Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Holandia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Holandia. Pokaż wszystkie posty

26 stycznia 2024

 Właściwie to nie wiem, od czego mam zacząć. Minęło już kilka lat od mojego ostatniego wpisu, a od pierwszego wpisu minęło jeszcze więcej. Sporo się wydarzyło przez ten czas. Świat wokół się zmienił. Internet przez te wszystkie lata się zmienił. Ja się zmieniłam. Nie wiem, dlaczego wróciłam tu i dokąd mnie to zaprowadzi. Czy będzie dalej osobiście? Czy będzie inaczej? Czy ktoś to będzie w ogóle czytał i jeszcze tu zaglądał? Czy są jeszcze ludzie, którym chce się czytać cudze blogowe skrobanie, czy raczej większość woli oglądać zamiast męczyć oczy milionami liter? Nie wiem. Zastanawiałam się także ostatnio, czy usunąć bloga, czy zostawić go, czy wrócić...

Zdarzyło się kilka rzeczy, które sprawiły, że postanowiłam tu wrócić, przynajmniej na jakiś czas. Czasem życie tak się plecie, że nie przypuszczamy nawet, że może być tak pięknie albo tak ciężko. U mnie było to drugie, choć były też piękne i ważne chwile. Właśnie dzięki nim miałam siłę i odwagę do walki, a także nadzieję, że słońce wyjrzy wreszcie zza chmur. 

Byłam i wciąż jestem w długim procesie odkrywania siebie, szukania właściwych ścieżek i podążania nimi, dbam o samorozwój i staram się żyć w zgodzie ze sobą, aczkolwiek oznacza to, że idę innymi drogami niż pewne osoby chciałyby, abym szła, ale ja nie dbam o to. 

Różne rzeczy wydarzają się w naszym życiu, aby nas czegoś nauczyć, aby nas wzmocnić, abyśmy mogli to, co złe, smutne, przykre czy trudne przekuć w coś pozytywnego. Czy można wyjść z czarnej dziury? Czy można wygrzebać się z bagna problemów, oceanu smutków? Czy można pokonać ból duszy? Czy można cokolwiek zrobić, aby choć mała iskra zajaśniała, gdy jest tak ciemno, że masz wrażenie, że gaśnie ostatnia nadzieja? Można. Trzeba choć spróbować. Dla siebie. Bo tylko kiedy robi się to dla siebie, są większe szanse na powodzenie. 

Mam na imię Magdalena. I żyję. 

Kiedy w zeszłym roku żegnałam się z bliskimi, załatwiałam swoje sprawy, nie przypuszczałam, że dziś będę tu siedzieć, pisać i żyć. Dwa razy stałam nad grobem i dosłownie uciekłam spod kosy. To nie był mój czas. Miałam dużo szczęścia. Dwie operacje praktycznie na ostatnią chwilę. W teorii nie powinno było być ze mną tak źle. W teorii. W praktyce to znalazłam się w jakimś małym procencie, którego dotyczą komplikacje. 

Co może pójść nie tak? Możesz na przykład umrzeć. Kiedy lekarz pyta Cię po raz któryś, czy na pewno chcesz iść pod nóż, choć masz szanse nie przeżyć operacji, a Ty czujesz, że musisz zaryzykować, bo i tak nie masz niczego do stracenia. Kiedy słyszysz, że masz praktycznie jakieś ponad 90% szans na komplikacje, a szanse powodzenia to jakieś może 10%, ale dalej chcesz to zrobić, bo i tak nie masz już żadnych innych możliwości. Jesteś przy ścianie. Chcesz spróbować, zaryzykować. Nie powinno tak być. Leczenie powinno zadziałać. Trzecia operacja? To niemożliwe. Przecież nie masz raka. Jak możesz być w takiej czarnej dziurze? Jak to się stało, że nagle pojawia się strach przed śmiercią, która zagląda w oczy? Oszukujesz najbliższych, że nie jest wcale tak źle, że ból jest do wytrzymania, że dajesz radę, bo nie chcesz nikogo martwić, że czas może się za chwilę skończyć. Przeżyłam. Mimo poważnych komplikacji. Mało kto wie dokładnie, co się działo, bo nie chciałam wdawać się we wszystkie szczegóły. Czy operacja się udała. Tak. Czy w 100%? Nie. Jednak to, jak się zakończyła, to był jakiś cud. Stałam nad przepaścią. Stałam nad grobem. I kiedy otworzyłam oczy, zobaczyłam światło, a za chwilę ułamkiem świadomości dotarło do mnie to, że ŻYJĘ. To było tak cudowne uczucie, rozsadzające mi serce. 

Nie wiem, co mnie uratowało. Czy doświadczenie i umiejętności mojego lekarza, czy wsparcie energetyczne tylu dobrych ludzi, dobre myśli i wsparcie najbliższych, czy to że ktoś tam gdzieś u góry, w przestrzeni energetycznej postanowił mnie oszczędzić... Nie wiem. Myślę, że to wszystko razem. I myślę, że bez wsparcia mentalnego, energetycznego i bez obecności innych ludzi byłoby mi bardzo ciężko. Przepełnia mnie wdzięczność za życie, za dobro, którego doświadczyłam. 

Są lata, miesiące, tygodnie czy dni, które bywają wyjątkowo trudne, skomplikowane i bolesne. Zawsze można coś zrobić, zawsze można spróbować, choć czasem pozostaje tylko się z tym pogodzić i zaakceptować. Bo nawet jeżeli się odchodzi, można odejść na własnych warunkach. Ja wiem, że to, co bolesne, przykre, trudne, akceptuje się wyjątkowo ciężko. Nad wieloma rzeczami, sytuacjami możemy nie mieć kontroli. Mogą one od nas nie zależeć. Ale nasze reakcje, nasz stosunek do nich, nasze uczucia i myśli, zależą od nas. Ktoś może powiedzieć, że co ja tam wiem albo że się wymądrzam. Jednak zawsze można coś zrobić. Zawsze. 

Pojawiłam się tu, kiedy zmarła moja mama. Blog był moją terapią. W tym roku minie 15 lat od śmierci mamy i 15 lat od pierwszego wpisu w tym miejscu. Co przyniesie czas? Nie wiem, ale jestem na to gotowa. 

Zapraszam Was ponownie do mojego świata. Opowiem Wam o tym, jak przetrwałam, czego się o sobie dowiedziałam. Opowiem Wam o tym, co wokół mnie czyli o Niderlandach. Opowiem też Wam o tym, jak postrzegam świat, otoczenie, religie, życie, śmierć, to co po śmierci. Opowiem Wam m.in. o tym, jak planowałam swój pogrzeb i jak spotkałam wilka w lesie. To dobry moment, aby spiąć życie klamrą. To czas na moją historię. Drugie życie w życiu i drugie życie na blogu. 

Zapraszam Was do mojego świata! 


19 czerwca 2015

Ja tu musiałam trafić.

2 lata w Holandii minęły jak z bicza strzelił. Dwa lata i dwa miesiące. W tym czasie zmieniło się tak wiele. Miałam wyjechać na chwilę i wrócić, bo takie było moje pierwotne założenie. Było. Szybko takim być przestało. Emigracja chyba po prostu była mi pisana. Wcześniej podejmowałam różne próby dłuższe lub krótsze. Tylko jakoś miejsca nie mogłam znaleźć. Jedno wiedziałam na pewno. Poza Europą mogłabym mieszkać jedynie w Australii lub Nowej Zelandii albo w Turcji. Australia i Nowa Zelandia to po prostu Australia i Nowa Zelandia. Chyba nie muszę tego wyjaśniać, bo wystarczy jedno zdanie: Piękno w każdym calu. A Turcja? Turcja to taka brama do Europy i miejsce, o które wciąż się ocierałam. 

Próbowałam różnych miejsc. Była i Francja wraz z językiem, który uwielbiam, była i bliska memu sercu Szkocja, była w ogóle cała Wielka Brytania, była Irlandia. Przyglądałam się Niemcom, Włochom i Austrii. I nagle znalazłam się tutaj. Tylko na chwilę. Na momencik, aby zmienić otoczenie, poukładać sobie w głowie pewne sprawy, odpocząć od tego wszystkiego, co było za mną, co było tak trudne. Chciałam spróbować zapomnieć o cierpieniu. 

