Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozbiegane myśli. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozbiegane myśli. Pokaż wszystkie posty

15 czerwca 2014

Lojalność.

Co byś wybrał/wybrała? 
 
1. Fałszych przyjaciół.
2. Brak przyjaciół.
 
Nie sztuką jest mieć przyjaciół. Czasem lepiej ich nie mieć niż mieć fałszywych. Wolałabym być całkiem sama niż mieć wokół siebie takich ludzi, którzy grają moich przyjaciół i to perfekcyjnie. Na miarę Oskara wręcz. 
 
Kiedy przyjaciel, właściwie fałszywy przyjaciel, wbija Ci nóż w plecy, najczęściej pierwsze co robisz, to zastanawiasz się, co złego zrobiłeś i dlaczego, skoro tak się stało. Miałam kiedyś dwie przyjaciółki. Obie przyjaźnie się skończyły. I to nawet z podobnych powodów. Mężczyźni.
 
Z jedną przyjaźniłam się dawno. Bardzo dawno. Kiedyś byłyśmy razem na wyjeździe. Podobał się jej pewien facet, który traktował ją jako kumpelę. Ona bardzo chciała, a on się opierał. Później się zdarzyło, że pojawił się inny facet, którego ona też chciała i on też ową oporność prezentował. Pech, a może szczęście, sama nie wiem, tak chciał/chciało, że obu panów znałam i to dość dobrze znałam. Kumplowaliśmy się. Z tym pierwszym wylądowałam po jakimś czasie, nie w łóżku, bo to nie te czasy, ale na wspólnym wyjeździe. Nie moja to wina, że czuł do mnie miętę przez rumianek, pomagał mi i odwalał moją pańszczyznę w godzinach, kiedy normalni ludzie śpią, a akurat przypadał mój dyżur. Nie zmuszałam, nie prosiłam. Mogło coś z tego wyjść, ale się nigdy nie dowiem, bo przed rzuceniem się w wir wydarzeń powstrzymywało mnie coś takiego, jak lojalność. W sumie nie powinno się czegoś takiego robić przyjaciółkom. Co zaś tyczy się drugiego pana, przyjaźniliśmy się. Tylko tyle. Ich ścieżki się przecięły i ona na pewien czas się z nim związała. Jednak jej zazdrość stopniowo niszczyła tę relację. Nasza przyjaźń się skończyła w momencie, w którym zaczęła się przyjaźń moja z nim. I zaczęły się podjazdówki. Podkładanie świń. Doszło do tego, że nie chciała oddać mi 20-stu książek, które jej pożyczyłam. Po walce odzyskałam 18. Ich związek nie przetrwał, choć w pewnej chwili myślałam, że zwiążą się trwale. Przysięgą M. Z nim stopniowo rozluźniałam kontakty, bo nie mogłam patrzeć, jak jej zupełnie bezpodstawna zazdrość niszczy ten związek. Lepiej było trzymać się jak najdalej. 
 
 
Byłam dziewczyną z dobrymi stopniami, ciętymi żartami. Dobrą kumpelą dla facetów, ale nie typem dziewczyny, z którą się idzie na randki. Raczej taką, z którą się chodzi po drzewach, pije się pierwsze piwo, pływa na łódkach i włóczy się po nocy, a później dostaje się za to szlaban. Był ze mnie łobuz z dobrymi ocenami. 
 
Druga przyjaźń skończyła się słowami, że nie chcę szczęścia mojej przyjaciółki. Było to absolutną nieprawdą. Ona nie potrafiła zrozumieć, że chodzenie na imprezy co drugi dzień raczej szczęścia jej nie zapewni i raczej nie sprawi, że pozna ona jakiegoś księcia z bajki. W miejscach, w które mnie ciągnęła, mogła poznać co najwyżej faceta na jedną noc. Zresztą gdy szłyśmy gdzieś razem, ona siedziała cicho, nie rozmawiała ani nic. Nigdy jakoś nie mogłam zrozumieć, po co chciała tak często wychodzić, skoro poznawanie nowych ludzi nie było jej bajką. Nie słuchała mnie, że są inne metody, że zwykła sympatia mężczyzny nie oznacza jeszcze jego zainteresowania. 
 
