Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zima. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zima. Pokaż wszystkie posty

19 stycznia 2013

Zimowo.

Piękna zima się zrobiła. Moje dzisiejsze plany pożarły jak zwykle myszki. Być może ma to jakiś związek z zimą, która nastała za oknem. Od rana sypią się z nieba drobniutkie płatki śniegu. Z każdą godziną jest ich więcej. Najpierw wirowały w powietrzu, tańczyły, osiadały na rzęsach, ustach, chłodziły policzki. A później rozsypały się jak pierze z rozprutej pierzyny. Jak byłam mała, mówiłam, że gdy pada taki gęsty śnieg, to aniołki poduchy trzepią. 

Biały chłodny puch osiada... W niebieskim zmierzchu chowa pod zimną kołdrą z płatków utkaną parapety, gałęzie, dachy domów, chodniki. Pęcznieje i rośnie, rośnie, rośnie... A powietrze robi się z niebieskiego fioletowe, aby za chwilę zaróżowić się, zamigotać światłami między drzewami jak w baśni.

Wczorajsze zostało mi wybaczone, aczkolwiek było bolesne dla obu stron. Jest dobrze. 

Wszystkim życzę wszystkiego dobrego w nowym roku. Przede wszystkim zdrowia, miłości i spełnienia marzeń. 

Drugi blog z opowiadaniami przestanie wreszcie po tych wielu miesiącach przestoju ziać pustką i pojawią się nowe historie, stare zyskają następne części oraz zakończenia, pojawią się też te, które znacie. Także zapraszam do czytania. Oczywiście o tym miejscu też nie zamierzam zapominać i będą się tu pojawiać moje wypociny. Czasem napiszę coś bardziej konstruktywnego ;)

Ściskam wszystkich ciepło i pozdrawiam serdecznie,
Wasza CzG   

10 lutego 2012

Zapach zimy.

Lubię zimę. Nie tylko za śnieg i za mróz, za sanki, łyżwy, bałwana i wygłupy na śniegu nie tylko w dziecinnych latach. Lubię zimę za kolor nieba, który tak wielu ludzi nazywa zbyt często szarym i ciężkim, a dla mnie ma ono w sobie więcej fioletu i różu niż szarości, i jest takie brudno niebieskie, takie migotliwe, a powietrze na horyzoncie wygląda jak z baśni wyjęte. Zimą lubię składać słowa w bajki. 

Miałam może z pięć lat, a może jeszcze nie... nie pamiętam dokładnie. Była taka zima - mroźna i śnieżna, ale nie z tych zim, kiedy to mama musiała otulać mnie pierzyną, abym nie marzła. Zupełnie inna zima, ale zima z tych zim, które swym mroźnym oddechem malują na szybach kwiaty, dziergają koronki, które pierwsze muśnięcie wiosny zabiera do krainy wspomnień. I taka zima była właśnie wtedy. Siedziałam sobie wygodnie na mamusinych kolanach w ciepłej kuchni i przyglądałam się rysunkom na szybie, wypatrywałam za oknem dzieci, bawiących się na śniegu. Byłam wciąż chora, ale czułam się na tyle dobrze, że choć musiałam jeszcze być w domu, mogłam siedzieć sobie ubrana i nikt nie zmuszał mnie już do leżenia w łóżku.
Na mamusinych kolanach było mi ciepło, bezpiecznie, dobrze, a poza tym mogłam swobodnie wyglądać przez szybkę na bajkowy świat. Na kuchennym stole leżał chleb, wędzona słonina, sól i cebula pokrojona w piórka. W kubkach parowała woda z sokiem z malin, a mama robiła mi malutkie kanapeczki z tą słoniną i cebulką, którą posypywała leciutko solą. Jejku... jakie to było pyszne. Co ja bym dała za kawałek dobrej wędzonej słoninki... Może przypomniałabym sobie, jak pachniała tamta zima?

4 grudnia 2010

Gdzie się podziały...?

Gdzie się podziały dzieci z sankami, gdzie się podziały śniegowe bałwany, gdzie się podziała radość z zimy? Czyżby to wszystko odeszło wraz z przyjściem komputerów, centrami handlowymi i z innymi tego typu?
 
Śnieg, lekki mróz, pogoda wymarzona, aby pozjeżdżać na sankach, ulepić bałwana, tylko dlaczego jakoś nie widzę dzieciaków z sankami, dzieci rzucających się śnieżkami, polepionych bałwanów...? Myślałam, że dziś, w sobotę zobaczę chociaż kilka osób na jednej, drugiej czy trzeciej górce, chociaż jednego ulepionego bałwana... A tu, po południu kilkoro maluszków z rodzicami. I nikogo więcej. Czyżby komputer, telewizja, centra handlowe i rozrywki, które powinny być dla dorosłych, są aż takie fajne? 
 
Kiedy ja miałam te 13 czy 14 lat to nie spędzałam zimowych weekendów przed tv. Komputery? Wtedy to takie prymitywne w porównaniu do dzisiejszych... W szkole mieliśmy i aż jeden miał możliwość odczytu płyt cd. Spędzaniu czasu w sklepie? A cóż tam ciekawego? Puszczanie się za parę spodni czy picie, popalanie i ćpanie jakiegoś badziewia...? Zdarzały się i takie osoby, ale z nimi nikt nie chciał rozmawiać, taki margines społeczny, a teraz...?
 