Nie umiem znaleźć właściwych słów, które zobrazują mój stosunek do tego kraju i to jak się tu czuję. Inaczej zawieram znajomości z ludźmi i inaczej do ludzi podchodzę. Mogłabym mieć cały tłum znajomych i spotykać się z nimi, wychodzić, tylko... wcale tego nie chcę. Wolę wypracować sobie kilka dobrych trwałych relacji niż mnóstwo badziewia, które i tak będzie miało mnie gdzieś, gdy na horyzoncie pojawi się prawdziwe życie, a ja zniknę na chwilę, pochłonięta problemami. Ileś bliskich mi osób rozsianych jest po świecie. Trochę ludzi mieszka w Polsce. A ja buduję jakoś swoje życie i nie chcę w nim pustych chwilowych relacji. Szkoda mi czasu i energii. Chcę się uczyć, chcę poznawać, chcę osiągnąć i wypracować to, na co nie było czasu. 

W Polsce nie pasowałam do niczego. Uwielbiałam słuchać opowieści mojego taty o rejsach i o innych krajach. Czasem tęsknię za Polską, a właściwie za latem. Za zapachem truskawek, smakiem naszych czereśni i pomidorów, za zapachem powideł śliwkowych i suszonych grzybów. A może to nie za Polską tęsknię, tylko za wspomnieniami stamtąd, z czasów dzieciństwa, z domu rodzinnego? Tęsknię za ludźmi.

Jestem sentymentalna. Gdybym jako szesnastolatka wiedziała, że w wieku trzydziestu lat będzie tak fajnie, to z chęcią pominęłabym całe dziesięciolecie. Są takie różne komedie, w których bohaterowie budzą się jako dorośli albo cofają się do dzieciństwa. Gdybym na drugi dzień obudziła się w Polsce jako dwudziestolatka... Nie. Dziękuję. Nie skorzystam. Jakoś tak po prostu nie.

Zdarzyło mi się kiedyś mieć doświadczenie z wróżkami, przepowiedniami, horoskopami, kartami itd. Za bardzo w to nie wierzyłam, bo każdy każdemu może próbować wcisnąć jakąś bzdurę. Tylko te jakieś przepowiednie o dziwo zaczynają się sprawdzać. Nagle sobie o nich przypomniałam. Urzeczywistniona bajeczka dla naiwnych. Nie może być mowy o tym, abym jakoś podświadomie dążyła do realizacji czegoś, co kiedyś usłyszałam. Ja nie z tych. Zdarzyło się, bo zdarzyć się musiało. Zresztą moja mama dawno temu rzekła to i owo, a dziś się sprawdza. Życie bywa zaskakujące. I jak tu nie wierzyć w moc sprawczą słowa? Mówisz i masz. Ale o tym kolejnym razem, bo bywa z tym niezwykle ciekawie. 

30 kwietnia 2015

Czerwona rzeka.

Jakiś czas temu przeczytałam pewien komentarz pod tekstem o kobietach. Był to komentarz mężczyzny. W wielkim skrócie - chodziło w nim o to, że kobiety nie powinny mieć żadnych urlopów macierzyńskich, żadnych zwolnień w czasie ciąży, żadnych dotacji na dziecko, bo same są sobie winne, że są kobietami, a skoro nogi rozkładały, to niech cierpią albo się dobrze zastanowią zanim to zrobią, bo w końcu mamy przecież równouprawnienie... czyż nie?
 
Najpierw coś się we mnie zagotowało. Trafił mnie szlag. No jasna cholera by to wzięła. Później natomiast zrobiło mi się okropnie smutno. Ciekawe czy o swojej mamie ten facet też tak brzydko mówi? W końcu ona mu dała życie.
 
Równouprawnienie równouprawnieniem, ale nadal to jedynie kobiety (przypadki zmian całościowych i częściowych pomijam) mają menstruację, zachodzą w ciążę i rodzą dzieci, i żaden facet się za to w ogóle nie łapie.
 
Do tego jeszcze cała masa słów poparcia w komentarzach dla pomysłów cofnięcia się o ponad 100 lat w rozwoju i powrotu kobiet do kuchni, domów oraz odebrania praw kobietom. Nikt mi nie wmówi, że żyjemy w świecie równouprawnienia, bo tego równouprawnienia nie ma. 
 
Mieszkam w kraju, w którym społeczeństwo ma bzika na punkcie równouprawnienia i działań przeciwko dyskryminacji, a dyskryminacja jak była, tak i jest. Czy jakiś system, prawa, przepisy zmienią to? Jakoś mi się nie wydaje. Fakt, bywa sto razy gorzej niż tutaj. Bywa i lepiej. Utopia jest jednak niemożliwa. 
 
O czymś takim jak seirikyuuka, czyli mówiąc najprościej chodzi o urlop fizjologiczny (menstruacyjny) przysługujący Japonkom, można tylko pomarzyć tu w Polsce i w Europie. Seirikyuuka funkcjonuje w Japonii od 1947 roku i nie określa konkretnie liczby dni tego urlopu. Prawo do niego mają kobiety, które cierpią z bólu i/lub obfitych menstruacji w tym czasie oraz dla pań, dla których sama praca jest szkodliwa dla ich ciała w czasie menstruacji (np. nasila krwawienia).
 
Nie tylko w Japonii kobiety mają możliwość wzięcia wolnego w czasie menstruacji. Podobną możliwość przewiduje prawo Korei Południowej, Indonezji, Tajwanu. Z egzekwowaniem tego prawa przez pracodawców bywa różnie. Kiedy w 2006 roku w Korei Południowej to prawo było zagrożone, około pięć tysięcy pań poszło do sądu. Oczywiście nie jest to tak, że w każdym z krajów, które posiadają takie prawo można wziąć urlop na całość menstruacji, czasem jest to jeden dzień, czasem dwa, czasem kilka dni w roku. Z mojego punktu widzenia, taka możliwość bywa czasem zbawienna. Wiadomo, że każda z pań różnie przechodzi przez ten czas, a poza tym nie zawsze każda nasza menstruacja jest taka sama. Jak tu się skupić na pracy, gdy w głowie tylko... przeciekłam? Nie przeciekłam? 
 
Pamiętam taki jeden tydzień w mojej poprzedniej pracy. Jedna po drugiej miałyśmy problemy z menstruacją. Wielokrotnie bywało tak, że ta która miała podpaskę czy tampon była zbawieniem dla tej, której się zapas w torebce skończył... bo wzięła za mało. Do tego bieganie do toalety, bóle, środki przeciwbólowe... No cały taki tydzień, że nie było dnia, aby któraś nie prosiła o prochy, środki higieniczne, o zastąpienie przy pracy, bo biegiem trzeba było lecieć do toalety. W głowie tylko myśli, aby wytrzymać do końca pracy, jak najszybciej wrócić do domu, umyć się i położyć. 
 
A wiecie jak to jest, jak człowiek stoi w kilkunastogodzinnym korku, bus czy auto się nie przesuwa lub ledwie co, w okolicy ani krzaczka, ani rowu, a o toalecie można pomarzyć, a do tego współpasażerowie... I jak tu wykonać manipulacje higieniczne? Okropnie to żenujące i trudne, gdy jedyną zasłoną jest kurtka, a wszyscy gapią się na to, co robisz, zastanawiając się, czemu się zasłaniasz.
 
Jakiś czas temu pojawił się na ten temat artykuł w "Newsweek" w dziale styl życia. Właściwie artykuł jest w większości przedrukiem zeszłorocznego z amerykańskiego "Slate". W artykule, oprócz informacji, które znalazłam w "Slate" przeczytałam też, że wprowadzenie takiego urlopu dla kobiet byłoby stratą pieniędzy dla firm, ponadto stanowiłoby powód do zwolnienia lub do tego, aby nie zatrudniać kobiet, itd. itd. A jeśli kobieta w taki trudny dzień, większość czas poświęci na wizyty w toalecie zamiast na pracę, to firma pieniędzy nie traci? Wychodzi na to samo albo prawie na to samo. 
 
Wiecie co mnie najbardziej wkurza w mnóstwie komentarzy? Ich ton. Zarówno kobiet, jak i mężczyzn. Chciałyście równouprawnienia to macie.
 
"A jak by te złe feministki wywalczyły takie prawo dla was, to byście były zwalnianie. Na własne życzenie." 
 
"No przecież jak mężczyznę bolą plecy od dźwigania w pracy, to też powinien mieć wolne." 
 
