26 czerwca 2011

Kuchenne zmagania - w środku nocy, a może już o świcie...

3.00 w nocy. Przewracałam się z boku na bok po obudzeniu się i jakoś nie mogłam zasnąć. Poszłam do kuchni, aby zrobić sobie herbatę. Za oknem było już szarawo, po niebie ospale sunęły chmury i dzień się powoli przeciągał. Siedziałam z tą swoją herbatą na kuchennym blacie i jakoś tak nie wiedzieć czemu, nie wiedzieć skąd nabrałam ochoty na pierogi z truskawkami.

Otworzyłam lodówkę, aby wyjąć truskawki i wzrok mój zatrzymał się na najniższej półce. A tam na dole leżała sobie kiełbasa. Nie byle jaka. Chorizo. Gdyby tak zrobić ją z ciecierzycą, kurkami i rozmarynem... Tylko że ani kurek, ani ciecierzycy nie posiadałam... Przypomniałam sobie, że przecież mogę ją zrobić z fasolą i pomidorami... Najpierw zajęłam się oczywiście pierogami, bo najlepszą rzeczą na pokusy, jest ich zaspokojenie. Po czym zrobiłam coś w rodzaju podpłomyka z rozmarynem. Do chorizo dorzuciłam ostatecznie czosnek, cebulę, fasolę z puszki (bo suchą to powinnam była namoczyć dużo dużo wcześniej, ale przecież skąd mogłam wiedzieć, że będzie mi potrzebna, pomidory, natkę pietruszki... nic innego nadającego się do tego w lodówce nie było. Dorzuciłam też oliwę, sól, pieprz, chyba paprykę w proszku... możliwe, że coś jeszcze, ale nie pamiętam, bo to się samo robiło... tylko moimi rękami, bo myśli fruwały gdzieś za oknem, próbując uczynić sobie posłanie w chmurach. Zrobiło mi się coś w rodzaju ciepłej sałatki, która znalazła się na tym rozmarynowym podpłomyku. Wyglądało to bardzo ładnie i kolorowo. Smakowało jeszcze lepiej. Tylko zapomniałam zrobić zdjęcia. Może następnym razem.

Powinnam to sobie zapisywać, bo potem nie pamiętam i muszę sobie przypominać. Wąchaniem.

Pierogi z truskawkami, musem truskawkowym i gęstą śmietaną... też były pyszne. Szkoda, że nie zrobiłam ich więcej, bo zjadłabym jutro na śniadanie. A może by tak zrobić ich po prostu dużo dużo więcej i zamrozić... Bo te truskawki to się w końcu skończą i znowu na świeże trzeba będzie czekać do następnego roku... Jeszcze tylko gdyby zamrażarka chciała się powiększyć...

Jedno jest pewne. Coś wisi w powietrzu. Inaczej nie nachodziłoby mnie na gotowanie w środku nocy/nad ranem... Dobrze, że jeszcze ilości kontroluję i robię tylko tyle, ile jestem w stanie zjeść, bo jak zacznę gotować dla "pułku wojska", to już to wiszące, o ile jeszcze nie spadnie, tego spadania będzie bliskie.

7 komentarzy:

  1. i znowu narobiłaś smaku;)))

    OdpowiedzUsuń
  2. Ciąża? Bo jak nie, to i tak grozi Ci ciąża gastronomiczna po takich nocnych seansach ...
    Ja taką mam już od paru lat - geny po mamie czempionce + podniebienie smakosza + nieumiarkowanie. No - i mogę oddawać na przeszczepy anorektykom :)

    OdpowiedzUsuń
  3. R A T U N K U!!!
    wprowadźcie mi szlaban na czytanie Gosinych komentarzy;DDD

    OdpowiedzUsuń
  4. Gocha, ciąża mówisz? Jeśli już to spożywcza, bo wiatropylna nie jestem ;)
    Eeee, dobre śniadanko nie jest złe :D
    Przeszczepy dla anorektyków to jest myśl ;)))

    OdpowiedzUsuń
  5. :) Takie pichcenie w nocy...ojej, i jeszcze pierogi z truskawkami,uuuu.
    Ja też jakis czas temu miałam takie nocne wędrówki do lodówki, ale to bardziej zimą :))
    vi.

    OdpowiedzUsuń
  6. Vi, czasem mi się zdarza i zawsze potem coś się dzieje ;)

    Nocne wędrówki są mi raczej obce. Jak się obudzę i spać nie mogę, to po prostu wstaję i czasem dość szybko robię się po prostu głodna, ale to się raczej rzadko zdarza ;) W zimowe noce to ja piję jak smok... wodę :)

    OdpowiedzUsuń