W tamtym czasie nie przerabiałam już i jeszcze okresu imprezowej singielki, ale też nie stroniłam od ludzi. Jednakże interesowało mnie coś innego i byłam nastawiona na cel. Pracowałam, rozwijałam się, uczyłam i zaczynało mi się układać z jednym panem. Przeżywałam etap monogamii. Moja przyjaciółka, która doświadczyła rozczarowania, nie wiem, czy nie mogła znieść mnie, mojej sytuacji, czy może chciała dobrać się do niego...? Raczej się już nie dowiem. Zaczęło się psuć. 
 
Przyjaźń to nie związek na 24 godziny. Relacja, w której druga osoba chodzi za tobą jak cień i robi to, czego nie lubi, bo musi robić to co ty i tak, jak ty i próbuje stać się w pewnym momencie tobą. Kiedy zaczyna zabierać ci życie, to definitywna granica. Czas znajomość skończyć. Ja głupia dwa razy miałam taką sytuację i dwa razy próbowałam znajomość ratować. Z poczucia lojalności? Z serca? Z przyjaźni? Czasem warto odpuścić. Dać sobie z ludźmi spokój. 
 
I jedna, i druga mocno pracowały nad psuciem mi opinii, ostrzyły noże, nożyczki i pilniki. Wcale jednak nie chodziło o spiłowanie pazurków, lecz o zapuszczanie. Żeby móc później mnie nimi podrapać. Metaforycznie. 
 
Nie ma idealnych ludzi. Nie ma idealnych przyjaźni. Nie ma idealnych przyjaciół. Są jednak prawdziwi przyjaciele. Najdłuższy staż mam z moją M. W przyszłym roku będziemy obchodzić 18-stkę. Kiedyś usłyszałam, że ukradłam moją przyjaciółkę. Że tylko dzięki pewnej osobie się z nią zaprzyjaźniłam, a to zupełnie nieprawda. Ja i moja M. chodziłyśmy do tej samej szkoły, do tego samego kościoła i mieszkałyśmy blisko siebie. Krążyłyśmy wokół siebie długi czas. To była przyjaźń od pierwszego wejrzenia. Wiem, że mogę na nią zawsze liczyć. Wiem też, że jest i będzie lojalna. Że jest prawdziwa. Ona wie, że ja murem za nią stanę i nie pozwolę wyrządzić jej krzywdy. Nie, nie mamy siebie na wyłączność. Bo z drugim człowiekiem można być, przy drugim człowieku można być, ale nie można go mieć i nie można nim być. 
 
Nie jest ze mną łatwo się przyjaźnić, bo nie jestem łatwym człowiekiem. Trzymam się na dystans i nie lubię się otwierać, a nawet jeśli to robię, to jest to otwór kontrolowany, przez który inni dojrzą tylko tyle, ile im pozwolę. Z tym, że najbliższym pozwalam na więcej. 
 
Przyjaciel, to taki ktoś, z kim można zjeść tuzin beczek soli, ukraść dwa stada koni, wylać morze łez i śmiać się tak głośno, jak tylko można. Przyjaciel to taki ktoś, kto jest z tobą nie dla twoich zalet, nie dla korzyści, tylko dla ciebie samego wraz z całym inwentarzem. Przyjaciel przyjacielowi pewnych rzeczy nie robi. A jeśli robi, to był tylko lepszym lub gorszym aktorem w tej całej komedii czy innej tragedii.
 
 

2 czerwca 2014

Słowa po recyklingu.

Archiwizowałam notki. Lubię mieć zebrane w jednym miejscu słowa, przemyślenia. Właściwie z bloga zrobiło się coś na wzór pamiętnika. Nie zakładałam, że moje bazgroły wyewoluują w coś takiego. Nawet nie zamierzałam prowadzić pamiętnika, bo po co i dla kogo? Drogi pamiętniczku...

Na brak towarzyszy do rozmów nie narzekam. Życie i jego celebracja uzależnia. Cudownie przeżywać swoje życie. Jednak czasem, gdy w głowie nagromadzi się zbyt wiele słów, a myśl myślą myśl kolejną pogania, wówczas najlepiej mi się je porządkuje, pisząc. Zresztą zawsze tak było, że język pisany był mi bliski i łatwiej było, właściwie to jest, mi wyrażać uczucia, pisząc je. 