"Dawniej kobiety siedziały w domu. Chciałyście do pracy, to teraz macie." 
 
Jesteśmy egoistkami, które w sytuacji wielkiego cierpienia, mają czelność egoistycznie pomyśleć o sobie. Mamy czelność myśleć o sobie o swoim komforcie, gdy zwijamy się bólu, a między naszymi nogami płynie czerwona rzeka, jak woda z okręconego kranu. Mamy czelność myśleć o sobie, gdy chodzimy przez kilka miesięcy z dodatkowymi kilogramami na brzuchu, które wymuszają na naszym ciele przyjmowanie nienaturalnych pozycji. Mamy czelność myśleć o sobie, o swojej waginie, o swojej edukacji, o karierze i o wszystkim innym, co jest z nami związane. Mamy czelność w ogóle myśleć.

Gdyby mężczyźni doświadczali tego, co miliony kobiet każdego miesiąca, sprawa wyglądałaby zupełnie inaczej. 

Dziękować Bogu, że na tym świecie są jeszcze męskie jednostki, które szanują żeńskie jednostki i nie zapominają o tym, że to przez kobietę zostali urodzeni. Chwała im za to.

20 kwietnia 2015

List z Holandii.

Usiadłam na krześle. Pomachałam nogami. Położyłam się na łóżku. Popatrzyłam w skośny sufit mojego holenderskiego mieszkania. Jak mnie to wszystko wkurza. Jak mnie to cholernie wkurza, że muszę się męczyć z otaczającą rzeczywistością. Czy nie może być tak zwyczajnie nudno i normalnie? Jestem ostatnio poirytowana drogą, która wciąż mniej czeka. Końca nie widać. 
 
W życiu bym nie pomyślała, że znając trzy języki, w sumie cztery jeśli doliczyć jeden martwy, będę się znowu uczyć kolejnego, twierdząc, że na tym piątym nie poprzestanę. Rozum to ja chyba już dawno straciłam. Dobrze, że mam jeszcze trochę mojej sztucznej inteligencji, bo resztki naturalnej same by rady nie dały. Ostatnio jednak dowiedziałam się, że i głowy nie posiadam. No tę to akurat wiem, gdzie i w jaki sposób zgubiłam. Kiedy poznałam pewnego pana, moja głowa poszła sobie na spacer i rzadko kiedy mnie odwiedza.
 
Nie ma takiej opcji, abym wróciła do Polski. Bywają dni, że miotam się okrutnie, bo wcale nie jest różowo, ani nawet kolorowo, tylko raczej szaro-buro (co jest i tak sto razy lepsze niż wszystkie odcienie czerni), choć czasem pojawia się tęcza i tylko ona daje mi nadzieję na to, że życie nabierze jakichś innych barw, tak na długo, może kiedyś na zawsze. Mogłoby chociaż na początek akwarelę zacząć przypominać. Sama kiedyś wyglądałam jak taki portrecik akwarelowy. Ostatnio znów zrobiłam się bardziej wyrazista. 
 
Usiadłam na progu na balkonie. Grzałam się w słońcu, obserwując błękitne wiosenne niebo. Fiołki na moim balkonie przecudnie pachną. Jest mi błogo. Jest mi tak dobrze, jak wtedy gdy lato spędzałam w rodzinnym domu, w którym mama krzątała się po kuchni albo doglądała kwiatów, a tato siedział przy stole pokrytym mapami, książkami, zapiskami. Jak było mi przyjemnie, jak spokojnie. 
 
I choć tu zmagam się codziennie z szarą trudną rzeczywistością, walcząc o lepszą przyszłość, czasem o jakąkolwiek przyszłość, uwielbiam ten kraj. Wiecie za co? Za spokój, który mnie tu wypełnia. Za to, że gdy świeci tu słońce, przepełnia mnie takie samo uczucie, jak wtedy w moim rodzinnym domu, gdy rodzice żyli. Uwielbiam ten kraj za to, że przyjął mnie, gdy moja ojczyzna miała mnie głęboko gdzieś. Uwielbiam ten kraj za nadzieję, która tu się obudziła. I jeszcze za to, że leczy moją chorą duszę i uratował mnie przed popełnieniem najgorszego głupstwa w życiu (Depresja o mało mnie w Polsce nie zabiła.).

11 stycznia 2015

Tylko albo wyłącznie... w naszych rękach.

Kiedy miałam 12, 16 czy nawet 19 lat do głowy by mi nie przyszło, że w wieku 30 lat moje życie będzie wyglądać tak, a nie inaczej. Przekroczyłam magiczną barierę i w listopadzie stanęła trójeczka na przedzie. Bo miało być jednak inaczej. Zupełnie inaczej? Trochę tak, a trochę nie. 

Odkąd pamiętam, lubiłam się uczyć. Tak w ogóle i tak zwyczajnie, lecz nie cierpiałam być do czegokolwiek przymuszana, a już wywieranie na mnie presji, ciągłe sprawdzanie, czy nawet to, że zdarzyło się i mnie, iż nauczyciel się na mnie uwziął, to wszystko prowadziło tylko do tego, że stawałam kantem i nic się nie dało na mnie wymusić. W końcu praktyki pewnych osób i próby złamania mnie doprowadziły do tego, że doszłam do wniosku, że zwyczajnie jestem mało inteligentna, głupia i nie posiadam żadnych talentów. A potem było tylko gorzej. 

Bywały okresy, gdy ledwo starczało na chleb, a bywały i takie, gdy na chleb i podpaski nie było. Bywało naprawdę źle. Spadało na głowę całe mnóstwo problemów, świat się walił, ja waliłam głową w ścianę i płakałam z bezsilności, ale nigdy się poddałam. 

Obejrzałam dzisiaj dokument, zresztą nieudolnie zrobiony, ale o pani "reporterce" mówić nie zamierzam i nie o to mi chodzi. Dokument ów traktuje o Polakach, którzy mieszkają w pracowniczych hotelach w Holandii i pracują przez agencje. Powiem tak: matko i córko. Nie ma co komentować. Znów to samo, co w innych dokumentach, reportażach i innych takich. W sumie nic nowego i nic ciekawego. Szczerze mówiąc, wolałabym obejrzeć coś o ludziach, którym się udało, o ludziach, którzy na emigracji żyją normalnie. 

Internet pełny jest nienawistnych komentarzy na różny temat i narzekania na swój los. Czasem zdarza mi się usłyszeć od kogoś, że mi niby ma być lepiej niż im, bo ja znam język, że mi łatwiej, bo nie mieszkam w Polsce, że to, że tamto. Łatwiej... śmiać mi się chce. Ilu emigrantom było czy jest łatwiej, zwłaszcza na początku? 

Za darmo nikt mi niczego tu nie dał. Jak zapierdalałam na dwie czy trzy zmiany, nocą z bólu płacząc w poduszkę, to nikt się nade mną nie litował. Kiedy z siostrą sprzątałyśmy mieszkanie, żeby dało się jakoś normalnie funkcjonować, bo po ćpunach Polakach było zasyfiałe, zarzygane i cuchnące, to też się nikt nad nami nie litował. Jak po holendersku umiałam z 10 słów na krzyż, to też się nade mną nikt nie litował i nie robił mi za tłumacza. Mój holenderski nadal przypomina tragedię, ale pracuję nad nim i znam więcej niż 10 słów ;)

Uczę się, pracuję, żyję. Nie sztuką jest szybko kopnąć w kalendarz, bo każdego to czeka, a najłatwiej od życia uciec. Nie sztuką jest marudzić, że inni mają lepiej. Nie sztuką jest wegetować, bo mi się nie chce, bo to za trudne. Sztuką jest przeżyć swoje życie i zrobić coś, aby go nie zmarnować, aby to było dobre godne życie. 

Boję się każdego dnia. Czasem nie chce mi się i nie mam siły, ale robię coś dla siebie. Sięgam po życie takie, jakie chciałam mieć. Nigdy nie widziałam siebie w Polsce, bo to nie moje miejsce. Tam się urodziłam, ale tam nie czuję się dobrze. Europa albo prawie Europa... tu jest dobrze. I języki obce. Uwielbiam poznawać nowe słowa, uczyć się ich, bawić się nimi. Kiedy byłam dzieckiem, marzyłam sobie, że ja dorosła potrafię mówić biegle kilkoma językami... Oj brakuje mi jeszcze brakuje, ale to takie piękne marzenie i bardzo chcę, aby się spełniło, bo... zupełnie inaczej rozmawia się z ludźmi w ich językach i słucha się, gdy wyrażają w nich swoje emocje. 

