Pokazywanie postów oznaczonych etykietą śmierć. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą śmierć. Pokaż wszystkie posty

7 lutego 2024

A co po śmierci? O tym jak zaczęłam planować swój pogrzeb i życie po śmierci.

 Wróciłam właśnie z pracy. Dalej wieje jak wściekłe, choć i tak znacznie mniej niż w poprzednich dniach. No i nie pada, co ostatnio jest rzadkością przy tutejszej zimie. Leje i wieje. Tak w skrócie mogę opisać obecną niderlandzką zimę. Było trochę mrozu, odrobina śniegu i słońca, ale szybko się to skończyło, aby wrócić do standardu czyli leje i wieje. Zrobiłam sobie gorącą kawę zbożową z owsianym mlekiem i jedząc drugie śniadanie, zaczęłam przeglądać stare notki na blogu. 

2009 rok... to już 15 lat minęło odkąd popełniłam pierwszy wpis w tym miejscu. Za chwilę będzie kwiecień i 15 rocznica śmierci mamy. Pamiętam, jak bardzo to wszystko, co się działo, we mnie zapadło. Jak było mi źle. Jak myślałam o wszystkim, czego nie zdążyłam zrobić z mamą, o czym nie zdążyłam jej powiedzieć, o co nie zdążyłam jej zapytać. To miejsce, pomogło mi przetrwać tę sytuację, ale także kolejne trudne chwile. Zaczęło mi towarzyszyć na emigracji. A później ucichłam. Zniknęłam na kilka lat, choć nie zapomniałam o tym miejscu. Czy byłam przez ten czas szczęśliwa?

Bywałam szczęśliwa. Bywałam smutna. Bywałam radosna. Bywałam przygnębiona. Bywałam pełna nadziei. Bywałam przygnieciona życiem. Bywałam...

Co się zatem u mnie zmieniło? Ja się zmieniłam. Wciąż mam tę dziecięcą ciekawość, głód wiedzy i chochliki w oczach. Jednak doświadczenia, przeżycia, trudne chwile, problemy ze zdrowiem zbudowały mnie na nowo. Albo raczej przebudowały. Ja siebie przebudowałam. Siebie i swoje myślenie. Miałam chwile zwątpienia. Miałam chwile załamania. Czasem łzy lały się, jak woda z odkręconego kranu. Czasem ciężko było zapanować nad tym wszystkim wokół. A trudne emocje, które się pojawiały, wcale mi w tym nie pomagały. Za to poznałam siebie na nowo. Zobaczyłam, do czego jestem zdolna. Ale też zakopałam swój potencjał. Schowałam gdzieś ambicje, plany i marzenia. 

Kiedy posypało mi się zdrowie i doszłam do momentu, w którym trzeba pomyśleć o własnej ewentualnej śmierci, to już było totalnie niewesoło. Musiałam przetrawić to, należałoby rozważyć własny pogrzeb i to co dalej. Przy poważnych kłopotach ze zdrowiem nie ma się gwarancji ani życia, ani śmierci. Taka śmiertelna ruletka. I albo grasz, i może oszukasz przeznaczenie, albo nie grasz, a wtedy to raczej na pewno go nie oszukasz. Zdecydowałam się zaryzykować i zagrać o życie, jednak nie należało udawać, że gdyby mi się jednak nie udało, to trzeba mieć na to jakiś plan. 

Kiedy umieramy, zostaje po nas mniej lub więcej rzeczy. Czasem jakiś majątek, forsa na koncie. A w dzisiejszych czasach również i ślady w sieci. Maile, konta społecznościowe, blogi, wpisy, zdjęcia, filmy... Cmentarzyska danych, które nie zawsze ma kto posprzątać. Kiedy przestajemy być aktywni, nie zawsze wiadomo, co się z nami stało i czy w ogóle jeszcze żyjemy.

