Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuchenne zmagania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuchenne zmagania. Pokaż wszystkie posty

12 lipca 2012

Babeczki czekoladowe.

Ostatnio znajduję sobie tylko dwa zajęcia, aby nie myśleć albo aby rozładować stres, nerwy, albo żeby nie pytać. Gotowanie i porządki. Z pierwszego korzyść odnoszą wszyscy wokół, bo urozmaicam im posiłki, karmię ciastami i ciastkami. Ja nie mam specjalnie apetytu. Za to piję jak smok - miętę z cytryną. Z drugiego korzyść odniosę i ja, no i jest spora szansa, że moje biurko wreszcie doczeka się sprzątnięcia, a góry papierów przestaną na nim straszyć. Póki co robię generalne porządki, biurko zostawiając sobie na deser. Jakbym w amok gotowania i porządków wpadła. Szaleństwo.

Dziś nie potrafiłam sobie od rana znaleźć miejsca. Okropne. Zamiast sprzątania wybrałam dziś gotowanie. Wybór padł na zupę czereśniową i babeczki czekoladowe. 

babeczki czekoladowe (przepis na 6-8 sztuk w zależności od wielkości foremek) 

składniki:

1 jajko
4 łyżki cukru
opakowanie cukru wanilinowego
150 ml mleka
80 g  masła 
pół tabliczki gorzkiej czekolady
3-4 kostki czekolady mlecznej
180 g mąki pszennej
1 czubata łyżeczka proszku do pieczenia
szczypta soli

Masło i czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej  (Żaroodporną miskę stawiamy na garnku z gotującą się wodą. Woda powinna gotować się niezbyt mocno.) i odstawić do przestudzenia. 

Jajko ubić mikserem z cukrem i cukrem wanilinowym. Następnie dolać mleko i ubijać dalej. Później dodać rozpuszczoną czekoladę z masłem i miksować. Stopniowo dodawać mąkę wymieszaną z proszkiem i solą. Ubić wszystko na gładką masę.

Masę nałożyć do foremek, najlepiej do 3/4 ich wysokości. Piec w 200 stopniach przez 20-25 minut. Po 20 minutach najlepiej sprawdzić patyczkiem czy babeczki są już upieczone. 




Zaserwowałam sobie babeczkę ze świeżo ubitą śmietaną 30%, malinami i borówkami. Troszkę mi lżej. Babeczki udały się wyśmienicie. Czekoladowe i wilgotne w środku. A przepis zrobił się sam... po otwarciu lodówki ;) Przyznam, że miałam pewne obawy, że coś się może nie udać, właśnie dlatego że przepis tworzył się w trakcie robienia. 


Od tego tygodnia wszelkie opowiadania, bajki i inne takie można czytać na patykiemipiorem.blogspot.com



 

5 stycznia 2012

Na rozgrzewkę.

Nie jest żadną tajemnicą, że uwielbiam czekoladę. Kawę preferuję z mlekiem i raczej rzadko zwykłam pijać czarną. Połączenie mleka, kawy i czekolady czy to na gorąco czy na zimno wprawia mnie w błogi stan.

Za oknem to, co widać - ni to zima, ni to jesień, ni to przedwiośnie. Wieje, pada, mokre zimno wciska się we wszystkie zakamarki i nawet kilka warstw ubrania nie chroni przed lodowatymi szpilkami powietrza. Zamiast chować się w łóżku, przewracać w nim z boku na bok bardziej naciągając na siebie kołdrę, wolę zrobić sobie coś pysznego, co rozgrzeje nie tylko ciało, ale i duszę, a do tego dostarczy energii do pracy albo po prostu naładuje na tyle, aby coś zrobić - choćby poczytać.

Wiatr wytargał mnie na wszystkie strony, przed lodowymi pocałunkami zimy nie ochroniły mnie ani gruby sweter ani moja nepalska czapka i wróciłam wieczorem do domu zupełnie zziębnięta, choć na dworze nie ma ani odrobiny mrozu. Naszła mnie ochota na kawę, na mleko i na ciepłą czekoladę, więc postanowiłam wszystko połączyć w jedno. Zaparzyłam kawę i wrzuciłam do niej kilka goździków. Potem w garnuszku podgrzałam mleko i do ciepłego mleka dodałam dwie kostki czekolady mlecznej, wsypałam po odrobinie gałki muszkatołowej, imbiru i cynamonu. Mieszałam aż czekolada się rozpuściła i wtedy przelałam mleko do kubka. Dodałam do niego gorącą kawę, pozbawioną goździków i fusów ;) Dosłodziłam do smaku cukrem trzcinowym. Mleczna kawa o zapachu czekolady i smaku czekoladowego piernika. Gdybym miała bitą śmietanę albo śmietankę, którą mogłabym ubić, zrobiłabym jeszcze czekoladową bitą śmietanę.

Późna, jak na kawę, pora. Jednak ja mogę pić ją o każdej porze. Do tego domowe ciasto drożdżowe, książka i smutki moje jakoś bledną.