Lubię takie marzenia, których spełnienie zależy tylko ode mnie. To piękne, gdy człowiek osiąga swój tak długo wyczekiwany cel, nad którym tyle pracował. Miałam i inne marzenia, nad którymi mocno pracuję, więc dlatego mnie już tu często nie ma. Po próżnicy gadać nie będę, lecz kuć będę... żelazo póki gorące, a że się poparzę... Bez pęcherzy nie ma satysfakcji. 

Po cóż narzekać, że jest źle czy ciężko. Lepiej robić coś, aby się poprawiło, bo jakość naszego życia, jest tylko w naszych rękach. Tylko. 

24 sierpnia 2014

O niemieckim i zaskakującym życiu.

Poległam. Tak generalnie. Praca mnie pokonała. Zwłaszcza we wtorkowy i środowy wieczór. Jak policzyłam czas, o której we wtorek wieczorem skończyłam pracę i o której w środę rano ją zaczęłam... Wyszło aż 9 godzin i 15 minut przerwy. W środę i czwartek podpierałam oczy zapałkami, ziewając co chwila, ale dałam radę. A czemu miałabym nie dać, prawda? Noszę teraz dumnie siniaki na ramionach, bo przecież dzielnie poradziłam sobie z setkami kartonów. Cud jakiś, że nie były ciężkie i do 30 kilo im brakowało sporo. Wówczas zamiast kartonów, to na paletach leżałabym ja. W piątek jak zwykle postanowiono mnie nauczyć czegoś nowego, bo piątek bez nowości piątkiem straconym. Na szczęście mówiono już do mnie w jakiś normalny sposób, czyli po holendersku, odpuszczając sobie wymuszanie na mnie zrozumienia niemieckiego. 

Mój niemiecki to więcej niż masakra. Jak się wysilę, nawet rozumiem dosyć dosyć, za to nie mówię wcale w tym języku, a wszelkie próby nauczenia mnie go, dały marne rezultaty. Czasem mam naprawdę już dość, bo ile można powtarzać, że ja po niemiecku nie gadam. Gdy odpowiadam po holendersku, te osoby usilnie pokazują, że mnie nie rozumieją i nie będą po holendersku ze mną gadać. Tyle tylko, że pracujemy jak by nie było w Holandii... Może powinnam na złość przejść na francuski, to może znalazłyby się ze 3 osoby, które by mnie zrozumiały. Skoro ja, pracując z Niemcami, wysilać się muszę, to inni też niech się wysilają, a co. Czasem odnoszę wrażenie, że wielu Niemcom wydaje się, że nie muszą znać innych języków i w ogóle jest to totalnie zbędna rzecz, za to ci, którzy po niemiecku nie mówią, są dziwni. Wciąż spotykam się ze zdziwionymi spojrzeniami, że nie mówię w języku naszych sąsiadów. Nie mówię i kropka. Póki co 4 języki mi wystarczą, a kolejny, który chcę poznać... kolejny... w sumie trzy kolejne... z czego żaden nie jest i nie będzie niemieckim. Prędzej kozę nauczy się latać niż wpoi mi się znajomość niemieckiego. 

Choć właściwie, jak się człowiek chce z drugim człowiekiem dogadać, to się dogada, a przynajmniej będzie próbował i nie ważne jakiej narodowości jest ten ktoś. Wszystko zależy od naszej dobrej woli. Z koleżanką Czeszką rozmawiamy czasem w czterech czy pięciu językach. Ona do mnie po czesku, po niemiecku, ja do niej po polsku, po holendersku i angielsku. Z jedną Niemką też dajemy radę - ona po niemiecku i po rosyjsku, a ja że jestem to pokolenie, co się już rosyjskiego nie uczyło w szkole, to po polsku, po holendersku i troszkę po rosyjsku. Można? Można.

Kiedy prawie nie mówiłam po holendersku, też dawało radę się dogadać z niektórymi osobami, ale tylko z tymi, które tego chciały i były otwarte na porozumienie. 

Ktoś mi powiedział, że mam podobno łatwość uczenia się obcych języków. Ja jakoś tego nie widzę. Może dlatego że wiem, ile czasu poświęcam na to, aby jednak jakoś się porozumiewać. Czasem tak mi się plącze język, że mówię do niektórych w nieodpowiednich językach. Bywa śmiesznie. Nadal łatwiej mi się przekłada holenderski na angielski lub francuski, ale z polskim zrobiłam postępy i szukam odpowiednich znaczeń, choć czasem bywa kłopot. Znam znaczenie słowa, ale nijak nie potrafię znaleźć polskiego odpowiednika. 

Po tym tygodniu mam tak wielką głowę od języków obcych i jestem pewna, że zanim umrę, jeszcze kilka poznam. Może trzeba mi było tłumaczem zostać. Zdecydowanie minęłam się z powołaniem ;)

A przy tym wszystkim zapomniałam wspomnieć, że zamieniłam jednego faceta na drugiego i że ten nowy, choć w sumie już nie taki nowy ;), ma niesamowity zapach. Tak pachnie dla mnie dom i poczucie bezpieczeństwa. Wczoraj poczyniłam to odkrycie, że on z tym swoim zapachem wpisuje się w zapachy mojego rodzinnego domu, w jego filary... Szok kolejny. A do bycia Polakiem mu bardzo daleko. Pewnie tak daleko, jak mi do bycia ciemnoskórą kobietą. Życie bywa przewrotne i bardzo zaskakujące.  

16 sierpnia 2014

Na górze i na dole.

Pękło 150 km.
 
1 rower + 1 tydzień + 1 CzG + 1 praca = 150 km
 
Jestem dumna z siebie. Kondycję nadal mam marną, jednak weszłam na wyższy poziom. Już się nie wlekę w takim tempie, że starsi ludzie i małe dzieci mijają mnie na ścieżce, a prędkościomierz mnie nie zauważa. 
 
Osiągnęłam zawrotną prędkość 21 km/h i pobiłam własny rekord - czasówka do stacji kolejowej w centrum. Pierwsza próba - zgubiona droga i czas katastrofalny. Druga próba - 30 min. Nowy rekord - 10 min z oczekiwaniem na wszystkich światłach. 
 
Co prawda daleko mi do Holendrów, którzy we trzy osoby jadą jednym rowerem, jednoosobowym rowerem albo przewożą tymże środkiem transportu różne dziwne rzeczy - typu szafka łazienkowa, drukarka, plecak ze stelażem wielkości połowy mnie i to wcale nie na plecach ten plecak, o ilości toreb, siatek, siateczek, tub i innych takich nie wspomnę. I w dodatku oni jadą. Przemieszczają się. I to całkiem szybko. Piszą smsy w trakcie jazdy i robią inne zupełnie zwyczajne rzeczy, aczkolwiek dla mnie wciąż nieosiągalne w trakcie jazdy. Ten poziom jest mi obcy. Przy moim roztrzepaniu, gdybym coś takiego odwaliła, to tym razem znalazłabym się pod kołami jakiegoś pojazdu, ale tym razem z własnej winy. Nie będę cudować. Dobrze, że na pełnej prędkości wchodzę w zakręty i nie zsiadam z roweru, jadąc pod górkę. Noooo i nawet się przemieszczam wieczorową porą oraz wczesnym rankiem, produkując prąd do mych światełek i daję radę. I nawet nauczyłam się drogi do pracy i już się nie gubię. Szukanie skrótów sobie odpuściłam, co by się nie wpuścić w maliny i na zaliczyć wpadki z deszczu pod rynnę.
 
Mały sukces na drodze ku wielkości ;) 
 
Zaliczyłam też sukces nr 2 czyli zaczęłam rozmawiać, zmuszona koniecznością, po holendersku przez telefon. Zaczęło się od angielskiego, po czym przeszłam na holenderski i tak już zostało. Mówię, co prawda, wciąż okrutnie kwadratowo i zdarza mi się zapominać o regułach gramatycznych, gdy chcę coś szybko powiedzieć. Jednak o dziwo ludzie mnie rozumieją i ja ich też. Co prawda nadal wciąż czasem nie wiem, o co im chodzi i czy aby na pewno myślą, i czy myślą o tym samym, co ja... Jednakże słowa rozumiem, choć może nie wszystkie, a sens również uchwycę, a jak nie rozumiem ich toku myślenia, dopytuję aż do skutku. Czasem wychodzi z tego coś bardzo zabawnego.

