Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przepisy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przepisy. Pokaż wszystkie posty

14 lipca 2015

Mus czekoladowy.

Ostatnio stres dał mi się trochę we znaki. Czasem mam też dość już tej mozolnej pracy, aby w końcu wszystko poukładało się tak jak powinno na wszystkich polach. I kiedy mi tak bokiem już wychodzi wszystko po kolei, wówczas uciekam do kuchni. 

Mięsa nigdy jakoś specjalnie nie lubiłam. Jeść - jem. Lepsze to niż wegetariańskie dziwadła z soi, które cuchną tak, że do ust bym nie wzięła, a nafaszerowane taką ilością wody i wypełniaczy, że zupełnie nie zachęcają mnie do tego, abym się na to coś przerzuciła z mięsa. Nie zmienia to faktu, że codziennie spożywanie mięsa na obiad nie jest dla mnie. Dlatego kombinuję z warzywami. Z owocami również. I tym sposobem w mojej kuchni pojawiły się między innymi placki z dyni, placki z dyni i ziemniaków, placki z marchwi i selera, pieczony kalafior, sałatka z surowego kalafiora, zupy z warzyw i owoców, burgery warzywne oraz mnóstwo innych pyszności. Jeśli za mięsem nie przepadam, coś jeść jednak muszę. 

To co serwuję samej sobie na główny posiłek, dla moich bliskich służy bardziej za dodatki, bo dla mojego otoczenia obiad bez mięsa lub ryby, obiadem nie jest. 

Ostatnio jednak oszalałam na punkcie czegoś zupełnie innego. 





Niezaprzeczalnym faktem jest, że uwielbiam czekoladę pod każdą postacią. Postanowiłam zrobić sobie mus czekoladowy... z owoców. Jeśli ktoś z Was moi mili trochę siedzi w tych tematach warzywnych, wegetariańskich, wegańskich i innych takich, to powinien coś takiego znać. Przepisów jest ileś. Ja sobie próbuję, kombinuję, smakuję, modyfikuję i po wypróbowaniu różnych kombinacji przypadła mi do gustu jedna opcja.

A składa się ona z :

1 miękkie dojrzałe avocado

1 banan

1 płaska łyżka kakao

3 łyżki mleka roślinnego (Najczęściej wybieram sojowe, ale może być też ryżowe, migdałowe czy kokosowe. Tu w Holandii w każdym sklepie coś takiego mają. Z braku mleka roślinnego i zwykłe się będzie nadawać.)

3 łyżeczki miodu

Wrzucam wszystko do blendera i miksuję na gładką masę. Następnie przekładam do pucharków albo wykorzystuję jako składnik deserów, często jako masę do przełożenia ciasta i wkładam do lodówki. Najlepiej smakuje schłodzony. Można jeść go z czymś się tylko chce - z owocami, z orzechami, z bitą śmietaną, jako dodatek do naleśników albo sam.

Warzywa i owoce można wykorzystać na tysiąc sposobów. Wystarczy tylko otworzyć swoje kubki smakowe na nowe wyzwania. 

 

5 marca 2013

Zupa marchwiowo - pomarańczowa i sen erotyczny.

Godzina 1.05. Nadal nie śpię i nawet mi się nie chce. Przetrząsnęłam internet, ale jakoś nic wypaść z komputera nie chciało. Jestem głodna. Środek nocy to może nie jest odpowiednia pora na jedzenie... ale... kilogramy ze mnie lecą jak liście z drzew jesienią, więc kicham na porę jedzenia. Dobrze, że w ogóle jem. Zimno jest. Dni wiosną pachną, ale noce... temperatura na minusie. Nocą dobre jest coś na rozgrzanie. 
Zupa marchewkowo - pomarańczowa. Nie każdemu ten smak pasuje, ale mi bardzo odpowiada.

Potrzebne są:
jakieś 2 litry wody, może trochę więcej (tak na wyczucie ;) bo ja zawsze mam kłopot z ustaleniem proporcji po fakcie, bo gotuję na wyczucie właśnie)
sok wyciśnięty z dwóch pomarańczy
skórka otarta z jednej pomarańczy
1,5 łyżki masła

To wszystko doprowadzamy do wrzenia w garnku. Trzeba uważać, aby nie wykipiało. Jak się zagotuje to wrzucamy do mikstury pokrojone w kostkę:
kilka marchewek (5-6 - zależy od ich wielkości)
pół pietruszki
kawałek selera.

Gotujemy to wszystko na małym ogniu, aż warzywa będą miękkie. Doprawiamy solą i cukrem. Następnie miksujemy. Zwykle zostawiam trochę warzyw, których nie miksuję i później dorzucam do zupy, bo lubię, jak mi tam pływają kawałki marchewki. Można nie miksować, jak ktoś tego nie lubi. Smaku to nie zmieni, co najwyżej konsystencję. Na koniec posypuję zupę prażonymi nasionami słonecznika i prażonymi orzechami włoskimi. 

Ten wariant marchwianki bardzo lubię. Czasem zamiast kroić warzywa w kostkę, ścieram je na tarce jarzynowej i wtedy już zupy nie miksuję. Marchew i pomarańcze to świetne połączenie. Rozgrzewająca i jednocześnie orzeźwiająca zupa. Poprawia humor.


