Pokazywanie postów oznaczonych etykietą praca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą praca. Pokaż wszystkie posty

16 sierpnia 2014

Na górze i na dole.

Pękło 150 km.
 
1 rower + 1 tydzień + 1 CzG + 1 praca = 150 km
 
Jestem dumna z siebie. Kondycję nadal mam marną, jednak weszłam na wyższy poziom. Już się nie wlekę w takim tempie, że starsi ludzie i małe dzieci mijają mnie na ścieżce, a prędkościomierz mnie nie zauważa. 
 
Osiągnęłam zawrotną prędkość 21 km/h i pobiłam własny rekord - czasówka do stacji kolejowej w centrum. Pierwsza próba - zgubiona droga i czas katastrofalny. Druga próba - 30 min. Nowy rekord - 10 min z oczekiwaniem na wszystkich światłach. 
 
Co prawda daleko mi do Holendrów, którzy we trzy osoby jadą jednym rowerem, jednoosobowym rowerem albo przewożą tymże środkiem transportu różne dziwne rzeczy - typu szafka łazienkowa, drukarka, plecak ze stelażem wielkości połowy mnie i to wcale nie na plecach ten plecak, o ilości toreb, siatek, siateczek, tub i innych takich nie wspomnę. I w dodatku oni jadą. Przemieszczają się. I to całkiem szybko. Piszą smsy w trakcie jazdy i robią inne zupełnie zwyczajne rzeczy, aczkolwiek dla mnie wciąż nieosiągalne w trakcie jazdy. Ten poziom jest mi obcy. Przy moim roztrzepaniu, gdybym coś takiego odwaliła, to tym razem znalazłabym się pod kołami jakiegoś pojazdu, ale tym razem z własnej winy. Nie będę cudować. Dobrze, że na pełnej prędkości wchodzę w zakręty i nie zsiadam z roweru, jadąc pod górkę. Noooo i nawet się przemieszczam wieczorową porą oraz wczesnym rankiem, produkując prąd do mych światełek i daję radę. I nawet nauczyłam się drogi do pracy i już się nie gubię. Szukanie skrótów sobie odpuściłam, co by się nie wpuścić w maliny i na zaliczyć wpadki z deszczu pod rynnę.
 
Mały sukces na drodze ku wielkości ;) 
 
Zaliczyłam też sukces nr 2 czyli zaczęłam rozmawiać, zmuszona koniecznością, po holendersku przez telefon. Zaczęło się od angielskiego, po czym przeszłam na holenderski i tak już zostało. Mówię, co prawda, wciąż okrutnie kwadratowo i zdarza mi się zapominać o regułach gramatycznych, gdy chcę coś szybko powiedzieć. Jednak o dziwo ludzie mnie rozumieją i ja ich też. Co prawda nadal wciąż czasem nie wiem, o co im chodzi i czy aby na pewno myślą, i czy myślą o tym samym, co ja... Jednakże słowa rozumiem, choć może nie wszystkie, a sens również uchwycę, a jak nie rozumiem ich toku myślenia, dopytuję aż do skutku. Czasem wychodzi z tego coś bardzo zabawnego.

Szef się mnie wczoraj pyta, czy ja i moja koleżanka Czeszka jesteśmy bliźniaczkami. Ja patrzę na niego jak sroka w gnat i nic nie mówię. No to on znowu pyta. Ja nic. W końcu on do mnie, czy ja go rozumiem. Ja, że tak, tylko nie próbuję wymyślić, skąd on to wziął, że ja i ona... itd. skoro ja Polka, a ona Czeszka. On mi na to, że w sumie co za różnica, skoro jak gadamy to ja do niej po polsku, ona do mnie po czesku, a jak się nie możemy dogadać, to wtrącamy - ja holenderski, ona - niemiecki. No to mu mówię, że wtedy to ja już w ogóle nie wiedziałabym, kim jestem, bo rodzina ojca pochodzi ze Szkocji, a poza tym inne mixy u nich też były, a moja mama w połowie była Ukrainką, więc ja jestem w jednej czwartej. To on się mnie pyta, w której połowie moja mama jest Ukrainką - górnej czy dolnej. Ja na to, że musiałabym dziadków spytać, kto był na górze, a kto na dole ;)
 
To już mamy dwa małe sukcesy na drodze ku wielkości ;)
 
Czas na sukces numer 3... :)
 
 

26 stycznia 2014

I żyli długo i szczęśliwie.

I żyli długo i szczęśliwie. 

Wciąż nie mogę się nadziwić, że ludzie w tak różnym wieku wierzą w koniec jak z bajki. Księżniczki i książęta, damy z wieży i rycerze na białych koniach, wielka nieskończona miłość i piękna bajka. Bla bla bla... pierwsze poważne problemy i wszystko zmienia się w bańkę mydlaną. Pęknie albo nie pęknie. 

Wyjdziesz za mąż i urodzisz dzieci. (A ktoś zapytał czy ja w ogóle chcę?)

Spotkasz kogoś godnego siebie. (Ciekawe, co też wypowiadający miał na myśli konkretnie?)