Szef się mnie wczoraj pyta, czy ja i moja koleżanka Czeszka jesteśmy bliźniaczkami. Ja patrzę na niego jak sroka w gnat i nic nie mówię. No to on znowu pyta. Ja nic. W końcu on do mnie, czy ja go rozumiem. Ja, że tak, tylko nie próbuję wymyślić, skąd on to wziął, że ja i ona... itd. skoro ja Polka, a ona Czeszka. On mi na to, że w sumie co za różnica, skoro jak gadamy to ja do niej po polsku, ona do mnie po czesku, a jak się nie możemy dogadać, to wtrącamy - ja holenderski, ona - niemiecki. No to mu mówię, że wtedy to ja już w ogóle nie wiedziałabym, kim jestem, bo rodzina ojca pochodzi ze Szkocji, a poza tym inne mixy u nich też były, a moja mama w połowie była Ukrainką, więc ja jestem w jednej czwartej. To on się mnie pyta, w której połowie moja mama jest Ukrainką - górnej czy dolnej. Ja na to, że musiałabym dziadków spytać, kto był na górze, a kto na dole ;)
 
To już mamy dwa małe sukcesy na drodze ku wielkości ;)
 
Czas na sukces numer 3... :)
 
 

12 sierpnia 2014

Odciski na tyłku ;)

Żyję i nie najgorzej się miewam. 

Zderzenie z autem skończyło się na siniakach, a rower został naprawiony. 

Za to droga to pracy i z powrotem daje mi po dupie. Dosłownie. Mimo wygodnego siodełka, tyłek mnie boli, nogi najchętniej by się z nim rozłączyły. Dzień w dzień w tym tygodniu zaliczam gratisowy prysznic po pracy. Chyba w ramach oszczędności. Szkoda, że przy okazji walczę z wiatrem i zastanawiam się jak to możliwe, że wiatr przesuwa mnie w poziomie wraz z rowerem.

Kondycji nadal nie mam, choć robię postępy ;) Obudziły mi się mięśnie, o których istnieniu zapomniałam. 

Czasem mam wrażenie, że pewne sprawy robię siłą woli - tyczy się to zarówno porannego wstawania w ostatnim czasie i powrotu rowerem z pracy do domu. 

Mózg zasnuwa mi lekka mgiełka. Robi się ciekawie. A słowa mają moc sprawczą.

Ciekawe, co z tego wyniknie.

Mam niewyparzoną gębę, a co w głowie to na języku. Czasem nawet szybciej na języku niż w głowie.


Dobrej nocy i przyjemnej środy.
Nieba pełnego słonka!

5 sierpnia 2014

Najlepszy rower na świecie.

Wczoraj trafił mi się najgorszy poniedziałek od dawna. Jechałam sobie spokojnie rano do pracy i nie ujechałam daleko. Po pięciu minutach pedałowania, pewna naturalizowana Holenderka, choć w sumie to Hinduska, próbowała przerobić mnie na naleśnik. Owa pani wjechała autem w mój rower. Pomyliła gaz z hamulcem... 
 
A zaczęło się tak. Dojeżdżałam do skrzyżowania i widzę, że kawał ode mnie jedzie wolno auto. Myślę, spoko, przejadę, zdążę z jednej ścieżki rowerowej w drugą wjechać. Ślepa nie byłam, bo wówczas to mogłabym mieć do siebie pretensję, że źle oceniłam odległość. Soczewki były w użyciu. I co? Gówno! Nie zdążyłam przejechać. Pani dała gaz do dechy, wjechała z impetem na skrzyżowanie i w sumie nie tyle wjechała, co je maksymalnie ścięła, wjeżdżając na ścieżkę rowerową i mnie z niej zepchnęła. Właściwie miałam auto za plecami i kątem oka zauważyłam, co się święci, odbiłam kierownicą, żeby nie znaleźć się na masce. Mało brakowało, a bym przeleciała przez rower i auto tej pani. Na szczęście całe uderzenie poszło w koło roweru i z kółka zrobiło się coś na kształt prostokąta. Ja się jedynie pobrudziłam.
 
Pani stwierdziła, że mnie nie widziała. Jak nie spojrzała, to nie widziała. 
 
Ja tutaj się już dawno temu nauczyłam, że rowerzysta to święta krowa, a jak się wyjeżdża z podporządkowanej i jeszcze przecina się ścieżkę dla rowerów, to się i sto razy patrzy, aby się upewnić, że nie wyleci żaden rowerzysta. Mało który użytkownik dwóch kółek ma tu tzw. polski odruch czyli zwraca uwagę na jadące auta. Często wygląda to tak, że rowerzysta zapierdala i na skrzyżowaniu czy na rondzie nawet nie raczy spojrzeć w żadną stronę, zakładając, że auto i tak się zatrzyma.
 
Wciąż się zastanawiam, jak też ta pani tego dokonała. To wyczyn z kategorii typu ruszanie z 3 pod górkę. Tego z kolei ja dokonałam, wracając nocą z pracy, bez okularów i w padającym deszczu. Na szczęście po chwili dotarło do mnie, że coś świat za bardzo przypomina zamazane plamy. Może owa pani też chwilowo bujała w obłokach, pomyliła i stało się. Może też tak szybko jej poszło, bo z górki miała, a jak wiadomo z górki się pięknie wszystko toczy. 
 
Rower jest u naprawiacza rowerów. Może jutro w końcu mi go zrobią. Póki co w użyciu musi być rdzewiaczek. 
 
Pani wraz z mężem zapłacą za naprawę, bo wina leżała po pani stronie. Jak wszystko będzie tak, jak powinno, pokryją koszty, żadnej policji nie będę w to mieszać. Nie lubię dowalać ludziom większych problemów niż te, które już mają. Wszystko można próbować załatwić w cywilizowany sposób. 
 
Mi się nic nie stało, a to jest chyba najważniejsze. Rower dość ucierpiał, ale liczę na to, że wyjdzie z tego i będzie jak nowy, bo mnie uratował. Gdyby uderzenie nie poszło w niego, poszłoby w moje kolano. Zaledwie jakieś 5 cm i ruina, którą mam zamiast kolana, byłaby nie tylko w opłakanym stanie... Pewnie o jeździe rowerem mogłabym już tylko pomarzyć. Bo jak to mój cudotwórca ortopeda stwierdził - jeszcze jeden taki wyczyn albo wypadek i mam pozamiatane. 
 
Dziękuję Najwyższemu i Aniołom Stróżom, że mnie pilnowali, bo mogło się skończyć gorzej. A jak rower odbiorę, to będę dbać o niego bardzo bardzo bardzo, bo spisał się wspaniale. Dzielny rower. Nowiutki. Mam go zaledwie od 3 miesięcy. Szybko oberwał. Trochę jesteśmy do siebie podobni ;) Za młodu poturbowani. Teraz będziemy do siebie idealnie pasować ;) Oby pan naprawiacz ładnie się spisał. 
 
Bo póki co to mam pozamiatane. Dobrze, że chwilowo mam wolne i nie muszę robić po minimum 30 km dziennie rowerem, bo rdzewiaczek z trudem by sobie poradził. Do sklepu może się nadaje, ale to czarny służył dzielnie jako transport do pracy, do miasta, na stację kolejową, no i do szkoły. 
 
Niby człowiek nie powinien zżywać się z przedmiotami, ale... z czarnym stanowimy zgrany duet i dajemy radę bez względu na pogodę, ilość kilometrów oraz zgubioną drogę. Oby do czwartku "wyzdrowiał", bo bez niego nie zrobię tylu kilometrów. Jest niezastąpiony. Zwłaszcza wtedy, kiedy wszyscy są daleko i jestem zdana tylko sama na siebie. I na niego. Najlepszy rower świata. Dzięki niemu jestem cała. Przetrzymał. I mam nadzieję, że wróci do mnie cały i zdrowy. 

14 lipca 2014

Zwykła rzeczywistość.