Filiżanka zupy rozgrzała mnie dostatecznie mocno, jednak śladów senności jak nie było, tak nie ma. Możliwe, że wpływ na to ma mój poranny sen. Tak realistyczny, tak prawdziwy, że aż trudno mi było uwierzyć, że to po prostu mi się przyśniło. Sen był z gatunku erotycznych. Mocno. Właściwie to takie trochę porno. Nooo nie trochę. Bardzo. Czy sen może być wręcz namacalny, odczuwalny na jawie...? Czułam się tak, jakbym była tam, z nim. Proszę nie pytać mnie z kim, powiem tylko, że z nim, czyli z tym samym co zawsze, ale bez twarzy... Jak zwykle. Za to wszystkie inne części ciała widziałam dokładnie. Czułam wręcz pod palcami jego napięte mięśnie. Inne części też. Ciekawe czy on istnieje w realnym świecie...? Bo jeśli tak... to ja chcę z nim przeżyć to wszystko na jawie. No ale przecież nie będę szukać faceta, bo niby jak skoro jest bez twarzy (twarz jakąś ma, tylko ja albo jej nie widzę, albo zwyczajnie nie pamiętam), przecież nie będę każdemu spotkanemu panu zaglądać w rozporek.            

6 listopada 2011

Dyniowo.

Ostatnio pokusiłam się o zrobienie ciasta dyniowego (zdjęcie było bodajże dwie notki temu), które jest taką małą wariacją na temat ciasta marchewkowego. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie wypróbowała na sobie innych słodkości z dynią, jak choćby dwóch innych wariantów ciasta dyniowego czy musów dyniowych (np. dyniowo-gruszkowego z migdałami albo dyniowo-pomarańczowego z goździkami i cynamonem).
Poniżej przepis na ciasto dyniowe (wariacja marchewkowa).

składniki:
3 jaja
1 szklanka cukru
cukier waniliowy
2 szklanki dyni startej na tarce jarzynowej (tej o dużych oczkach)
1 i 1/2 szklanki mąki pszennej
2 łyżki mąki ziemniaczanej
łyżeczka proszku do pieczenia
łyżeczka sody oczyszczonej
2/3 szklanki oleju
łyżeczka cynamony
po 1/3 łyżeczki: kardamonu, suszonego imbiru, gałki muszkatołowej i mielonych goździków


Jajka utrzeć mikserem wraz z cukrem i cukrem waniliowym na puszystą masę (zrobi się biała). Następnie dalej ucierać, dodając stopniowo olej. Chwilę miksujemy i na masę przesiewamy obie mąki, proszek i sodę. Ucieramy jakieś 3-4 minuty. Następnie dodajemy cynamom i pozostałe przyprawy, chwilę ucieramy, aby dobrze się wmieszały. Na koniec dodajemy dynię i wszystko delikatnie mieszamy łyżką, najlepiej drewnianą, aby wszystkie składniki dobrze się połączyły.

Ciasto przekładamy do formy (przepis jest na małą formę - może być keksówka, mała tortownica albo prawie kwadratowa blaszka - taka połowa standardowej blachy) wysmarowanej masłem i obsypanej bułką tartą. Pieczemy w piekarniku nagrzanym do 190 stopni przez 40-50 minut. Ja sprawdzam patyczkiem czy już jest gotowe, żeby nie przesuszyć.

Ciasto można polać lukrem albo posypać cukrem pudrem. Można je podawać z którymś z wariantów musu dyniowego ;)
Smacznego!

24 października 2011

Dynia z gruszkami.

od lat niezmiennie
na pustej kartce
słów szukam

rozglądam się za nitkami atramentu
za znakami schowanymi w tej bieli
jak pokój za firanką

ciąg liter
alfabet
bez znaczeń
zbyt pełny
pękaty myślami

jak kowal kuję
myśli
zdarzenia
pragnienia

wiem że nie będą wieczne
zdumchnie je niczym ziarnka piasku wiatr
by spłynęły wraz z kroplą wody

--------------------------


Cisza.
Bez słów.
Bez znaków.
Niema.
Głucha.
Ślepa.
Cisza.

Nawet liście nie drżą na wietrze.
Tylko cienie drzew wyciągają swoje nagie macki gałęzi.

W kuchni smaki wnikają w ściany.
Warzywna paleta barw pachnie jesienią.
Zbolałe ciało próbuję nakarmić.
Wypełnić zapachem.

Ale straciłam apetyt.
Z tęsknoty.
-----------------------------------

 
 



mleczny mus z gruszek z cytrynową nutą


ciasto dyniowe
ciasto dyniowe  z musem gruszkowo-dyniowym


zupa dyniowa


Dynia i gruszki zapędziły mnie w weekend do kuchni. Nie mogłam się powstrzymać, nie mogłam walczyć ze sobą i jakoś tak wyszło, że niedzielę spędziłam głównie na kuchennych zmaganiach. Może to nawet lepiej, tym bardziej że za oknem o godzinie 10.30 było 0! stopni. Mgły tańczyły na horyzoncie, a koło południa jakby postanowiły zbliżyć się i pożreć znacznie więcej widoku za oknem. Sobota była przyjemna, słoneczna i chyba tylko dzięki temu zapędziłam samą siebie do gruntownych porządków. Nie oszczędziłam nawet firanki na drzwiach łazienkowych. A dziś mój ojczulek kochany przekonał się sam z siebie do zupy dyniowej i placka dyniowego. Nie, to nie moja zasługa, tylko tej smacznej, cudownie pomarańczowej, delikatnej dyni. 