Nie chciałam, aby po mojej ewentualnej przedwczesnej śmierci, rodzina zastanawiała się, co zrobić z moimi rzeczami, co zrobić z tym wszystkim, co w sieci i co zrobić ze mną, a raczej z tym, co ze mnie zostało. Tak wiem, że temat przygnębiający, trudny i bolesny. Jednak lepiej pochylić się nad nim, gdy z nami lepiej i nawet czujemy się świetnie. Kiedy umrzemy, to naszym bliskim czy też innym ludziom, którzy się będą wszystkim zajmować, zostaje mnóstwo spraw do ogarnięcia, zaplanowania. Plus jeszcze ta kwestia rzeczy materialnych i niematerialnych. 

Kiedy mamy jakiś majątek i forsę na koncie, to zawsze znajdą się jacyś chętni na zaplanowanie pogrzebu i ogarnianie naszych spraw. Miło byłoby przytulić jakiś domek, auto, trochę dodatkowych funduszy albo markowe ubrania czy buty. Zresztą miło byłoby wzbogacić się o cokolwiek, bo zawsze to można spieniężyć, a forsą się zaopiekować. No dobra, a czy ktoś z nas by chciał, żeby byle jak potraktowano nasze zwłoki i nasz dorobek życia, na który często ciężko pracowaliśmy całe życie? Może niektórym łatwo przyszłoby pozałatwiać wszystko, pozbyć się cudzego dorobku, ale część z nas z pewnością utonęłaby w domysłach. Czy pochować tradycyjnie czy raczej spalić? Czy ma być np. po katolicku czy może w innym obrządku, a może świecka opcja? A może jakaś pieśń na koniec? A może lepiej piosenka? A ubranie to jakie? A fryzura? A ma być stypa czy raczej nie? A kogo w ogóle zaprosić? A czy my znamy osoby, które należałoby zaprosić na pogrzeb? Przyjaciół? Znajomych? Rodzinę najłatwiej ustalić, ale przecież zmarły mógł mieć jakieś ważne osoby w swoim życiu o których istnieniu możemy w ogóle nie wiedzieć. A może nie życzyłby sobie na pogrzebie jakiejś stryjecznej ciotki a może wręcz przeciwnie chce, aby przyszli wszyscy? Powiadamiać ludzi w mediach społecznościowych czy niekoniecznie.

Jak już przebrniemy przez kwestię pogrzebu i stypy, ochłoniemy trochę, po tych przykrych wydarzeniach, to zaczyna z wolna pojawiać się kwestia rzeczy. Tak. Zostają po nas rzeczy. Zostaje czasem sporo rzeczy, a na pewno więcej niż byśmy mogli sobie wyobrazić. I nagle ktoś będzie przeglądał całą naszą prywatność, całe nasze życie, wszelkie sekrety i tajemnice. Nieźle co? Te papierowe to pół biedy. Telefony i komputery to prawdziwa kopalnia wiedzy o nas. No i co z tym wszystkim zrobić?

I kiedy tak sobie siedziałam, oswojona już z tym, że być może moje dni są policzone, pomyślałam, że bardzo nie chciałabym, aby moja rodzina, zastanawiała się, co zrobić z tym wszystkim, co mnie zostanie, łącznie ze mną. Przecież oni nie wiedzieliby nawet kogo powiadomić o tym, że mnie nie ma już na tym padole, poza nimi samymi i może kilkoma osobami, które mieli okazję poznać. A że jak już ktoś umrze, a zwłaszcza ktoś bliski, to jest stresik, łzy, czasem nie myśli się logicznie i czasem w ogóle ciężko zebrać myśli. No więc postanowiłam ułatwić im sprawę, a przy okazji zabezpieczając moje ciało przed potraktowaniem go w sposób, którego sobie nie życzę. 