Gorąca czekolada (ale nie jakieś świństwo instant) z różą albo z wiśniówką, kawa z rumem i pomarańczą, mleko z białą czekoladą i mlekiem kokosowym albo biała czekolada z pomarańczami czy czekolada z rumem i herbatnikami również potrafią sprawić, że jest mi błogo. Wszystkim je polecam na rozgrzewkę. A ze swojej strony dodam, że gdy tylko coś gorącego przyrządzę, wrzucę zdjęcie wraz opisem co i jak.

20 października 2011

Pudding chlebowo-maślany.

Prosty, chlebowo-maślany, gorący. Jedna łyżka przegnała moje smutki. Żałuję, że nie mam bardziej pojemnego żołądka, bo zjadłabym cały. Sama. Uwielbiam taki gorący, gdy muszę dmuchać nań, aby sobie ust i języka nie poparzyć. 

składniki:
6 kromek białego pieczywa (używam pszennego chleba foremkowego) - kroimy je na trójkąty
masło - tyle, aby wysmarować nim ceramiczną (!) żaroodporną formę oraz posmarować kromki z obu stron
300 ml mleka
150 ml śmietanki 36%
3 jaja
5 łyżek cukru
pół laski wanilii (przecinamy na pół, wyjmujemy nasionka, resztę możemy zostawić i wykorzystać np. do ciasteczek korzennych, budyniu, czegokolwiek)
opcjonalnie:
gałka muszkatołowa
łyżka cukru trzcinowego

Ceramiczną formę smarujemy masłem. Na dnie układamy posmarowane masłem trójkąty chleba (nie bawię się w odcinanie skórek). Posypujemy je rodzynkami. Następnie układamy kolejną warstwę chleba, ktorą również posypujemy rodzynkami. 

Do wysokiego naczynia wbijamy jaja, dodajemy mleko, cukier, śmietankę i ziarenka wanilii. Wszystko ubijamy dobrze na jednolitą masę. Wystarczy dłuższa chwila miksowania mikserem. Masą zalewamy chleb. Możemy go lekko przycisnąć palcami, żeby dobrze nasiąknął. Odstawiamy na jakieś 10 minut. Opcjonalnie, przed włożeniem do piekarnika, możemy posypać gałką muszkatołową i cukrem trzcinowym. Wstawiamy do nagrzanego (dlatego ceramiczna forma a nie szklana, szklaną moglibyśmy wyciągać w kawałeczkach) do 180 stopni piekarnika. Pieczemy około 30-40 minut, aż pudding się zetnie i zrumieni. Podajemy na gorąco.

Pudding jest bardzo sycący i naprawdę niewiele go trzeba, aby się nim najeść. 
 
 
  
 

15 października 2011

Wieczory z księżycem.

krople deszczu wspomnień
wsiąkają w skórę
rozpływając się łez strugami
ze źródeł gór zielonych

Księżyc wędrujący po ciemnym nocnym niebie dotrzymuje mi towarzystwa. Zagląda w moje okna, obserwując kuchenne czary, czasem widzi mnie z książką albo pogrążoną w pracy. Późnymi wieczorami i nocą, gdy wracam do domu, maszerując pustymi ulicami, oświetla mi drogę jak latarnia.

A oto efekty dzisiejszego wieczoru z księżycem:


 rozmaryn, tymianek, cytryna, imbir, gruszka...


 wariacja szarlotkowa



ciasto:
15 płaskich łyżek mąki przesiać przez sito do miski
dodać szczyptę soli
dodać 75 g masła
powyższe składniki wyrobić palcami jakby się kruszonkę robiło
żeby przypominało bułkę tartą
następnie dodać 2 łyżki zmielonych migdałów i tyle zimnej wody 
aby połączyć wszystkie składniki
zagniatamy ciasto którym wylepiamy małą blaszkę (okragłą, kwadratową)
i wstawiamy na 30 minut do lodówki
wierzch ciasta przykrywam folią spożywczą aby nie wysychało

nadzienie:
3 jabłka (użyłam boskopów) kroimy na kawałki
1 gruszkę kroimy w drobną kostkę
wrzucamy owoce do garnka
dodajemy sok z 1 cytryny, trochę wody
dodajemy 4 łyżki brązowego cukru oraz cynamon do smaku
gotujemy, żeby owoce zmiękły, ale aby się nie rozpadły
w trakcie gotowania dodajemy łyżkę masła
jeżeli wyjdzie nam za gęste trzeba dodać wody
jeżeli będzie zbyt rzadkie można zagęścić łyżką lub dwiema mąki ziemniaczanej
gotowe nadzienie studzimy

kruszonka:
8 łyżek mąki
1,5 łyżki brązowego cukru i 1,5 łyżki białego cukru
25 g masła
z podanych składników robimy kruszonkę
wyrabiamy palcami aby uzyskać fakturę bułki tartej

Piekarnik nagrzewamy do 190 stopni. Ciasto wyciągamy z lodówki, nakłuwamy widelcem. 
Pieczemy 20 minut.
Następnie wyjmujemy ciasto, rozkładamy na nim nadzienie, posypujemy kruszonką.
Pieczemy jeszcze 20-30 minut, aż kruszonka lekko się zrumieni.