Jednego roku miałam okazję spędzić kilka dni w tzw. letnim domku (nawiasem mówiąc można w nim spokojnie też zimą przebywać i się nie zmarznie) rodziców mojej koleżanki. Ona nie miała kłopotów ze snem. Za to ja spałam maksymalnie po dwie godziny, bo więcej jakoś nie mogłam. Gdy na dworze było jeszcze ciemno, wychodziłam o jesiennym poranku z domku i szłam najpierw na grzyby, a potem pomedytować sobie koło pola dyń. Nie mogłam się na nie napatrzeć. Mogłabym tak godzinami tam sobie siedzieć.

Muszę po prostu muszę utrwalić tę dynię na zimę, bo z czego będę robić dyniowe przysmaki??? Jeszcze w kolejce czeka chlebek dyniowy, ciasto z puree z dyni, suflet dyniowy, zapiekanka z dyni... Gruszkom też się nie upiekło.


20 października 2011

Pudding chlebowo-maślany.

Prosty, chlebowo-maślany, gorący. Jedna łyżka przegnała moje smutki. Żałuję, że nie mam bardziej pojemnego żołądka, bo zjadłabym cały. Sama. Uwielbiam taki gorący, gdy muszę dmuchać nań, aby sobie ust i języka nie poparzyć. 

składniki:
6 kromek białego pieczywa (używam pszennego chleba foremkowego) - kroimy je na trójkąty
masło - tyle, aby wysmarować nim ceramiczną (!) żaroodporną formę oraz posmarować kromki z obu stron
300 ml mleka
150 ml śmietanki 36%
3 jaja
5 łyżek cukru
pół laski wanilii (przecinamy na pół, wyjmujemy nasionka, resztę możemy zostawić i wykorzystać np. do ciasteczek korzennych, budyniu, czegokolwiek)
opcjonalnie:
gałka muszkatołowa
łyżka cukru trzcinowego

Ceramiczną formę smarujemy masłem. Na dnie układamy posmarowane masłem trójkąty chleba (nie bawię się w odcinanie skórek). Posypujemy je rodzynkami. Następnie układamy kolejną warstwę chleba, ktorą również posypujemy rodzynkami. 

Do wysokiego naczynia wbijamy jaja, dodajemy mleko, cukier, śmietankę i ziarenka wanilii. Wszystko ubijamy dobrze na jednolitą masę. Wystarczy dłuższa chwila miksowania mikserem. Masą zalewamy chleb. Możemy go lekko przycisnąć palcami, żeby dobrze nasiąknął. Odstawiamy na jakieś 10 minut. Opcjonalnie, przed włożeniem do piekarnika, możemy posypać gałką muszkatołową i cukrem trzcinowym. Wstawiamy do nagrzanego (dlatego ceramiczna forma a nie szklana, szklaną moglibyśmy wyciągać w kawałeczkach) do 180 stopni piekarnika. Pieczemy około 30-40 minut, aż pudding się zetnie i zrumieni. Podajemy na gorąco.

Pudding jest bardzo sycący i naprawdę niewiele go trzeba, aby się nim najeść. 
 
 
  
 

15 października 2011

Wieczory z księżycem.

krople deszczu wspomnień
wsiąkają w skórę
rozpływając się łez strugami
ze źródeł gór zielonych

Księżyc wędrujący po ciemnym nocnym niebie dotrzymuje mi towarzystwa. Zagląda w moje okna, obserwując kuchenne czary, czasem widzi mnie z książką albo pogrążoną w pracy. Późnymi wieczorami i nocą, gdy wracam do domu, maszerując pustymi ulicami, oświetla mi drogę jak latarnia.

A oto efekty dzisiejszego wieczoru z księżycem:


 rozmaryn, tymianek, cytryna, imbir, gruszka...


 wariacja szarlotkowa



ciasto:
15 płaskich łyżek mąki przesiać przez sito do miski
dodać szczyptę soli
dodać 75 g masła
powyższe składniki wyrobić palcami jakby się kruszonkę robiło
żeby przypominało bułkę tartą
następnie dodać 2 łyżki zmielonych migdałów i tyle zimnej wody 
aby połączyć wszystkie składniki
zagniatamy ciasto którym wylepiamy małą blaszkę (okragłą, kwadratową)
i wstawiamy na 30 minut do lodówki
wierzch ciasta przykrywam folią spożywczą aby nie wysychało

nadzienie:
3 jabłka (użyłam boskopów) kroimy na kawałki
1 gruszkę kroimy w drobną kostkę
wrzucamy owoce do garnka
dodajemy sok z 1 cytryny, trochę wody
dodajemy 4 łyżki brązowego cukru oraz cynamon do smaku
gotujemy, żeby owoce zmiękły, ale aby się nie rozpadły
w trakcie gotowania dodajemy łyżkę masła
jeżeli wyjdzie nam za gęste trzeba dodać wody
jeżeli będzie zbyt rzadkie można zagęścić łyżką lub dwiema mąki ziemniaczanej
gotowe nadzienie studzimy

kruszonka:
8 łyżek mąki
1,5 łyżki brązowego cukru i 1,5 łyżki białego cukru
25 g masła
z podanych składników robimy kruszonkę
wyrabiamy palcami aby uzyskać fakturę bułki tartej

Piekarnik nagrzewamy do 190 stopni. Ciasto wyciągamy z lodówki, nakłuwamy widelcem. 
Pieczemy 20 minut.
Następnie wyjmujemy ciasto, rozkładamy na nim nadzienie, posypujemy kruszonką.
Pieczemy jeszcze 20-30 minut, aż kruszonka lekko się zrumieni.