Jestem jedną z tych osób, którym trudno przychodzi powiedzieć komuś - kocham. Bardzo trudno. Słowa grzęzną w gardle. Robi się tam jakaś klucha. A najlepiej to w ogóle tego nie mówić. Lepiej pokazać to czynami. Tym bardziej, jeśli w obecnych czasach "kocham" tak się spopularyzowało, że straciło na znaczeniu. Kochać można wszystko i każdego. W każdym języku. Czasem zastanawiam się, czy ono jeszcze coś znaczy? Czy i gdzie są jeszcze ludzie, dla których "kocham" jest świętością? Modlitwą. Bliskością. Szczerością. Wyznaniem. Intymnością. Granicą. Dla kogo jeszcze serce się liczy?

Słowa bywają wyjątkowe. Szkoda im to odbierać i poddawać je recyklingowi, przerabiając na papier toaletowy. I o ile papier się przyda, co by, za przeproszeniem, z obsranym tyłkiem nie chodzić, to słowa po recyklingu już może nie za koniecznie. "Kocham" już przerobiono na tysiąc sposobów, podobnie jak "to nie tak jak myślisz". 

Może by tak odczarować "kocham" zamiast traktować je jak zasmarkaną chusteczkę do nosa. Piękne słowo, gdy płynie prosto z serca, bo przecież najpierw serce... 

Odczarować... Tylko nie robić im liftingu, bo może się okazać, że powstanie jakiś koszmarek albo piękne kłamstwo. 

Jak dobrze byłoby przywrócić wartość słowom. Bez liftingu. Bez recyklingu. Tylko tak zwyczajnie. 

26 maja 2014

Je suis perdu.

Szufladki ze słowami są dziwne. A już najdziwniejsze są te ze słowami w różnych językach. Podobno w mózgu mamy szufladkę na język ojczysty i języki obce. Sama nie wiem. Ostatnio wszystko mi się miesza, a ja momentami mówię zmiksowanym hmmm... dialektem? Zaczynam w jednym języku, kończę w innym, a w środku zdania też coś powrzucam. Czasem zupełnie nie potrafię się przestawić na inny język. 

Zaczynam się powoli domyślać, jak mogli czuć się apostołowie, jak nagle zaczęli mówić różnymi językami. W mojej głowie mniej więcej to samo. 

Co prawda swobodnie przechodzę z polskiego na angielski, czasem niezauważalnie. Mój holenderski, choć nadal okropnie niegramatyczny jak szybko chcę coś powiedzieć, w wymowie zajeżdża francuskim i nic na to nie mogę poradzić, zwłaszcza jak za dużo nagromadzi się obok siebie - g (w hol. czytane jak h), h, ch, r, s, z. Tragedia. 

W dodatku jakież było moje zdziwienie, kiedy oglądałam sobie program w holenderskiej telewizji. W skrócie - facet był w Afryce, w jednym z krajów, w których mówi się między innymi po francusku. Rozmowę prowadzono we francuskim i angielskim, napisy były holenderskie. Akurat robiłam ciasto, więc zamiast oglądania, zafundowałam sobie słuchowisko. I zdziwiłam się, że jednak rozumiem nieźle ten francuski. Wydawało mi się do tej pory, że mnóstwo zapomniałam. A jednak... szuflada w głowie się otworzyła i klucz się znalazł. 

Podobnie zdziwił mnie niemiecki. Próbowałam wbić to sobie do głowy bardzo dawno temu. Tak jakieś 20 lat z hakiem minęło. No i coś mi w tej łepetynie zostało. Czasem też tato wrzucał przy obiedzie jakieś niemieckie słowa, poza tym teraz ten niderlandzki język i... trochę tych Niemców rozumiem. Ale nawet zwykłe proszę czy dziękuję, bardzo ciężko przechodzi mi przez gardło. Jestem niemiecko-niewyuczalna ;) Aczkolwiek przydaje się... czasem mam wrażenie, że Niemcom wydaje się, że każdy zna ich język albo przynajmniej znać powinien. Po angielsku jakoś tak opornie z nimi... albo to może tylko ja na takich trafiam. 

