Pokazywanie postów oznaczonych etykietą z plecakiem czy z mapą. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą z plecakiem czy z mapą. Pokaż wszystkie posty

8 lipca 2012

Dom z porzeczkami.

Pierwszy raz byłam tam ponad 10 lat temu. Słyszałam coś o opuszczonym domu i czarnych porzeczkach. Wsiadłam na rower i kierując się ustnymi wskazówkami, pojechałam tam. Kilka minut jazdy od domu mojej siostry. Najpierw do brukowanej drogi, następnie przez most i zaraz za mostem w lewo, a dalej pod lasem już prosto. Od drogi widać było dom i krzaki porzeczek, lecz aby tam dojechać trzeba było skręcić raz jeszcze w lewo i kawałek pojechać prosto. Wtedy okolica domu nie była tak mocno zarośnięta, a porzeczki nie były zdziczałe. Winorośle oplatały dom, lecz nie były zbyt rozrośnięte. Obok domu było skoszone pole z resztkami stogów siana i rozwalającym się wozem. Tuż przy polu stała budka z dykty. W środku był stołek, kanapa, popielniczka z niedopałkami. Dom stał pusty. Za to krzaki porzeczek pełne były pięknych dużych owoców.

Jakieś dwa lata później wraz z moimi dwoma siostrzeńcami codziennie jeździliśmy tam. Nigdy nie pochodziliśmy do domu. Jednak któregoś dnia postanowiliśmy obejrzeć go sobie. Dom jak dom. Ślady życia były tylko w kuchni. Część szyb w pokojach była wybita, a ściany nosiły ślady ognia i wody. Pożar. Interwencja strażaków. Dom się nie spalił. Jednak po kątach straszyły kikuty mebli, a po podłodze walały się kawałki porcelany, niedobitki z zastawy stołowej. 

Postanowiliśmy wejść na dach, aby rozejrzeć się po okolicy i zajrzeć na strych. Bezpiecznie to nie było i ja powinnam była to wiedzieć. Niby dorosła, w każdym razie tuż po maturze, a tyle głupoty w głowie. Nie przewidziałam konsekwencji, nie przemyślałam. Zacznę może od początku. Na dach wleźliśmy z drzewa, na które wdrapaliśmy się po oponie. Dach był dość stabilny. Komin się rozsypywał. Położyliśmy się na skraju dachu na jego krótszym boku, żeby zajrzeć na strych. Zauważyliśmy dużo śmieci, parę bardzo starych męskich łyżew, kilka pustych paczek po papierosach, sporo pustych słoików i butelek, mnóstwo siana. Być może było tam coś ciekawszego, ale dostać się na strych można było tylko od boku, zwieszając się z dachu. Nikt z nas tego nie próbował ze względu na zbyt duże niebezpieczeństwo. 

Dziwię się sama sobie, że tę kwestię przemyślałam, a nie przemyślałam problemu zejścia. Mogliśmy zejść tak samo jak weszliśmy, ale po co. Lepiej było zwiesić się z dachu na rękach, stanąć na parapecie i zeskoczyć. Brzeg dachu wytrzymał wyczyny obu moich siostrzeńców, lecz przy moich zaczął się buntować. I nic w tym dziwnego, skoro drewno było spróchniałe, zaczęło mi się kruszyć w rękach, a metalowa listwa, która była na jego brzegu, odpadła. Podciągnęłam się na rękach, żeby nie spaść, ale w ten sposób byłam unieruchomiona. Każdy gwałtowny ruch sprawiał, że drewno kruszyło się. W takiej pozycji nie miałam szans dosięgnąć nogami do parapetu, a skakać wprost z dachu na ziemię byłoby jeszcze większą głupotą, ponieważ na dole pełno było szkła z szyb. Moi siostrzeńcy grasowali wówczas z widłami i łopatą w domu, dając się ponieść swojej wyobraźni, usiłowali znaleźć "skarby". 