Zimą ja i moi znajomi ze szkoły, z podwórka woleliśmy wytarzać się w śniegu przy robieniu orzełków, ulepić bałwana, pozjeżdżać na sankach, pojeździć na łyżwach. Lodowiska były pełne ludzi, moje bajoro także, na górki były kolejki, a wokoło to utworzyły się wręcz bałwanowe alejki. Kiedyś moja glinianka miała brzegi betonowe, nie takie ładne jak teraz, a tuż przy samej wodzie zamiast kamieni w metalowej siatce, było coś jak betonowy próg. Kiedy bajoro porządnie zamarzło, że można było bezpiecznie chodzić po lodzie i jeździć na łyżwach, to urządzaliśmy sobie konkurs. Zjeżdżaliśmy po najbardziej stromym i wysokim betonowym brzegu na sankach, na tym betonowym progu tak fajnie się wybijało, a później się lądowało na lodzie. Wygrywał ten, kto najdalej wylądował. Zjeżdżaliśmy na siedząco, przodem, tyłem, na leżąco, na plecach, na brzuchu... Fajnie było. Ten konkurs to w ogóle był mój pomysł ;) I całkiem spora grupa nas się w to bawiła. 
W liceum na rekolekcjach, gdy zdążył już spaść śnieg, ileż razy goniliśmy się i rzucaliśmy się śniegiem, a później było kazanie od wychowawcy i księdza... Po szkole to samo, wychodziło się za bramę i dostawało się kulką ze śniegu. Koło żadnej szkoły w okolicy nie widziałam, aby młodzież się rzucała śniegiem. Z pewnością są jacyś, którzy to wciąż robią, ale większość chyba preferuje zimą inne rozrywki (i nie mam tu na myśli nart czy łyżew). 
 
Przypomniało mi się dzisiaj coś jeszcze, jak rozmawiałam z ojcem. Jak byłam malutka, wracaliśmy wieczorem z sanek i ulepiliśmy na dole malutkiego bałwana. Ojciec przyniósł go do domu, aby postawić go w skrzynce na balkonie. Pamiętam, jak się bałam, że nam się w windzie roztopi, ale się nie roztopił. Wytrzymał... w skrzynce aż do wiosny. Stał i patrzył w okno naszej kuchni, a ja codziennie wyglądałam, sprawdzając, czy wciąż tam jest. 
 
Kilka lat temu wracałam nad ranem w Nowy Rok z gór. Tylko aby dostać się do busa, który miał zawieźć nas do miasta na pkp, trzeba było zejść 3 km w dół po stromej, ośnieżonej i oblodzonej drodze. Schodząc normalnie, prędzej bym sobie nogi powykręcała, więc co zrobiłam, ku zdumieniu innych? Położyłam plecak na tej drodze, usiadłam na nim i zjechałam jak na sankach. Poszło szybko i było fajnie. Jedyne miłe wspomnienie z tamtej imprezy. Trzy inne osoby doszły do tego samego wniosku co i ja, że lepiej zjechać na plecaku i też zjechały. Niezły zjazd, chyba najlepszy w życiu, a przy okazji jedno miłe wspomnienie, dzięki któremu nie czuję, że wyjazd był zupełnie zmarnowany.
Nadal uwielbiam śnieg i lód, uwielbiam lizać lodowe sople jak lizaki, uwielbiam rzucać się śnieżkami, strzepywać na współspacerowiczów śnieg z gałęzi, uwielbiam robić orzełki i czasem, gdy idę z najmłodszym siostrzeńcem na sanki, lubię sobie zjechać z górki. Młody ma te same sanki, na których wygrywałam konkursy lądowania na bajorze i na których zjeżdżały też moje siostry. Niesamowite, ile te jedne sanki wytrzymały. Szkoda, że nie mogą mówić, bo opowiedziałyby o niejednej ciekawej, pięknej, pełnej zabawy i radości zimie.

29 listopada 2010

Jestem słaba.

Przysiadł mi na piersi smutek. Depcze stopami po moim mostku. Chwytając od czasu do czasu moją szyję, wpatruje mi się prosto w oczy, zdziwiony, że jeszcze nie krzyczę, że nie próbuję się mu wyrwać. 

Za oknem lekko różowo - pomarańczowe powietrze, mróz, a śniegiem sypią chmury jak solą albo jakby aniołom rozsypał się cukier puder przy robieniu ciasteczek. Słychać jak wiatr wciska się we wszystkie dziury, szarpie drzew ramionami. Mam zimne dłonie i stopy. Lodowate. Wyjątkowo lodowate. Zimno mi wszędzie. A w piersiach jakbym miała kawał lodu zamiast serca.

Próbuję skulić się jak najbardziej, zwinąć się w kłębek, schować się. 

Jest mi dziś tak okropnie przykro, że nie umiem opisać tego słowami. 

Tęsknota mnie zabija.

Czuję się dziś wyjątkowo samotna i opuszczona. Po prostu. Zwyczajnie. Po ludzku. Jestem słaba. Jak każdy.