3 października 2011

Gitara i kuchenne zmagania.

Miałam kiedyś gitarę. Właściwie to miałam kilka gitar. Teraz została mi już tylko jedna. Moja ulubiona akustyczna, którą ciągałam ze sobą w różne miejsca Polski. "Mili" koledzy uwielbiali szantażować mnie tym, że poprzecinają mi nożyczkami struny i to wcale nie dlatego że nędznie rzępoliłam (a nie rzępoliłam), a dlatego chyba, aby zwrócić na siebie uwagę. Wtedy też, o czym mało kto wie, o ile w ogóle ktoś, spoza zainteresowanych i zaangażowanych osobiście, wie, posiadałam czas pewien gitarę elektryczną. Hałasowałam sobie z kolegami i nazywaliśmy to muzyką. Wyglądałam wówczas zupełnie inaczej. Na pewno bardziej przypominałam osobę, która o grze ma jakieś pojęcie i zewnętrznie nawet do nich pasowałam. 
 
Gdy zmagałam się w kuchni z szybkim i trochę mniej szybkim jedzeniem (zdjęcia poniżej), w sensie poświęcenia czasu na przygotowanie, to jakoś mi się na gitarowe tęsknoty zebrało. Pomyślałam nawet, że mogłabym sprawić sobie nowego elektryka. Tylko gdzie i z kim ja bym grała? Bo w domu to prędzej bym ogłuchła od grania ze słuchawkami na uszach niż bym się nagrała do upojenia. Bez słuchawek... sąsiedzi by oszaleli. I to wcale nie z radości. Hmmm... mogłabym grać z facetami i byłoby fajnie, tylko pewnie na pierwszy rzut oka nie wzbudziłabym zaufania, aprobaty i w ogóle. Przyszłaby taka panienka w pantofelkach, porządnie ubrana... 
 
Jak na razie wyciągnęłam nowy komplet strun, które zamierzam wymienić, aby moje palce przypomniały sobie, jak to było kiedyś, jak bardzo były rozciągnięte, szybkie, jak potrafiły wydobywać dźwięki. 
 
 
 
tymianek
 to oczywiście wspomniany już wcześniej makaron
właściwie to nic nadzwyczajnego ani skomplikowanego
jednak jest pyszne

składniki:
1 średniej wielkości czerwona papryka (przekrawamy na pół, wyjmujemy nasiona, odcinamy ogonek)
i pieczemy w piekarniku (180-200 stopni) ok. 20-30 minut, aż papryka zrobi się miękka, z wierzchu skórka zacznie ciemnieć; wówczas paprykę wyciągamy, chwilę studzimy, obieramy ze skórki i kroimi na paseczki (taką paprykę lubię też dodawać do sałatek)

pół średniej cebuli - kroimy w drobną kostkę
2 ząbki czosnku (starte na drobnej tarce)
świeży imbir pokrojony na zapałkę (jakaś łyżka-dwie tak skrojonego imbiru)
2 łyżki oliwy
łyżka koncentratu pomidorowego
kilka gałązek tymianku
sok z cytryny (2 łyżki)
sól do smaku

Na oliwę wrzucamy cebulę, czosnek, imbir. Smażymy kilka minut aż cebula porządnie się zeszkli, imbir zmięknie. Następnie dodajemy odrobinę wody, sok z cytryny, koncentrat, tymianek i paprykę. Mieszamy wszystko, 2-3 minuty gotujemy, doprawiamy solą do smaku. Dodajemy ugotowany makaron (szczerze mówiąc to każdy się nadaje i ja tu stosuję zasadę co kto lubi albo co mam w szafce), mieszamy i możemy jeść.


Poniżej coś, co bardzo lubię w wydaniu domowym - smak, zapach i ulubione składniki.

27 września 2011

Duet idealny.

Jedzenie dobre jest. Dlatego ja totalnie nie rozumiem jakichś diet paskudnych, do których ludzie się zmuszają, choć wcale nie muszą. Przecież jedzenie jest niesamowitą przyjemnością. Dzisiaj byłam z siostrą zakupić dużą ilość wrzosów. Nie byłabym sobą, gdybym nie zrobiła przeglądu roślinek w ogrodnictwie. Dział z ziołami nie mógł umknąć mojej uwadze. Tymianek. Uwielbiam. Od zawsze. Ten z balkonu już zjedzony, a nowy jeszcze mi nie zdążył urosnąć, więc nie mogłam się oprzeć. Cudowna roślinka.

Czemu żaden facet do tej pory nie dał mi, zamiast ciętych kwiatów, które za dni kilka zwiędną, doniczki z ziołami? I nie mam tu na myśli jakiejś nędzy z supermarketu. Zioła nie dość że ładnie wyglądają, są jakby nie było rośliną (w doniczce robią za roślinę doniczkową), pachną upajająco i można je w kuchni wykorzystać.

