzie stanęła trójeczka na przedzie. Bo miało być jednak inaczej. Zupełnie inaczej? Trochę tak, a trochę nie. 

Odkąd pamiętam, lubiłam się uczyć. Tak w ogóle i tak zwyczajnie, lecz nie cierpiałam być do czegokolwiek przymuszana, a już wywieranie na mnie presji, ciągłe sprawdzanie, czy nawet to, że zdarzyło się i mnie, iż nauczyciel się na mnie uwziął, to wszystko prowadziło tylko do tego, że stawałam kantem i nic się nie dało na mnie wymusić. W końcu praktyki pewnych osób i próby złamania mnie doprowadziły do tego, że doszłam do wniosku, że zwyczajnie jestem mało inteligentna, głupia i nie posiadam żadnych talentów. A potem było tylko gorzej. 

Bywały okresy, gdy ledwo starczało na chleb, a bywały i takie, gdy na chleb i podpaski nie było. Bywało naprawdę źle. Spadało na głowę całe mnóstwo problemów, świat się walił, ja waliłam głową w ścianę i płakałam z bezsilności, ale nigdy się poddałam. 

Obejrzałam dzisiaj dokument, zresztą nieudolnie zrobiony, ale o pani "reporterce" mówić nie zamierzam i nie o to mi chodzi. Dokument ów traktuje o Polakach, którzy mieszkają w pracowniczych hotelach w Holandii i pracują przez agencje. Powiem tak: matko i córko. Nie ma co komentować. Znów to samo, co w innych dokumentach, reportażach i innych takich. W sumie nic nowego i nic ciekawego. Szczerze mówiąc, wolałabym obejrzeć coś o ludziach, którym się udało, o ludziach, którzy na emigracji żyją normalnie. 

Internet pełny jest nienawistnych komentarzy na różny temat i narzekania na swój los. Czasem zdarza mi się usłyszeć od kogoś, że mi niby ma być lepiej niż im, bo ja znam język, że mi łatwiej, bo nie mieszkam w Polsce, że to, że tamto. Łatwiej... śmiać mi się chce. Ilu emigrantom było czy jest łatwiej, zwłaszcza na początku? 

Za darmo nikt mi niczego tu nie dał. Jak zapierdalałam na dwie czy trzy zmiany, nocą z bólu płacząc w poduszkę, to nikt się nade mną nie litował. Kiedy z siostrą sprzątałyśmy mieszkanie, żeby dało się jakoś normalnie funkcjonować, bo po ćpunach Polakach było zasyfiałe, zarzygane i cuchnące, to też się nikt nad nami nie litował. Jak po holendersku umiałam z 10 słów na krzyż, to też się nade mną nikt nie litował i nie robił mi za tłumacza. Mój holenderski nadal przypomina tragedię, ale pracuję nad nim i znam więcej niż 10 słów ;)

Uczę się, pracuję, żyję. Nie sztuką jest szybko kopnąć w kalendarz, bo każdego to czeka, a najłatwiej od życia uciec. Nie sztuką jest marudzić, że inni mają lepiej. Nie sztuką jest wegetować, bo mi się nie chce, bo to za trudne. Sztuką jest przeżyć swoje życie i zrobić coś, aby go nie zmarnować, aby to było dobre godne życie. 

Boję się każdego dnia. Czasem nie chce mi się i nie mam siły, ale robię coś dla siebie. Sięgam po życie takie, jakie chciałam mieć. Nigdy nie widziałam siebie w Polsce, bo to nie moje miejsce. Tam się urodziłam, ale tam nie czuję się dobrze. Europa albo prawie Europa... tu jest dobrze. I języki obce. Uwielbiam poznawać nowe słowa, uczyć się ich, bawić się nimi. Kiedy byłam dzieckiem, marzyłam sobie, że ja dorosła potrafię mówić biegle kilkoma językami... Oj brakuje mi jeszcze brakuje, ale to takie piękne marzenie i bardzo chcę, aby się spełniło, bo... zupełnie inaczej rozmawia się z ludźmi w ich językach i słucha się, gdy wyrażają w nich swoje emocje. 

Lubię takie marzenia, których spełnienie zależy tylko ode mnie. To piękne, gdy człowiek osiąga swój tak długo wyczekiwany cel, nad którym tyle pracował. Miałam i inne marzenia, nad którymi mocno pracuję, więc dlatego mnie już tu często nie ma. Po próżnicy gadać nie będę, lecz kuć będę... żelazo póki gorące, a że się poparzę... Bez pęcherzy nie ma satysfakcji. 

Po cóż narzekać, że jest źle czy ciężko. Lepiej robić coś, aby się poprawiło, bo jakość naszego życia, jest tylko w naszych rękach. Tylko. 

23 października 2014

Kapitulacja, ryba i nazwisko.

Internet to ogromne źródło wiedzy. Często niechcianej wiedzy. W sumie to taka studnia bez dna. Można kopać, kopać i się nie dokopać albo raczej nie doszukać. Nawet jeśli ludzie dość dobrze chronią swoją prywatność, to nigdy nie jest to dość. Zupełnie niechcący pokopałam, pogrzebałam, bo akurat zachciało mi się postukać w dno owej studni, a tu kicha. Dna jak nie było, tak nie ma. Natomiast jest całe mnóstwo informacji o różnych ludziach. I pewne rzeczy mnie odrobinkę zaszokowały. W życiu bym się nie spodziewała...

Doszłam do wniosku, w sumie dawno temu już do niego doszłam, że pewne osoby musimy spotkać w naszym życiu, poznać je i te spotkania odcisną piętno na nas, na naszej egzystencji, na naszym otoczeniu. Drogi mogą się poprzecinać łatwo i prosto albo mogą być zapętlone, pogmatwane, ale gdzieś tam w końcu się zetkną, przetną, bo tak musi być. Po nitce do kłębka. Tak tak. Właśnie tak. 

Czasem zastanawiam się, jak to do ciężkiego licha jest możliwe, że pewne osoby się znają albo znają innych, którzy znają jeszcze innych, którzy mnie znają. Podobno możemy po naszych znajomych i ich znajomych, którzy też mają swoich znajomych itd., znaleźć połączenie z każdą osobą na świecie. Nie będę tego na sobie sprawdzać. Trochę za dużo tych ludzi. Wystarczy, że gubię się w swoim własnym świecie, a cóż dopiero mówić o szerokim świecie. 

