21 sierpnia 2011

Z plecakiem czy z mapą - wycieczka w poszukiwaniu siebie.

Gdy wróciłam wczoraj rano z zakupami do domu, ogarnęłam się i wmusiłam w siebie śniadanie, naszła mnie myśl, że może by tak zrobić sobie małą pieszą wycieczkę gdzieś po okolicy. Wybrałam sobie cel czyli Strzyżewo Kościelne i jez. Strzyżewskie, bo nigdy tam nie byłam, choć to przecież tak blisko. Spakowałam do plecaka na wszelki wypadek ubranie na zmianę, sweter, ręcznik, kosmetyczkę, dużą ilość wody, zamknęłam mieszkanie i wyruszyłam.

Wybrałam sobie okrężną drogę do celu, ponieważ chciałam zajrzeć do jeszcze jednego sklepu. I tak jakoś niezamierzenie zrobiłam zakupy, plecak mocno się wypełnił. Przeszłam sobie przez trasę prowadzącą do Poznania, wzbudzając ciekawskie spojrzenia ludzi. Pomyślałam sobie, że przecież nie żyjemy w Ameryce, aby dziwił kogoś widok osoby, idącej z plecakiem zamiast przemieszczającej się samochodem. Gdy przeszłam na drugą stronę, wybrałam sobie dość kamienistą drogę, ale innej w okolicy nie było. Mogłam kawałek dalej iść asfaltem, ale wtedy to nadłożyłabym jakieś 3 km i już w ogóle byłoby bardziej niż naokoło. Przeszłam sobie może kilkaset metrów i zauważyłam czarnego okropnie warczącego w moim kierunku psa. Wokół było kilka domów, ale żadnych ludzi, tylko krowy leżące sobie na trawce. Pomyślałam, że jak mnie ten pies ugryzie... ale zaraz sobie przypomniałam, że tylko pies znajomych mojej siostry mnie nie znosił i gdyby mógł rozszarpałby mnie na strzępy, choć nic mu nie zrobiłam. I jeszcze był kiedyś jeden taki dalmatyńczyk, który schrupałby moją rączkę wraz z bułką, którą w niej miałam, gdyby nie moja mama. Pies wyleciał od ogrodnika i rzucił się... na bułkę, nie na mnie. Poza tym, że się trochę wystraszyłam, nic mi się nie stało.

Tym razem zatrzymałam się, odczekałam aż zostanę obwąchana, aż się zwierzę naszczeka, nawarczy i po pół kroczki odsuwałam się. Pies w końcu stwierdził, że mam go gdzieś i się go zupełnie nie boję, i też sobie poszedł. Minęłam krówki i po jakichś 600 metrach dotarłam do asfaltówki, która miała mnie do celu zaprowadzić. Oczywiście jak to ja nie mogłam iść cały czas wyznaczoną przez siebie drogą, tylko musiałam koniecznie sprawdzać dokąd prowadzą boczne dróżki przez co prawie weszłam na jakiś teren prywatny.

Szło mi się miło i przyjemnie. Ludzie się za mną oglądali, bo może widok nie bardzo codzienny, że idzie sobie osóbka z plecakiem i uśmiecha się na prawo oraz lewo. Słonko przyjemnie grzało, wiatr co chwilę wplątywał się w moje włosy, chmurki wesoło żeglowały po niebie, a ja byłam tak niesamowcie szczęśliwa, że wreszcie mogę sobie pochodzić.

Lubię chodzić, chodzę dużo, ale zwykle tak bywa, że pierwsze 2-3 km to męka, bo muszę się rozchodzić. Jak się zbliżam do około 20 kilometra wędrówki zaczynam mieć kryzys, bo mięście próbują przypomnieć o swoim istnieniu i wówczas zastanawiam się nad tym, czy nie usiąść gdziekolwiek albo może lepiej złapać nawet stopa i wrócić do domu, bo siły się wyczerpują, a ja może nie dam rady. I wtedy sobie powtarzam, że trzeba być "twardą nie miętką" (tak tak, dokładnie tak i nie ma tu błędu) i kto ma dać radę jak nie ja. Od razu mi lepiej i choćby nie wiem, jak mnie ciało bolało, a sił już nie było, to ja dojdę, najwyżej padnę u celu... Dlatego po górach nie powinnam chodzić sama, po pagórkach owszem, ale nie po górach, bo zdarzało mi się mdleć na szczycie. Po czym jak odzyskałam przytomność, poleżałam na trawce, kamieniach czy co tam było ze 3 minuty to już wszystko było w porządku i to tak, jakbym nie wykonała wcześniej żadnego wysiłku. Do dziś pamiętam jak w Szkocji na szczycie Ben Nevis mówię do mojej przyjaciółki - "Coś mi jakoś słabo. Chyba zemdleję." Na to ona - "K. łap ją!". Dobrze, że K. obok był, zdążył się odwrócić i mnie złapać, bo ona by nie zdążyła, a ja wylądowałabym na kamieniach. Z tym moim mdleniem tak jest, że zwykle zdążę wypowiedzieć lub pomyśleć to co powyżej i film mi się urywa.