Tu w Holandii, to przynajmniej dziwnie na mnie nie patrzą, jak mieszam niderlandzki i angielski. Nie wszystko umiem powiedzieć i wytłumaczyć, o co mi chodzi. Na szczęście większość ludzi mówi tu ludzkim, normalnym, zrozumiałym językiem. Dla mnie. Żeby była jasność. I choć czasem zwijają się ze śmiechu, jak po holendersku usiłuję coś wytłumaczyć albo strzelam miny, jak nie rozumiem, to nie poddaję się i dzielnie walczę z tym językiem własnym językiem. Cud, że jeszcze sobie go nie połamałam. Choć czasem mam wrażenie, że składa się jak harmonijka albo układa się w drobną kosteczkę. 

Wracając do szufladek w mózgu... W tej chwili muszę sobie tłumaczyć słówka na angielski, względnie na francuski, bo jak przetłumaczę na polski, nie potrafię ich zapamiętać. A co gorsze, bywa, że znam znaczenie słowa, ale nie umiem znaleźć polskiego odpowiednika bez posługiwania się angielskim czy francuskim. 

I tak to już jest, że czasem czuję w różnych językach. Myślę w różnych językach. Tak sobie myślę, że języki są jak palety barw. W zależności od tego, co czujemy, o czym myślimy, szukamy na nazwanie tego odpowiednich słów. Ja jednak jakoś nie mogę posługiwać się np. tylko jedną paletą. Potrzebuję ich więcej. Coś co dobrze da się wyrazić jednym językiem, w innym już mi tak nie brzmi. Może to zasługa słów? 

Słowa to moje życie. Litery, zdania, zapisane stronnice. Książki i języki to moje życie.

25 maja 2014

Modlitwa za życie.

Módl się i rób, co chcesz. 
Moja modlitwa codziennie jest inna i codziennie jest taka sama. 
Moje życie to modlitwa. Modlitwa o to, abym każdego dnia stawała się lepszym człowiekiem i abym miała dobre życie. Dobre, czyli takie, aby nie zapominać o bliskich, znajdować dla nich czas, kochać, pomagać, celebrować życie i życzyć innym jak najlepiej, nie pielęgnować nienawiści, myślami być przy tych, których kocham i modlić się, aby mieli szczęśliwe życie. 
 
Moja modlitwa to nie w imię syna czy ojca i nie ukłony albo odklepywane bezrefleksyjnie formułki, nauczone dawno temu. Moja modlitwa to rozmowa, to odczuwanie. Ciało, dusza, umysł. Dziękowanie za deszcz i za słońce, za zieleń traw i liści, za wodę, za ludzi i zwierzęta. Za zdrowie, z którym może dobrze nie jest, ale nie jest i tragicznie, w każdym razie dziękuję za to, że to co jest z nim źle, nie przeszkadza mi żyć. Dziękuję za uśmiechy, za ostre słowa, za niepowodzenia i smutki, za to, że bez tych cudownych ludzi wokół mnie, bardzo trudno byłoby mi podążać własną drogą - dziękuję za to, że są i bardzo chciałabym, aby dostali wszystko, co najlepsze. Dziękuję za szalone serce, które dla mnie bije. 
 
Czasem proszę, choć trochę mi wstyd i tak głupio, bo ja już tyle dostałam, a inni bardziej potrzebują. Zresztą Ten w Którego Wierzę nie pozwoli mi zginąć, bo wie, czego potrzebuję, aby funkcjonować w tym świecie. Wiem to.
 
Nie szukam i znajduję. Proszę i otrzymuję. 
 
Życie to najpiękniejszy dar, z którym można zrobić tak wiele. Można nawet zapakować w pudełko i przewiązać wstążeczką albo przepuścić przez maszynkę i zrobić mielone. Choć pewnie nie byłoby wówczas tak smaczne.
 
Dziękuję za życie, mając nadzieję, że za jakiś czas, będzie się mogło pojawić nowe. Życie. 

27 marca 2014

Jak cię widzą, tak cię piszą.