No popatrz na nich jaka dobrana zgodna para. (A co te dzieciaki wiedzą o małżeństwie, które tak naprawdę dopiero się u nich zaczyna?)

W nieskończoność ludzie wokół raczą mnie takimi tekstami.

Ostatnio koleżanka z pracy wypaliła do mnie pytaniem czy ja i jeden mój dobry kumpel z pracy jesteśmy razem. Gdy spytałam, dlaczego tak sądzi, odpowiedziała mi, że widzi, że dużo z nim rozmawiam, że się uśmiechamy, kiedy rozmawiamy i że widać, że dobrze się rozumiemy. Zachciało mi się śmiać. Pomyślałam sobie tylko - dziecko drogie, musisz się jeszcze trochę o życiu i ludziach nauczyć. Bardzo interesująca teoria. Naprawdę. Szkoda tylko, że koleżanka za moimi plecami robi wywiad na mój temat - co, z kim, gdzie, kiedy. Ewidentnie szuka potwierdzenia dla swojej teorii, tylko jakoś nikt potwierdzić jej nie chce. Ciekawe, czy koleżanka zastanawia się też nad tym, ile razy, jak i z kim się kocham, i czy z nim też?

Czy to ja mam tak ciekawe życie, czy też może inni mają je tak nudne?

Dopóki trzymam język za zębami i zadaję się z ludźmi, którzy robią to samo, jest dobrze. Dopóki niektórzy Polacy, z którymi mam wątpliwą przyjemność mieszkać i pracować, wiedzą o mnie tylko niezbędne minimum, jestem bezpieczna. 
 
Nie lubię w ludziach kilku rzeczy. 
 
Głupota zajmuje pierwsze miejsce na mojej liście. Nie mogę jej ścierpieć i zrozumieć, dlaczego pewne osoby nie wiedzą, do czego służy mózg, a nawet jeśli wiedzą, to użycie go do czegoś innego niż kontrola funkcji życiowych przekracza ich możliwości. 
 
Na liście tej znajdują się ponadto: plotkarstwo i zaspokajanie ciekawości o życiu prywatnym innych ludzi za wszelką ceną, chamstwo, brak honoru, kłamstwo, bycie brudasem (nie ważne czy dotyczy to syfu w domu, czy braku higieny - wychodzi na to samo - brudas=brudas). Kilka rzeczy by się jeszcze znalazło. Jednakże ze wszystkim można jakoś powalczyć, nooo... ze wszystkim oprócz jednej rzeczy - głupoty właśnie. Głupich nie sieją, sami się rodzą.  

Gdyby tak postrzegać ludzi, jak postrzega ich moja koleżanka z pracy, to wyszłoby, że mam przynajmniej dziesięciu facetów i w dodatku byłabym w związkach też przynajmniej z pięcioma kobietami. Tylko kiedy dałabym radę się z nimi spotykać? Noooo nawet ja bym nie spostała temu, aby im wszystkim zrobić dobrze ;) zważywszy na to, że z kobietami miałabym wielki problem... no jakoś w paniach nie gustuję.

W związkach międzyludzkich jest chemia albo jej nie ma. Ludzie się dogadują albo nie. Lubią się albo nie. Jeśli dwoje ludzi dobrze się rozumie, otoczenie to widzi, ale to w jakich relacjach pozostają ze sobą ludzie nie musi być wcale jasne. Jeśli zainteresowani jakoś relację określają, to trzeba to przyjąć tak, jak jest. Proste i logiczne. Kombinować to sobie może... koń pod górkę. 

Dla niektórych jednak... i teraz mamy dwie opcje:
1. nie do ogarnięcia i nie do strawienia
bądź
2. niezaspokojona paląca ciekawość.

M. przyjaźni się i koleguje z Holendrami, Turkami, Arabami i Czarnymi. Turcy i Arabowie wodzą za nią wzrokiem, gdzie się nie ruszy, ale żaden nie łamie granic, które postawiła i w dodatku odnoszą się do niej z szacunkiem, nie nawijają o seksie, itd., co nie znaczy, że gdyby chciała... ale M. cały świat widzi tylko w oczach jednego faceta. Bo M. ma coś takiego w sobie co działa na Arabów i Turków, także na Latynosów i na Czarnych, ale na Europejczyków i im podobnych już nie. Dla rodaków jakoś trudna do strawienia, z drobnymi wyjątkami ;) Jednak gdyby M. urodziła się w arabskim świecie, zakrywanie jej od stóp do głowy nic by nie dało. Musiano by zakryć jej oczy, oczy, w których widać, że M. jest jednocześnie małą dziewczynką i silną kobietą. Bo to coś w M. to tylko taki mini magnesik w oczach. Nic więcej. Tylko że tu M. może sobie pozawalać, aby rozmawiać spojrzeniem. A że inni to widzą i snują własne wizje. Cóż. Może czas poszerzyć horyzonty i nauczyć się więcej o ludziach, ponieważ życie ma dla nas miliony scenariuszy i to niekoniecznie z jedną wersją zakończenia.