Wracając do wczorajszej wyprawy, gdy dotarłam do Strzyżewa Koś., usiadłam sobie na trawce koło cmentarnego muru, aby sprawdzić co mi powie mój gps. Tak tak, też usiłuję nadążać z duchem czasu, ale musiałam sprawdzić czy mam się przedzierać zarośniętą dróżką czy będzie coś bardziej normalnego. I było. Kawałek dalej na górce za kościołem. Gdy tak siedziałam i sprawdzałam, facet, który siedział w zaparkowanym obok samochodzie, przyglądał mi się wciąż i wciąż wzrokiem lekko nagannym. Może dlatego że obok był cmentarz? A kto go tam wie.

Z górki w dół była normalna, lecz trochę kamienista i dziurawa droga nad wodę. Jak się okazało kilka minut później, dotarłam na miejscowe kąpielisko, a raczej na miejsce, w którym jest kilka namiotów, trzy rowery wodne, trochę ludzi i budka z ciepłym jedzeniem typu fast food. Minęłam ludzi i poszłam drogą, która skręcała w las. Co kawałek były bardzo fajne zejścia nad wodę i wejścia do wody tyle tylko że jak dla mnie za bardzo odsłonięte i wystawione na widok albo zajęte przez wędkarzy, który było tam całkiem sporo. Gdy zbliżałam się do jednego końca jeziora, zagadnął mnie jeden pan wędkarz, pytając co czy idę do miejscowości J. Ja mu na to, że nie. Pan wędkarz dopytywał się dalej i chciał się dowiedzieć, gdzie w takim razie wędruję. Ja mu na to, że dookoła jeziora. A on się pyta zdziwiony: "Sama?". Odpowiedziałam mu, że tak. No to on, czy ja się nie boję. A ja mu na to - a czego i dodałam, że chcę zmierzyć, jak długo trwa obejście jeziora. Pożegnałam się i sobie poszłam.
Kawałek dalej spotkałam inne pana rybaka - znacznie młodszego od tego wcześniejszego i bardzo przystojnego.

Kilkaset metrów dalej zobaczyłam coś co było kiedyś mostkiem i coś co chyba było/jest rzeką. Jezioro jest chyba przepływowe. W każdym razie, o ile pamięć mnie nie myli zasila je Wełna. Czekoladka wpadła na pomysł, że zamiast nadkładać kilometrów można przejście przez bagienko wokół i nad tą coś jak rzeczką po tym czymś co było mostkiem. Owo coś co przypominało mostek było metalowe, zardzewiałe i chwiejące się. Wyglądało niestabilnie i takie było. Z mostka zostały tylko boki, wyginające się na wszystkie końce. Po mojej stronie było tylko trochę grząsko i łatwo było wejść na to coś jak mostek. Wybrałam stronę przy której rosło drzewo, bo w razie czego był to jedyny stabilny punkt. Po pół kroczki przesuwałam się w bok, usiłując zachować równowagę i zapanować nad tym, aby się to cholerstwo nie przewróciło pod moim ciężarem, bo chwiało się okropnie. W okolicy drzewa okazało się, że poręcz została przeżarta przez rdzę i odpada, więc w duchu podziękowałam sobie, że wybrałam tę stronę, bo mogłam się złapać drzewa. Za drzewem odwróciłam się, jedną ręką trzymałam się pnia, a drugą próbowałam złapać wystające metalowe coś, aby się przytrzymać i dojść do końca. Udało się. Zeszłam cała z tego chwiejącego się paskudztwa, ale od razu okazało się, że wdepnęłam w bagienko i to znacznie bardziej grząskie niż to, które było po drugiej stronie, więc jedyną możliwością było przebiec jak najszybciej do lasu, który by na wprost. Efekt? Moje nogi i "nieśmiertelne" choć prawie już uśmiercone przeze mnie sandały były okropnie brudne.