11 września 2011

Kuchenne zmagania.

Tęsknota przewierca się przez moje myśli i ciało. Drąży w mojej duszy wąskie korytarze, przez które usiłuje się przecisnąć. Wypełnia moje żyły i chwilami mam wrażenie, że krąży w nich zamiast krwi. Jeść nie mam ochoty. Już samo patrzenie na produkty spożywcze sprawia, że ze skrzywioną miną odwracam głowę. Jednak jeść muszę, żeby tęsknota nie zaczęła wypełniać mojego żołądka i abym znów nie schudła na bladziutki szkielecik. Jedyna i najlepsza metoda, dzięki której jedzenie sprawia mi przyjemność, a ja się do niego nie zmuszam, to wypróbowywanie nowych smaków i przepisów oraz karmienie się tym, co naprawdę lubię.

Oto trzy moje ulubione smaki z ostatnich dni:

1. sałatka z rucoli z gruszką

składniki:
opakowanie rucoli
2 gruszki - obrane i pokrojone w kostkę
ser roquefort (ale czasem używam gorgonzoli) - pokrojony w kostkę
opcjonalnie ziarna słonecznika

sos:
oliwa
sok z cytryny
świeżo starty imbir
sól, pieprz

Wszystkie składniki wymieszać ze sobą w misce.


2. zupa z brokułów

składniki:
litr wywaru warzywnego (gotuję marchew, pietruszkę i seler wraz z łyżeczką masła i odrobiną soli) lub rosołu drobiowego (może być z kostki)
cebula (pokrojona w kostkę)
2-3 ząbki czosnku (pokrojone drobno)
oliwa
pół kostki śmietankowego serka topionego
brokuły
sól, pieprz, gałka muszkatołowa

Cebulę i czosnek zeszklić na oliwie. Dodać wywar z warzyw/rosół. Zagotować. Dodać umyte i podzielone na różyczki brokuły. Dodać przegotowanej wody, jeśli potrzeba. Pogotować zupę około 20 minut, aż brokuły będą miękkie. Następnie zmiksować zupę dokładnie (można zostawić kilka różyczek brokułów do dekoracji) i znów zagotować. Dodać serek topiony, wymieszać dokładnie, żeby serek się rozpuścił. Przyprawić do smaku solą, pieprzem i gałką muszkatołową. Podawać posypane gałką muszkatołową i odrobiną startego żółtego sera. Ja uwielbiam jeść tę zupę z grzankami z serem.


3. babeczki czekoladowe z malinami (przepis na 12 szt.)

składniki:
tabliczka gorzkiej czekolady
15 dag masła
szklanka malin
szklanka mąki pszennej
pół szklanki mąki ziemniaczanej
szklanka cukru
3 jajka
2 łyżeczki proszku do pieczenia
sok z połowy cytryny
skórka otarta z 1 cytryny
pół łyżeczki soli

Czekoladę połamać i włożyć do garnka. Dodać do niej masło. Na małym ogniu rozpuszczać, mieszając. Musi powstać gładka jednolita płynna masa. Następnie wystudzić.

Do miski włożyć 1 całe jajko i dwa żółtka (białka do osobnego naczynia). Dodać cukier i sól. Ucierać mikserem na puszystą masę (zrobi się biała). Dodać sok z cytryny i masę czekoladową. Zmiksować. Następnie przesiać na masę obie mąki i proszek do pieczenia. Zmiksować mikserem aż się połączą i miksować jeszcze 3-4 minuty.

Białka ubić na sztywną pianę. Dodać do nich skórkę z cytryny. Wymieszać dokładnie, ale delikatnie łyżką. Następnie pianę dodać do masy czekoladowej i dokładnie, delikatnie całość połączyć. Na koniec dodać umyte maliny i wymieszać łyżką.

Masę nakładać do foremek/formy do babeczek wyłożonych papierowymi papilotkami. Piec 20-30 minut (w zależności od wielkości - mniejszym wystarczy 20 minut, większym potrzeba 30 min.) w 180 stopniach.

Smacznego!

Zdjęcia powyższych efektów zmagań kuchennych pojawią się niebawem w osobnej notce. Przepis na babeczki wykombinowałam z głowy i zawartości mojej lodówki. Polecam serdecznie do wypróbowania dopóki są maliny. Wilgotne w środku, czekoladowo-malinowe niebo. Udało mi się dziś ocalić część babeczek przed pochłonięciem ich przez moją siostrę i siostrzeńca, bo unicestwiliby wszystkie i to na gorąco jeszcze! Trochę obawiałam się o smak, ale chyba niepotrzebnie. Życzę wszystkim udanego tygodnia!

10 sierpnia 2011

Sufletowo.