Czy wszystko zależy od pierwszego wrażenia? Czy nasze życie uczuciowe i przyszłość zależy od tego, jakie wrażenie robimy na innych ludziach? Jak sprostać wyobrażeniu o nas, które rodzi się w głowie drugiej osoby, która jeszcze nas nie zna? 

Nasza logika i zdrowy rozsądek nijak się mają do tych kilku pierwszych sekund emocjonalnego postrzegania i budzenia skojarzeń. 

Czy opłaca się udawać, aby wywrzeć dobre pierwsze wrażenie? 

Któregoś popołudnia wybrałam się z Aną Lisą na zakupy. Akurat nie miałam nic do roboty, więc dałam się namówić. Ana miała następnego wieczoru randkę w ciemno z jakimś facetem, z którym umówili ją znajomi. Choć nie miała zielonego pojęcia o tym, z kim wysyłają ją na randkę, bardzo chciała, zrobić na nim jak najlepsze wrażenie. Wybrała sukienkę, pończochy i przerzuciła się na dział z bielizną. Czekając, aż AL coś wybierze, z nudów przeglądałam bieliznę wyszczuplającą. 

AL: Kup sobie koniecznie!

CzG: Myślisz, że jest mi to potrzebne? Do modelki mi daleko, ale majtki ściągające?

AL: Wiesz jak to poprawia figurę?

CzG: Nnnnoooo....

AL: Włożysz takie coś i od razu masz jeden rozmiar mniej, no i faceci będą się za tobą oglądać.

CzG: I tak się oglądają, przeważnie gapiąc się na moje cycki. A jak widzisz, nie ma tu bielizny, która zmniejszyłaby tę część mojego ciała. 

Ana Lisa nie dawała za wygraną...

AL: Ale zobacz, jak to talię wyszczupla i brzuch spłaszcza!

CzG: Wynalazek niezły, ale jak się rozbiorę do naga i tak będzie widać wszystkie mankamenty. Zresztą jakoś ciężko mi sobie wyobrazić na własnym ciele gacie w stylu Bridget Jones. Wolę moje koronki. Poza tym gdyby mój facet zobaczyłby mnie w czymś takim zabiłby mnie śmiechem. 

Czy wygląd ma aż takie znaczenie? Czy czyste pachnące ciało, czyste i wyprasowane ubrania dopasowane do figury to zbyt mało? Czy trzeba wpisywać się w panujący kanon piękna, bo inaczej nie ma się szans na rynku uczuć? 

Dobra, może wygląd się nie jest najważniejszy, ale nie można powiedzieć, że się nie liczy. Co wiemy o osobie, którą dopiero co spotkaliśmy? Zanim wypowiemy jakiekolwiek słowa, oczy już zrobią sondę, którą w ciągu kilku seksund mózg podsumuje. 

Tylko o co tak naprawdę chodzi z tym wyglądem? 

Zależy kto, czego pożąda. Czego szuka i oczekuje. 

Wiem jedno, jakkolwiek by się nie wyglądało, kiedy nasza postawa jest wyprostowana, a nie jakoś pokracznie pogarbiona, jak byśmy chcieli schować się przed całym światem, kiedy włosy nie zasłaniają naszej twarzy, na której zamiast podkówki gości uśmiech, to działa na naszą korzyść i nabija nam punkty niezależnie od reszty. W każdym razie nie zaszkodzi prać ubrań i dbać o higienę, bo nie ma nic gorszego jak np. pranie spodni kiedy te prawie same stoją w kącie czy też wycieranie się niepranym od miesięcy ręcznikiem, który cuchnie zgnilizną. 

I jeszcze jedno. Wrednemu charakterowi na długo nie pomogą majtki ściągające, figura modelki, czy mięście jak u sportowca. Triada platońska nie bardzo się sprawdza w życiu, jeśli piękno zewnętrzne wiązać będziemy z dobrem i prawdą, zakładając, że jeśli człowiek jest piękny, będzie również dobry. Natomiast jeśli wyjdziemy w drugą stronę - od prawdy i dobra, to dojdziemy i do piękna, tyle że wewnętrznego. Jednakże cóż nam po wewnętrznym pięknie, jeśli w ustach i myślach innych będziemy spasionymi świniami, workami na kości, pokrakami, brzydactwami? 