Gdy tylko zanurzyłam nos w drobnych tymiankowych listkach, przypomniałam sobie o papryce, którą mam w lodówce. Pieczona papryka, tymianek, imbir plus makaron wraz z kilkoma dodatkowymi składnikami stworzyły przepyszne danie i to właściwie bez soli (zaledwie kilka kryształków). Żałuję tylko, że było go tak mało, ale gdyby było go więcej, to moje kubki smakowe by tak nie wariowały na samo wspomnienie. Uwielbiam pieczoną paprykę. Aksamitna, miękka, delikatna i słodka. Rozpływa się. Do tego tymianek. Duet idealny.

Dać mi pełną spiżarnię, wpuścić mnie do kuchni i będę totalnie szczęśliwa. Dlatego myślę, że w Hong Kongu też by mi się podobało. Na razie musi mi wystarczyć własna kuchnia, ale to i tak bardzo wiele.

24 września 2011

Kuchenne zmagania.

Tarta z figami i ricottą... nocna pizza... i chyba zrobię jeszcze jedną. Zjadłam pół tabliczki z orzechami i wcale nie pomogło mi. Więcej nie wcisnę, bo mi za słodko, za to mogłabym gotować i piec aż by mi sił oraz pomysłów zabrakło. To już trwa około tygodnia i z każdym dniem jest gorzej. W zeszły weekend wyprodukowałam tyle jedzenia, że trzeba było część zamrozić. Teraz na szczęście mam ograniczony dostęp do produktów i zużywam to, co jest w lodówce i w szafkach. Jak  (jeśli nie przebywam z ludźmi) gotuję lub siedzę z nosem w przepisach, tudzież oglądam jakiś program o gotowaniu, to nie wymyślam sobie od różnych, wynajdując przy tym i wyolbrzymiając własne wady oraz beznadziejstwo. Kuchnia jest świetna na złość, na smutek, na tęsknotę, na radość też. 

Poniżej prezentuję dzisiejszy efekt. Zdjęcia takie se, bo mi słońce już się kładło spać. Stwierdziłam, że kruche świetnie się nadaje nie tylko pod tę tartę, ale i pod tartę ze szpinakiem i w ogóle pod tarty z warzywami. Jest pyszne. A składa się tylko z mąki, soli, masła, migdałów i wody. 
 
 

20 września 2011

Kuchenne zmagania, wycieczka i ... obrazki.

Ostatnio blog mój miał focha i odmawiał współpracy ze mną, ale na szczęście mu się odwidziało. Mam nadzieję, że na czas dłuższy niż ostatnio, bo ile można zamęczać czytelników samymi słowami ;)?

Gdy piłam dziś rano gorącą herbatę, siedząc na blacie w kuchni, spoglądałam na horyzont, który wyglądał już bardzo jesiennie, zimowo nawet. Zamglone drgające powietrze, rześkie, chłodne i lekko wilgotne. Już jesień. Czas odkurzyć sweterki, wełniane sukienki i spódnice, kolorowe rajstopy, chustki i szale. Obok mojego krzesła spoczywa na podłodze karton z nowymi kaloszami. Tylko, jak to określił i stwierdził wczoraj mój dobry kolega A., umilacza jesiennych wieczorów brak. W sumie mój ciepły kocyk, grube skarpety i bluza w zupełności mi wystarczą... na razie ;) Przyznam, że A. najbardziej jednak "zastrzelił" mnie stwierdzeniem, że gdyby nie wiedział, jak to jest ze mną naprawdę, pomyślałby, że jestem zajęta i samotność jesienna mi nie grozi.

Może powinnam jaki casting uskutecznić czy coś? Choć przyznam, że miałabym obawy, bo ja w te klocki zbyt dobra nie jestem, podobnie jak w te związkowe. Chodzę na (nazwijmy to) randki (choć osobiście wolę nazwę: spotkania), tyle że z samymi nieodpowiednimi facetami. (I tu przypomniał mi się pewien film, w którym bohaterka stwierdza dokładnie to samo, co ja w poprzednim zdaniu. Po czym widzimy z kim ma "szczęście" i "przyjemność" się spotykać.) Chyba dodam nowy cykl dla własnego zdrowia psychicznego ;)

Wracając jednak do obrazków, poniżej prezentuję wycieczkę, opisaną tu oraz efekty zmagań kuchennych, do których dwa przepisy znajdują się tu.







mój punkt orientacyjny w terenie




cel podróży nr 1


cel podróży nr 2


wreszcie pole... po chwiejnej przeprawie przez coś jak mostek,
biegu przez bagienko i przedzieraniu się przez krzaczory


moje kąpielisko




po tych kamlotach i przez pokrzywy wlazłam do góry na pole


jeszcze tylko obok pola do góry, w bok i prosto drogą do wsi


stamtąd przyszłam


zmasakrowana Choco


we wsi odpoczynek przy drodze
a tą drogą już prosto (jakieś 4-5 km) do domu...
tylko w przeciwną stronę niż ta na zdjęciu ;)



zupa brokułowa


babeczki czekoladowe z malinami


owsianka z malinami


banany zapiekane w cieście naleśnikowym z sosem malinowym


babeczki cytrynowo-imbirowe
w wersji z malinami i bez

11 września 2011

Kuchenne zmagania.