Jak ktoś nie rozważał swojego pogrzebu i tego co dalej z tym, co zostawiamy na ziemi, to serio polecam. Bardzo ciekawe i ożywcze. Większość z nas boi się śmierci i odsuwa takie rozważania na swój temat jak najdalej od siebie. Rozumiem. Temat jest ciężki. Czy ja się boję? Nie. Oswoiłam temat już wiele lat temu. Każdego z nas to czeka. Jednak lepiej to przemyśleć póki nie dopadła nas demencja, zaniki pamięci, ciężkie choroby czy inne takie. 

Jak sobie pomyślałam, ile moja rodzina musiałaby się grzebać w moich sprawach, zastanawiać się itd., to już im współczułam. Sama wiem, ile tego wszystkiego ja miałam na głowie. Jeszcze nawet po tylu latach są jakieś resztki tego wszystkiego. A ilość rzeczy, którą trzeba po śmierci przejrzeć, jest porażająca. 

Tak więc zostawiłam rodzince instrukcje. Oczywiście ja, jak to ja, żeby nie było za łatwo, zostawiłam wskazówki w jednej z moich ulubionych książek. Kilka razy wspominałam o niej wszystkim wokół. Ciekawe, czy ktoś by pamiętał? Zawsze mogliby przerzucić wszystkie. Zresztą tu w Niderlandach nie mam ich za wiele. Coś koło 180 do przejrzenia by było. W Polsce to jest ich znacznie więcej, więc i tak mieliby zadanie ułatwione. Opisałam wszelkie kwestie, które mi przyszły do głowy. Rozdzieliłam część rzeczy i majątku, żeby zdjąć im z głowy zastanawianie się i kłótnie. Skoro to było moje za życia, to i po śmierci mogę rozdzielić to wedle uznania. Na szczególną uwagę zasługuje taka część moich rzeczy, którą nazywam archiwum.

Archiwum zawiera dokumenty, zdjęcia, rzeczy sentymentalne, ale też ważne dla rodziny. To taka nasza historia dla kolejnych pokoleń. I osoba, która się nim opiekuje, nie może tego wyrzucić, powinna o to dbać i uzupełniać. Ja jestem opiekunką archiwum, strażniczką historii mojej rodziny. Uważam, że to jest coś, o co trzeba dbać. Staram się zdigitalizować to wszystko na wszelki wypadek, ale też po to, aby każdy miał do tego łatwy dostęp. Archiwum to nie jest coś, co można zostawić każdemu. Też musiałam tę kwestię przemyśleć. Nie mogłabym spokojnie odejść, nie wiedząc, czy ktoś się tym należycie zaopiekuje. Czy ktoś zadba o pamięć i naszą historię. 

Chciałam też, aby osoby, które są ważne dla mnie, otrzymały pewne rzeczy, zgodnie z tym, co lubią, co robią i kim dla mnie były. Wiem, że dla niektórych osób rzeczy te stanowiłyby również wartość sentymentalną. 

Oczywiście najbliższej rodzinie trułam też o kilku najważniejszych kwestiach, żeby potem nie było, że nie znaleźli, nie doczytali, czy co tam innego. Bo pierwsze i najważniejsze jest to, co by ze mną potem zrobili. Mam na to swoją własną wizję i nie chciałabym, aby ktoś kombinował w tej kwestii niezgodnie z moją wolą. Moja wizja może być dla niektórych kontrowersyjna, dziwna, niestrawna, głupia, chora... i można dopisać sobie cały zestaw przymiotników. W skrócie mówiąc - chcę być spalona. Co w tym dziwnego? W tym nic. Zaraz przejdziemy do konkretów. Szczegóły pominę. Ograniczę się do - tak w skrócie.