Z tego grzebania wyskoczył mi ślub. Nie mój, cudzy. I tak jakoś się okazało, że pan mąż przyjął nazwisko żony. No i teraz ma dwa. Pierwsze żony, a drugie swoje. Trochę mi się dziwnie w środku zrobiło. Choć niby nie powinno, bo ja jako rzekomo zdeklarowana feministka bez serca dla facetów i zimna jak lodowiec, powinnam się cieszyć, że jakiś facet na coś takiego poszedł i to w dodatku człowiek, który nie wżenił się w jakąś arystokratyczną rodzinę, ani nie poślubił znanej osobistości. On ożenił się ze zwyczajną - niezwyczajną dla niego - kobietą. No i zrobiło mi się dziwnie, bo jak to facet tak poszedł na to i ma dwa nazwiska. A dzieci co? Jedno będą mieć czy dwa? 

Możliwe, że wcale nie jestem przeżartą i zepsutą do cna feministką, bo jakoś tak sobie myślę, że skoro on przyjął jej nazwisko, to jakby się pod pantofel wcisnął. Jakby jakiś taki "miętki" był, "skapcaniały"... Jakiś metroseksualny czy jak to się tam nazywa. Ogólnie mało męski. Pewnie głupio myślę, ale myślę tak sobie właśnie. A kieruję się tym, co następuje:
A) jestem kobietą - kto nie wierzy, można sprawdzić 
B) jestem heteroseksualna i kompletnie nie czuję pociągu do własnej płci
C) skoro jestem A i B, to chcę faceta, ale faceta, który zawiera w sobie wyczuwalny testosteron, nie mylić z cuchnięciem ;)
D) skoro A, B i C, to wynik jest prosty - chcę i mam
E) skoro mam, to za cholerę nie mieści mi się w głowie, żeby on na coś takiego poszedł, gdybym mu z czymś takim wyskoczyła. Co prawda nie jesteśmy na etapie paplania o ślubie, zresztą jeszcze nie czas, a ja jako podwójna niedoszła ze ślubowstrętem, to tak łatwo się namówić nie dam. Zakładając teoretycznie coś takiego, to gdybym my wyskoczyła z tym, żeby przyjął moje nazwisko, zabiłby by mnie śmiechem i stwierdził, że kompletnie mi odbiło, a moje szaleństwo przekroczyło wszelkie granice. Pewnie by się zastanawiał, czy ja aby chora nie jestem. No i rzecz jasna w ogóle by na to nie poszedł. Dlaczego?
I otóż mamy punkt kolejny:
F) A dlatego że poczułby się tak, jakbym go wykastrowała. 

Z pewnością są panowie, którzy wykastrowani by się nie czuli, wręcz przeciwnie, chętnie by się na to zgodzili. Tylko ja bym takiego faceta już nie chciała. Dyskryminuję? Nie. Po prostu od dzieciństwa pielęgnuję w sobie wyobrażenie mężczyzny. Konkretne wyobrażenie i tylko taki facet da sobie ze mną radę, spacyfikuje mnie, no i na chwilę przymknie tę moją pyskatą buźkę, rzecz jasna bez stosowania siły. Wystarczy delikatna perswazja w odpowiedni sposób i Choco skapituluje.

Wracając do pielęgnacji mojego wyobrażenia... Było tak. Facet koniecznie, ale to koniecznie musi umieć robić w domu to samo, co ja, co tyczy się naprawiania, remontów itp. A w ogóle to powinien umieć robić to lepiej i umieć więcej. Gotować też powinien umieć, aby w razie czego nakarmić siebie, tudzież jakieś potomstwo i się nie potruć. Nie mam tu na myśli przygotowania zupki z proszku, tylko normalnego obiadu. Tak właśnie. Sprzątać też musi umieć, prać i prasować, ale ja mogę to robić lepiej. Pedantom podziękuję. Taka skrajność mi nie odpowiada. No i zadbany musi być, i o mnie dbać musi. Koniecznie musi też umieć patroszyć rybę - sprawnie, fachowo i bez obrzydzenia, a najlepiej jak potrafi taką złapać. No taki facet, który jak trzeba to przytuli, pocieszy, pogłaszcze, a i jak ma ochotę w tyłek klepnie ;) W łóżku też musi sobie radzić. Nie z chrapaniem, tylko ze mną ;) No i nigdy przenigdy nie zgodzi się na to, aby przyjąć moje nazwisko, gdybyśmy jedak ślub wzięli. Plus kilka innych rzeczy. 

I ja, tak pielegnując w sobie to moje wyobrażenie, gdybym miała faceta, który by w sumie był tym ucieleśnieniem wypielęgnowanym w marzeniach i wziął by moje nazwisko, to zostawiłabym go. To trochę tak, jakby mi się dał spacyfikować. Co najwyżej mógłby sobie pożartować, że to zrobi, bo tak na serio... 

Bo wiecie... ja się okropnie czepiam, poza seksem, charakterem i innymi takimi, tych prac domowych, nazwiska i RYBY. Bo jak już skapitulować, rzucić własny egoizm w kąt, to dla kogoś, kto zrobi to samo dla nas, cokolwiek to znaczy. Bo tak zupełnie nie kapitulować albo kapitulować za bardzo...

5 października 2014

Nieodpowiednie słowa.

Zleciał aż miesiąc cały. Najpierw jedna praca, a później podjęcie ryzyka i zmiana na inną, a właściwie to powrót do starej. Do tego 54-godzinny maraton w pracy... Nie, skądże. Nie jednego dnia. Tylko przez pięć dni. Jednego dnia pracowałam zaledwie 17 godzin, więc zrobiłam prawie normę z połowy tygodnia. Stres, nerwy, jak to będzie. Przeziębienie też mnie nie ominęło. Wciąż trzyma, ale zaczyna mi już odpuszczać, więc jest szansa na to, że więcej będzie mi się chciało. Inne paskudy też mi odpuściły i bóle z nieznośnych stały się znośne i zaczynają powoli znów znikać, więc jest nieźle. Stałam się też dumną posiadaczką pojazdu mechanicznego. Doszłam do wniosku, że moje stare czarne auto, które ostatnio zakupiłam, jest dziewczyną. Dziwnie brzmi co? Wiem. Ale tak jakoś czuję. Mam do mojej "autki" osobisty stosunek, podobnie jak do lapka, telefonu i gitary. Może dlatego że te przedmioty stały się powiernikami moich tajemnic i wiedzą o mnie oraz o moim życiu znacznie więcej niż osoby, które mnie otaczają. 

Czas mi tak zleciał, że zupełnie odleciałam z tego świata... wirtualnego. Życie realne wzięło górę wraz z potrzebami fizjologicznymi. W dodatku mój organizm tak domagał się spania, że każdą wolną chwilę przeznaczałam na sen. Zdarzało mi się przysypiać nawet przy stole przy jedzeniu. Zmęczenie materiału. Ot co! 