Tęsknota przewierca się przez moje myśli i ciało. Drąży w mojej duszy wąskie korytarze, przez które usiłuje się przecisnąć. Wypełnia moje żyły i chwilami mam wrażenie, że krąży w nich zamiast krwi. Jeść nie mam ochoty. Już samo patrzenie na produkty spożywcze sprawia, że ze skrzywioną miną odwracam głowę. Jednak jeść muszę, żeby tęsknota nie zaczęła wypełniać mojego żołądka i abym znów nie schudła na bladziutki szkielecik. Jedyna i najlepsza metoda, dzięki której jedzenie sprawia mi przyjemność, a ja się do niego nie zmuszam, to wypróbowywanie nowych smaków i przepisów oraz karmienie się tym, co naprawdę lubię.

Oto trzy moje ulubione smaki z ostatnich dni:

1. sałatka z rucoli z gruszką

składniki:
opakowanie rucoli
2 gruszki - obrane i pokrojone w kostkę
ser roquefort (ale czasem używam gorgonzoli) - pokrojony w kostkę
opcjonalnie ziarna słonecznika

sos:
oliwa
sok z cytryny
świeżo starty imbir
sól, pieprz

Wszystkie składniki wymieszać ze sobą w misce.


2. zupa z brokułów

składniki:
litr wywaru warzywnego (gotuję marchew, pietruszkę i seler wraz z łyżeczką masła i odrobiną soli) lub rosołu drobiowego (może być z kostki)
cebula (pokrojona w kostkę)
2-3 ząbki czosnku (pokrojone drobno)
oliwa
pół kostki śmietankowego serka topionego
brokuły
sól, pieprz, gałka muszkatołowa

Cebulę i czosnek zeszklić na oliwie. Dodać wywar z warzyw/rosół. Zagotować. Dodać umyte i podzielone na różyczki brokuły. Dodać przegotowanej wody, jeśli potrzeba. Pogotować zupę około 20 minut, aż brokuły będą miękkie. Następnie zmiksować zupę dokładnie (można zostawić kilka różyczek brokułów do dekoracji) i znów zagotować. Dodać serek topiony, wymieszać dokładnie, żeby serek się rozpuścił. Przyprawić do smaku solą, pieprzem i gałką muszkatołową. Podawać posypane gałką muszkatołową i odrobiną startego żółtego sera. Ja uwielbiam jeść tę zupę z grzankami z serem.


3. babeczki czekoladowe z malinami (przepis na 12 szt.)

składniki:
tabliczka gorzkiej czekolady
15 dag masła
szklanka malin
szklanka mąki pszennej
pół szklanki mąki ziemniaczanej
szklanka cukru
3 jajka
2 łyżeczki proszku do pieczenia
sok z połowy cytryny
skórka otarta z 1 cytryny
pół łyżeczki soli

Czekoladę połamać i włożyć do garnka. Dodać do niej masło. Na małym ogniu rozpuszczać, mieszając. Musi powstać gładka jednolita płynna masa. Następnie wystudzić.

Do miski włożyć 1 całe jajko i dwa żółtka (białka do osobnego naczynia). Dodać cukier i sól. Ucierać mikserem na puszystą masę (zrobi się biała). Dodać sok z cytryny i masę czekoladową. Zmiksować. Następnie przesiać na masę obie mąki i proszek do pieczenia. Zmiksować mikserem aż się połączą i miksować jeszcze 3-4 minuty.

Białka ubić na sztywną pianę. Dodać do nich skórkę z cytryny. Wymieszać dokładnie, ale delikatnie łyżką. Następnie pianę dodać do masy czekoladowej i dokładnie, delikatnie całość połączyć. Na koniec dodać umyte maliny i wymieszać łyżką.

Masę nakładać do foremek/formy do babeczek wyłożonych papierowymi papilotkami. Piec 20-30 minut (w zależności od wielkości - mniejszym wystarczy 20 minut, większym potrzeba 30 min.) w 180 stopniach.

Smacznego!

Zdjęcia powyższych efektów zmagań kuchennych pojawią się niebawem w osobnej notce. Przepis na babeczki wykombinowałam z głowy i zawartości mojej lodówki. Polecam serdecznie do wypróbowania dopóki są maliny. Wilgotne w środku, czekoladowo-malinowe niebo. Udało mi się dziś ocalić część babeczek przed pochłonięciem ich przez moją siostrę i siostrzeńca, bo unicestwiliby wszystkie i to na gorąco jeszcze! Trochę obawiałam się o smak, ale chyba niepotrzebnie. Życzę wszystkim udanego tygodnia!

31 lipca 2011

Kuchenne zmagania - zmagania ze wspomnieniami.