Tu w Niderlandach są trochę bardziej liberalne przepisy, dotyczące pochówku. Nikt nie musi mnie na siłę umieszczać na cmentarzu w grobie, wmurowywać w ścianę czy cokolwiek takiego, co się przyjęło uważać za standard w Polsce. Są dwie możliwości. Pierwsza to bio-urna i drzewo. Chciałabym, aby z moich prochów wyrosło drzewo. Jeśli to byłoby trudne technicznie do zrealizowania, to jest druga możliwość - urna morska, którą umieszcza się na wodzie, ona się chwilę unosi, potem opada, rozpada, a prochy zostają powierzone żywiołom. Ekologiczny pochówek bez tych wszystkich okazałych trumien, tony ciętych kwiatów, wieńców, które przyprawiają mnie o mdłości. A to wszystko bez udziału otoczki religijnej, księży itd. (Nie chcę teraz pisać o tym, dlaczego tak, bo to temat na kilka notek.) Żadnych okropnych cmentarnych pieśni, które człowieka dobijają, za to z "Fly away" Kravitza. Stypa? Raczej pewna forma uroczystości wspomnieniowej z dobrym jedzeniem, tortem i tańcami, najlepiej w bardzo kolorowych ubraniach, no chyba że ktoś bardzo chciałby włożyć czarny, to ok. Impreza dla wszystkich bliskich mi ludzi, nie tylko dla tych, z którymi łączą mnie więzy krwi. 

Dlaczego tak? Bo śmierć jest zarazem końcem i początkiem. Zamykają się jedne drzwi, aby kolejne mogły się otworzyć. Już sam fakt śmierci bliskiej osoby jest wystarczająco przykry, więc po co tych ludzi jeszcze dołować tą grobową otoczką. Czemu taka forma pochówku? Bo zero waste i ekologia są dla mnie ważne, a ja jestem częścią natury i czuję się z nią blisko związana. Wierzę, że matka natura dobrze się zaopiekuje moimi szczątkami. Poza tym moi bliscy gdziekolwiek będą na łonie natury, ja będę blisko i będą mogli o mnie pomyśleć. Świeczkę można zapalić w domu. W rodzinie już mamy groby, którymi trzeba się opiekować i bez sensu tworzyć nowe. Poza tym wg mnie cmentarze są takie smutne, bo kłębi się tam mnóstwo trudnych emocji oraz przeżyć wielu ludzi, a to za życia jest trudne do uniesienia. To nie miejsce dla mnie. Ja jestem częścią natury. Las, woda, góry, pola, łąki to jestem ja.

I jak napisałam kiedyś w swoim "Epitafium":

wyszłam z domu razem ze słońcem,

wędrowałam aż do końca.

pójdę dalej.

tam, gdzie mnie nie znajdziecie.

drogą brzasku i jutrzenki podążać będę,

znikając w deszczu, pojawiając się w mgle.

ziemia nie przyjmie już śladów moich stóp,

wiatr nie rozwieje mi włosów.

rozsypię się powoli,

wąchając kwiaty,

czując dotyk traw,

stanę się tym co nienamacalne…

- MYŚLĄ.



5 lipca 2015

Bez tytułu.

Ciepło. Gorąco. Upalnie. Słońce praży jak szalone. Nie ma czym oddychać. 

Siedziałam w piątek na kanapie, walcząc z migreną, gdy dotarła do mnie pewna bardzo smutna wiadomość. Mój dobry kumpel zginął w wypadku drogowym. 

Szok. Niedowierzanie. Jak to? Jak to jest możliwe? Dlaczego on? Przecież był świetnym kierowcą... Cholera. 

Życie jest kruchutkie. W jednej chwili pęknie jak bańka mydlana przebita palcem. Moment wystarczy, żeby nas już tu nie było. 

Niewiele brakowało, a w piątek i mnie by już tu nie było. Ułamki sekund... Centymetry... 

Los sam wybiera komu jeszcze daruje życie, a komu je zabierze. 

I kiedy ja tego samego wieczoru dowiedziałam się, że mojego kumpla już nie ma, bo nie miał tyle szczęścia co ja... 