Po drugiej stronie ścieżka była mocno zarośnięta, ale było ją widać. Przedarłam się przez krzaczory i znalazłam się obok zaoranego pola. Przeszłam skrajem pola, dotarałam do normalniejszej drogi i zauważyłam stojący traktor. Chciałam zejść nad wodę, ale usłyszałam głosy, a chwilę później zobaczyłam ludzi w intymnej sytuacji... Jak to dobrze, że jednak tam nie poszłam i że umiem się zachowywać w lesie cicho. Poszłam dalej, minęłam traktor, przebiegłam obok zejścia nad wodę, bo znajdował się tam pan, wyglądający jak rolnik, a mogło się okazać, że ja znów jestem na jakimś prywatnym terenie, a wracać przez ten pokraczny mostek i bagienko to jednak nie miałam ochoty.

W czasie biegu wypadł mi telefon. Nagle poczułam, że mam coś pusto w kieszeni i się zatrzymałam. Odwróciłam się i spojrzałam, że kilka metrów ode mnie leży mój telefon. Podniosłam go z ziemi i trzymałam w ręce. Kawałek dalej schowałam go do plecaka, bo czekało mnie przedzieranie się bardzo mocno zarośniętą dróżką. Chyba nikt tamtędy nie chodzi, bo droga była okropnie zarośnięta. Dużo zielska wszelakiego, zwłaszcza wysokich pokrzyw i mnóstwo gałęzi. Po kilkunastu minutach znalazłam sobie zejście nad wodę i postanowiłam się umyś, bo komary zrobiły sobie ze mnie ucztę. Przyciągały je niewątpliwie ślady bagienka na moich łydkach.

Wypłukałam buty wraz z nogami, po czym buty zdjęłam, przyszykowałam sobie ubranie do przebrania i ręcznik, i rzuciłam się w tym, co miałam na sobie do wody. Grunt mulisty, ale do przeżycia. Woda w jeziorze bez rewelacji i też do przeżycia. Umyć się musiałam. Ostatni raz do wody wskakiwałam tak jak stałam (z własnej woli ;) jakieś 12 lat temu na obozie. Moje ubranie było też przepocone i dodatkowo ubrudzone żywicą oraz kurzem, bo rozładowałyśmy i układałyśmy sprzęt, i budowałyśmy obóz. Wypłynęłam sobie na środek jeziora, aby zobaczyć, w którym miejscu się znajduję. Stwierdziłam, że powinnam kierować się w górę za kawałek drogi, jeśli chcę jakimś skrótem dotrzeć do wioski i asfaltówki, aby wrócić do domu. Popływałam sobie, aż uznałam, że jestem dość czysta i wyszłam.

Mniej więcej po drugiej stronie jeziora kąpała się jakaś dwójka ludzi, ale zupełnie się tym nie przejęłam. Zrzuciłam z siebie wszystkie mokre rzeczy i stałam tak, jak mnie pan Bóg stworzył. Byłam w tak zarośniętej części dróżki, że tylko jakiś szaleniec by tam dotarł. Doprowadziłam się do porządku, wzłożyłam czyste i suche ubranie, spakowałam to, co było mokre, uprzednio wykręciwszy i mogłam się przedzierać dalej.

Minęłam zwalone drzewo, przechodząc pod nim na czworakach i dotarłam do mniej zarośniętej części drogi. A że nie miałam ochoty spotykać się z ludźmi, to wylazłam okropnie kamienistą drogą w górę. I znalazłam się na zaoranym polu. I skrajem tego pola sobie szłam. Nie było tam pokrzyw, komarów i gałęzi, co było o tyle ważne, że moje łydki mocno odczuły kontakt z przyrodą, więc wolałam je trochę pooszczędzać, bo musiały mnie jednak zaprowadzić do domu. Z pola prędzej czy później musi być zjazd na jakąś drogę, a gps pokazywał mi, że idę dobrze. W końcu na górce zobaczyłam domki i asfaltówkę. Gdy tam doszłam, to sobie usiadłam przy drodze i napiłam się wody. Czekało mnie jeszcze jakieś 4-5 km do przejścia, więc już całkiem niedaleko. Spojrzałam sobie w stronę lasu, pola i oświeciło mnie, że chodziłam po tym samym lesie, w którym byłam M. Śmiać mi się zachciało. Posiedziałam, pomachałam nogami i poszłam do domu cała z siebie zadowolona.