Gotuję. Dużo. Maniakalnie. Mogłabym z kuchni nie wychodzić, łącząc ze sobą smaki... wciąż i wciąż... jak słowa. Włączyłam radio. Tori Amos. Chwilę wcześniej pomyślałam, że przeszłości nie można tak właściwie oddzielić grubą krechą, bo zawsze wyjdzie. Zawsze. Jakoś. Ścisnęło mnie gdzieś w środku i chyba zawsze będzie ściskać, gdy usłyszę jej głos. A to wszystko od momentu, gdy w dłoniach trzymałam płytę, nie swoją, lecz z jej muzyką. Wspomnienie.

Sny wracają. Dzieją się. I będzie się ich więcej dziać. To czas. Już.

Siostra powiedziała mi ostatnio, że od zawsze byłam inna. Dziwna. I te sny moje. Już od dziecka. Stwierdziła, że to może dlatego że jestem z bliźniąt, jednojajowych. Tylko że ja jestem tu, a moja bliźniaczka tam. Wiem tylko, że odkąd pamiętam tęsknię tęsknotą, której słowami wyrazić nie potrafię i jakbym od zawsze żyła z duszą, z której kawałek wyrwano. I samotność moja wewnętrzna jest inna, mieszka w moich oczach.

Totalnie irracjonalne decyzje. Przeczucia.

Może jest we mnie więcej romantyzmu niż myślę.

Alchemia kuchenna. Układa moje myśli.


Ugotowałam ryż wraz z sokiem z jednej cytryny. Następnie na oleju podsmażyłam 1 posiekaną w drobną kosteczkę cebulę oraz potarte na tarce 2 duże ząbki czosnku i kawałek imbiru, również potarty (ok. 1cm). Dodałam do nich pokrojoną w paski pierś kurczaka. Podsmażyłam kilka minut. Następnie dodałam pół szklanki pokrojonych suszonych pomidorów, pół żółtej i pół czerwonej papryki, pokrojonych w kostkę. Doprawiłam solą, pieprzem, sokiem z cytryny. Dodałam również skórkę otartą z całej cytryny. Dodałam odrobinę wody. Poddusiłam chwilę i dodałam 3/4 szklanki mleka kokosowego (jeśli ktoś nie lubi smaku kokosa, może dodać tylko pół szklanki, dla smaku potrawy wystarczy, a nie będzie "zajeżdżało" kokosem). Smak jest wyśmienity, delikatny, lekko cytrynowy. Na koniec lubię posypać sobie jedzonko natką pietruszki.



15 lipca 2011

Kuchenne zmagania - letni pudding.

Pudding jest dobry na wszystko. Jesienią i zimą uwielbiam ciepłe, gorące, których smakowity zapach odgania wszelkie smutki. Natomiast lato to czas letnich puddingów, owowcowych, chłodnych i przepysznych. Dziś zrobiłam pudding z malinami i borówkami, bo te owoce akurat zawierała moja lodówka, ale równie dobre będą jagody, truskawki, poziomki, żurawiny czy jeżyny. 

Wzięłam 4 filiżanki owoców i pół filiżanki cukru. Włożyłam to do garnka, podgrzałam, pogotowałam, aż owoce puściły syrop i zaczęły się rozpadać. Pudding robię zwykle w szklanej misce, którą wykładam folią spożywczą, żeby łatwiej było go później wyjąć. Potrzebowałam też chleba pszennego, który pokroiłam na kromki. Z każdej kromki poodcinałam skórki, a kromkę zamoczyłam jedną stroną lekko w syropie, aby pudding miał ładny kolor. Kromkami wyłożyłam miskę, stronę zamoczoną w syropie kładąc na folię. Gdy już obłożyłam całą miskę chlebem, do środka włożyłam owoce, starając się aby nie było zbyt wiele syropu. Na wierzch położyłam również chleb, kolorową stroną do góry. Przykryłam wierzch wystającymi kawałkami folii spożywczej, położyłam na niej talerz i obciążyłam puszkami, które znalazłam w lodówce. Pudding włożyłam do lodówki. Musi w niej pozostać minimum 7-8 godzin. Po tym czasie wyjęłam talerzyk, odwinęłam folię, położyłam talerzyk na puddingu i odwróciłam pudding, wyjmując go z miski.

Bardzo lubię go jeść z jogurtem zmieszanym z miodem i migdałami albo z gęstą kwaśną śmietaną wymieszaną z cukrem trzcinowym. Do tego świeże owoce i jest przepyszny letni deser. 
Proszę mi wybaczyć niedopracowaną prezentację, a w sumie jej brak, ale już od południa odczuwałam potrzebę zjedzenia puddingu i jak już był gotowy to... :)


 
 
 
 

4 lipca 2011

Kuchenne zmagania - czereśnie i inne takie.