Usiadłam. Przy stole. Wraz ze szklanką mrożonej kawy. Mleko, bita śmietana, cynamon, no i oczywiście kawa. Obok stoi szklanka wody ze świeżymi listkami mięty i cząstkami cytryny. Nawet zjadłam obiad, co nie zdarzyło mi się od dawna. Jakoś niespecjalnie chce mi się jeść. 

Tuż przed weekendem mogłam wreszcie podłączyć sobie internet, bo przyszła paczka od dostawcy. I gdy tak dziś otwierałam stronę po stronie, to aż mnie coraz bardziej w środku zatykało. Lepiej nie czytać wiadomości z kraju. Nie chcę. Odnoszę wrażenie, że Polska zmierzać zaczyna w kierunku państwa wyznaniowego. Politycy wzajemnie sobie dowalają i szukają haków na konkurencję. Poza tym intelektualne dno, brak samodzielnego myślenia i żenada. 

A tu? Czasem naprawdę mam ochotę schować się pod łóżko, którego nawet jeszcze nie mam. Nie kupiłam. Jeszcze nie teraz. Najpierw w kolejce stało kilka innych rzeczy. Pilniejszych. Za to mogę wejść pod stół, który mi złożył albo do szafy. Jasna cholera... czy to, że mówię, że jestem z Polski, musi wywoływać tak skrajne reakcje i zachowania? 

Nie wiem, ile razy w przeciągu tygodnia słyszałam, że my Polacy to lubimy zapierdalać (dosłownie), robić jakieś kosmiczne normy, szprycować się czym popadnie, trzymamy buzię zamkniętą, nie upominamy się o swoje albo wręcz jest na odwrót i rozstawiamy ludzi po kątach, rządzimy się, ale mniejsza o to. Bywamy też normalni, ale tych normalnych podobno tak wielu nie ma, choć osobiście znam trochę takich osób. Wiecie, czego ludzie nie potrafią tu zrozumieć? Ano tego, że jesteśmy dla siebie jak wrogowie. Nie pomożemy, ale świnię chętnie podłożymy. Ci co rzekomo mają się tu nami opiekować, mają nas gdzieś. I generalnie zwykle kończy się wszystko tak, że jak się nam nie podoba, to wypad do Polski. 

Czasem mi zwyczajnie wstyd. Chcę tu normalnie żyć. Pokazuję, tak jak niektóre moje znajome osoby, że nie można nas wkładać w jeden worek, przykładać do nas tej samej miarki, bo w każdym narodzie są ludzie i... ludzie.

Myślicie, że czasy niewolnictwa i dyskryminacji mają się ku końcowi w XXI wieku w Europie? Jedno wielkie g. Zwyczajne pierdolenie. Wiecie, jak prosto z wolnego człowieka zrobić niewolnika? I jeszcze on sam się będzie tego domagał, pchał się, bił się, żeby tylko jego wybrano. Oglądaliście albo czytaliście może "Igrzyska Śmierci"? To trochę tak, jakby ochotnicy bili się o możliwość reprezentowania swojego dystryktu. Chore prawda? A to tylko zwykła rzeczywistość. 

Dopiero teraz zaczynam się tu czuć trochę bezpieczniej, trochę lepiej, trochę jak w domu. Bo mam tu coś jak dom. W sumie mamy. Ja i siostra. Trafiło nam się jak ślepej kurze ziarno. I to piękne wielkie ziarno, a nie jakiś totalny ochłap. Wreszcie zaczął mnie powoli wypełniać spokój. Tylko czasem nie mogę spać i bywa, że prześladują mnie koszmary. 

Ostatnio wytrącił mnie z równowagi pewien telefon z Polski. Jednak udało mi się uspokoić, bo wiem, że tu jestem bezpieczniejsza niż tam. Czasem żartuję sobie, że mam tu swojego anioła, który mnie chroni i pilnuje. Naprawdę się przeraziłam. Na szczęście jestem bardzo daleko. 

Nadal mam przed sobą długą wyboistą drogę. Jeszcze nie raz, nie dwa przyjdzie mi zaklejać obdarte kolana, patrzeć na siniaki i podnosić się z upadków. Potknę się jeszcze mnóstwo razy. Boję się tego, co mnie czeka i... nic nie czuję. Żadnych przeczuć, żadnych snów. Tylko otwarta księga. Białe kartki czekające na zapisanie. Jego spokojny głos, że wszystko będzie dobrze. 

6 czerwca 2014

Euromast.

Euromast jest najwyższą wieżą w Holandii. Mierzy 185 metrów i znajduje się w jednym z parków Rotterdamie. Z góry rozciąga się przepiękny widok na miasto, port i okolice. Wieżę otwarto w 1960 roku. Jej architektem jest Hugh Maaskant. Początkowo wieża mierzyła jedynie 107 metrów, jednak wraz z robudową Rotterdamu i powstawaniem w nim nowych wysokich budynków, postanowiono podwyższyć wieżę, aby górowała nad miastem. Na górze wieży są dwa piękne apartamenty, które można wynająć na noc. Tak sobie pomyślałam, zresztą pomyślałam to już za pierwszym razem, gdy tam byłam, że może tak kiedyś, któregoś dnia... miło byłoby spędzić noc właśnie tam i oglądać panoramę ulubionego miasta nocą, z tak wysoka... w miłym towarzystwie.









 

18 marca 2014

Ciepło - zimno.

pogoda: wiatr, zachmurzenie i przelotne opady

temperatura: zimno

stan ducha: tęsknię

Różnica między kobietami, a mężczyznami jest taka, że przy obecnej aurze im zazwyczaj jest znacznie cieplej niż nam. Podczas gdy moje dłonie i stopy są lodowate, nos robi się zimy, od niego bucha ciepło aż miło. Lubię tak się wtulić i grzać się, słuchając bicia jego serca, które mnie uspokaja.

Siedzimy dziś z siostrą w jednej z kawiarni. Sączymy kawę, deszcz kropi jak ksiądz kropidłem, lampy i piece gazowe grzeją aż miło, i człowiek zapomina, że praktycznie siedzi na dworze w kawiarnianym ogórdku. Ciepło i przyjemnie. 

Nie lubię, kiedy jest mi zimno. Noszę czapki, szaliki i rękawiczki. Wedle norm holenderskich to jestem przegrzana. Nauczyłam się już, że gdy idę do typowego holenderskiego domu z wizytą, lepiej włożyć na siebie więcej odzieży. 

Jednego razu zostałam wraz z siostrą zaproszona na kawę do znajomych. Siedzimy w aucie, mi jest w sam raz, jej jest zbyt ciepło. Pytam się jej, dlaczego tak ciepło się ubrała, a ona mi na to, że przecież jest zimno. Przytakuję, ale dodaję, że nie można przesadzać. 

Siedzimy w salonie, pijemy kawę. Kiedy gospodarze przez chwilę są zajęci poszukiwaniem właściwego albumu ze zdjęciami, pytam dyskretnie siostry, czemu tu tak zimno, czy oni nie używają ogrzewania, czy jak. Na dworze zima, wiatr wieje jak wściekły, może nie ma mrozu, ale ciepło wcale nie jest. Ona mi na to, że to normalne. Nie mogłam doczekać się końca wizyty i ogrzania się w samochodzie. Niewiele brakowało, a zaczęłabym szczękać zębami z zimna. 

Równie mocno się zdziwiłam, kiedy mieszkałam pod jednym dachem z Holendrem. W domu jakieś 16-17 stopni, siedzę w salonie i oglądam telewizję. Mam na sobie ciepłą bluzę, najgrubszy sweter jaki posiadam, ciepłe spodnie, ciepłe skarpety, ciepłe kapcie, dodatkowo nogi mam jeszcze kocem owinięte. Do pokoju wchodzi Holender w jeansach, koszulce bez rękawów i otwiera okno. Pytam się go, co robi. A on mi na to, że wietrzy, bo jest za ciepło, a tu już wieczór i do spania człowiek się będzie zbierał, a tu tak ciepło w domu. Jedyne co wydusiłam z siebie to zdziwione: "Ciepło???".

18 listopada 2013

Holenderskie mgły.

Mgła. Zjawisko pogodowe. Mgły tutaj są zupełnie inne i tak różne. Jedne unoszą się nad polami, inne niczym mleko zalewają wszystko to, co spotkają na swojej drodze. Są też takie mgły, które snują się jak nitki babiego lata. Czasem tutejsze mgły przypominają dym albo chmury. 
 