Poczytałam sobie dzisiaj w necie, jak to ludzie narzekają jak mają pod górkę i jak to znów inni chwalą się, że wcale nie trzeba się wysilać i można sobie lecieć po bandzie nawet na bakier z prawem, bo przecież i tak im nic nie zrobią. I całe mnóstwo innych rzeczy tam znalazłam, w tym bardzo smutnych informacji, jak ta o śmierci naszej młodej aktorki Ani Przybylskiej.

Tak. Życie jest niesprawiedliwie. Bardzo. Ale nikt nie mówił, że jest inaczej. Jeśli życie zaczęłoby nagle być sprawiedliwe, ja zaczęłabym się zastanawiać, czy w ogóle jeszcze żyję. 

Nigdy nie wiemy, co czeka na nas za rogiem, ale wcale nie trzeba przez to pędzić przez życie jak huragan, bo tego czy tamtego nie zdążymy zrobić. Zawsze czegoś nie zdążymy, coś jeszcze będziemy chcieli. Lepiej cieszyć się każdą  ofiarowaną chwilą, każdym momentem, który daje nam radość. Delektuję się życiem jak kawałkiem pysznego ciasta i nie przestaję pracować nad nim i nad sobą. Życie takie jest, że przeplatają się w nim trudne momenty i piękne chwile. Raz przyjdzie nam się wspinać po pionowej ścianie, raz na tyłku zjedziemy z górki, a innym razem zlecimy do rowu. Może też zdarzyć się i tak, że będziemy mieć przed sobą prostą płaską drogę. 

Jakiś czas temu napisałam o zmianie mężczyzn jak o zmianie butów czy rękawiczek. Nie powinnam była w taki ton uderzać, ale też nie bardzo wiedziałam, jak mam się do tematu zabrać. Może nie trzeba było poruszać go wcale. W każdym razie przytrafiło mi się coś, czego jeszcze bardziej nie rozumiem, co jeszcze bardziej wykracza poza moje pojmowanie relacji międzyludzkich i związków damsko-męskich. Bardzo długo przekonywałam się do tego mężczyzny i wciąż się przekonuję, poznaję go. I tak nam mijają kolejne tygodnie, miesiące. Chyba nie potrafię nawet mówić o tej relacji. Nie umiem ubrać tego związku w słowa. Wiem tylko, że im więcej czasu mija, tym ja czuję bardziej, więcej, głębiej. Czuję się bezpieczna, spokojna, szczęśliwa. I bardzo bardzo nie lubię, kiedy on jest daleko. Czuję... i to mi wystarczy. Nie potrafię przekuć tej relacji w żadne słowa. Każde wydają mi się nieodpowiednie.

7 września 2014

Życie w realnym świecie.

Choroba znowu mi o sobie przypomniała i zaczęła dawać się we znaki. W czwartek ledwo w pracy wytrzymałam, ale już było kiepsko ze mną. Po powrocie do domu... ciężki wieczór. Nic nie pomagało, łzy lały mi się jedna po drugiej. Przetrwałam. Przyznam, że kiedy jest dobrze, zapominam, że powinnam jednak się pilnować, uważać i nie folgować sobie za bardzo. Jednak jak już udowodniono, na głupotę lekarstwa nie ma, a ja ową głupotą czasem się wykazuję. 

Spokojny weekend w domu. Bez pośpiechu. Dużo snu. Relaks w najlepszym towarzystwie. Pomogło. Bardzo. 

Doszłam do pewnego rytmu dnia, upchnęłam w to pisanie. I jakoś mi umknął świat wirtualny. 

Utknęłam w rozmowach o kolorach, zapachach, smakach, dzieciństwie, domu, przyszłości. Jestem gdzieś pomiędzy łąkami, morzem, wodospadami w górach. Między tym, co jego, a co moje. Celebracja bycia we dwoje. Coś, co zostaje między nami. 

Nie lubię, gdy ktoś usiłuje w to wejść i zaczyna się cała litania. Nikomu nie dzieje się krzywda, więc należy ludzi zostawić w spokoju, ponieważ wszelkie ingerencje osób trzecich kończą się tak, jak się kończą... i zbyt często rozwalają dobre związki. A tam, gdzie wręcz ich potrzeba, bo krzywda się dzieje, ludzie zamykają oczy i wolą się nie mieszać. 

Niech życie się toczy. Krok za krokiem. Chwila za chwilą. Uwielbiam życie za to. Za ten rytm i za wszystkie dary od losu. 

 

16 sierpnia 2014

Na górze i na dole.

Pękło 150 km.
 
1 rower + 1 tydzień + 1 CzG + 1 praca = 150 km
 
Jestem dumna z siebie. Kondycję nadal mam marną, jednak weszłam na wyższy poziom. Już się nie wlekę w takim tempie, że starsi ludzie i małe dzieci mijają mnie na ścieżce, a prędkościomierz mnie nie zauważa. 
 
Osiągnęłam zawrotną prędkość 21 km/h i pobiłam własny rekord - czasówka do stacji kolejowej w centrum. Pierwsza próba - zgubiona droga i czas katastrofalny. Druga próba - 30 min. Nowy rekord - 10 min z oczekiwaniem na wszystkich światłach. 
 
Co prawda daleko mi do Holendrów, którzy we trzy osoby jadą jednym rowerem, jednoosobowym rowerem albo przewożą tymże środkiem transportu różne dziwne rzeczy - typu szafka łazienkowa, drukarka, plecak ze stelażem wielkości połowy mnie i to wcale nie na plecach ten plecak, o ilości toreb, siatek, siateczek, tub i innych takich nie wspomnę. I w dodatku oni jadą. Przemieszczają się. I to całkiem szybko. Piszą smsy w trakcie jazdy i robią inne zupełnie zwyczajne rzeczy, aczkolwiek dla mnie wciąż nieosiągalne w trakcie jazdy. Ten poziom jest mi obcy. Przy moim roztrzepaniu, gdybym coś takiego odwaliła, to tym razem znalazłabym się pod kołami jakiegoś pojazdu, ale tym razem z własnej winy. Nie będę cudować. Dobrze, że na pełnej prędkości wchodzę w zakręty i nie zsiadam z roweru, jadąc pod górkę. Noooo i nawet się przemieszczam wieczorową porą oraz wczesnym rankiem, produkując prąd do mych światełek i daję radę. I nawet nauczyłam się drogi do pracy i już się nie gubię. Szukanie skrótów sobie odpuściłam, co by się nie wpuścić w maliny i na zaliczyć wpadki z deszczu pod rynnę.
 