Szukamy miłości. Tęsknimy do niej. Aby ją znaleźć, niektórzy gotowi są na wszelkie eksperymenty z własnym wyglądem, z ciałem, aby zwyczajnie się podobać drugiej osobie.

Pierwsze wrażenie? I owszem. Jednak pamiętajmy, że czasem bywa zawodne. A na rynku uczuć, szukając miłości...? Gdy tak o tym myślę, przypomina mi się jedna z piosenek pani Jones. Przyjemnego słuchania!



19 marca 2014

Kiepski seks.

Czym mierzy się dobry związek? Czy można mieć dobry seks i kiepski związek? Albo kiepski seks i dobry związek? Albo też dobry związek z kiepskim seksem i drugi w tym samym czasie, tyle że kiepski, ale z dobrym seksem? Czy można mierzyć związek ilością przeżytych orgazmów? 

A może to zwyczajnie nie wypada, bo wszystko powinno być zgodne z religią, zasadami, wartościami? Tylko, szczerze mówiąc, po cóż mieszać Boga tego czy innego w to czy ktoś mnie podnieca czy też nie. Czy kobiecie w ogóle wypada przyznać się do tego, że jakość związku mierzy ilością orgazmów? Bo jak tu przyznać się do tego, nie będąc jednocześnie posądzoną o zeszmacenie. 

Jeśli mężczyzna może być kobieciarzem, czerpać zadowolenie z seksu, patrzeć na związki pod kątem relacji fizycznej, to czemu kobiecie nie wypada? W naszym pięknym języku nie ma nawet słowa, którym by można określić synonim kobieciarza w wydaniu żeńskim. Mamy: flirciarę, zdzirę, szmatę, sukę i całe mnóstwo innych wulgaryzmów, ale żadne nie oddaje istoty rzeczy. Z braku jakiegokolwiek odpowiednika lepiej być jędzą, wiedźmą czy zdzirą, choć w oczach innych ludzi można wypaść znacznie gorzej.

Poznałam jakiś czas temu faceta. Zwyczajny mężczyzna jak każdy. Je, śpi, pracuje i umawia się z dziewczynami. Zanim jednak zaangażuje się w jakiś związek, zawsze musi sprawdzić dopasowanie fizycznie. Jeśli seks z daną partnerką mu nieodpowiada, nie będzie się angażował w tę relację i proponował czegoś więcej. Na moje pytanie, dlaczego zachowuje się tak, jakby sprawdzał towar przed zakupem, odpowiedział, że związek ma być też dobrą zabawą, przyjemnością. Na co mu jakaś miła dziewczyna, która będzie mu sprzątać, prać i gotować. Przecież gdyby chciał mieć żonę, to by się ożenił. Facet dobiega 40-stki i żeniaczka mu nie w głowie.

Gdyby samotna kobieta wyraża otwarcie takie poglądy, jak mój znajomy, zaraz znajduje się pełno ludzi, którzy kraczą jej nad głową jak stado kruków, wron czy innego ptactwa. Zadziobałyby kobietę, byle ją tylko uciszyć. I jeszcze ona miałaby chcieć domagać się dobrego związku z orgazmami, jakby sam dobry związek nie wystarczał. Otóż nie wystarcza. Nie zawsze. Nie na długo. Czasem wcale. 

Raz, drugi, piąty, dziesiąty... Ile razy tak można? W końcu sfrustrowana kobieta sama nie wie, co ze sobą począć. I zamiast pomyśleć, że to facet nie ma zielonego pojęcia o tym, jak ją zadowolić, zaczyna szukać winy w sobie, że to coś z nią jest nie tak, skoro ma problem z orgazmem. Oczywiście, że przyczyn może być wiele, ale nie jestem lekarzem, aby rozważać to z medycznego punktu widzenia i nie o to mi chodzi. 

Chyba każdy normalny człowiek chce, aby z relacji fizycznej między dwojgiem ludzi płynęła przyjemność, a nie sfrustrowanie, złość i żal. 