Wisiałam w kiepskim miejscu. Musiałam sie przesunąć, bo jeszcze chwila, a spadłabym. Jednak te kilka ruchów w bok nie zdały się na wiele. Czułam, że za moment spadnę i to prosto w te szkła, a wtedy dopiero by mi się w domu dostało. Ktoś musiał mi pomóc, bo szans na wejście na dach i zejście normalną drogą nie miałam. Zaczęłam krzyczeć. Jeden z młodych wyjrzał przez okno. Gdy zobaczył, co się dzieje, wyszedł i kierując się moimi wywrzaskiwanymi prośbami podstawił mi swoje dłonie, żebym mogła na nich oprzeć stopę, aby odbić się i skoczyć. Miałam do wyboru szkło albo pokrzywy. Wybór był oczywisty. Pokrzywy. 

Myślicie, że więcej nie weszłam na tamten dach? Skądże znowu. Jasne, że wlazłam. Następnego dnia. Jednak zeszłam drogą wejściową. 

Jeździłam tam później co roku. Lecz odkąd do wypraw dołączył mój najmłodszy siostrzeniec (a stało się to dość szybko, bo już w kolejnym roku), przestałam wchodzić na dach. Dla niego było to zbyt niebezpieczne. Ostatni raz byłam tam w ubiegłe lato. Zmieniło sie tam. Część domu zawaliła się. Roślinność zarosła okolicę, porzeczki zdziczały. Gdzieś obok śliwy zagnieździły się szerszenie. Wokół powstają nowe domy, okolica żyje. Jednak czy ktoś pamięta jeszcze o domu z porzeczkami?

Kiedyś chciałam odszukać właścicieli. Kupić ten dom. Zaopiekować się porzeczkami. Kiedyś... A teraz...? Dom ożywa. Powoli. W słowach.


























ps. Być może kiedyś już Wam opowiadałam o tym domu i o porzeczkach. Być może... Mam do niego sentyment. A ostatnio jeszcze większy, właśnie dlatego że dom żyje. W słowach.



PS 2. Polacy wygrali LŚ! Polacy zdobyli puchar! Wysłali do domu Brazylię, ograli Kubę, zniszczyli Bułgarię, dokopali USA! Proszę Państwa, czapki z głów przed siatkarzami! Brawo, brawo! I to się nazywa sukces, a nie tam jakieś ostatnie miejsce w grupie. Trzymam kciuki za medal olimpijski. 

17 kwietnia 2012

Po drugiej stronie Odry na literackim materacu.

Po drugiej stronie Odry na literackim materacu śniłam w czasie ostatniego weekendu. Sen mocny, głęboki, nieprzerwany. Było mi przyjemnie, bezpiecznie i spokojnie, a objawy stresu i stanów lękowych mocno się cofnęły. Mogę być tylko wdzięczną Z. za zaproszenie i cierpliwość do mojego gadania, gdy się wstawiłam winem. Dobrze mi było na tej winnej chmurce i nie bardzo miałam ochotę z niej złazić. No chyba że na ów wspomniany wyżej materac literacki, który służył mi za łóżko i szczerze mówiąc, był znacznie wygodniejszy niż łóżko w G. i znacznie lepiej na nim spałam. Nie ja go nazwałam literackim, ale nazwa wydaje się być odpowiednia. Przynajmniej na razie. Przede mną spał na nim TJ. Potem ja. Nie wiem kogo kopnął większy zaszczyt - mnie czy materac. Mnie, dlatego że to materac literacki, czy materac, dlatego że ja na nim spałam, a moje osiągnięcia w dziedzinie literatury są jak na razie raczej mizerne. Być może coś zmienię w tym kierunku... Rozmowa z Z. dała mi do myślenia.

Po drugiej stronie Odry było inaczej i bardzo mi się podobało. Znalazłam tam jakąś namiastkę spokoju. Powietrze pachniało inaczej. Otoczenie wpłynęło na mnie kojąco i dotarło do mnie, że totalna stabilizacja nie jest dla mnie, a rutyna mnie zabije, a jeśli nie to doprowadzi do nerwicy, o ile już jej nie mam. Tak tak jestem osobą, która wiele bierze do siebie, wszystko w środku mocno przeżywa, martwi się nieustannie o innych, co zupełnie nie przeszkadza mi się zdystansować, stwierdzić, że to czy tamto nie robi na mnie wrażenia (jeśli nie robi, a jest tego trochę, co zupełnie nie robi), choć jeśli coś robi, to reaguję tak spontanicznie jak dziecko.