24 lipca 2013

Plotki plotkami.

Przelewają się we mnie emocje. Góra - dół. Góra - dół. Góra - dół. Falują we mnie myśli. Mdli mnie od ogórków, na widok melonów, której dalej nazywam śmierdzielami i arbuzów też mnie mdli, więc trzymam się z daleka od nich. Na pomarańcze też długo nie spojrzę, podobnie jak na ziemniaki. Banany jem tylko z musu, ze względu na bolące bebechy. Siniaki poschodziły. Pozostało kilkanaście blizn, szczuplejsze ciało i jadłowstręt, który na szczęście coraz mniej przypomina anoreksję. 

Może dobrze się stało, że pożegnałam się z tamtą pracą, bo jeszcze trochę i chyba by się to dla mnie szpitalem skończyło. Mogłabym mieć też poważne kłopoty z donoszeniem ciąży (nie że teraz tylko w przyszłości, bo zapylona jeszcze nie jestem). 

W sumie możliwe że nie ma tego złego. Może jest więcej plusów obecnej sytuacji. Tyle tylko że nie ze wszystkich zdaję sobie w tej chwili sprawę. 

Miło też wiedzieć, że nie tylko ja się burzyłam pewnymi sprawami w pracy - obcinaniem czasu, dokładaniem produktów i utrudnianiem pracy. Miałam niezłe poparcie jak się okazało po czasie. Dobrze wiedzieć, że moje słowa nie rozpłynęły się i pewne sprawy poprawiono. Mi to się na nic nie przyda, ale mojej siostrze i kilku innym osobom, które bardzo lubię, ułatwi pracę. A to bardzo ważne, zwłaszcza że bywają dni, kiedy we własnych rękach przerzuca się po 40 ton. To ektremum, którego pechowo doświadczyłam przez ostatnie półtora tygodnia i poległam na nim. Właśnie usiłuję odrodzić się jak feniks z popiołów. 

miejsce akcji: praca, kantyna dla palących (ja nie palę gdyby ktoś pytał tylko heroicznie truję się dymem wydychanym przez innych)
czas: przerwa na kawę

P: Coś wam powiem. Ale naprawdę nie uwierzycie. No ale to prawdziwa prawda.
Reszta: Noooo.
P: Mam sąsiada Turka. Wiecie co zrobił wczoraj?
Reszta: Noooo?
P: Swojemu trzynastoletniemu synowi przyprowadził kozę, żeby on stał się mężczyzną. Bo wiecie, oni mają taki zwyczaj.
Reszta parsknęła śmiechem.

Bardzo to ciekawe, zwłaszcza że wszyscy zainteresowani mieszkają w środku miasta, w dodatku w bloku. Nikt oczywiście nie uwierzył w tę historię, choć P. mówiła to całkiem poważnie, jakby sama w to wierzyła. No może wierzyła...? Albo jak zwykle usłyszała trochę i resztę dopowiedziała... albo nie zrozumiała... zwłaszcza jeśli to było po holendersku. Gdyby to opowiedziała któremuś Turkowi... chciałabym widzieć minę i reakcję Turka oraz samej opowiadającej. Byłoby to bezcenne. 

P. uwielbia opowiadać wszystko o wszystkich. Dzięki temu dowiedziałam się kilku rzeczy o sobie, o których nie miałam w ogóle bladego pojęcia. Teraz, gdy mnie tam już nie ma, będą krążyć z pewnością znacznie ciekawsze rzeczy niż moja ciąża.

Kiedyś, gdy tak paplała po kolei o każdym kto wszedł do kantyny, traf chciał, że wszedł człowiek, którego znam, bardzo, ale to bardzo lubię i którego widziałam w naprawdę różnych sytuacjach. Ta zaraz wyleciała z tekstami jaki to on jest chamski, jaki wredny, jaki okropny dla innych, jak to utrudnia wszystkim pracę wokół, jak na nowych pracowników krzyczy, itd. No i gdy ona tak jedzie po nim, jak po łysej kobyle, ja się zwijam przy stoliku ze śmiechu, łzy mi ciekną, brzuch mnie już zaczyna boleć. P. patrzy zdziwiona na mnie i pyta się z czego ja się tak śmieję. Ja jej na to, że mam dobry humor i głupawkę. A prawda o owym człowieku, który wszedł wówczas do kantyny jest inna. Tylko aby to wiedzieć, trzeba by go najpierw w ogóle znać trochę, a najlepiej jeszcze prywatnie, zwłaszcza że należy do zamkniętych w sobie ludzi. 
Ona go nie lubi po prostu. Jak sądzę, ze wzajemnością. Być może, jak to ma w zwyczaju, po chamsku i wulgarnie wyleciała z mordą na niego, zaczęła rozstawiać go po kątach, a on ją sprowadził do pionu i sobie nie pozwolił. To taki człowiek, który w słowach jest bardzo szczery, wręcz brutalnie (nie mylić czasem z chamstwem czy wulgarnością, bo nie to miałam na myśli). Bo z nią inaczej się nie da, jak tylko słownie otrzeźwić, ponieważ jej wydaje się, że skoro własnego męża i rodzinę trzyma pod pantoflem, to wszyscy będą skakać tak, jak ona im zagra. I tak właśnie z antypatii rodzą się plotki.