Jakoś ostatnio przez moje najbliższe otoczenie przetoczyła się taka fala, w której blisko było do katastrof drogowych, różnego rodzaju wypadków na drodze, ocierania się o śmierć. Szczęście. Tylko szczęściu wszyscy moi kochani bliscy mi ludzie, w tym ON, zawdzięczają to, że nic wielkiego się nie wydarzyło. No może poza tym, że oni wszyscy dostali tak jakby jeszcze jedno życie. 

Nade mną wisi chyba widmo wypadku, bo to ile razy w przeciągu tak krótkiego czasu udało mi się cudem uniknąć zderzenia z idiotami, którzy jeżdżą tak, jakby się z łańcucha zerwali i nie respektują żadnych przepisów, to wszystko to ogromne szczęście. 

Długo nie doceniałam tego, że z każdej takiej sytuacji wyszłam cało i ja, i auto, a sytuacji takich miałam kilka. 

Wyprzedzanie na trzeciego, prowokowanie czołówek i w ostatniej chwili zjeżdżanie na przeciwległy pas, przekraczanie prędkości o wiele kilometrów, nie upewnianie się przy ruszaniu, skręcaniu i zmianie pasów, czy nie ma na drodze innych uczestników ruchu, którym możemy zaszkodzić, itd. 

Rok temu pewna pani wjechała na drodze tylko dla rowerów we mój rower, a centymetry dzieliły mnie od tego, abym została inwalidką i nigdy już na ten rower nie wsiadła. W ciągu roku uniknęłam trzech czołówek. Dwa razy prawie wjechano mi w bok auta. A ostatnio pewna blondynka, zmieniając pasy ruchu na autostradzie, nie spojrzała czy coś jedzie i prawie przodem auta wjechałaby mi w tył. Prawie, bo na szczęście zauważyłam, co idiotka robi i zdążyłam umknąć na pobocze. Za każdym razem dzieliły mnie centymetry. Poza sytuacją z rowerem, w pozostałych przypadkach w momencie zderzenia...nie miałabym szans przeżyć wypadku. 

Mam chyba więcej żyć niż kot i więcej szczęścia jak rozumu. 

Szczerze mówiąc, nie znoszę jeździć samochodem. Gorszy od auta, według mnie rzecz jasna, jest tylko motor. Nigdy na niego nie wsiądę, choćby nie wiem co. 

Może dla niektórych, to co teraz napiszę, będzie oznaką mojej ciemnoty i zabobonności, ale... W aucie mam różaniec - wisi sobie na lusterku. Kiedy wsiadam do samochodu, robię znak krzyża i odmawiam modlitwę. Szaleństwo?
Nie wiem. Może dlatego wciąż jeszcze żyję. A może dlatego że moja chwila nie nadeszła.

Spoczywaj w pokoju drogi przyjacielu. Niech Ci do snu nucą liście drzew. 

19 listopada 2012

Listopadowe mgły.

Lubię listopad z jego mgłami i powietrzem pachnącym wilgotną ziemią, suchymi liśćmi, pierwszym śniegiem i mrozem. Przedwczoraj grabiłam liście wokół grobu rodziców... tak bardzo mi ich brakuje. Obojga. Nauczyłam się żyć bez mamy, choć tęsknię za nią ogromnie. Śmierć ojca sprawiła, że straciłam poczucie bezpieczeństwa, które zawsze mi dawał. Tuż po pogrzebie wyciągnęłam z szafy jego koszulę i noszę ją zamiast swetra. Mniej się boję. 

Siostry mi mówią, że podziwiają mnie za spokój i opanowanie. Tylko że nie ma za co mnie podziwiać. Po prostu wiem, że ktoś musi ogarnąć sytuację, pozałatwiać wszystko, a spokój sprzyja logicznemu myśleniu. Serce będzie krwawić, dusza kulić się będzie z cierpienia i smutku, ale rozum musi kierować moim postępowaniem. 