Od dziecka uwielbiałam wszelkiego rodzaju zapiekanki. A zamiłowanie do nich tak naprawdę zaczęło się chyba pewnego piątkowego popołudnia, gdy wróciłam ze szkoły. Za oknem było paskudnie, brzydko, zimno i deszczowo. W domu byłam tylko ja i mama. W lodówce i szafkach robiło się mocno pustawo, podobnie jak w portfelach rodziców. Moja mama wykazała się wtedy pomysłowością i zrobiła cudowną zapiekankę. Do dziś pamiętam tamten niesamowity zapach i smak. Żałuję bardzo, że nigdzie nie zapisałam składników z jakich mama zrobiła tę zapiekankę. Ciepłe przepyszne i pięknie pachnące danie rozjaśniło mi tamten pochmurny dzień, a moje kubki smakowe rozmiłowały się w zapiekankach.

Zapiekanka to właściwie pojęcie bardzo ogólne. Najczęściej chyba kojarzy się z czymś, co można kupić w budce z fast foodami. Jednak zapiekanka to potrawa zapiekana w piekarniku, przyrządzona z różnych, często wcześniej ugotowanych składników. Stąd mamy zapiekanki z makaronu, z warzyw, w tym z ziemniaków. Wśród zapiekanek jest też coś takiego jak gratin. Słowo "gratin" pochodzi z języka francuskiego. Pod tym pojęciem należy rozumieć wszystko to, co w czasie zapiekania pokrywa się złocistobrązową chrupiącą skórką. I jest jeszcze mój absolutny faworyt czyli suflet. Słowo to również wywodzi się z francuskiego. Pochodzi ono od czasownika souffler, oznaczającego wydmuchiwać, dmuchać, nadymać, dąć. Suflet to puszysto wyrośnięta, dzięki dodaniu ubitej na sztywno piany z białek, zapiekanka.

Zapiekanki mają to do siebie, że potrafią poprawić humor w paskudny dzień, a te słodkie cudownie odganiają wszelkie smutki. Poza tym zapiekankę można przyrządzić prawie ze wszystkiego, co jest jadalne, a dzięki temu możemy szaleć z pomysłami.

Pierwszy suflet, który zrobiłam, był mało udany. Smak miał nawet niezły, ale wyglądał koszmarnie. Poza tym był robiony nie w ceramicznej formie, tylko w tym co było pod ręką. Opadł, środek się wciągnął, a suflecik wyglądał jak rozciągnięty balonik, z którego uszło powietrze. Następne razy były już dużo dużo lepsze. Gdy robię słodkie sufleciki, czy to małe, czy duże - formę smaruję masłem i obsypuję cukrem. Natomiast te serowe, z szynką i z warzywami, słone i pikantne również wkładam w foremki wysmarowane masłem. Czasem obsypuję je bułką tartą, a czasem niczym. Zdarza się, że natłuszczam formę oliwą, ale to wyjątkowo rzadko, jeśli jakimś cudem masło zniknie z mojej lodówki. Foremki napełniam do max 2/3, czasem 3/4 wysokości, aby suflecik mógł swobodnie wyrosnąć i nie zabierał się za uciekanie. Suflety muszą wędrować do nagrzanego piekarnika. Chwilę po upieczeniu i wyjęciu, może trochę opaść i jest to całkiem normalne. Dlatego suflety najlepiej jeść tuż po wyjęciu z piekarnika. Wtedy nie tylko pięknie wyglądają, ale świetnie smakują. Suflety piekę zwykle w temperaturze 180-200 stopni. Te małe zwykle 15-20 minut, te duże około 45 minut. I jeszcze jedna ważna uwaga- nie należy otwierać piekarnika w trakcie pieczenia.
Poniżej 3 najprostsze wersje sufletowe w wersji pojedynczej (małej). Gdy używam dużej formy zwykle składniki mnożę razy 4. Zachęcam do różnych wariacji z dodatkami, przyprawami.


suflecik serowy
składniki:
1 jajko (rodzielić białko i żółtko)
sól, pieprz, gałka muszkatołowa
2 łyżki tartego sera żółtego
łyżka pokrojonej drobno szynki
łyżka posiekanego drobno szczypiorku
masło do wysmarowania foremki

Żółtko wymieszać z przyprawami, serem, szynką i szczypiorkiem.
Białko ubić na sztywną pianę i dodać do masy, połączyć delikatnie mieszając łyżką.
Dobrze najpierw połączyć część piany, a potem resztę.
Przełożyć masę do formy, uważając, aby nie ubrudzić wierzchu formy, bo wówczas suflet od tej wypaćkanej strony będzie miał kłopot, aby wyrosnąć i będzie po prostu krzywy ;)
Taki suflecik piekę ok. 20 min w 200 stopniach.




suflecik czekoladowy
składniki:
1 jajko
6 kostek czekolady mlecznej
masło i cukier do wysmarowania oraz obsypania formy

Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej. Ja biorę na taką ilość małą szklaną miskę, stawiam ją na metalowym kubku, w którym gotuje się woda. Gdy czekolada się rozpuści, odstawić ją na kilka minut do ostygnięcia. Czekolada nie może być gorąca.
Białko ubić na sztywną pianę. Do czekolady dodać żółtko i razem wymieszać, najlepiej dość szybko. Do masy czekoladowo-żółtkowej dodać pianę i delikatnie połączyć, mieszając łyżką. Masę przełożyć do formy. Taki suflecik piekę ok. 15 minut w 180-200 stopniach. (Można nagrzać piekarnik do 200 a po wstawieniu sufletu zmniejszyć do 180).




suflecik z malinami
składniki:
1 jajko
łyżka cukru (może być biały, może być trzcinowy)
można dodać łyżkę rumu
10 malin
masło i cukier do wysmarowania oraz wysypania formy

Żółtko wymieszać z cukrem i ewentualnie z rumem. Białko ubić na sztywną pianę i połączyć delikatnie z masą żółtkową. Na dno wysmarowanej i wysypanej cukrem formy położyć umyte oraz osuszone maliny. Zalać masą i wstawić do piekarnika. Piec ok. 15-20 min. w 180-200 stopniach.