Po drugiej stronie Odry spacerowali ludzie, były ulice, światła i domy, i inny język, i park i ławki takie, które lubię najbardziej, i spokojnie wybrukowane uliczki, i coś takiego... jakby mi zapachniało książkami, a po spacerze dymem z ogniska, choć żadnego ognia wokół nie było. Cisza w środku mnie. Różne opowieści. Rozmowy przy kawie i winie. To naprawdę miłe, gdy ktoś poświęca swój wycinek czasu i ofiarowuje go drugiej osobie.

Nie umiem znaleźć sobie miejsca w życiu. Jednak wiem, czego chcę. Próby i ta namiastka teatru ładują moje baterie. Tęskniłam za tym. Tęskniłam za wyjściem na scenę, za wejściem w cudzą skórę, za to aby znów móc zmierzyć się z rolą i przez chwilę być kimś innym, a może odnaleźć w sobie jakąś płaszczyznę porozumienia z kolejną postacią, jakąś małą płaszczyznę wspólnoty.

A słowa zawsze same mi z rękawa wyskakiwały i układały się. Raz lepiej, raz gorzej, ale tak jakbym je z worka wytrzepywała. Czasem trzeba było je zmazać, wymieszać ponownie albo skorzystać z innego worka, w którym były takie, które lepiej nazwały moje obserwacje i odczucia. Jakby to wszystko gdzieś we mnie tkwiło, jakbym sobie wychodziła, wyczuła, wyobserwowała, a potem wypisała. Nie wiem skąd to się wzięło. Siadam i pisze się samo, choć czasem trzeba poprawić to i owo. Z tymi słowami też jest tak, że na jednym oddechu potrafię ich wypowiedziedź bardzo wiele, zwłaszcza gdy wpadam w słowotok.
Milczenie też we mnie jest. Czasem nawet dochodzi do głosu.

Po drugiej stronie Odry coś się we mnie zmieniło, coś mi się przypomniało, coś we mnie odżyło.


PS. Tatą zajęła się w końcu D. za co jestem jej wdzięczna. Szkoda, że tak rzadko.

PS2. Z. dziękuję za zaproszenie i miło spędzony czas. Bardzo dziękuję.

21 sierpnia 2011

Z plecakiem czy z mapą - wycieczka w poszukiwaniu siebie.

Gdy wróciłam wczoraj rano z zakupami do domu, ogarnęłam się i wmusiłam w siebie śniadanie, naszła mnie myśl, że może by tak zrobić sobie małą pieszą wycieczkę gdzieś po okolicy. Wybrałam sobie cel czyli Strzyżewo Kościelne i jez. Strzyżewskie, bo nigdy tam nie byłam, choć to przecież tak blisko. Spakowałam do plecaka na wszelki wypadek ubranie na zmianę, sweter, ręcznik, kosmetyczkę, dużą ilość wody, zamknęłam mieszkanie i wyruszyłam.

Wybrałam sobie okrężną drogę do celu, ponieważ chciałam zajrzeć do jeszcze jednego sklepu. I tak jakoś niezamierzenie zrobiłam zakupy, plecak mocno się wypełnił. Przeszłam sobie przez trasę prowadzącą do Poznania, wzbudzając ciekawskie spojrzenia ludzi. Pomyślałam sobie, że przecież nie żyjemy w Ameryce, aby dziwił kogoś widok osoby, idącej z plecakiem zamiast przemieszczającej się samochodem. Gdy przeszłam na drugą stronę, wybrałam sobie dość kamienistą drogę, ale innej w okolicy nie było. Mogłam kawałek dalej iść asfaltem, ale wtedy to nadłożyłabym jakieś 3 km i już w ogóle byłoby bardziej niż naokoło. Przeszłam sobie może kilkaset metrów i zauważyłam czarnego okropnie warczącego w moim kierunku psa. Wokół było kilka domów, ale żadnych ludzi, tylko krowy leżące sobie na trawce. Pomyślałam, że jak mnie ten pies ugryzie... ale zaraz sobie przypomniałam, że tylko pies znajomych mojej siostry mnie nie znosił i gdyby mógł rozszarpałby mnie na strzępy, choć nic mu nie zrobiłam. I jeszcze był kiedyś jeden taki dalmatyńczyk, który schrupałby moją rączkę wraz z bułką, którą w niej miałam, gdyby nie moja mama. Pies wyleciał od ogrodnika i rzucił się... na bułkę, nie na mnie. Poza tym, że się trochę wystraszyłam, nic mi się nie stało.