I choć tato odszedł... zasnął na moich rękach, do mnie to jeszcze nie dociera. Wciąż wydaje mi się, że zadzwoni, abym przyszła odebrać go ze szpitala albo że za chwilę wróci ze spaceru i zapuka do drzwi. Siedzę w jego koszuli przy biurku i nie mogę się przyzwyczaić ani do ciszy w domu, ani do dźwięków otoczenia. 

Wzrokiem śledzę listopadowe mgły, jakbym chciała zobaczyć rodziców, którzy się z nich wyłonią.

Któregoś dnia ojciec powiedział mi, że chciałby odejść przy mnie. Odpowiedziałam mu, że boję się tego, że nie chcę, że to będzie zbyt trudne dla mnie. On natomiast odrzekł mi, że nie powinnam się bać, że przecież on spokojnie zaśnie, a ja przy nim będę, potrzymam go za rękę. Dwa tygodnie temu w szpitalu, gdy byłam przy nim, chciałam wyjść na dłuższą chwilę na powietrze, bo bolała mnie głowa, ściskało mi się serce od patrzenia na jego cierpienie. Siostra właśnie wróciła, więc mogłam wyjść. Pamiętam wzrok taty, gdy usłyszał, że na chwilę wychodzę - proszące oczy... Upewniłam go, że wrócę szybko. Czekał. Wróciłam. Po 3 godzinach zasnął i odszedł drogą, którą ja jeszcze iść nie mogę. Wybrał osobę, przy której odejdzie. Mnie wybrał. Nie czułam strachu i chciałam, aby on też się nie bał. Czuję się zaszczycona, że to mnie wybrał. 

Spokojna śmierć jest jak zasypianie. Zasnąć w ramionach bliskiej osoby to piękna śmierć. Mam tylko nadzieję, że kiedy odchodził, czuł, że jest kochany, ważny, potrzebny, że są ludzie, którym na nim zależy.

Zanim odszedł na wieczną wachtę, nauczył mnie tylu rzeczy i zaszczepił miłość do wody. Uczył mnie aż do ostatnich swoich chwil. Nauczył mnie, że śmierci nie trzeba się bać, bo śmierć jest jak zasypianie.

I choć listopadowe mgły unoszą się nad polami, płyną we wszystkie strony, pamięć o kapitanie - o moim ojcu - nie zginie. 

31 października 2010

Kilka refleksji...

Chłodne, lekko mroźne drgające nadchodzącą mgłą powietrze, malinowe niebo, drzewa przykryte jeszcze liśćmi w kolorze mojej herbaty z cytryną i miodem. Włożyłam sweter, bo musiałam koniecznie wyjść na balkon, aby nawdychać się tej magii, ciszy i spokoju. Stałam tak i przyglądałam się otaczającemu mnie światu, myśląc o tych moich bliskich... 
Nie lubię chodzić na cmentarz w tym całym tłumie ludzi, których pielgrzymki przy grobach przypominają coraz częściej kawiarniane spotkania niż chwilę refleksji, wspomnienia o bliskich. Tyle grobów przypomina bardziej choinki bożonarodzeniowe niż miejsca pochówku. Nawet producentów zniczy opętała jakaś mania jarmarku, odpustu i kiczu. Gdy myślę o dniu 1 listopada, czuję jakiś taki niesmak. Czas, który powinien być czasem refleksji, wspomnienia, zadumy, zamieniał się w czas komercji, jarmarku, kupczenia? 
 