Uwielbiam czereśnie. Przez te tegoroczne kaprysy pogodowe miałam spore obawy, że z czereśniami będzie totalnie kiepsko i że w ogóle, ani trochę nie mam szans, aby się ich najeść. Jednak z ulgą powitałam ich pojawienie się na straganach na pobliskim targowisku. Na szczęście koszmarnie wysoka cena 20 zł za kg mocno się obniżyła i czereśnie zawitały do mojej kuchni w postaci m.in. kompotu, naleśników z czereśniami i placka z czereśniami.

Ostatnio o bladym świcie, gdy spać nie mogłam, udałam się do kuchni, wyciągnęłam z lodówki czereśnie i zrobiłam sobie naleśniki... rozchodzący się z okna zapach pewnie obudził niektórych sąsiadów. Mhmmm.... naleśniki z czereśniami. Pychota. Zaraz potem postanowiłam resztę wykorzystać do ciasta. Umyte, wydrylowane i ułożone na cieście dodały mu smaku, aromatu i wyglądu. Przepis wygrzebałam gdzieś z mojej własnej głowy i wyszło coś w rodzaju hmmm... babko-biszkoptu... pojęcia nie mam jak to nazwać. I już sobie w brodę pluję, że nie zapisałam proporcji, bo nie pamiętam ich zupełnie. Chyba powinnam przy sobie w kuchni mieć kartkę i długopis, wszystkie pomysły naskrobać na karteluszku, bo jak się udadzą, to potem siedzę i myślę, myślę i myślę, jak ja to zrobiłam.

Tak samo miałam kiedyś z curry. W końcu zapisałam sobie co mam razem wymieszać, aby wyszła mi odpowiednia mieszanka, bo tej sklepowej ogólnodostępnej to ja nie używam. Ale o przyprawach to kiedyś jeszcze napiszę.

Wracając do czereśni... chyba jutro zrobię raz jeszcze czereśniowe ciasto, ale tym razem zapiszę sobie co i jak. Jeśli się uda tak, jak za pierwszym razem albo lepiej, tak jak wczorajszy schab z czerwonymi porzeczkami, podzielę się przepisem i zamieszczę foto.

Poza tym muszę też koniecznie to samo zrobić z babeczkami z wiśniami, tartą z jagodami i malinami, no i oczywiście z ciastem morelowym z rozmarynem, a na jesieni z ciastem dyniowym.

Może wreszcie wbiję sobie na mur do głowy, że powinnam zapisywać sobie wszelkie przepisy i proporcje, zwłaszcza jak produkt końcowy się uda, bo potem wpatruję się w różne składniki, które zawierają szafki i lodówka, czekając aż do mnie przemówią... składniki, nie szafki z lodówką ;)

Przy takiej pogodzie za oknem to mam tylko ochotę na ciepłe dania, ale gdy słońce znów wróci i rozgości się, grzejąc nas promieniami, pocałunkami ciepła zmuszając powietrze do zgęstnienia... zrobię chłodnik z arbuza z ogórkiem, melisą i odrobiną melona. Pyszny jest też chłodnik miętowo-arbuzowy oraz arbuzowo-pomidorowy.

Będę sobie wszystko skrupulatnie zapisywać w zeszyciku i od czasu do czasu się tu dzielić. Może komuś coś posmakuje...

26 czerwca 2011

Kuchenne zmagania - w środku nocy, a może już o świcie...

3.00 w nocy. Przewracałam się z boku na bok po obudzeniu się i jakoś nie mogłam zasnąć. Poszłam do kuchni, aby zrobić sobie herbatę. Za oknem było już szarawo, po niebie ospale sunęły chmury i dzień się powoli przeciągał. Siedziałam z tą swoją herbatą na kuchennym blacie i jakoś tak nie wiedzieć czemu, nie wiedzieć skąd nabrałam ochoty na pierogi z truskawkami.

Otworzyłam lodówkę, aby wyjąć truskawki i wzrok mój zatrzymał się na najniższej półce. A tam na dole leżała sobie kiełbasa. Nie byle jaka. Chorizo. Gdyby tak zrobić ją z ciecierzycą, kurkami i rozmarynem... Tylko że ani kurek, ani ciecierzycy nie posiadałam... Przypomniałam sobie, że przecież mogę ją zrobić z fasolą i pomidorami... Najpierw zajęłam się oczywiście pierogami, bo najlepszą rzeczą na pokusy, jest ich zaspokojenie. Po czym zrobiłam coś w rodzaju podpłomyka z rozmarynem. Do chorizo dorzuciłam ostatecznie czosnek, cebulę, fasolę z puszki (bo suchą to powinnam była namoczyć dużo dużo wcześniej, ale przecież skąd mogłam wiedzieć, że będzie mi potrzebna, pomidory, natkę pietruszki... nic innego nadającego się do tego w lodówce nie było. Dorzuciłam też oliwę, sól, pieprz, chyba paprykę w proszku... możliwe, że coś jeszcze, ale nie pamiętam, bo to się samo robiło... tylko moimi rękami, bo myśli fruwały gdzieś za oknem, próbując uczynić sobie posłanie w chmurach. Zrobiło mi się coś w rodzaju ciepłej sałatki, która znalazła się na tym rozmarynowym podpłomyku. Wyglądało to bardzo ładnie i kolorowo. Smakowało jeszcze lepiej. Tylko zapomniałam zrobić zdjęcia. Może następnym razem.