Tym razem zatrzymałam się, odczekałam aż zostanę obwąchana, aż się zwierzę naszczeka, nawarczy i po pół kroczki odsuwałam się. Pies w końcu stwierdził, że mam go gdzieś i się go zupełnie nie boję, i też sobie poszedł. Minęłam krówki i po jakichś 600 metrach dotarłam do asfaltówki, która miała mnie do celu zaprowadzić. Oczywiście jak to ja nie mogłam iść cały czas wyznaczoną przez siebie drogą, tylko musiałam koniecznie sprawdzać dokąd prowadzą boczne dróżki przez co prawie weszłam na jakiś teren prywatny.

Szło mi się miło i przyjemnie. Ludzie się za mną oglądali, bo może widok nie bardzo codzienny, że idzie sobie osóbka z plecakiem i uśmiecha się na prawo oraz lewo. Słonko przyjemnie grzało, wiatr co chwilę wplątywał się w moje włosy, chmurki wesoło żeglowały po niebie, a ja byłam tak niesamowcie szczęśliwa, że wreszcie mogę sobie pochodzić.

Lubię chodzić, chodzę dużo, ale zwykle tak bywa, że pierwsze 2-3 km to męka, bo muszę się rozchodzić. Jak się zbliżam do około 20 kilometra wędrówki zaczynam mieć kryzys, bo mięście próbują przypomnieć o swoim istnieniu i wówczas zastanawiam się nad tym, czy nie usiąść gdziekolwiek albo może lepiej złapać nawet stopa i wrócić do domu, bo siły się wyczerpują, a ja może nie dam rady. I wtedy sobie powtarzam, że trzeba być "twardą nie miętką" (tak tak, dokładnie tak i nie ma tu błędu) i kto ma dać radę jak nie ja. Od razu mi lepiej i choćby nie wiem, jak mnie ciało bolało, a sił już nie było, to ja dojdę, najwyżej padnę u celu... Dlatego po górach nie powinnam chodzić sama, po pagórkach owszem, ale nie po górach, bo zdarzało mi się mdleć na szczycie. Po czym jak odzyskałam przytomność, poleżałam na trawce, kamieniach czy co tam było ze 3 minuty to już wszystko było w porządku i to tak, jakbym nie wykonała wcześniej żadnego wysiłku. Do dziś pamiętam jak w Szkocji na szczycie Ben Nevis mówię do mojej przyjaciółki - "Coś mi jakoś słabo. Chyba zemdleję." Na to ona - "K. łap ją!". Dobrze, że K. obok był, zdążył się odwrócić i mnie złapać, bo ona by nie zdążyła, a ja wylądowałabym na kamieniach. Z tym moim mdleniem tak jest, że zwykle zdążę wypowiedzieć lub pomyśleć to co powyżej i film mi się urywa.

Wracając do wczorajszej wyprawy, gdy dotarłam do Strzyżewa Koś., usiadłam sobie na trawce koło cmentarnego muru, aby sprawdzić co mi powie mój gps. Tak tak, też usiłuję nadążać z duchem czasu, ale musiałam sprawdzić czy mam się przedzierać zarośniętą dróżką czy będzie coś bardziej normalnego. I było. Kawałek dalej na górce za kościołem. Gdy tak siedziałam i sprawdzałam, facet, który siedział w zaparkowanym obok samochodzie, przyglądał mi się wciąż i wciąż wzrokiem lekko nagannym. Może dlatego że obok był cmentarz? A kto go tam wie.