Na cmentarz na grób mojej siostry od lat chodzę wczesnym rankiem, kiedy jest tam pusto... W ciągu roku zaglądam... Odkąd mama przeszła na drugą stronę mostu, zdałam sobie sprawę, że poza mną i rodzicami na grób mojej siostrzyczki nikt więcej nie zaglądał. Moje siostry tam nie chodzą... Jak byłam malutka i się domagałam wręcz pójścia na cmentarz, a sama nie mogłam, wtedy szły ze mną. Jednak od śmierci mamy tamten grób przestał dla nich istnieć... Jakby go w ogóle nie było. Im więcej czasu upłynie, im mniej i krócej znaliśmy dane osoby, tym rzadziej lub wcale zapalamy świece czy zanosimy kwiaty na groby...?  Nie wiem.
Malutką znałam może dłużej niż pozostała część rodziny, bo razem dokazywałyśmy w brzuchu mamy, ale czy ja to mogę pamiętać? Nie wiem, ale czuję z nią silną więź... 
 
Zadzwoniła do mnie przed chwilą najstarsza siostra z durnym pomysłem, abym nie dość, że o świcie do niej przyjechała, to jeszcze aby iść na cmentarz, na którym jest mamy grób w największym tłumie ludzi i kwitnąć tam podczas mszy. Tylko że ja nie znoszę takich zbiorowisk, a we Wszystkich Świętych na cmentarzach koło południa jest spęd ludzi. Dla mnie te chwile nad grobami bliskich są zbyt intymne, zbyt moje... 
 
Oczy zaszklą się słoną wilgocią, ciałem wstrząśnie tęsknota, która się wwierca we mnie niczym kornik w drewno... Nawet jeśli wcale nie jestem smutna, tylko uśmiechnięta, bo coś mi się akurat udało. Łzy pojawiają się zawsze... tak jak bardzo ściska mnie tęsknota... Nie potrafię tak przelecieć jak wiatr przez cmentarz i prawie w tym pędzie, biegu jakimś zostawić kwiaty, zapaloną świeczkę i polecieć, zapominając zaraz, jak tylko odwrócę się plecami do grobu. 
 
Trzeba ciszy, zatrzymania, chwili skupienia, aby dojrzeć skrzydła naszych aniołów, kiedy przelatują nam nad głowami. Trzeba spokoju, aby złapać uśmiech naszego anioła, który dotyka głęboko, łagodnie opatruje rany tęsknoty. W ciszy nasze anioły mówią do nas... mówią, że przecież tak naprawdę są z nami... żyją w naszych sercach, w naszej pamięci... Nasze anioły mówią nam muśnięciem skrzydeł po policzku... po dłoni... że przecież jesteśmy pod ich opieką... To cisza pozwala nasłuchiwać głosu i kroków naszych aniołów... Cisza splątana światłem, kwiatów i igieł zielonych zapachem... Cisza...

25 października 2010

Łzy po żałobie.

Leżałam w łóżku i spoglądałam w jesienne niebo. Nie miałam siły nawet, aby usiąść, aby wziąć do ręki książkę. Wszystko w środku mnie bolało i może przez ten ból jelit, żołądka uwolniły się tłumione przez półtora roku łzy, uwolniły się po jej odejściu. Nie wypłakałam oczu porządnie, nie wypłakałam swojego bólu, choć było widać go w tej przestrzeni i to tak mocno, jakby nie było widać innych fragmentów mojej duszy, tylko ten ból. 

Nie od dziś ludzie płaczą na moim ramieniu, wylewają swoje łzy w mój rękaw. Ojciec, siostry, rodzina, przyjaciele... Ona też płakała przy mnie, a ja czasem przy niej. A kiedy przeszła przez drzwi niedostępne jeszcze dla mnie, poczułam jakby ktoś zamknął kanaliki w moich oczach, jakby te łzy ugrzęzły gdzieś w moim gardle. 
Przecież musiałam stłumić te łzy, połknąć je, aby ci wszyscy ludzie wokół mnie mieli do dyspozycji mój rękaw. Czasem byłam wściekła na wszystko i na wszystkich wokół, wkurzało mnie niezrozumienie. Najchętniej przywaliłabym wtedy głową o ścianę. Z drugiej jednak strony jeszcze bardziej wnerwiali mnie ludzie, którzy mówili... z których ust padło wiele słów, ale których wcale obok nie było, zwyczajnie po to, aby być. Z nią odeszła cząstka mnie... Takie fragmenty nas odchodzą wraz z naszymi bliskimi, ale to wcale nie znaczy, że nie możemy żyć dalej.