Mały sukces na drodze ku wielkości ;) 
 
Zaliczyłam też sukces nr 2 czyli zaczęłam rozmawiać, zmuszona koniecznością, po holendersku przez telefon. Zaczęło się od angielskiego, po czym przeszłam na holenderski i tak już zostało. Mówię, co prawda, wciąż okrutnie kwadratowo i zdarza mi się zapominać o regułach gramatycznych, gdy chcę coś szybko powiedzieć. Jednak o dziwo ludzie mnie rozumieją i ja ich też. Co prawda nadal wciąż czasem nie wiem, o co im chodzi i czy aby na pewno myślą, i czy myślą o tym samym, co ja... Jednakże słowa rozumiem, choć może nie wszystkie, a sens również uchwycę, a jak nie rozumiem ich toku myślenia, dopytuję aż do skutku. Czasem wychodzi z tego coś bardzo zabawnego.

Szef się mnie wczoraj pyta, czy ja i moja koleżanka Czeszka jesteśmy bliźniaczkami. Ja patrzę na niego jak sroka w gnat i nic nie mówię. No to on znowu pyta. Ja nic. W końcu on do mnie, czy ja go rozumiem. Ja, że tak, tylko nie próbuję wymyślić, skąd on to wziął, że ja i ona... itd. skoro ja Polka, a ona Czeszka. On mi na to, że w sumie co za różnica, skoro jak gadamy to ja do niej po polsku, ona do mnie po czesku, a jak się nie możemy dogadać, to wtrącamy - ja holenderski, ona - niemiecki. No to mu mówię, że wtedy to ja już w ogóle nie wiedziałabym, kim jestem, bo rodzina ojca pochodzi ze Szkocji, a poza tym inne mixy u nich też były, a moja mama w połowie była Ukrainką, więc ja jestem w jednej czwartej. To on się mnie pyta, w której połowie moja mama jest Ukrainką - górnej czy dolnej. Ja na to, że musiałabym dziadków spytać, kto był na górze, a kto na dole ;)
 
To już mamy dwa małe sukcesy na drodze ku wielkości ;)
 
Czas na sukces numer 3... :)
 
 

12 sierpnia 2014

Odciski na tyłku ;)

Żyję i nie najgorzej się miewam. 

Zderzenie z autem skończyło się na siniakach, a rower został naprawiony. 

Za to droga to pracy i z powrotem daje mi po dupie. Dosłownie. Mimo wygodnego siodełka, tyłek mnie boli, nogi najchętniej by się z nim rozłączyły. Dzień w dzień w tym tygodniu zaliczam gratisowy prysznic po pracy. Chyba w ramach oszczędności. Szkoda, że przy okazji walczę z wiatrem i zastanawiam się jak to możliwe, że wiatr przesuwa mnie w poziomie wraz z rowerem.

Kondycji nadal nie mam, choć robię postępy ;) Obudziły mi się mięśnie, o których istnieniu zapomniałam. 

Czasem mam wrażenie, że pewne sprawy robię siłą woli - tyczy się to zarówno porannego wstawania w ostatnim czasie i powrotu rowerem z pracy do domu. 

Mózg zasnuwa mi lekka mgiełka. Robi się ciekawie. A słowa mają moc sprawczą.

Ciekawe, co z tego wyniknie.

Mam niewyparzoną gębę, a co w głowie to na języku. Czasem nawet szybciej na języku niż w głowie.


Dobrej nocy i przyjemnej środy.
Nieba pełnego słonka!

24 lipca 2014

Anonimowa?

W którym momencie przestałam być anonimowa? 
 
Ta granica jakoś gdzieś mi się po drodze rozpłynęła i wyszłam zza własnego cienia. Mam twarz, jakieś imię i nazwisko nawet. Anonimowość była wygodna. Bardzo. I jeśli raz CzG anonimowa być przestała, to już taka zostanie. Mogłabym nawet zmienić nick, miejsce, ale sposobu w jaki układam słowa, jak je mieszam, dobieram... nie zmienię. To jest trochę tak jak z liniami papilarnymi. Styl, co prawda, można naśladować, ale i tak wyczuje się jakiś zgrzyt. 
 
Gdybym na przykład stała się w sieci facetem i tak bym się podpisywała, długo bym nie mogła ściemniać, że ja to nie ja. Styl to styl. Słowne linie papilarne. Z drugiej strony, za nic w świecie nie chciałabym być mężczyzną. Nigdy w życiu! Sikać na stojąco i mieć włosy tam, gdzie ich w tej chwili nie mam i nawet nigdy nie miałam. I gdzie byłyby moje cycki? Fakt, co prawda czasem doprowadzają mnie do rozpaczy, zwłaszcza jak usiłuję kupić sukienkę albo przy upalę takową wkładam i połowa moich piersi jest na wierzchu ku niezadowoleniu jednych, a uciesze innych. A na basenie czy nad jeziorem to... sami wiecie. Tak bardzo jak lubię mężczyzn, to tak samo bardzo nie chciałabym być żadnym z nich. Nawet wirtualnie.
 
Czasem tęsknię za tym, gdy byłam anonimowa i nikt nie wiedział, kto za tymi bazgrołami stoi. A teraz? Lista tematów zawęziła się okrutnie, bo... nie mogę pisać tak otwarcie, jak bym chciała. Przeczyta to ktoś, kto nie powinien i... będę mieć problemy. Dziwnie się z tym czuję. Lubię być w cieniu. Nie mogłabym być celebrytką, pozującą na ściankach. Błysk fleszy mnie peszy. Pięknie się zrymowało, prawda?
 
Do pewnego momentu obserwuję, a później wychodzę z cienia, aby za jakiś czas tam wrócić. 
 
Anonimowość. Taka zasłona, która oddziela nas od innych ludzi. Kiedy się za nią jest, łatwiej mówić o tym, co jest bardzo osobiste. O tym, do czego człowiek wstydzi się przyznać, czego się boi. Bo nawet jeśli cię ocenią, to nikt nie będzie znał twojej twarzy, twojego imienia, wieku... Łatwiej wówczas o dystans, kiedy jest się ranionym, mieszanym z błotem albo gdy trzeba przyznać się do porażki. 
 
Byłam rozczarowana moim życiem. Okropnie. Byłam słaba i zagubiona. Popełniłam tyle błędów, ile się tylko dało. 3 miesiące i 13 dni... i dwójka z przodu pójdzie w zapomnienie. Będzie okrąglutkie 30. 
 
Kiedy jako nastolatka wyobrażałam sobie, jak będzie wyglądało moje życie, gdy będę mieć 30 lat, snułam zupełnie odmienną od dzisiejszej wizję. Chyba ta zbliżają się zmiana w metryczce powoduje, że jednego dnia jestem rozgoryczona i rozczarowana, innego jestem wściekła sama na siebie, kolejny najchętniej spędziłabym w łóżku i nakryła się kołdrą. I tak się huśtam i huśtam po wielokroć. 
 