P. czasami jest śmieszna. Ale tylko czasami. Zwykle można zauważyć, że jest wulgarna, chamska i bezdennie głupia. Dawno nie spotkałam kogoś tak żywo zainteresowanego plotkami i żądnego wiedzy na temat wszystkich wokół. Barwna postać z wyjątkowo bujną wyobraźnią. Jednak lepiej trzymać się od niej z daleka.

12 lipca 2013

Zjadające nerwy.

Właśnie zaczęłam się bać. Ogrom tego wszystkiego naprawdę mnie przeraża i przytłacza. 

Wczoraj mu powiedziałam, że jestem aut z pracy. Stwierdził, że postąpili ze mną po chamsku. Jednak jeśli o mnie chodzi, to i tak dla mnie byli znacznie bardziej mili niż dla jednego faceta. 

W teorii wcale nie musiałam zostać wyautowana, bo było kilka innych możliwości. W praktyce natomiast, jest tu tak, że jeśli chcą cię wyrzucić i komuś na tym zależy, to prędzej czy później to zrobią. Świnię może podłożyć ci każdy i to tak, że nawet nie zauważysz, co się święci.

Moja własna siostra jeszcze się wybroniła przed wyautowaniem. Kumpla jeden facet z roboty też chce się pozbyć i gościu nie ma łatwego życia. Na razie się wybronił, ale obawiam się, że któregoś dnia może nie mieć tyle szczęścia. Tu bardzo łatwo pozbyć się ludzi. Ostatnio kumpela wyleciała... bo była za słabo zmotywowana do pracy. 

Mnie się zaczęto czepiać od pewnego momentu i w końcu się udało. Jak chcą cię wywalić, to powód się w końcu znajdzie. Oficjalnie jestem aut z jednego powodu, ale w rzeczywistości poszło o coś innego.

Z czymś takim spotkałam się w pracy za granicą drugi raz. Za pierwszym razem nawet się nie broniłam, bo nie chciałam w tamtej firmie pracować. Szefowa była tak wredna i tak dawała w kość, że nie szło z nią wytrzymać. Bez żalu rozstałam się z tamtym zajęciem. 

Tu natomiast... lepiej mieć oczy dookoła głowy. Jeśli cię w pracy ludzie lubią - uważaj. Zawsze znajdzie się ktoś, komu jesteś nie na rękę, komu to się nie podoba i może postarać się pomóc tobie wylecieć. 

Po wczorajszym i dzisiejszym mam pełną głowę informacji. Jestem w totalnym szoku. Ludzie potrafią takie rzeczy robić, żeby pomóc innym wylecieć... Normalnie aż nie chce się wierzyć. 

Nawet przez chwilę się zastanawiałam, czy nie iść do szefa szefów, ale nawet gdyby mnie przywrócił, (a myślę, że tak by było) to chyba bym nie chciała tam wracać. Wtedy byłabym na celowniku jeszcze większej liczby osób i wyleciałabym kolejny raz. Tyle tylko że mogłabym mieć duże problemy ze znalezieniem nowej pracy. 


Pracy jest tu sporo. Można się gdzieś załapać. Boję się tylko o to, abym nie trafiła gorzej i nie wpadła w jakieś bagno. Martwię się, denerwuję się. Kryzys zaczyna mnie dopadać. On mi mówi, że sobie poradzę, że jestem mądra, że wszystko się ułoży. 

Momentami myślę, czy nie rzucić tego wszystkiego i nie wracać. Tylko że nie mam do czego wracać. Do domu? Co to za dom, w którym czekają tylko puste ściany? Nie mam domu. Mam cztery własne ściany, ale nie mam domu. Nie mam pracy. Nie mam rodziny. 

Nie wiem, czy będę potrafiła tu żyć. Czy nauczę się tu normalnie żyć? Co będzie z nami. Boję się jak jasny gwint. Bardzo dużo spraw do ogarnięcia. Strach, czy wszystko się uda. 

Trzymajcie kciuki!  

11 lipca 2013

No to mnie wylali.

Poprzedni tydzień skończył się fatalnie na polu zawodowym i dobrze na polu osobistym. Ten tydzień zaczął się fatalnie, a jak się skończy?

Z pracą się pożegnałam. Dżungla przez półtora tygodnia dobiła mnie ostatecznie. Z drugiej strony co to za przyjemność stanowić dla pracodawcy szereg liczb zamiast człowieka? 

Czy żałuję? Tylko z jednego powodu.

Czy wrócę do kraju? Nie ma takiej opcji. 

Pracy tu jest pełno i od poniedziałku szukam sobie nowej.

Od dwóch tygodni czułam, że to się tak właśnie skończy, bo zaczynają się kończyć moje fizyczne możliwości, a przewalanie codziennie w rękach po ponad 30 ton skończy się moim zwolnieniem, jeśli dalej będę mieć takiego pecha a ktoś dalej będzie mi w tym usilnie pomagał. 