Z górki w dół była normalna, lecz trochę kamienista i dziurawa droga nad wodę. Jak się okazało kilka minut później, dotarłam na miejscowe kąpielisko, a raczej na miejsce, w którym jest kilka namiotów, trzy rowery wodne, trochę ludzi i budka z ciepłym jedzeniem typu fast food. Minęłam ludzi i poszłam drogą, która skręcała w las. Co kawałek były bardzo fajne zejścia nad wodę i wejścia do wody tyle tylko że jak dla mnie za bardzo odsłonięte i wystawione na widok albo zajęte przez wędkarzy, który było tam całkiem sporo. Gdy zbliżałam się do jednego końca jeziora, zagadnął mnie jeden pan wędkarz, pytając co czy idę do miejscowości J. Ja mu na to, że nie. Pan wędkarz dopytywał się dalej i chciał się dowiedzieć, gdzie w takim razie wędruję. Ja mu na to, że dookoła jeziora. A on się pyta zdziwiony: "Sama?". Odpowiedziałam mu, że tak. No to on, czy ja się nie boję. A ja mu na to - a czego i dodałam, że chcę zmierzyć, jak długo trwa obejście jeziora. Pożegnałam się i sobie poszłam.
Kawałek dalej spotkałam inne pana rybaka - znacznie młodszego od tego wcześniejszego i bardzo przystojnego.

Kilkaset metrów dalej zobaczyłam coś co było kiedyś mostkiem i coś co chyba było/jest rzeką. Jezioro jest chyba przepływowe. W każdym razie, o ile pamięć mnie nie myli zasila je Wełna. Czekoladka wpadła na pomysł, że zamiast nadkładać kilometrów można przejście przez bagienko wokół i nad tą coś jak rzeczką po tym czymś co było mostkiem. Owo coś co przypominało mostek było metalowe, zardzewiałe i chwiejące się. Wyglądało niestabilnie i takie było. Z mostka zostały tylko boki, wyginające się na wszystkie końce. Po mojej stronie było tylko trochę grząsko i łatwo było wejść na to coś jak mostek. Wybrałam stronę przy której rosło drzewo, bo w razie czego był to jedyny stabilny punkt. Po pół kroczki przesuwałam się w bok, usiłując zachować równowagę i zapanować nad tym, aby się to cholerstwo nie przewróciło pod moim ciężarem, bo chwiało się okropnie. W okolicy drzewa okazało się, że poręcz została przeżarta przez rdzę i odpada, więc w duchu podziękowałam sobie, że wybrałam tę stronę, bo mogłam się złapać drzewa. Za drzewem odwróciłam się, jedną ręką trzymałam się pnia, a drugą próbowałam złapać wystające metalowe coś, aby się przytrzymać i dojść do końca. Udało się. Zeszłam cała z tego chwiejącego się paskudztwa, ale od razu okazało się, że wdepnęłam w bagienko i to znacznie bardziej grząskie niż to, które było po drugiej stronie, więc jedyną możliwością było przebiec jak najszybciej do lasu, który by na wprost. Efekt? Moje nogi i "nieśmiertelne" choć prawie już uśmiercone przeze mnie sandały były okropnie brudne.

Po drugiej stronie ścieżka była mocno zarośnięta, ale było ją widać. Przedarłam się przez krzaczory i znalazłam się obok zaoranego pola. Przeszłam skrajem pola, dotarałam do normalniejszej drogi i zauważyłam stojący traktor. Chciałam zejść nad wodę, ale usłyszałam głosy, a chwilę później zobaczyłam ludzi w intymnej sytuacji... Jak to dobrze, że jednak tam nie poszłam i że umiem się zachowywać w lesie cicho. Poszłam dalej, minęłam traktor, przebiegłam obok zejścia nad wodę, bo znajdował się tam pan, wyglądający jak rolnik, a mogło się okazać, że ja znów jestem na jakimś prywatnym terenie, a wracać przez ten pokraczny mostek i bagienko to jednak nie miałam ochoty.