Tylko czy gdybym mogła się cofnąć i zmienić coś w swoim życiu, w swoim dawnym dawnym życiu, żeby zmienić moje teraz, to czy bym to zrobiła? Moje życie byłoby inne. Bardzo możliwe, że byłoby takie, jakiego pragnęłam, jakie sobie wyobrażałam. Tylko czy wówczas byłabym szczęśliwa? Nie da się nauczyć czegokolwiek, jeśli nie popełnia się błędów. Trzeba sobie na błędy pozwolić. Wtedy człowiek się nauczy. Jednak nie można w nieskończoność popełniać tych samych błędów, ponieważ to wskazuje już na głupotę. Zwyczajne zidiocenie. 
 
Blog stał się pamiętnikiem. Również bez mojego zamierzenia. Taki bałagan wszystkiego. Mały chaos. Jak ja. Zapis radości i smutków, zapis błędów, zapis trudnych chwil, zapis mojej drogi. 
 
Jako dziecko chciałam być perfekcyjna. Poniekąd tego ode mnie wymagano i oczekiwano. Nie umiałam taka być. Jedno wychodziło mi super, a z czymś innych sobie wcale nie potrafiłam poradzić. Złościłam się. Mała złośnica. Mała tykająca bombka. Panienka perfekcyjna. I ten perfekcjonizm prawie mnie zgubił. Kiedy się przeciwko niemu zbuntowałam, było jeszcze gorzej. A trzeba było sobie poluzować, a nie wieszać poprzeczkę tak wysoko, że właściwie zapomina się, gdzie ona jest. Traci się ją w końcu z oczu i samemu już się nie wie, gdzie się podąża. To perfekcjonizm doprowadził mnie do depresji, na skraj wyczerpania psychicznego i fizycznego. To jemu zawdzięczam wiele poważnych błędów i kłopotów, których by nie było. Oczywiście, byłyby inne. Tylko może na te inne po prostu bym sobie pozwoliła. 
 
I do dziś tak jest, że pani perfekcyjna ze wszystkim musi radzić sobie sama, bo z niej taka Zocha-Samocha. Jakby księżniczce korona miała spaść z głowy, gdyby o pomoc poprosiła. Nie umiem o nią prosić. Dopiero się uczę. Tak jak tego, że wszystkiego wcale nie muszę sama i że czasem wcale nie muszę. W czymś, co średnio mi idzie, wcale nie muszę starać się być za wszelką cenę perfekcyjna, mogę być dobra, a nawet średnia. W zupełności to wystarczy, bo są przecież sprawy, które o niebo lepiej mi wychodzą i w nich mogę się doskonalić.
 
Jak ciężko sobie czasem odpuścić. Naprawdę.
 
Jeden cel. A później kolejny i kolejny. Nie jakaś tam poprzeczka, której wcale nie widać, nie mówiąc już o doskoczeniu do niej. 
 
Co zaś się tyczy anonimowości... i innych spraw. Trochę się boję. Wciąż. Gdybym mogła wciąż w pełni być anonimowa, czy skorzystałabym? Ci co mnie znają, wiedzą, jaka jestem, a przynajmniej powinni choć w minimalnym stopniu mieć świadomość tego, czego się można po mnie spodziewać. Natomiast tacy, którzy mnie nie znają, prędzej czy później by mnie poznali. Jeśli mnie ktoś nie lubi, nie akceptuje, komuś nie odpowiadają moje poglądy, nie musi ze mną w ogóle nawet rozmawiać, ani jeździć po mnie. Cóż... anonimowość się skończyła, za to zaczyna odżywać skrobanie patykiem i piórem. Bazgroły opowiadaniowe (tak tak bardzo lubię słowotwórstwo ;) ) wyjdą z cienia. Po roku czas najwyższy tchnąć życie w to, co do tej pory było zapomniane i stanowiło zapis wyłącznie w moim komputerze. 
 
Miłego piątku! Wszak to już prawie weekend :) 

14 lipca 2014

Zwykła rzeczywistość.

Usiadłam. Przy stole. Wraz ze szklanką mrożonej kawy. Mleko, bita śmietana, cynamon, no i oczywiście kawa. Obok stoi szklanka wody ze świeżymi listkami mięty i cząstkami cytryny. Nawet zjadłam obiad, co nie zdarzyło mi się od dawna. Jakoś niespecjalnie chce mi się jeść. 

Tuż przed weekendem mogłam wreszcie podłączyć sobie internet, bo przyszła paczka od dostawcy. I gdy tak dziś otwierałam stronę po stronie, to aż mnie coraz bardziej w środku zatykało. Lepiej nie czytać wiadomości z kraju. Nie chcę. Odnoszę wrażenie, że Polska zmierzać zaczyna w kierunku państwa wyznaniowego. Politycy wzajemnie sobie dowalają i szukają haków na konkurencję. Poza tym intelektualne dno, brak samodzielnego myślenia i żenada. 

A tu? Czasem naprawdę mam ochotę schować się pod łóżko, którego nawet jeszcze nie mam. Nie kupiłam. Jeszcze nie teraz. Najpierw w kolejce stało kilka innych rzeczy. Pilniejszych. Za to mogę wejść pod stół, który mi złożył albo do szafy. Jasna cholera... czy to, że mówię, że jestem z Polski, musi wywoływać tak skrajne reakcje i zachowania? 

Nie wiem, ile razy w przeciągu tygodnia słyszałam, że my Polacy to lubimy zapierdalać (dosłownie), robić jakieś kosmiczne normy, szprycować się czym popadnie, trzymamy buzię zamkniętą, nie upominamy się o swoje albo wręcz jest na odwrót i rozstawiamy ludzi po kątach, rządzimy się, ale mniejsza o to. Bywamy też normalni, ale tych normalnych podobno tak wielu nie ma, choć osobiście znam trochę takich osób. Wiecie, czego ludzie nie potrafią tu zrozumieć? Ano tego, że jesteśmy dla siebie jak wrogowie. Nie pomożemy, ale świnię chętnie podłożymy. Ci co rzekomo mają się tu nami opiekować, mają nas gdzieś. I generalnie zwykle kończy się wszystko tak, że jak się nam nie podoba, to wypad do Polski. 

Czasem mi zwyczajnie wstyd. Chcę tu normalnie żyć. Pokazuję, tak jak niektóre moje znajome osoby, że nie można nas wkładać w jeden worek, przykładać do nas tej samej miarki, bo w każdym narodzie są ludzie i... ludzie.

Myślicie, że czasy niewolnictwa i dyskryminacji mają się ku końcowi w XXI wieku w Europie? Jedno wielkie g. Zwyczajne pierdolenie. Wiecie, jak prosto z wolnego człowieka zrobić niewolnika? I jeszcze on sam się będzie tego domagał, pchał się, bił się, żeby tylko jego wybrano. Oglądaliście albo czytaliście może "Igrzyska Śmierci"? To trochę tak, jakby ochotnicy bili się o możliwość reprezentowania swojego dystryktu. Chore prawda? A to tylko zwykła rzeczywistość. 