Obecna sytuacja nie jest dla mnie dobra, bo trochę mi skomplikowała życie i narobiła problemów, ale dla życia prywatnego może okazać się zbawienna. Atmosfera w pracy momentami była nie do zniesienia. Przez tę cholerną robotę mieliśmy kilka nieporozumień, nagromadziło się między nami problemów i niewiele brakowało, abyśmy się rozstali. 

Intensywnie uczę się języka, orientuję się w możliwościach, szukam nowych rozwiązań, szukam nowej pracy. 

Zupełnie się nie załamuję. Nagle przestałam się męczyć, stresować, myśleć w kółko o tym, że przez Niego ludzie będą mi podkładać świnie, utrudniać pracę, że on będzie opierdalany jeśli tylko mi pomoże, nie będzie mieć normalnego życia w robocie za rozmowy ze mną, że wciąż ktoś będzie nas usiłować skłócić, tylko dlatego że z żadnym z tych pieprzonych facetów nie chciałam się umówić. 

Jedyna korzyść z tej pracy jest taka, że poznałam Jego. Najlepsza korzyść. Warto było się pomęczyć i pozajeżdżać samą siebie. 

Mogłam się uratować przed zwolnieniem, ale nagle doszłam do wniosku, że to co dzieje się poza nią, jest dla mnie znacznie ważniejsze. Po ostatniej naszej rozmowie dotarło do mnie, że bez niego to wszystko nic nie jest warte, bo wcale nie chcę, aby praca stanowiła sens mojego życia. 

Okropnie długą i wyboistą drogę musiałam przejść, aby trafić do punktu, w którym trafiliśmy na siebie. Ja tam trafiłam, on zrobił resztę. Teraz wszystko mamy w swoich rękach. Może coś z tego będzie? Tylko teraz będzie nam jeszcze trudniej, a może paradoksalnie łatwiej?

Zeszło ze mnie ciśnienie, ogarnął mnie spokój. Chyba powinnam płakać, załamywać się albo coś? A jestem szczęśliwa, spokojna, choć z lekka przerażona ogromem spraw do ogarnięcia.

 

1 lipca 2013

Spalone.

Jutro 8 dzień pracy z rzędu. Wszystko boli mnie po kolei. Maraton... przewalone ponad 50 ton własnymi rękami. W sobotę praca dała mi tak popalić, że myślałam, że nie wytrzymam do końca dnia pracy. Gdyby nie siła woli, to bym sobie nie poradziła. Wakacje będą ciężkie i długie. Dużo ludzi na urlopach, w pracy zbyt mało, a pracy niewyobrażalnie dużo. Pozostaje wytrzymać jakoś do urlopu. 

Widok jedzenia doprowadza mnie do mdłości. Nie jestem w stanie niczego wmusić w siebie poza śniadaniem. Praca doprowadza mnie do wstrętu do jedzenia. Wiem, że powinnam jeść i jeść więcej, ale nie zamierzam się zmuszać. 

Poza tym jestem okropnym tchórzem. 

Presja jest nie do zniesienia. Nie do wytrzymania. Ostatni tydzień to była jakaś masakra. Mam dość. Chcę świętego spokoju. 

Uciekam.

Nie potrafię stworzyć niczego. 

Własne uczucia mnie przerażają. 

W weekend zdałam sobie z czegoś sprawę. Szok. Nie przypuszczałam. Stało się. Dlatego więcej się z nim nie spotkam. 

To głupie. Wiem. Nie dam rady. Nie dam po prostu rady. Oczy mnie zdradzą w jednej chwili. Nie chcę tego. Nie zniosę. Boję się. Jestem tchórzem. 

Poza tym zgubiłam gdzieś swoją głowę. 

Wczoraj, chwilę przed wyjściem do pracy, stwierdziłam, że moje jedyne spodnie do pracy są wciąż mokre, więc postanowiłam, że zrobię to samo co zwykle, czyli je podsuszę. Chwilę później, włącza się alarm przeciwpożarowy. Nic się nie pali, tylko spodnie parują. Ściągnęłam je z elektrycznego kominka, otworzyłam okno, alarm wył nadal. Ja w panice, siostra w panice, bo nie wiadomo, jak to cholerstwo wyłączyć. W końcu przestało wyć. Postanowiłam się ubrać, bo za pięć minut musiałyśmy wyjeżdżać do pracy. Wkładałam spodnie i... one były w kilku miejscach zielone i sztywne. Myślałam, że mi się nie doprały po ogórkach, które układałam. Wstałam, a moje spodnie... trzask trzask... wszystko się rozeszło. Spodnie poszły w strzępy. Spaliłam je. Muszę do pracy wychodzić, a nie mam żadnych spodni. Przypomniałam sobie, że są jedne, ale że chyba w nie się nie zmieszczę... a jednak się zmieściłam. Nic dziwnego, skoro jem tylko tyle, żeby z głodu nie umrzeć. 

Przy okazji zepsułam sobie zamek w swetrze. Zablokowałam radio w aucie. 