W czasie biegu wypadł mi telefon. Nagle poczułam, że mam coś pusto w kieszeni i się zatrzymałam. Odwróciłam się i spojrzałam, że kilka metrów ode mnie leży mój telefon. Podniosłam go z ziemi i trzymałam w ręce. Kawałek dalej schowałam go do plecaka, bo czekało mnie przedzieranie się bardzo mocno zarośniętą dróżką. Chyba nikt tamtędy nie chodzi, bo droga była okropnie zarośnięta. Dużo zielska wszelakiego, zwłaszcza wysokich pokrzyw i mnóstwo gałęzi. Po kilkunastu minutach znalazłam sobie zejście nad wodę i postanowiłam się umyś, bo komary zrobiły sobie ze mnie ucztę. Przyciągały je niewątpliwie ślady bagienka na moich łydkach.

Wypłukałam buty wraz z nogami, po czym buty zdjęłam, przyszykowałam sobie ubranie do przebrania i ręcznik, i rzuciłam się w tym, co miałam na sobie do wody. Grunt mulisty, ale do przeżycia. Woda w jeziorze bez rewelacji i też do przeżycia. Umyć się musiałam. Ostatni raz do wody wskakiwałam tak jak stałam (z własnej woli ;) jakieś 12 lat temu na obozie. Moje ubranie było też przepocone i dodatkowo ubrudzone żywicą oraz kurzem, bo rozładowałyśmy i układałyśmy sprzęt, i budowałyśmy obóz. Wypłynęłam sobie na środek jeziora, aby zobaczyć, w którym miejscu się znajduję. Stwierdziłam, że powinnam kierować się w górę za kawałek drogi, jeśli chcę jakimś skrótem dotrzeć do wioski i asfaltówki, aby wrócić do domu. Popływałam sobie, aż uznałam, że jestem dość czysta i wyszłam.

Mniej więcej po drugiej stronie jeziora kąpała się jakaś dwójka ludzi, ale zupełnie się tym nie przejęłam. Zrzuciłam z siebie wszystkie mokre rzeczy i stałam tak, jak mnie pan Bóg stworzył. Byłam w tak zarośniętej części dróżki, że tylko jakiś szaleniec by tam dotarł. Doprowadziłam się do porządku, wzłożyłam czyste i suche ubranie, spakowałam to, co było mokre, uprzednio wykręciwszy i mogłam się przedzierać dalej.

Minęłam zwalone drzewo, przechodząc pod nim na czworakach i dotarłam do mniej zarośniętej części drogi. A że nie miałam ochoty spotykać się z ludźmi, to wylazłam okropnie kamienistą drogą w górę. I znalazłam się na zaoranym polu. I skrajem tego pola sobie szłam. Nie było tam pokrzyw, komarów i gałęzi, co było o tyle ważne, że moje łydki mocno odczuły kontakt z przyrodą, więc wolałam je trochę pooszczędzać, bo musiały mnie jednak zaprowadzić do domu. Z pola prędzej czy później musi być zjazd na jakąś drogę, a gps pokazywał mi, że idę dobrze. W końcu na górce zobaczyłam domki i asfaltówkę. Gdy tam doszłam, to sobie usiadłam przy drodze i napiłam się wody. Czekało mnie jeszcze jakieś 4-5 km do przejścia, więc już całkiem niedaleko. Spojrzałam sobie w stronę lasu, pola i oświeciło mnie, że chodziłam po tym samym lesie, w którym byłam M. Śmiać mi się zachciało. Posiedziałam, pomachałam nogami i poszłam do domu cała z siebie zadowolona.