Dopiero teraz zaczynam się tu czuć trochę bezpieczniej, trochę lepiej, trochę jak w domu. Bo mam tu coś jak dom. W sumie mamy. Ja i siostra. Trafiło nam się jak ślepej kurze ziarno. I to piękne wielkie ziarno, a nie jakiś totalny ochłap. Wreszcie zaczął mnie powoli wypełniać spokój. Tylko czasem nie mogę spać i bywa, że prześladują mnie koszmary. 

Ostatnio wytrącił mnie z równowagi pewien telefon z Polski. Jednak udało mi się uspokoić, bo wiem, że tu jestem bezpieczniejsza niż tam. Czasem żartuję sobie, że mam tu swojego anioła, który mnie chroni i pilnuje. Naprawdę się przeraziłam. Na szczęście jestem bardzo daleko. 

Nadal mam przed sobą długą wyboistą drogę. Jeszcze nie raz, nie dwa przyjdzie mi zaklejać obdarte kolana, patrzeć na siniaki i podnosić się z upadków. Potknę się jeszcze mnóstwo razy. Boję się tego, co mnie czeka i... nic nie czuję. Żadnych przeczuć, żadnych snów. Tylko otwarta księga. Białe kartki czekające na zapisanie. Jego spokojny głos, że wszystko będzie dobrze. 

12 maja 2014

Niepokorna.

Interesuje mnie wiele rzeczy. Od dziecka miałam głód wiedzy i lubiłam wiedzieć. Nie ma to jak dociekać sedna, rozkładać na czynniki, babrać się w szczegółach i zadawać miliony pytań. Pewnego dnia na tej liście rzeczy do poznania znalazła się astrologia. Z czystej ciekawości zaczęłam rozkładać na czynniki wykreślanie horoskopów i interpretację tegoż. Jakie było moje zdziwienie, kiedy sporządziłam własny horoskop urodzeniowy i zinterpretowałam go sobie. Już nie mogłam ironicznie wyśmiać tego, jak horoskopów z niektórych gazet, które wymyślają chyba za karę jacyś podrzędni dziennikarze.
 
Może jednak układy planet i ich wzajemne zależności w dniu oraz godzinie naszego urodzenia mają na nas wpływ? Determinują w jakiś sposób to, jacy jesteśmy, czym się interesujemy, co lubimy, kim będziemy? 
 
Na własnym przykładzie mogę stwierdzić, że jednak tak jest. Tylko aby dojść do takiego wniosku, dość długo i dokładnie analizowałam wszystko. Nie jestem żadną specjalistką w tej dziedzinie, autorytetem tym bardziej, raczej samoukiem. To tylko zwykły głód wiedzy. 
 
Kiedy byłam dzieckiem, potrafiłam dociekaniem i pytaniami wykończyć psychicznie własnych bliskich, więc gdy jako pięciolatka nauczyłam się czytać, rodzina mogła trochę odetchnąć. Jednakże nie wszystko, co przeczytałam, było dla mnie zrozumiałe, więc z pytaniami nadal biegałam - najczęściej do ojca albo do mamy. Każde z nich specjalizowało się w czym innym, więc w zależności od tego, jaka dziedzina akurat była na tapecie, to do takiej a nie innej osoby się udawałam. 
 
Chyba najlepiej w życiu wychodzi mi uczenie się nowych rzeczy (o ile chcę). Szybko i łatwo. Trochę tak, jakbym pożerała ulubioną czekoladę kawałek po kawałku. Tyle tylko że z tego, że potrafię szybko opanować coś nowego, wyżyć się nie da i samo z siebie na niewiele się przyda. Życiowo może to cenna umiejętność, bo znakomicie ułatwia przystosowywanie się do różnych sytuacji. Z drugiej jednak strony... przechlapane tak skakać z tematu na temat, bo jak człowieka tyle rzeczy ciekawi, to na jedną zdecydować się łatwo nie jest. Najlepiej zajmować się czymś interdyscyplinarnym, multidyscyplinarnym. Tylko... cóż...
 
Po przejściach z różnymi uczelniami, kierunkami (Nawet rodzice o połowie tego, co wyczyniałam, nie wiedzieli.), walką ze skonstnieniem i zamykaniem w ciasnych klatkach myślowych przez różnych profesorów, miałam dość. Rzucałam, zmieniałam, kombinowałam, aż doszłam do wniosku, że nie istnieją żadne studia, które by spełniły moje oczekiwania, więc albo po kawałku będę zbierać wszystko w całość, albo od razu dam sobie spokój. Żadna z dyscyplin naukowych nie istnieje dla mnie w oderwaniu od reszty, bo wszystko się przenika, łączy, więc jak jak do cholery mam się skupić tylko na jednej dziedzinie i jeszcze znaleźć sobie w niej jakąś wąską specjalizację? No jak? Poniekąd przez to wywalono mnie w bardziej lub mniej dosadny sposób z kilku kierunków z komentarzem w stylu - "Ja nie wiem, jak pani tu trafiła. To nie miejsce dla osób takich, jak pani.". Takich czyli jakich? 
 
Jednak jakieś studia udało mi się skończyć. Kiedy pisałam pracę i rozkładałam na czynniki pewną dziedzinę, okazało się, że materiałów jest jak na lekarstwo, nawet tych zagranicznych. W dodatku nikt jakoś interdyscyplinarnie się w to nie bawił, a co więcej okazało się, że owszem dziedzinę zgłębiano, nawet zrobiono jakiś podział na rodzaje, ale bawiono się po wierzchu w stylu szkolnym - co autor miał na myśli. Od strony, w którą poszłam ja, nikt się tym nie zajmował. Nigdzie. I o ile na początku było wszysko fajnie, to kiedy chciałam pójść z tym dalej, objechano mnie na wszystkie strony, zarzucono podważanie autorytetów i w ogóle zrobiło się nieprzyjemnie. Dalej już sobie nie poszłam, tylko dałam spokój. Po co? Bić się z koniem nie będę. Porywać się z motyką na słońce albo walczyć z wiatrakami? Skostniałych układów i wąskich horyzontów myślowych rozwalić się tak szybko nie da. 
 
Pomyślałam, że zrobię to po swojemu. I chodzę tak koło tematu, krążę przy swojej dziedzinie. Zarzuciłam wąskie specjalizacje, bo to nie dla mnie. Tylko nie wymyśliłam jeszcze jak temat ugryźć i jak zrobić tak, aby obejść to cholerne skostnienie. Znalazłam coś, co może być pierwszym krokiem, a Holandia to właściwe miejsce. Tak mi się wydaje. Szalony pomysł, ale bardzo bardzo chcę iść za marzeniami. Chcę, żeby praca sprawiała mi przyjemność i pragnę wyjść poza skostniałe sytemy oraz ciasne myślenie. Czas spełnić marzenia.