Jestem blondynką i nic nie pomoże to, że od dziesięciu lat usiłuję stworzyć sobie sztuczną inteligencję. Skądś musiały się wziąć kawały o brunetkach. To po prostu naturalne blondynki próbujące ratować się sztuczną inteligencją na własnej głowie ;) 

Jak widać na moim przykładzie, na wiele się to nie zdaje. Blondynka to blondynka i ukrywanie się pod innym kolorem nic nie pomoże. 

Poza tym czuję się chora. Muszę odchorować własną decyzję. Oczy zaczynały mnie zdradzać. Zresztą otoczenie już i tak zbyt dużo widziało. Presja z tym związana, różne naciski zaczęły być dla mnie nie do zniesienia. Podobnie jak komentarze. Muszę wytrzymać tu jeszcze długi czas, ale w takiej atmosferze... byłoby trudno. 

Jestem tchórzem. Zresztą od początku tego nie ukrywałam, że może się tak zdarzyć, że ucieknę, że to bardzo prawdopodobne. Stało się.

To zbyt wiele dla mnie. Mój mózg sobie z tym nie poradził, dusza mnie zaskoczyła totalnie. 

Nie umiem być szczęśliwa.

Odchoruję to. 

Stanęłam przed koniecznością wyboru. Albo praca, albo życie prywatne. Wybór oczywisty. Praca. Innej decyzji być w tej chwili nie mogło. Głupszej decyzji też nie. Zresztą i tak uważam, że nie jestem warta tego całego zachodu, rozpierdalania dla mnie ustalonego porządku, całego własnego życia. Naprawdę nie jestem kimś, dla kogo warto coś takiego zrobić. Po co mnożyć sobie problemy?

Zawsze odchodzę. Nawet jeśli bardzo chcę zostać. Może dlatego od zawsze to robię, że chciałabym, aby ktoś nie pozwolił mi na to i nie pozowolił mi na to w normalny sposób, w normalny dla mnie sposób... 

Chyba naprawdę oszalałam. 

   














2 czerwca 2013

Ciąg dalszy szaleństwa.

W pracy walczę. Raz jest lepiej, raz jest gorzej. Muszę w końcu zacząć codziennie robić tę cholernie wyśrubowaną normę. Wcześniej tu tak nie było. Było tak jak wszędzie. Jednak nasi kochani rodacy musieli się ścigać w wynikach i część z nich robi to dalej. Efekt jest taki, że jednego dnia owe sto procent jest dla mnie wykonalne, a innego, mimo że latam jak kot z pęcherzem i nawet gdybym na rzęsach biegać zaczęła, nie jestem w stanie dać rady. W zupełności mi wystarczy robić tylko tyle, ile muszę i nic ponad to. Nie zamierzam zachowywać się tak, jak niektórzy czyli jak psychiczna, jakbym uczestniczyła w jakimś pieprzonym wyścigu szczurów. Tylko po co? Przecież i tak dostają premie tylko za dziesięć procent więcej, więc po jaką cholerę tak się zażynać?

Będę walczyć dalej w pracy, bo jej po prostu potrzebuję. Poza tym nieźle płacą, a pieniądze są niestety niezbędne do życia, a chwilowo potrzebuję ich trochę więcej niż zwykle, co by pozamykać, a nie podomykać, pewne sprawy. Jest jeszcze jeden plus tej pracy - idę i robię swoje, a w domu już nie muszę się niczym martwić i pracować po 20 godzin na dobę. Zresztą plusów znalazłoby się znacznie więcej, mimo że jest ciężko.

W życiu prywatnym szaleństwa ciąg dalszy. Nie mam pojęcia dokąd mnie, w sumie powinnam napisać - nas, to wszystko zaprowadzi. Nie poznaję sama siebie. Momentami w ogóle wydaje mi się, ze sama siebie nie znam. Podążam za własnym instynktem, działam intuicyjnie, rozum na wakacje się nie wybiera. A ja nie mam pojęcia, co się ze mną dzieje. Trochę przeraża mnie ta sytuacja. Tym bardziej, że wczoraj zdałam sobie sprawę, że oboje nie mamy nad tym kontroli. Oczywiście w jakimś tam stopniu mamy kontrolę nad sytuacją, ale to wymaga balansowania na granicy własnej silnej woli. Co z tego, że mogę mieć kontrolę nad tym, co w danej chwili robię, jeśli nie mam zielonego pojęcia, dlaczego nie mogę kontrolować całej sytuacji, relacji, znajomości. Wszelkie konsekwencje ewentualne mam przemyślane. Jak zawsze. Mimo to nie potrafię tego wszystkiego nazwać, ogarnąć własnym mózgiem, nic przewidzieć ani zrozumieć.

Codziennie pytam samą siebie, co ja wyprawiam. I sama sobie odpowiadam, że nie powinnam w ogóle się nad tym zastanawiać, tylko brać życie. Czyżbym dostała właśnie od losu, od życia, od Boga, czy tam od kogoś czy czegoś, to czego zawsze pragnęłam i tak jak pragnęłam...??? A przy tym mam milion dylematów i totalny strach przed tym, że nie panuję nad tym wszystkim, nie bardzo mam wpływ, przestaję się hamować, momentami zupełnie sobie odpuszczam i cholernie boję się chwili, w której przestanę mieć siłę i ochotę na kontrolę samej siebie. 