Koło domu zaczęłam odczuwać skutki spaceru, a raczej te skutki prócz łydek, które były podrapane, pożarte i poparzone, zaczął odczuwać mój tyłek. Ciężar plecaka przestałam dość szybko odczuwać, bo po jakimś kilometrze, co zresztą nie było dziwne, jeśli przez lata przyzwyczaiłam się do chodzenia z takim 15-20 kg. Jak sobie wszystko dziś zliczyłam, to okazało się, że przeszłam ponad 20 km. Dziś już tego zupełnie nie odczuwam i mogłabym znowu iść, ale wczoraj... Cóż... Napisałabym wczoraj notkę, ale... mój tyłek nie pozwalał mi siedzieć i nadawał się tylko do wymasowania. Mój tyłek wolał opcję stojącą lub leżącą i to na plecach, a gdy tylko usiadłam, to myślałam, że w górę wystrzelę zaraz.

Wróciłam naładowana pozytywną energią. Sama sobie udowodniłam, że wciąż mogę na sobie polegać, że siebie mogę być pewna. Potrzebowałam się sprawdzić i wiem, że dla siebie jestem świetnym oparciem. I już wiem też, dlaczego mam taką pewną okropną cechę, okropną dla tych, którzy się z nią zetkną, bo mi bardzo pomaga, ale to temat na inną notkę. Przy okazji przypomniałam sobie, jak kiedyś pojechałam pod namiot z pewnym panem i po 15 minutach miałam dość. Zatruł mi totalnie kontakt z przyrodą. Do tego jak zobaczyłam jak rozkłada namiot i do tego usiłuje mnie tego uczyć, a wiedział, że jestem osobą, która w życiu rozłożyła i złożyła już setki namiotów, znacznie większych... Jak nie widział, to poprawiłam, bo trochę silniejszy wiatr zdmuchnąłby ten namiot. W międzyczasie wyśmiał mnie, że przecież nie rozpalę ogniska z mokrego drewna bez podpałki albo benzyny. Rozpalilam je, zanim zdążył postawić namiot. Resztki coli zamiast wypić chciał wlać do jeziora i inne takie... A najbardziej wkurzył mnie tym, że śmieci zamierzał zostawić w lesie, zamiast je zabrać ze sobą. I od tamtej pory kontakt z przyrodą jest dodatkowym i niezwykle ważnym weryfikatorem. A na mnie działa kojąco i energetyzująco. Mam ochotę na kolejną wycieczkę. Pozostaje tylko znaleźć czas.

20 sierpnia 2011

Z plecakiem czy z mapą - zeszyt i romantyk.

Zachciało mi się dziś wycieczki. Pieszej. W poszukiwaniu jeziora, lasu i... braku ludzi. Wiatr wieje, słonko grzeje, chmurki żeglują po niebieskim niebie - idealna pogoda na bardzo bardzo długi spacer. Jakoś tak się złożyło, że mój notatnik został w B. i nie zabrałam go ze sobą do G., może dlatego że pakowałam się prawie na ostatnią chwilę. Dlatego też w domu w G. szukałam czegoś, co przypomina zeszyt lub luźne czyste kartki. Znalazłam notatnik mojej cioci, w którym tylko kilka kartek zapisała. A to co tam znalazłam najpierw mnie zdziwiło i prawie jednocześnie uradowało. Słowa, słowa, słowa. Dużo słów. Zebranych w teksty.

Znalazłam między innymi "Romantyka":
Trafił się jej romantyk,
Lecz niestety - już antyk.

Zabieram zeszyt i udaję się na spacer.

Życzę wszystkim przyjemnego sobotniego popołudnia :)

21 czerwca 2011

Z plecakiem czy z mapą - u Nordberta i Sydonii.

Dni mijają, mijają miesiące, które już w lata zdążyły się zmienić, choć przecież dopiero co... Przestałam czuć, jak bardzo jestem zmęczona. Zapomniałam jakie jest zwyczajne normalne życie, zapomniałam, ile w nim śmiechu i radości. Zapomniałam, jak to jest po prostu być. Zapomniałam...

Wracając wczoraj do G., które jest wraz z B. moim tymczasowym domem, poczułam się naprawdę szczęśliwa i poczułam, że zrobiło mi się lekko... jakby jakiś ogromny ciężar spadł ze mnie i jakby zmęczenie gdzieś nagle odeszło, choć gdzieś wewnątrz piersi zaczęła sobie wić gniazdko tęsknota.