26 kwietnia 2014

Ani dobra, ani zła. Po prostu wkurzona.

Nie mogę znieść, kiedy ktoś krzywdzi bliskich mi ludzi. Jeszcze bardziej nie mogę znieść, gdy wykorzystuje do tego siłę, kłamstwa, pomówienia, wbijanie noża w plecy, mydlenie oczu i inne takie. 
 
Jestem raczej dość opanowaną osobą, wyrozumiałą, ale są rzeczy, kiedy mój spokój, toleracja i wyrozumiałość się kończą. To jedna z takich sytuacji. A jeśli ktoś jeszcze próbuje robić z drugiej osoby osła i jeździ po niej jak po łysej kobyle, to naprawdę coś mi się takiego w środku robi, że nie podaruję. Bliscy mi ludzie, są moi i jeśli ktoś wyrządza im krzywdę, będzie mieć ze mną do czynienia, bo ja nie podaruję. 
 
Jeśli krzywdzi się mnie... ok. Przełknę. Wybaczę. Przeżyję. Mogę nadstawiać oba policzki. Ja to ja. Dam radę. Przeżyłam, co przeżyłam, nic mi nie będzie.
 
Lecz jeśli krzywdzi się moich ludzi, ludzi, na których mi zależy, którzy są mi bliscy, których kocham, którzy są moją rodziną czy są jak rodzina, to litość i wyrozumiałość się kończy. Oczywiście, najpierw próbuję spokojnie, normalnie i grzecznie załatwić sprawę. Lecz jeśli nie uda się dojść do porozumienia, winny nie wykazuje dobrej woli, nie okazuje skruchy (nie mam na myśli pustego gadania, którego nie popierają czyny), zaczyna się robić nieprzyjemnie. Kiedy na cudze nieszczęście mam wpływ na rozwiązanie danej sytuacji, nie zazdroszczę temu, kto ma mnie przeciwko sobie.
 
Ze mnie się wroga nie robi. Powtarzałam i powtarzam to wielokrotnie.
 
Wychowano mnie w oparciu o pewne zasady, pewne wartości. Poza tym mam taki, a nie inny charakter. Wpojono mi wrażliwość na ludzką krzywdę, szacunek do odmienności, zrozumienie dla ludzkich błędów, sprawiedliwość i jeszcze kilka innych. Nie znoszę fałszu, obłudy, kłamstw w żywe oczy, nielojalności, braku honoru i braku szacunku, niesprawiedliwości, wyrządzania krzywd innym świadomie i z premedytacją. 
 
Jesteśmy tylko ludźmi. Mamy prawo do błędów, zaniedbań. Lecz jesteśmy też aż ludźmi i dlatego powinniśmy chronić słabszych, a już zwłaszcza jednostki od nas zależne - między innymi dzieci, bo to je głównie mam na myśli w tej chwili. Dzieci się nie krzywdzi, dzieciom się wody z mózgu nie robi, z dzieci nie robi się karty przetargowej, a jak się dzieci posiada, to się o nich przede wszystkim myśli - o ich dobru i o ich potrzebach. Poza tym... dzieci są jak barometr. Chyba nie muszę więcej dodawać...?
 
Wracając do tematu, jestem oburzona, wręcz zbulwersowana, wściekła, naprawdę wkurzona. O ile do pewnego momentu przyjmowałam różne informacje spokojnie, to ostatnio granica została przekroczona i od dłuższej chwili pali się czerwone światło. W każdy możliwy sposób będę chronić, pomagać, dbać. Wykorzystam wszelkie możliwości, aby nie pozwolić wyrządzić bliskim mi ludziom większej krzywdy, aby nie pozwolić zapanować niesprawiedliwości, aby nie pozwolić panoszyć się oszczerstwom i kłamstwom. 
 
Nie dobrze jest pozwolić mojej cierpliwości się wyczerpać. Bo ja nie jestem ani dobra, ani zła. Jestem taka i taka. Nie jest dobrze, kiedy się mnie wkurzy. A w tej chwili jestem naprawdę, proszę wybaczyć słownictwo, wkurwiona.

25 kwietnia 2014

Nigdy więcej.

Przypomniało mi się dzisiaj, jak to było kiedy chciałam zdawać maturę i jaka uparta byłam. Pewnego dnia obudziłam się i wymyśliłam sobie, że będę zdawać francuski i geografię. Był tylko jeden problem, geografii pisemnej nie było, więc wymyśliłam, że jakoś to przeżyję i będę zdawała też angielski. Pomysł był taki, że miałam zdać pisemnie francuski, ustnie geografię, no i ten nieszczęsny angielski jako język obcy. 

Gdy moi rodzice to usłyszeli, tylko postukali się w głowę. A ja dopięłam swego. Tyle tylko, że nie musiałam zdawać  pisemnie francuskiego i mogłam też pożegnać angielski z matury, bo geografię można było zdawać pisemnie. Ówczesna pani minister się zlitowała. Francuski oczywiście też zdałam, bo się uparłam, że tylko matura z tego języka spowoduje, że wzrośnie moja motywacja, a ja nauczę się go, ponieważ przy mojej słabej grupie dalej stałabym na poziomie: CzG chcieć zamiatać ulica. 

Jednak z perspektywy czasu stwierdzam, że należało zdawać też chemię i matematykę. I o ile w przypadku chemii było ok, to pani z fakultetów od matematyki mnie zwyczajnie odstraszyła... Było tak jak z fakultetem z historii. Czułam się jak tępy debil, którym jednak nie byłam i nie jestem. Nie zmienia to jednak faktu, że skutecznie mnie zniechęcono do matematyki. O fizyce, której w szkole średniej nie nauczyłam się wcale, to już nie wspomnę. I wcale nie wynikało to z mojej tępoty, bo nawet jak na kobietę i w szczególności blondynkę, nie radziłam sobie z nią najgorzej, a nawet rzekłabym, że było całkiem nieźle. Niestety nauczyciele skutecznie nauczyli mnie, jak przetrwać, nic nie umieć i mieć jakąś przyzwoitą ocenę. Porażka. 

A kiedy poszłam na studia... nie było lepiej. Różnymi metodami mnie odstraszono i zniechęcono. Niestety między innymi przekrętami i nieuczciwością. Pomogły mi też małpujące mnie koleżanki, które musiały robić to, co ja, studiować to, co ja. 