Pogoda za oknem jaka jest każdy widzi. Bardziej październikowa niż sierpniowa. Wiatr, ciemne chmury i zimno. Dlatego dziś serwuję sobie suflecik czekoladowy z malinami.


26 czerwca 2011

Kuchenne zmagania - w środku nocy, a może już o świcie...

3.00 w nocy. Przewracałam się z boku na bok po obudzeniu się i jakoś nie mogłam zasnąć. Poszłam do kuchni, aby zrobić sobie herbatę. Za oknem było już szarawo, po niebie ospale sunęły chmury i dzień się powoli przeciągał. Siedziałam z tą swoją herbatą na kuchennym blacie i jakoś tak nie wiedzieć czemu, nie wiedzieć skąd nabrałam ochoty na pierogi z truskawkami.

Otworzyłam lodówkę, aby wyjąć truskawki i wzrok mój zatrzymał się na najniższej półce. A tam na dole leżała sobie kiełbasa. Nie byle jaka. Chorizo. Gdyby tak zrobić ją z ciecierzycą, kurkami i rozmarynem... Tylko że ani kurek, ani ciecierzycy nie posiadałam... Przypomniałam sobie, że przecież mogę ją zrobić z fasolą i pomidorami... Najpierw zajęłam się oczywiście pierogami, bo najlepszą rzeczą na pokusy, jest ich zaspokojenie. Po czym zrobiłam coś w rodzaju podpłomyka z rozmarynem. Do chorizo dorzuciłam ostatecznie czosnek, cebulę, fasolę z puszki (bo suchą to powinnam była namoczyć dużo dużo wcześniej, ale przecież skąd mogłam wiedzieć, że będzie mi potrzebna, pomidory, natkę pietruszki... nic innego nadającego się do tego w lodówce nie było. Dorzuciłam też oliwę, sól, pieprz, chyba paprykę w proszku... możliwe, że coś jeszcze, ale nie pamiętam, bo to się samo robiło... tylko moimi rękami, bo myśli fruwały gdzieś za oknem, próbując uczynić sobie posłanie w chmurach. Zrobiło mi się coś w rodzaju ciepłej sałatki, która znalazła się na tym rozmarynowym podpłomyku. Wyglądało to bardzo ładnie i kolorowo. Smakowało jeszcze lepiej. Tylko zapomniałam zrobić zdjęcia. Może następnym razem.

Powinnam to sobie zapisywać, bo potem nie pamiętam i muszę sobie przypominać. Wąchaniem.

Pierogi z truskawkami, musem truskawkowym i gęstą śmietaną... też były pyszne. Szkoda, że nie zrobiłam ich więcej, bo zjadłabym jutro na śniadanie. A może by tak zrobić ich po prostu dużo dużo więcej i zamrozić... Bo te truskawki to się w końcu skończą i znowu na świeże trzeba będzie czekać do następnego roku... Jeszcze tylko gdyby zamrażarka chciała się powiększyć...

Jedno jest pewne. Coś wisi w powietrzu. Inaczej nie nachodziłoby mnie na gotowanie w środku nocy/nad ranem... Dobrze, że jeszcze ilości kontroluję i robię tylko tyle, ile jestem w stanie zjeść, bo jak zacznę gotować dla "pułku wojska", to już to wiszące, o ile jeszcze nie spadnie, tego spadania będzie bliskie.

29 maja 2011

Kuchenne zmagania.

Ostatnio coraz częściej śni mi się jeden sen. Dziś jednak śniła mi się senna wariacja tego snu. W efekcie, gdy się nad ranem obudziłam, dłuższą chwilę trawało, zanim doszłam do siebie i poskładałam sobie wszystko w głowie. Dopiero gdy ojciec rano złożył mi życzenia, ocknęłam się, że powinnam była wczoraj kupić albo zrobić jakieś ciasto imieninowe. Zrobiłam szybki przegląd lodówki i decyzja padła na kruche z truskawkami, zwane plackiem z truskawkami.


składniki:
szklanka truskawek
szklanka mąki
szklanka cukru pudru
szczypta soli
10 dag masła
łyżka kwaśnej gęstej śmietany
2 jajka 

ciasto:
szklanka mąki
pół szklanki cukru pudru
łyżka śmietany
pół kostki masła (10 dag)
2 żółtka

Z podanych składników zagniatamy kruche ciasto. Trzeba zrobić to dość szybko. Zagniecione ciasto formujemy w kulę i wkładamy do lodówki na co najmniej godzinę. 
Ja ciasto owijam w folię do żywności, przez którą później wałkuję ciasto. Ciasto się łatwiej się wałkuje i nie rozrywa się.