Powinnam to sobie zapisywać, bo potem nie pamiętam i muszę sobie przypominać. Wąchaniem.

Pierogi z truskawkami, musem truskawkowym i gęstą śmietaną... też były pyszne. Szkoda, że nie zrobiłam ich więcej, bo zjadłabym jutro na śniadanie. A może by tak zrobić ich po prostu dużo dużo więcej i zamrozić... Bo te truskawki to się w końcu skończą i znowu na świeże trzeba będzie czekać do następnego roku... Jeszcze tylko gdyby zamrażarka chciała się powiększyć...

Jedno jest pewne. Coś wisi w powietrzu. Inaczej nie nachodziłoby mnie na gotowanie w środku nocy/nad ranem... Dobrze, że jeszcze ilości kontroluję i robię tylko tyle, ile jestem w stanie zjeść, bo jak zacznę gotować dla "pułku wojska", to już to wiszące, o ile jeszcze nie spadnie, tego spadania będzie bliskie.

12 czerwca 2011

Kuchenne zmagania - rozważania nad główką kapusty.

Kapusta to bardzo wdzięczne warzywo, z którego można przyrządzić całe mnóstwo potraw. O tej porze roku często wykorzystuję kapustę do zrobienia mojej ulubionej surówki, którą mogłabym jeść w każdych ilościach. Najlepiej jednak mi smakowała, gdy robiła ją moja mama. Może dlatego że to właśnie ona ją robiła, doprawiając ją szczyptą matczynej miłości?
Surówka składa się z młodych warzyw - oczywiście z kapusty, marchewki i zielska (koperek, natka pietruszki, szczypiorek, liście selera i młode liście pora). Dzięki zielsku suróweczka jest wspaniale zielona.

Ojciec jednak surowiznę może jeść tylko w minimalnych ilościach, więc dla niego była kapustka gotowana.

Nad tą kapuścianą głową rozważałam różne opcje życiowe i wreszcie mogłam w spokoju przemyśleć ostatnie wydarzenia. Wnioski przeczą same sobie, a ja się gubię jeszcze bardziej w tych puzzlach we własnej głowie. Jednak jakkolwiek by nie było, rozważania okazały się dość owocne, mimo że kapusta jest warzywem.







***
splecione dłonie w zieleni traw
spojrzenia wpatrzone dusze splatające
splecione ciała stęsknione ciała dotyku
usta przy ustach smakiem truskawek splecione

i gdyby oboje zbyt wiele nie myśleli
gdyby oboje lęku się wyzbyli
i gdyby czas, miejsce
gdyby odległość
gdyby

może a jednak
może pomimo
może dziś lub jutro
może za tydzień

splotą się losy
dwa życia się splotą
dusze wpatrzone spojrzenia kolorem
w szumie traw zieleni pójdą w tę samą stronę

29 maja 2011

Kuchenne zmagania.

Ostatnio coraz częściej śni mi się jeden sen. Dziś jednak śniła mi się senna wariacja tego snu. W efekcie, gdy się nad ranem obudziłam, dłuższą chwilę trawało, zanim doszłam do siebie i poskładałam sobie wszystko w głowie. Dopiero gdy ojciec rano złożył mi życzenia, ocknęłam się, że powinnam była wczoraj kupić albo zrobić jakieś ciasto imieninowe. Zrobiłam szybki przegląd lodówki i decyzja padła na kruche z truskawkami, zwane plackiem z truskawkami.


składniki:
szklanka truskawek
szklanka mąki
szklanka cukru pudru
szczypta soli
10 dag masła
łyżka kwaśnej gęstej śmietany
2 jajka 

ciasto:
szklanka mąki
pół szklanki cukru pudru
łyżka śmietany
pół kostki masła (10 dag)
2 żółtka

Z podanych składników zagniatamy kruche ciasto. Trzeba zrobić to dość szybko. Zagniecione ciasto formujemy w kulę i wkładamy do lodówki na co najmniej godzinę. 
Ja ciasto owijam w folię do żywności, przez którą później wałkuję ciasto. Ciasto się łatwiej się wałkuje i nie rozrywa się.

Po wyjęciu z lodówki wałkujemy ciasto i wylepiamy nim blaszkę (nie trzeba jej smarować). Ciasto nakłuwamy widelcem i wkładamy do piekarnika nagrzanego do 180 stopni. Pieczemy pół godziny.

Pod koniec pieczenia ubijamy pianę z białek, połowy szklanki cukru pudru i szczypty soli. Do piany dodajemy pokrojone truskawki i mieszamy łyżką.

Wyjmujemy ciasto, na które wykładamy pianę z truskawkami. Ponownie wkładamy do piekarnika i pieczemy około 15-20 minut.

powyższy przepis jest na małą blaszkę - taką połowę normalnej dużej blachy