Listopadowe mgły spacerują po polach jak duchy. Czasem wychodzą na drogę, próbując złapać w swoje usta przejeżdżające samochody. Chcą je połknąć, nasycić się. Wilgotnymi językami głaszczą przechodniów. Łagodzą krawędzie, zmiękczają linie, rozmywają kontury. Akwarelowe ciemne poranki. Drzewa szeleszczą swoimi kolorowymi szatami, których pozbywają się z wielką niechęcią, jakby obawiały się zimna. 
 
Mgły czeszą mnie po ciemku. Zwijają ledwie co wyprostowane włosy w fale, w pierścienie. Układają je wokół mojej twarzy, pozwalają im lekko opaść na moje ramiona. 
 
Dłonie ukryłam w czerwonych rękawiczkach. Moja zawsze lekko chłodna skóra zrobiła się zimna. Przypomniałam sobie jak on chował moje dłonie w swoich dłoniach, przytulał mnie do siebie, przelewając we mnie ciepło swego ciała. Spacerowałam we mgle uliczkami Ootmarsum, o którym mawiają - miasteczko artystów. Bardzo urokliwe i niewielkie, pełne rzeźb, galerii i pracowni artystycznych. Obrazy, witraże, rzeźby, ubrania, buty, biżuteria, porcelana, meble... właściwie wszystko, co można uznać za przejaw sztuki. 
 
Olej na płótnie, niderlandzcy malarze. Koniec XIX i początek XX wieku. Zimowy krajobraz miasta, kanał, kamienice, ludzie. Zwyczajne życie. Po prostu piękne.
Baletnica w sukience z wielkiego liścia i z koczkiem na czubku głowy. Błogi wyraz jej twarzy przypominał mi jednocześnie małą dziewczynkę i dorosłą kobietę. Gdyby moje konto zawierało coś więcej z pewnością tancerka byłaby moja. Spodobała mi się tak bardzo, jak i dwa obrazy, które oglądałam chwilę wcześniej. 
 
Ostatnio pojawiam się tu na chwilę i znikam. Dużo pracuję, także słowem. Piszę, tłumaczę. Jazz wypełnia pokój. Czuję się jak w filmie W. Allena, w którym w tle pobrzmiewa stary dobry Frank S. i Norah Jones. Naprawdę lubię holenderskie mgły. Ah gdyby mieć szal utkany z takiej mgły właśnie...

26 października 2013

A jeśli...?

Jak ułożyć sobie życie na nowo? Po śmierci bliskich, po rozwodzie, po rozstaniu, po utracie pracy, po przeprowadzce czy w nowym kraju? Nie mam pojęcia. Chyba nie istnieje na to żadna odpowiednia recepta czy skuteczny sposób. 

Sama nie umiem powiedzieć, czy uporałam się z odejściem bliskich. Jednego dnia wydaje mi się, że tak, a innego przychodzi totalny kryzys i chce mi się tylko wyć. 

Czy poradzić sobie z tym wszystkim to znaczy zapomnieć lub udawać, że nic się nie stało? Czy to oznacza, że to już za mną i wcale nie boli? Nie sądzę. 

Kiedy człowiek staje na życiowym zakręcie, narażony jest na popełnienie masy błędów. Łatwo może zostać ofiarą oszustów, bardziej jest podatny na zranienia. A jeśli nie jest dość silny, to już w ogóle mu ciężko. 

Żadna droga nie wiedzie prosto do celów. Nasze życiowe drogi są pełne zakrętów, skrzyżowań, czasem wiją się i plączą jak miejskie autostrady - jedna na dole, inne u góry, i można naprawdę się pogubić w tych wszystkich zjazdach i wjazdach. 

Czy potrafię zbudować sobie życie w obcym kraju? Czy dam radę? Czy nie będzie tak, że jakiś czas mi się znudzi albo stwierdzę, że muszę zbyt wiele poświęcić, albo już sama nie wiem, co jeszcze wymyślę. Boję się. Boję się, że mnie to wszystko przerośnie. Boję się tego, aby nie zbudować niczego na wątłej podstawie, żeby to wszystko nie runęło przy lekkim ruchu wiatru. Boję się, że nie wytrzymam psychicznie i nie wytrwam w związku, w którym jestem. Boję się, że skończę jako bezdomna i samotna wariatka. 

Ostatnio M. pytając - stwierdzając, powiedziała, że: "Czy tobie zawsze życie musi wszystko tak komplikować i utrudniać?". Nic jej na to nie odpowiedziałam. Pomyślalam sobie za to, że może po prostu ktoś musi mieć taką właśnie drogę, a ja sobie z nią poradzę. Podobno życie nie daje nam tego, czego nie jesteśmy w stanie unieść. Strach też jest nieodłączny. Myślę, że gdybym się nie bała, byłabym zwyczajnie głupia. Dobrze, że się boję. Powinnam. Ale to wcale nie znaczy, że pozwolę, aby ten strach mnie sparaliżował. 

E., z którą tu mieszkam, powiedziała mi wczoraj, że jest ciekawa, jak skończy się moja historia i co ze mną będzie. A może ona wcale się nie kończy? Może nasza historia toczy się nawet po naszej śmierci w bliskich nam ludziach, w ich myślach, w ich sercach, w genach kolejnych pokoleń? 

Gdy tęsknię za mamą, gotuję. Robię to, co uwielbiałam, gdy ona to przygotowywała. I wtedy czuję, jak otacza mnie ciepło. Ona jest w moim sercu tak samo jak tato. Dzięki rozmowom z ojcem ubiegłej jesieni, buduję ten związek. Brakuje mi rozwagi i intuicji do ludzi, które miał mój tato. Brakuje mi tego, że nie mogę się go poradzić, spytać, ale mogę kierować się tym, czego mnie nauczył. Wierzył we mnie i zawsze powtarzał, że mam słuchać siebie, że mam rozum i serce, że one mnie poprowadzą, gdy go zabraknie. 

Zaczęłam tu wszystko od zera. Nie wiedziałam nawet, jak się mam za to zabrać. Małymi krokami idę. 

Choćby nie wiadomo jak było trudno, choćby upadało się wiele razy, człowiek jest silny i poradzi sobie. Powstanie i pójdzie. W każdym z nas jest wewnętrzna siła, która nam w tym pomoże. Ona drzemie w każdym, wystarczy nie bać się jej obudzić. Strach, że przed tym, że się uda, jest często silniejszy niż ten przed niepowodzeniem. A jeśli się jednak uda to co? To przecież bardzo bardzo dobrze. 

Jeśli Rotterdam, to moje miejsce na ziemi, to zrobię wszystko, aby tam wrócić i zostać. Aczkolwiek nie znaczy to, że tych miejsc nie będzie dwa lub trzy. I myślę, że Rotterdam to jedno z nich.  

2 października 2013

Rozważania poniedzielne w śrdoku tygodnia ;)

Stacja Rotterdam. Nie muszę zerkać na zegarek, aby wiedzieć, która jest godzina. Czuję się tak, jak gdybym wróciła do czasów, o których opowiadał mój ojciec - kiedy to zegarki można było nastawiać według kursowania pociągów. Jednak gdyby moja podróż odbyła się zupełnie bezproblemowo, to nie byłaby moją. 

Wybrałam się w chłodny poranek na dworzec w mojej miejscowości. Tyle tylko że sierota zapomniałam wziąć właściwej karty, aby móc zapłacić w automacie za bilet. Co prawda w portfelu miałam gotówkę, ale jedyne dostępne opcje płacenia to monety albo karta (i to jeszcze tylko dwa rodzaje). Musiałam wrócić do domu. Jednak nie ma tego złego, bo przynajmniej zjadłam śniadanie i spokojnie mogłam wybrać się na kolejny pociąg, ponieważ tu kursują one bardzo często, nawet do małych miejscowości i nie trzeba czekać iluś godzin na następny. 

Czysto, szybko. Komfort jazdy nieporównywalny do tego z Polski. 