Koło domu zaczęłam odczuwać skutki spaceru, a raczej te skutki prócz łydek, które były podrapane, pożarte i poparzone, zaczął odczuwać mój tyłek. Ciężar plecaka przestałam dość szybko odczuwać, bo po jakimś kilometrze, co zresztą nie było dziwne, jeśli przez lata przyzwyczaiłam się do chodzenia z takim 15-20 kg. Jak sobie wszystko dziś zliczyłam, to okazało się, że przeszłam ponad 20 km. Dziś już tego zupełnie nie odczuwam i mogłabym znowu iść, ale wczoraj... Cóż... Napisałabym wczoraj notkę, ale... mój tyłek nie pozwalał mi siedzieć i nadawał się tylko do wymasowania. Mój tyłek wolał opcję stojącą lub leżącą i to na plecach, a gdy tylko usiadłam, to myślałam, że w górę wystrzelę zaraz.

Wróciłam naładowana pozytywną energią. Sama sobie udowodniłam, że wciąż mogę na sobie polegać, że siebie mogę być pewna. Potrzebowałam się sprawdzić i wiem, że dla siebie jestem świetnym oparciem. I już wiem też, dlaczego mam taką pewną okropną cechę, okropną dla tych, którzy się z nią zetkną, bo mi bardzo pomaga, ale to temat na inną notkę. Przy okazji przypomniałam sobie, jak kiedyś pojechałam pod namiot z pewnym panem i po 15 minutach miałam dość. Zatruł mi totalnie kontakt z przyrodą. Do tego jak zobaczyłam jak rozkłada namiot i do tego usiłuje mnie tego uczyć, a wiedział, że jestem osobą, która w życiu rozłożyła i złożyła już setki namiotów, znacznie większych... Jak nie widział, to poprawiłam, bo trochę silniejszy wiatr zdmuchnąłby ten namiot. W międzyczasie wyśmiał mnie, że przecież nie rozpalę ogniska z mokrego drewna bez podpałki albo benzyny. Rozpalilam je, zanim zdążył postawić namiot. Resztki coli zamiast wypić chciał wlać do jeziora i inne takie... A najbardziej wkurzył mnie tym, że śmieci zamierzał zostawić w lesie, zamiast je zabrać ze sobą. I od tamtej pory kontakt z przyrodą jest dodatkowym i niezwykle ważnym weryfikatorem. A na mnie działa kojąco i energetyzująco. Mam ochotę na kolejną wycieczkę. Pozostaje tylko znaleźć czas.

7 komentarzy:

  1. Przepraszam za tę okropnie długą notkę, ale w słowotok wpadłam ;)

    Będzie cd. wycieczki, ale już w obrazkach z minimum słów, ale to jak wrócę do B., bo nie mam jak wrzucić zdjęć. I żałuję, że pozostałościom po mostku nie zrobiłam zdjęć ;)

    Przyjemnej niedzieli :)

    OdpowiedzUsuń
  2. No proszę - ty już kolejną zaliczasz a ja dalej mam w planach ... Już się nie wychylam, bo wyjdzie, żem gawędziarka-opowiadaczka :)
    No ale wychodze, wychodzę - już za2 min - tylko 4 km, do mamci :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Mój trener mawiał: Zaleca się ostrożność przy szczytowaniu. Na wysokościach zawsze jest mniej tlenu" :))

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie zła wycieczka, ja tylko bałabym się wypuszczać sama aż tak daleko,znając moje szczęście bez "przygód" by się nie obyło...

    vi.

    OdpowiedzUsuń
  5. Gosiu, a wczoraj była trzecia - przymusowa. Bo choć była dopiero 21.50 to już nic nie jeździło, więc miałam spacerek przez całe miasto prawie, ale taki spacerek pod tym pięknie rozgwieżdżonym niebem w noc ciepłą to sama przyjemność :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Violuś, bo to bać się nie należy. Nie było odludnie, wręcz przeciwnie, ciężko było znaleźć miejsce bez ludzi - jedynie koło bagienka, przy mocno zarośniętej drużce i na polu było pusto, a tak to wszędzie pary, wędkarze, rodziny z dziećmi albo samochody ;)

    OdpowiedzUsuń