Na koniec powiem tylko jedno... ah... żeby tak przez resztę życia... :)))

18 maja 2013

Coś mnie dopadło. Albo ktoś ;)

Czy wypada flirtować w pracy?

Chyba flirtuję. I jednak chyba daję się poderwać. Jasna cholera!

Jestem zaintrygowana. 

Tylko rozmawiamy. Ale nie wiem dokąd to zmierza. 

Słowne droczenie się. No droczy się ze mną. Rozśmiesza mnie.

Wczoraj zdałam sobie sprawę, że ów facet mnie wypatrzył gdzieś tam dużo wcześniej. Tak naprawdę poznaliśmy się przy sałacie.

Słyszałam, że w tym zimnie kwitną romanse.

Prawie nic o nim nie wiem. Nie znam go. 

On już zaznaczył swoje terytorium. On to naprawdę zrobił. Wczoraj. Przy wszystkich. 

I co ja mam zrobić?

No lubię go...

Przychodzi mi pomóc, jak ma chwilę. Facet z krwi i kości. Stąd ale nie stąd.

Oh no i co ja mam z nim zrobić?

Pan Pomagier no jest niczego sobie, bardzo niczego sobie. 

A ja jestem pracoholiczką. 

Facet który wszystkie kroki zrobił pierwszy.

A ja na to przyzwoliłam. No i teraz nie wiem, co zrobić, bo chciałabym, ale się boję. Niewiele o nim wiem i w ogóle no... nie pamiętam, żeby ktoś aż tak i w ten sposób zabiegał. 

Jest zdecydowany. Wie czego chce. Inteligentny. Ma coś w sobie.

A rozum jak działał, tak działa.

Dobrze. 

Ciekawe czy zadzwoni...

tylko co potem?      

 

 

        

15 maja 2013

Poczuć się kobietą.

Pogoda się poprawiła. W końcu niebo przestało pluć żabami i wyszło słonko. Może nie jest super ciepło, ale za to jest ładnie i co najważniejsze - pranie w końcu schnie szybko. 

W pracy jestem coraz bliżej normy, ale jeszcze trochę mi brakuje. Jak zepnę dupkę, to może w tym tygodniu coś koło 90% zrobię. Ostatnio o dziwo nadrobiłam czas na dżungli, ale byłam tak zmachana, że ostatnią pracę wykonywałam w żółwim tempie. Zresztą po jej wykonaniu mogłam iść już domu, więc wcale się nie spieszyłam. Przyznam szczerze, że po kilku godzinach poginania na dżungli, po iluś tonach warzyw i owoców, nie miałam już siły. Jak mnie taką zmachaną zobaczył jeden znajomy, to zamiast iść do domu, postanowił mi pomóc, abym szybciej skończyła i mogła wreszcie iść. Właściwie to cały dzień mi pomagał, jeśli akurat był w pobliżu. Zresztą, jak sądzę, miał w tym swój cel... pomijając całą sympatię do mnie. 

A zaczęło się od sałaty... Choć może zaczęło się wcześniej, tylko tego nie zauważyłam. Od początku właściwie wykazywał się uprzejmością pod moim adresem, pomagał, robił mi miejsce, przepuszczał mnie od razu, itd. Wczoraj też. Za to przy sałacie, jak prawie w niego wjechałam (no bo ja to muszę mieć miejsca jak dla słonia, a czasami się zagapię... ;)), zamiast pracować, zaczęliśmy gadać i przestaliśmy nawet udawać, że pracujemy. Zresztą zaraz była długa przerwa, z której zeszłam szybciej, żeby pracować, skoro zrobiłam ją sobie 5 minut wcześniej.

Mój współlokator, który był ze mną na zmianie, pyta się mnie, czemu tamten tak za mną wciąż chodzi przez cały dzień, że pewnie się narzuca czy coś. Ja mu na to, że w przynajmniej mi pomaga i nie muszę wrzucać ostatniej skrzynki z główki. Skończyło się tym, że mój współlokator od wczoraj ze mną nie rozmawia. Czyżbym go uraziła? Ale co tam. On jest z tych, którzy będą stać bezczynnie, gapić się, zajeżdżać drogę, zastawiać, ale nie pomogą, tylko będą się bezczelnie uśmiechać. 

Nie oczekuję, że ktoś będzie pracował za mnie, bo tego nie chcę. Nie oczekuję też, że będzie mi pomagał, ale trochę przyzwoitości, kultury by się przydało. 

Wracając do mojego hmmm... pomocnika, to zabawny facet i chyba wpadłam mu w oko. Nie wiem, czy to dobrze, czy to źle. I zauważyłam, że nie jemu jednemu. Dlaczego? Pojęcia nie mam. Zielonego, fioletowego, żółtego, żadnego. Odróżniam oczywiście miłe teksty, oznaki uprzejmości, sympatii od tego, co jednak oznacza coś innego. 