Wyciągnęłam lusterko, zaczęłam się jakoś ogarniać, bo choszczeński wiatr potargał mnie, krople deszczu skropiły mi twarz, którą zaraz ogrzały słońca promienie. Gdy czesałam sobie włosy, przechodziła akurat koło mnie pani konduktor - uśmiechnęła się i powiedziała: "Nie musi się pani poprawiać. I tak jest pani ładna." Podziękowałam i uśmiechnęłam się do niej. Ten uśmiech był jednak inny niż ten, który mi towarzyszył ostatnio. Wystrzelił gdzieś ze środka mnie. Wypełnił mnie całą i poczułam, że wróciła mi energia, wróciła mi ze zdwojoną siłą. Wyciągnęłam z torebki wszystkie skrawki kartek, karteczek, karteluszek, jakieś bilety i paragony, na których spisywałam przed zaśnięciem i rano myśli swoje. Uśmiechnęłam się do liter, przesuwając palcami po nich

Ostatnie dni spędziłam w gościnie u Sydonii, Nordberta i psinki Halinki w pięknym Jaworzu. Nie przeszkadzały mi zupełnie humory pogody, komary, które jak zwykle sobie mnie upodały i pożarły mnie wszędzie, i całą, kleszcze, które urządzały sobie wędrówki nie tylko po mnie, na szczęście jakoś niespecjalnie spiesząc się z decyzją o wgryzaniu się we mnie (mam cichą nadzieję, że żadnego nie zdążyłam nakarmić ;), nawet hałasujący i pałętający się wszędzie wojacy nie przeszkadzali mi. Było mi dobrze, cudownie, przyjemnie. Ciepło, dobro i śmiech, które tryskały od S. i N., otuliły mnie, pogoniły smutki, ciężary, nawet życiowe wątpliwości mi przejaśniły.

Spacery, las, jezioro, chmury niebem żeglujące, trzciny i drzewa, droga, dom i ogień... Śmiech, rozmowy bez końca, jakby człowiek na zapas chciał się nagadać, a i tak wciąż mało, kawy, herbaty i zioła parzone... czas odmierzały, czas, który jakby się zatrzymał, zawisnął, pędząc jednocześnie. Dni śmiechem, słowami i obecnością wypełnione. Cudowne nicniemuszenie i błogie nicnierobienie pełne smaków, zapachów, dźwięków,

Jak dobrze, że ścieżki, którymi idziemy mogą się spleść ze sobą, że przeciąć się mogą. Jak dobrze, że być razem możemy choć czasem tylko chwil kilka, pośmiać się i porozmawiać, powygłupiać się i poroztrząsać pytajniki egzystencjalne, pofilozofować i porobić zwyczajne codzienne rzeczy. Jak to dobrze, że ludzie są obok, że samotnymi wyspami gdzieś w nicości nie jesteśmy. Jak dobrze, że pozytywne nici tkać możemy, budując z nich mosty do dusz i myśli ludzkich.

Dziękuję S. i N. za to całe ciepło, dobro i głupawkę wpakowane we mnie. Dziękuję za hektolitry napojów gorących i aromatycznych oraz za tony pysznego jedzenia. Dziękuję za wszystkie słowa i śmiechu mnóstwo. Dziękuję za wszystkie kroki, hasania i podskoki. Dziękuję za kołderkę i światło nocą.

A Wam wszystkim dziękuję, że jeszcze o mnie pamiętacie i nie macie dość mojej skrobaniny ;)

Wyobraźnia wyzwolona z kajdanów głupawką i śmiechem wreszcie wzięła się do roboty, zaganiając Muza do pilnowania Weny i zaprzęgnięcia jej do wozu działania. Puzzle w mej głowie mniej jakby są wymieszane i okazuje się nagle, że są konstrukcyjne, trójwymiarowe, a ja jestem o krok bliżej do ich poskładania. Jeszcze trochę i będę świecić własnym blaskiem jak słonko na niebie ;)


ciąg dalszy nastąpi... :)