Efekt mam taki, że jestem na samą siebie okrutnie wkurzona. A jak pomyślę, że do końca życia mam zapierdalać, myjąc kible, sprzątając, podając kawę czy pakując kury, to ciśnienie mi rośnie i uderza do głowy. To nie jest tak, że taka praca mi uwłacza czy coś, bo tak nie jest. To praca jak każda inna i jak każda potrzebna. Tylko tyle, że ja mam w sobie i we własnej głowie potencjał, który od lat marnuję. Kiedy stało się tak, że moje własne życie poszło na półkę, to tylko pogorszyło wszytko. Jednak było to konieczne. 

Mam do siebie pretensje za zmarnowanie talentów i za własną głupotę. Kiedyś to nikt i nic by mnie nie odstraszyło, ani nie zawróciło z drogi, którą obrać chciałam. Wiem, ile pracy i serca musiałam włożyć w pewne sprawy, jak bardzo pragnęłam i jak trudne to wszystko było. 

Za jakieś pół roku z drobnym okładem stuknie mi okrągła rocznica. Z tej okazji nie zostawiam na sobie suchej nitki. To chyba ostatni dzwonek, aby cokolwiek zmienić i zaryzykować. Poszłam inną drogą życiową i wcale sobie tego życia nie ułatwiłam. Wręcz przeciwnie - pokomplikowałam je i poplątałam tak, że sama nie wiem, co powiedzieć. 

Mogę się nauczyć wszystkiego w krótkim czasie, ale tylko pod jednym warunkiem - naprawdę będę chcieć. Tylko ogrom pracy mnie przeraża.

Czasem budzę się w nocy z koszmarnych snów, czasem drżę pod kołdrą ze strachu, ale nigdy nie pozwolę sobie na sytuację, w której znalazłam się rok temu. Nie pozwolę. Nigdy więcej.

Czas na nowe.

23 kwietnia 2014

Szczęśliwa blondynka w dalekim kraju.

Sztuczna inteligencja nie pomoże, jeśli ktoś urodził się blondynką. Jestem blondie, choć od lat zmieniam sobie kolory włosów, robiąc sobie tzw. sztuczną inteligencję. Jak tylko skończyłam szkołę średnią, blond poszedł w zapomnienie, choć bywało, że to co miałam na głowie, przypominało trochę blond. 
 
Jak na blondynkę przystało, roztrzepana jestem do niemożliwości, uśmiechem i mruganiem oczętami usiłuję wybrnąć z trudnych sytuacji, no i powtarzam, że to nie moja wina, że urodziłam się z włosami blond, a sztuczna inteligencja jakoś na dobre zakorzenić się nie chce. 
 
Zakupiłam dziś drukarkę, a raczej urządzenie z serii dużo w jednym i jakież było moje zdziwienie, kiedy odkryłam, że zapomniałam kupić właściwe usb. No przecież kabelek od zawsze był w moim posiadaniu... a jakże był. I jest. Leży sobie spokojnie w Polsce, czekając na lepsze czasy. 
 
Drogi do nowego miejsca zamieszkania właśnie zdążyłam się nauczyć, a jak się zdążyłam nauczyć, to pewnie niedługo się znów przeprowadzę. Zwykle tak bywa, że jak się przestaję gubić i za dobrze orientuję się w terenie, znów się przeprowadzam, bo przecież nudno być nie może. 
 
Właśnie stuknął mi roczek w kraju tulipanów. Bardzo dużo zmieniło się przez ten czas we mnie i w moim życiu. Moje myślenie wróciło na inne tory i ja wróciłam na swoją właściwą drogę życiową, którą kiedyś podążałam, a z której zeszłam, sama nie wiedząc, dlaczego.
 
Przeszłam daleką drogę od tego, co było, a było w ubiegłym roku bardzo bardzo źle. Źle było ze mną i źle działo się w moim życiu. Walnęłam porządnie o dno, stanęłam pod ścianą z nożem na gardle i to mnie otrzeźwiło. Pamiętam, jak bardzo się bałam. Przerażało mnie wszystko. Przerażało mnie normalne życie. Przerażało mnie wszystko nowe. Ciężko było mi zrobić jakikolwiek krok naprzód. W dodatku tak zatopiłam się w depresji, tak chętnie w niej pływałam, że jeszcze chwila, a utopiłabym się. 
 
Nawet nie przypuszczałam, że tak okrutnie odbije się na mnie śmierć ojca. Po śmierci mamy było inaczej. Tydzień przeleżałam i przepłakałam w łóżku, ale miałam obowiązki względem cioci oraz taty, więc musiałam być silna i się pozbierać. Lecz kiedy tato umarł, nagle moje życie zostało pozbawione sensu. Odszedł bliski mi człowiek, człowiek, z którym wzajemnie wspieraliśmy się przez kolejne miesiące i lata, potem posypały się inne sprawy w moim życiu i zostałam sama. Niezupełnie sama, bo z milionem problemów i duszą pełną lęku. 
 
Musiałam się cofnąć. Zrobić wielki krok w tył. Musiałam nauczyć się żyć na nowo. Mało kto wie, w jak kiepskim byłam stanie. Niewielu wie, że wciąż bywają dni, że jest ze mną naprawdę źle. Depresja - to się leczy, ale... mam wrażenie, że jest ze mną trochę tak jak z alkoholikiem po leczeniu, którego kusi się np. lampką wina. Co by było, gdyby napiłby się choć jeden łyk...  
 
Gdy sobie pomyślę o tym, co było, żal mi jest samej siebie. Zbudowałam sobie porządną klatkę, zamknęłam się w niej i zakryłam się płachtą. Wciąż dręczą mnie koszmary, a gdy w telefonie wyświetla mi się nieznany numer, paraliżuje mnie strach. 
 
Buduję swoje życie po cegiełce. Tu w innym kraju czuję się bardziej na swoim miejscu. Trochę tak jakbym znalazła się gdzieś, gdzie znaleźć się musiałam. Mieszkam w kraju, w którym mogłam się urodzić. I właściwie to niewiele brakowało, a mieszkałabym tu od urodzenia. 
 
Czy to my wpływamy na nasze życie, czy może przeznaczenie nim kieruje? A może los wpływa na nasze życie w zależności od decyzji, które podejmujemy? Jakkolwiek by nie było, w końcu będzie dobrze, a później jeszcze lepiej i lepiej. 
 
Pierwszy strzał trafił we właściwe miejsce. Teraz pora na kolejny. Odsłonę drugą czas zacząć. Długa droga mnie czeka, pełna ciężkiej pracy, ale ja się jej nie boję. 
 
Ten kraj, ludzie, których tu poznałam, ciężka praca tak fizyczna, jak i umysłowa, zmotywowały mnie bardzo i przywróciły mi siebie. Oddano mi samą siebie. Jestem szczęśliwa.