Pan Pomagier jest kuźwa przystojny jak cholera. Trochę to rozprasza. Nie wiem, czy to wina jego wyglądu, mojego wyposzczenia, czy jednego i drugiego. Nie zamierzam jednak rzucać się na niego i wpijać się w niego jak wampirzyca, zresztą w żadnego innego przystojniaka też nie, a jest ich kilku w pracy. No może ewntualnie pogram sobie w grę uwodzeniem zwaną.

A tak serio to, to miło było sobie przypomnieć, jak to jest poczuć się choć przez chwilę kobietą (oczywiście z tej konkretnej perspektywy, bo z innych czuję się zawsze i wszędzie).

    

10 maja 2013

Kryzys.

Na dworze zimno i wieje jak wściekłe. Nad ranem padało. Dziś po pracy miałam okropny kryzys. Psychiczny. Łzy mi ciekły strumieniami. Presja psychiczna. Wymiękłam. Ludziom, którzy już jakiś czas tam pracują, w tym mojej siostrze, wydaje się, że tekstami w stylu, że muszę szybciej pracować i pytaniami o to, czemu nie robię jeszcze normy, motywują. Nie wiem czy to na kogoś motywacyjnie działa, bo na mnie działa demotywująco. 

A poranne teksty i zachowanie mojej siostry totalnie mnie dobiły. Jeśli dodać do tego stres, zaczepianie przez facetów w pracy, chamskie komentarze, to mogłam w domu tylko usiąść i płakać. Zupełnie nie miałam siły na nic. 

Presja psychiczna mnie dobiła. Do tego ja chyba za bardzo chcę. Wrodzony perfekcjonizm wcale tego nie ułatwia. Rano miałam ochotę rzucić wszystko i wrócić do B. Tylko że ja nie zwykłam się poddawać. Nie mogę. 

Muszę znaleźć tu sobie jakieś miejsce, w którym będę mogła odreagować,bo na wolny pokój w służbowym mieszkaniu przyjdzie mi jeszcze trochę poczekać. Chyba wybiorę się do sklepu z używanymi rowerami i kupię sobie taką starą holenderkę. Przynajmniej na przejażdżkach będę miała choć na chwilę święty spokój, będę mogła pobyć sama ze swoimi myślami, wyciszyć się, aby nie reagować tak drastycznymi emocjami, ponieważ w szybkim tempie wykończę albo siebie, albo innnych, albo wszystkich.  

2 maja 2013

Drugi wariant snów.

To dzisiaj o drugim wariancie snów, ale nie tylko.

Sny erotyczne.

Rzadko je miewam. Jeśli się pojawiają, zwykle są takie niedopowiedziane, ulotne, "opowiadane" jak przez firankę, może jak przez mgłę. Ostatnio natomiast noc w noc na zmianę ze snami o pracy. Niewiele z nich pamiętam, a to co pamiętam, jest tak realne, namacalne... Sama nie wiem, dlaczego tak właśnie.

Sądzę jednak, że to wina podświadomości i pracy z facetami. Kobiet jak na lekarstwo w pracy i w domu, za to facetów od groma i ciut ciut. Testosteron bucha z każdego kąta, a potem, kiedy śpię, znajduje to swoje odzwierciedlenie.

Podświadomość to zupełnie inna bajka. Albo może nie zupełnie inna, a trochę inna. Wczoraj zdałam sobie sprawę z tego, że prawie wszystkie książki, które zabrałam ze sobą, traktują o seksie, erotyzmie a nawet jeśli nie jest to główny temat, to prędzej czy później ów motyw się w nich pojawia. Nie żebym wybierała specjalnie takie książki, po prostu wzięłam te, które leżały obok łóżka na tzw. kupce do przeczytania. Tyle ile mi się zmieściło, tyle zabrałam ze sobą

Moja podświadomość jest od pewnego czasu monotematyczna i traktuje tylko o jednym. To się nazywa chyba wyposzczenie czy jakoś tak. Nie zamierzam się rzucać na kolegów z pracy czy współlokatorów, ani tym bardziej na zupełnie obcych mężczyzn, za to we śnie... i znów ów tajemniczy facet. Gdyby to mogło być realne... 

Gdyby żaby żarły żyto... ale skoro nie jedzą, to nie ma co gdybać.

Dziś kolejna nocka w pracy. Mam nadzieję, że pójdzie mi lepiej niż ostatnio. Oby dziś sprzęt nie utrudnił mi pracy, bo ostatnio to przesadził ze złośliwością. 

Moje łapki czują się już lepiej, więc będę mogła częściej pisać, a także przestanę zaniedbywać bloga z opowiadaniami. Przyznam, że ostatnio miałam kłopot, żeby się nawet herbaty z kubka napić. 

Trzymajcie za mnie kciuki. Proszę. Muszę poprawić wyniki i potrzebuję tej pracy, żeby wyjść na prostą.

Pozdrawiam Was serdecznie i życzę ciepłego, słonecznego długiego weekendu :)