Po wyjęciu z lodówki wałkujemy ciasto i wylepiamy nim blaszkę (nie trzeba jej smarować). Ciasto nakłuwamy widelcem i wkładamy do piekarnika nagrzanego do 180 stopni. Pieczemy pół godziny.

Pod koniec pieczenia ubijamy pianę z białek, połowy szklanki cukru pudru i szczypty soli. Do piany dodajemy pokrojone truskawki i mieszamy łyżką.

Wyjmujemy ciasto, na które wykładamy pianę z truskawkami. Ponownie wkładamy do piekarnika i pieczemy około 15-20 minut.

powyższy przepis jest na małą blaszkę - taką połowę normalnej dużej blachy


 
 

23 maja 2011

W amoku.

Wpadłam w jakiś amok gotowania i sporo czasu wolnego spędzam w kuchni na eksperymentach, zwłaszcza tych związanych z ciastami. Od zawsze usiłuję robić małe porcje, ale... średnio mi to wychodzi, bo ja chyba zwyczajnie nie potrafię gotować dla jednej osoby ;) Ciasto na szczęście zawsze można zabrać do znajomych albo wpadnie siostra z siostrzeńcem, no i ojciec ciasta lubi, więc spokojnie mogę sobie eksperymentować z plackami bez obaw, że będę musiała jeść przez dwa czy trzy dni wyłącznie ciasto.

Poniżej mój ulubiony sos pomidorowy z bazylią i prażonym słonecznikiem oraz ciasto z bananem i krówkowym kremem budyniowym na kruchym spodzie.
 
 

15 maja 2011

Smakowita niedziela.

Niedziela od zawsze kojarzy mi się ze spokojem, odpoczynkiem, przyjemnością, posiłkami w towarzystwie i z zapachem domowego ciasta. W niedziele nie myślę o poniedziałku, o tym, co muszę. Cieszę się byciem. I pozwalam sobie na kawałek przyjemności w postaci smacznego ciasta.

Uwielbiam ciasta... piec. Jeść też, ale zdecydowanie bardziej wolę je robić. Lubię brać w dłonie mąkę, przesypywać ją między palcami, opuszkami palców zagniatać z mąki, masła i cukru pudru kruszonkę. Czuję się wtedy tak jak dziecko w piaskownicy. Może dlatego bawię się w zagniatanie ciasta na pierogi i wyrabiam ręcznie ciasto drożdżowe. Zresztą we mnie się wszystko burzy na myśl, że miałabym ciasto drożdżowe robić w jakiejś okropnej maszynie. Odebrałabym sobie wówczas całą przyjemność z tego spokojnego zagniatania, doglądania ciasta, rosnącego pod ściereczką, wąchania smakowitego zapachu, rozchodzącego się po całym domu.

Jest też inny powód, dla którego nie zrobiłabym drożdżówki w żadnej maszynie. Proporcje są... hmmm... ruchome. Gdy mama uczyła mnie robić to ciasto, nie było innej możliwości, jak tylko zagnieść je ręką. Mikser nie dałby rady, a innych udogadniaczy zwyczajnie w sklepach nie było. Może to i lepiej? Nie wiem. W każdym razie nauczyłam się wyczuwać pod dłonią, kiedy ciasto ma dostateczną ilość mąki i kiedy jest już wystarczająco wyrobione. Jeszcze się mi nie zdarzyło, aby się nie udało. Raz jeden zrobiłam głupotę, bo zapomniałam posypać drożdżówkę kruszonką (nie wiem, gdzie ja miałam wtedy własną głowę). Wyciągnęłam z piekarnika ciasto, posypałam... i już mi wyżej nie wyrosło... bo "inteligentnie" wyciągnęłam w trakcie rośnięcia. To tak jakby otworzyć piekarnik w trakcie pieczenia sufletu - opadnie, nie wyjdzie zupełnie. Tamtego dnia miałam takie zaćmienie umysłowe... ale mimo owego zaćmienia ciasto wyszło przepyszne, choć nie tak ładne, jak zwykle.

Raz jeden jedyny, gdy miałam jakieś dziesięć lat i trochę, zrobiłam "arcydzieło", którym można by zabić. Spalone, z zakalcem i twarde jak kamień... a wszystko robiłam zgodnie z przepisem ;) A ciężkie było... jakby w tym placku były kamienie.

Gdy byłam na studiach, znajomi zapraszali a to na grilla, a to na jakieś imprezy z jedzeniem i piciem ;) Z pustymi rękami iść nie wypada, przynosić kolejnych kilogramów kiełbasy, chleba czy nawet litrów alkoholu (no jednak każdy ma jakieś granice przyswajania tak jedzenia, jak i picia ;) sensu nie było, więc CzG chodziła z ciastami. Coś słodkiego zawsze dobrze smakuje i wcale nie musi to być alkohol czy ciastka z czekoladą. Kiedyś zrobiłam wielką blachę tarty z truskawkami. Załapałam się na jeden mały kawałek. W niecałe 10 min pożarli wszystko, co zawierała największa blacha, jaką miałam w domu. Podobnie było innym razem z chruścikami - 3 wielkie michy, smażyłam chrust ponad 4 godziny. Zjedli wszystko w pół godziny.