W piątek w pracy wciąż spoglądałam na zegar, nie mogąc doczekać się weekendu. Cieszyłam się jak dziecko na tę wycieczkę pociągiem. Taka nowa nowość w innym kraju ;) 

Cudownie było znaleźć się znów w tym pięknym mieście. Uwielbiam Rotterdam z jego wszystkimi kanałami, śluzami, z mostem białym i czerwonym, ze światłami nocą i z portem, z kamienicami i rowerami, z ciszą i szumem wiatru nocą, gdy oboje stoimy na środku ulicy i śmiejemy się do siebie. Najpierw zakochałam się w mieście, a zaraz potem w nim. Na dobrą sprawę, nie bardzo wiem, czy słowo "zakochanie" jest w ogóle właściwe w nazywaniu tego, co czuję. Zawsze kojarzyło mi się z czymś, co potrafi szybko zniknąć, tylko najpierw rzuci człowiekowi klapki na oczy i na mózg. Nie mam klapek, różowych okularów ani zaćmienia zwojów mózgowych. Rozum, serce, dusza funkcjonują jednym rytmem. 

Siedzimy w niedzielę obok siebie i rozmawiamy.

On: Jest ciężko.

CzG: Wiem.

On: Co będzie z nami?

CzG: Zależy kiedy.

On: W przyszłości.

CzG: Nie wiem.

On: Ja też nie.

CzG: Za 10 lat to możemy kopnąć w kalendarz.

On: Wciąż jesteśmy młodzi.

CzG: Co nie zmienia faktu, że może nas tu już nie być. Skąd mam wiedzieć, czy ciebie albo mnie nie wpieprza właśnie jakaś cholerna choroba?

On: Fakt. Może tak być. Choć lepiej, żeby nie było. Fajnie byłoby jeszcze pożyć i nacieszyć się sobą.

CzG: Ta chwila to dar od losu.

On: Tęskniłem za tobą.

CzG: Ja za tobą też. 

itd. itd. o pracy, o przyłości, o nas, o życiu, o przeszłości...

Tym razem nadszedł czas, aby porozmawiać też o mnie. Było mi okropnie ciężko, ale wiem, że w nim mam też przyjaciela. Z nim jest tak, że gdy rozmawiamy, mówię wszystko to, co odradzają wszelkie cholerne poradniki na temat związków damsko-męskich. Jednak tak sobie myślę, że gdybym zaczęła się stosować do jakichś reguł, zamiast postępować tak, jak czuję, zamiast być sobą, nie udałoby się zacząć budować tej relacji. To wszystko, co się dzieje i on w ogóle, to jest takie niesamowite, nieoczekiwane, żywcem wyjęte ze snu. Tylko że nie boję się, że się obudzę, bo to nie sen. 

Jeśli człowiek chce, pokona wszelkie trudności i żadna odległość, problemy nie są straszne tak w związku, jak w życiu. A gdy człowiekowi chcieć się przestaje lub w ogóle się nie chciało, to żadna siła go nie zmusi, aby się zachciało. 

Szczęście jest tak proste i tak niewiele trzeba, aby być szczęśliwym. Wystarczy zdjąć z oczu przepaskę z napisem "czekam na lepsze jutro" lub "szukam szczęścia". Szczęście jest na wyciągnięcie ręki i nie można się bać sięgać po nie. To jest ta chwila. To jest moja chwila. Nie czuję, że zmarnowałam czy przegrałam swoje życie. Jeśli nigdy więcej nie będę się czuć tak, jak czuję się teraz, jak czułam się przy nim w to niedzielne popołdunie, to nic. Wiem już, jak smakuje szczęście. Poza tym spełniło się moje marzenie. A on jest moim darem od losu. Jest nam ciężko i będzie jeszcze trudniej. Cena szczęścia? Jakakolwiek by nie była. Szczęście jest nie do wycenienia.

26 sierpnia 2013

Zaczęło się nowe.

No i zaczęło się nowe. Zaczęło się tak porządnie. Zapierdalać muszę jak jasny gwint, ale daję radę. A postaram się dać tę radę jeszcze lepiej ;) Jest dobrze. Trafiły mi się niezłe warunki mieszkaniowe, współlokatorzy też są w porządku i dziewczyny na mojej zmianie w pracy też są fajne. Część szefostwa mam tzw. ą ę bułkę przez bibułkę ;) i w dodatku takie służbistyczne (co za słowo ;). Za to ta druga część jest zupełnie inna. Generalnie myślę, że powinnam się dogadać. Co prawda na część ludzi trzeba uważać, jak wszędzie, bo są i tacy, którzy uwielbiają podpieprzać do biura z byle powodu - nawet jeśli coś tam podsłyszą, nie znają kontekstu, nie mają pojęcia o co chodzi, ale przecież dla nich to żaden problem coś stworzyć. Aby przetrwać muszę robić swoje jak najlepiej, trzymać język za zębami, jeśli nie ma potrzeby, aby nim mielić, pilnować siebie i swojego życia prywatnego. Wrednych ludzi nigdzie niestety nie brakuje. 

Własne otoczenie uważnie obserwuję, wyciągam wnioski. 

Nazbierało się mi trochę zdjęć z ostatnich kilku tygodni, parę anegdotek. Jest o czym pisać. Blog przeobraził się w pamiętnik, a może był nim od początku. Niedługo stukną mu cztery lata. Zapisałam kawałek własnego życia, uczuć, doświadczeń. Zdarzyło się tyle rzeczy w tym czasie, tak wiele ważnych spraw. Odeszli ci, których kocham, a w ich miejsce pojawiły się nowe osoby. I jakoś tak stwierdzam, że to miejsce jest takie osobiste i to trochę tak, jakbym uchylila drzwi do własnej duszy i pozwoliła tam zajrzeć. 

Gdy czytam samą siebie tu, czasem potrafię się zdystansować, a czasem zupełnie mi to nie wychodzi. To miejsce jest dla mnie ważne, tak jak i Wy jesteście dla mnie ważni. Cieszę się, że mogę dzielić się z Wami myślami, przeżyciami, uczuciami, tym, co mnie spotyka. Bardzo Wam za to dziękuję. 

Ostatnio byłam trochę rozdarta. Jakbym nagle stała się naleśnikiem i wpadła jak śliwka w kompot między młot a  kowadło ;) he he Tak poważnie mówiąc, nie układało mi się ostatnio najlepiej. Trzeba było podjąć kilka niezwykle trudnych decyzji. Z nim też tak jakoś było, że wzajemnie podnieśliśmy sobie ciśnienie i podziałaliśmy sobie na nerwy, normalnie na "żyletki" poszło. Ale jako że oboje jesteśmy dorośli i jednak nam zależy, to i z tym sobie poradziliśmy jak dorośli ;) Szczerze mówiąc, może to nawet było potrzebne, aby zdać sobie sprawę z pewnych rzeczy, a zwłaszcza z tego właśnie, że nam zależy. Gdyby nie on, to ja bym tu chyba zwyczajnie oszalała. Na razie niestety musi nam wystarczyć tylko telefon.

Jeśli inne sprawy ułożą się pomyślnie, to się całe mnóstwo rzeczy ułoży. Niestety jest tak, że jedno ciągnie za sobą drugie, jedno od drugiego zależy. Jak mi się poskłada z jedną sprawą to ta pociągnie za sobą inne i będzie dobrze. Oby się jak najszybciej to udało. Gdyby to zależało ode mnie, ale nie zależy, więc pozostaje mi czekać, oczywiście jednak nie bezczynnie. Działam. Intensywnie. Potrzebuję pozytywnego i szybkiego załatwienia tejże sprawy, żeby ruszyć z resztą ze spokojną głową. 

Nowe, które się zaczęło, jest wstępem do czegoś większego. Tak czuję i jestem tego pewna. Nie do końca sobie to wszystko uświadamiam, może nawet trochę się boję, bo wydaje mi się, że sprawy, o których myślę, są zbyt nieprawdopodobne, niemożliwe, ale przecież stało się już tyle niemożliwego, że jeszcze trochę, nie powinno mnie zdziwić i powinnam w to wierzyć. 

Celebruję życie. Cieszę się każdą chwilą i żyję chwilą. Moja chwila za moment stanie się przeszłością, kolejnej chwili mogę nie mieć. Na przeszłość nie mam wpływu, na przyszłość wpływ mam znikomy, tym bardziej, że do przewidywalnych to ona raczej nie należy. Chcę żyć swoim życiem i być szczęśliwa. To właśnie robię, aczkolwiek nad odpowiednią formą wciąż pracuję (trzeba pokonać tylko trochę problemów i już). Mimo braku odpowiedniej formy i pewnych trudności, jestem szczęśliwa, a najszczęśliwa, gdy oddycham jego oddechem.