Czy mierząc swoje związki liczbą przeżytych orgazmów, robię to z pozycji kobiety wyzwolonej, pewnej siebie czy też robiąc to, przesuwam się na pozycję bliższą prostytutkom albo staję się wręcz puszczalską? Czy w kontekście takiego podejścia do związków, zasługuję na to, aby określać się mianem wierzącej, czy też może powinnam się w ogóle nie przyznawać do tego, że chcę dobrego związku z dobrym seksem, bez całego cyrku z małżeństwem w danej chwili? Bo jeśli chcę tego, to ogień piekielny mnie pochłonie? Czy jeśli chciałabym się określać mianem osoby wierzącej, to najpierw musiałabym wyjść za mąż, aby wiedzieć w praktyce, czym jest seks? A jeżeli z jakichś powodów do 60-tki ta sztuka nie udałaby mi się, to miałabym robić za wieczną dziewicę? Czy to jest w ogóle normalne? 

Lepiej przecież "muszkom urywać skrzydełka" niż uprawiać seks, domagać się orgazmów i nie posiadać męża. 

I tak w mojej głowiek trwa wieczna walka tego, co się chce, z tym, co się powinno i co wypada. 

Czy można mierzyć związek ilością przeżytych orgazmów? Można. A nawet trzeba... nie tylko ilością, ale może przede wszystkim ich jakością. A jeśli wymieszać to jeszcze z miłością... Jednak nawet największe uczucie i kiepski seks wiecznie w parze iść nie będą. W końcu któreś odpuści. 

18 marca 2014

Ciepło - zimno.

pogoda: wiatr, zachmurzenie i przelotne opady

temperatura: zimno

stan ducha: tęsknię

Różnica między kobietami, a mężczyznami jest taka, że przy obecnej aurze im zazwyczaj jest znacznie cieplej niż nam. Podczas gdy moje dłonie i stopy są lodowate, nos robi się zimy, od niego bucha ciepło aż miło. Lubię tak się wtulić i grzać się, słuchając bicia jego serca, które mnie uspokaja.

Siedzimy dziś z siostrą w jednej z kawiarni. Sączymy kawę, deszcz kropi jak ksiądz kropidłem, lampy i piece gazowe grzeją aż miło, i człowiek zapomina, że praktycznie siedzi na dworze w kawiarnianym ogórdku. Ciepło i przyjemnie. 

Nie lubię, kiedy jest mi zimno. Noszę czapki, szaliki i rękawiczki. Wedle norm holenderskich to jestem przegrzana. Nauczyłam się już, że gdy idę do typowego holenderskiego domu z wizytą, lepiej włożyć na siebie więcej odzieży. 

Jednego razu zostałam wraz z siostrą zaproszona na kawę do znajomych. Siedzimy w aucie, mi jest w sam raz, jej jest zbyt ciepło. Pytam się jej, dlaczego tak ciepło się ubrała, a ona mi na to, że przecież jest zimno. Przytakuję, ale dodaję, że nie można przesadzać. 

Siedzimy w salonie, pijemy kawę. Kiedy gospodarze przez chwilę są zajęci poszukiwaniem właściwego albumu ze zdjęciami, pytam dyskretnie siostry, czemu tu tak zimno, czy oni nie używają ogrzewania, czy jak. Na dworze zima, wiatr wieje jak wściekły, może nie ma mrozu, ale ciepło wcale nie jest. Ona mi na to, że to normalne. Nie mogłam doczekać się końca wizyty i ogrzania się w samochodzie. Niewiele brakowało, a zaczęłabym szczękać zębami z zimna. 

Równie mocno się zdziwiłam, kiedy mieszkałam pod jednym dachem z Holendrem. W domu jakieś 16-17 stopni, siedzę w salonie i oglądam telewizję. Mam na sobie ciepłą bluzę, najgrubszy sweter jaki posiadam, ciepłe spodnie, ciepłe skarpety, ciepłe kapcie, dodatkowo nogi mam jeszcze kocem owinięte. Do pokoju wchodzi Holender w jeansach, koszulce bez rękawów i otwiera okno. Pytam się go, co robi. A on mi na to, że wietrzy, bo jest za ciepło, a tu już wieczór i do spania człowiek się będzie zbierał, a tu tak ciepło w domu. Jedyne co wydusiłam z siebie to zdziwione: "Ciepło???".