Jak tak sobie myślę o tym, to dotarło do mnie, że w szkole średniej też chodziłam z czymś w postaci ciasta, ciastek własnej roboty. Dziwne, że nie zostałam cukierniczką. Choć z drugiej strony, to ma swoje plusy. Przyjemność i relaks (czyli robienie ciasta) takimi pozostają :) I do dziś mi to zostało, że zabieram te ciasta, ciasteczka ze sobą. O ile przyjemniej zjada się pyszności w towarzystwie.

Niedziela upłynęła pod znakiem ciasta drożdżowego z kruszonką. Za w nadchodzącym szybkimi krokami tygodniu zjadłabym kruche ciasto z jabłkami i rabarbarem albo tartę z kremem budyniowym o smaku krówkowym.

19 kwietnia 2011

Babeczka cd.

Święta zbliżają się wielkimi krokami to czas na babeczkę ;)

Do babeczki piaskowej pomarańczowej (ale może być też cytrynowa) potrzebne będą:

szklanka mąki pszennej
szklanka mąki ziemniaczanej
szklanka cukru pudru
25 dag masła ( 1 i 1/4 kostki)
4 jajka
2 płaskie łyżeczki proszku do pieczenia
skórka otarta z jednej pomarańczy (lub cytryny w opcji cytrynowej)
4 łyżki soku świeżo wyciśniętego z pomarańczy (lub cytryny)
masło i bułka tarta do przygotowania formy

http://czekoladazgruszkami.blogspot.com/2011/03/babeczka.html - tu instrukcja obrazkowa (jako że blog mi znowu świruje, mogę pisać tylko teksty bez linków i innych dodatków...)


Do miski wrzucamy masło pokrojone na kilka kawałków, wsypujemy cukier puder i jedno żółtko (białko oddzielamy i wkładamy do innej miski). Ucieramy. Następnie dodajemy kolejno po jednym pozostałe żółtka (a biała do miski) oraz sok pomarańczowy. Ucieramy na pulchną jednolitą masę. Na tę masę sypiemy przez sito obie mąki i proszek do pieczenia. Ucieramy wszystko mikserem 4 minuty.

Następnie ubijamy białka na sztywną pianę. Do białek dodajemy skórkę otartą z pomarańczy i mieszamy łyżką, żeby się połączyły.

Pianę ze skórką pomarańczową dodajemy do naszej masy. Najpierw dwie czy trzy łyżki - mieszamy delikatnie łyżką, żeby się połączyło. A potem dodajemy resztę piany, mieszając oczywiście łyżką.

Formę do babki (ja używam formy z kominkiem, forma ma śr. 24cm) smarujemy masłem i obsypujemy bułką tartą. Ciasto przekładamy do formy i wstawiamy do nagrzanego do 180 stopni piekarnika. Pieczemy ok. 50 min, czasem trochę dłużej, w zależności od piekarnika. Dobrze sprawdzić ciasto patyczkiem.

Po upieczeniu wyjmujemy babeczkę z piekarnika i studzimy w formie przez 10 minut. Następnie wyjmujemy ciasto z formy.

Gotową babeczkę możemy obsypać cukrem pudrem albo możemy zrobić lukier. Ja przygotowuję sobie lukier z cukru pudru i z soku z pomarańczy, i oblewam nim gotowe ciasto.

Babeczka owinięta w folię aluminiową albo włożona nawet w taki zwykły worek foliowy, trzymana w chłodnym miejscu jest świeża i smaczna przez kilka dni.

Smacznego!


Jeśli już jestem przy ciastach, to powiem, że moja rodzina uwielbia też ciasto drożdżowe (przepis z boku na blogu, gdyby ktoś chciał ;), które ja i ojciec zjadamy do białej kiełbasy, zamiast chleba ;)

Ja osobiście uwielbiam też sernik i sernikiem własnoręcznie zrobionym można mnie śmiało kusić, bo na pewno się skuszę. Niestety tylko ja przejawiam takie zamiłowanie do sernika, więc jeśli już sernik się pojawia, to raczej nie mam się co obawiać, że się nie załapię ;) Sernik to zdecydowanie moje ulubione ciasto.

Za to jabłecznik mojej najstarszej siostry ma wzięcie, bo cała rodzina przepada za tym plackiem z jabłkami. Z wyglądu niczym specjalnym się nie wyróżnia, ale jest przepyszny.

W tym roku siostra wyraziła ochotę, aby zrobić 3bita ;) Znacie może? Takie ciacho bez pieczenia, z trzema wartwami, przypominające batonik o tej samej nazwie. Słodkie, dobre, śmiesznie proste i odgania smutki :)

Do mazurków ci moi też upodobania nie mają, bo albo zęby już nie te albo po prostu nie lubią, więc ja mazurki zajadam u mojej przyjaciółki, bo jakbym sama coś takiego zrobiła, to musiałabym sama zjeść ;) Tylko potem po takim opychaniu się pewnie by mi kilka kilogramów przybyło. Ale nawet gdyby, to w końcu jest wiosna, ciepło się zrobiło, na rowerku pojeździć można i w ogóle zwiększyć aktywność fizyczną.

A Wy? Lubicie słodycze? Lubicie ciasta? Wolicie te sklepowe czy te własnoręcznie upieczone? Jestem bardzo ciekawa. Jeśli o mnie chodzi, to ja uwielbiam sernik i czekoladę. Zawsze, wszędzie i w każdych ilościach :)