Jednemu wystarcza miesiąc, innemu rok, a inny potrzebuje nawet dziesięciu lat, aby się uporać z żałobą, rozpaczą, stratą, żalem i tym wszystkim, co wiąże się ze śmiercią bliskich.

Rany są we mnie, wszystkie rany są we mnie. To, co na zewnątrz, to zaledwie minimalna cząstka tego, jak czuję i co czuję. Chowam moje cierpienie w sobie, jakby było zbyt intymne, aby je pokazać takim, jakie jest. 

Dopiero po ponad roku wypłakałam swoje oczy, dopiero trzeba mi było bólu fizycznego, zatrzymania i spokoju. Nieuzewnętrznione cierpienie zżera od środka... Mnie prawie przegryzło na wylot. Dopiero teraz mogę powiedzieć, że wypełniłam swoją żałobę, że przeszłam jakiś etap. Tego czasu tak bardzo mi było trzeba, aby dojść do obecnego momentu, aby małymi krokami uporządkować to wszystko w sobie. 

Dziś uderzyło mnie jeszcze jedno. To, jak bardzo mama była emocjonalnie ze mną związana, a ja z nią. Być może przez taki a nie inny przebieg ciąży i porodu... Bezwarunkowa miłość, co nie znaczy, że bezstresowe wychowanie czy nadopiekuńczość. Z ojcem jest inaczej trochę, a ja jestem do niego tak bardzo podobna... z charakteru. Jak kalka. Kiedy byłam dzieckiem, myślałam, że ani mama, ani ojciec nie znajdą właściwego klucza do mnie. A znaleźli. 

Łzy uporządkowały ten cały chaos i ból. Trzeba się wypłakać, wyzłościć i wyżalić, zajrzeć wgłąb siebie, aby odnaleźć spokój, akceptację, zrozumienie i bezpieczeństwo.

15 września 2010

Gdyby jutro mnie tu nie było.

Gdyby jutro mnie tu nie było... Gdybym zniknęła bez słowa... Gdyby nie pojawiły się tu więcej żadne moje słowa...

Dziś tylko pół kroku zabrakło, aby być może długo, a możliwe, że już więcej by mnie tu nie było. Kretyn prawie mnie rozjechał, gdy przechodziłam na zielonym świetle. Pędził na oślep chyba, znacznie przekraczając prędkość, bo przecież nie będzie się wlec tą dozwoloną 30. Rozumiem, że niektórych mogą wkurzać przepisy, wolna jazda, itp., ale te przepisy nie są po to, aby utrudniać nam życie. Zresztą nie dalej jak dwa dni temu, gdy jechałam z moją siostrą samochodem, idiota z naprzeciwka wyprzedzał na trzeciego i to z taką prędkością, że gdyby moja siostra nie zjechała na trawnik, to byłaby czołówka i być może nas na tym świecie już by nie było. Rzuciłam wiąchą we wszystkich znanych mi językach, a moją siostrę nauczyłam kląć po hiszpańsku.

W przeciągu trzech dni naprawdę niewiele brakowało, ledwie kilkanaście centymetrów, aby mnie tu nie było. Zaczęłam się zastanawiać nad tym, czy ktoś z Was by się zorientował, że więcej tu nie wrócę. Przecież nikt z mojej rodziny nie wie o istnieniu tego miejsca. Nie wiem, czy powiadomiliby moich przyjaciół... Co pomyślelibyście wy i ci wszyscy ludzie, z którymi rozmawiam najczęściej słowem pisanym... że zniknęłam bez słowa, bez pożegnania, że tak porzuciłam...?

Zdałam sobie sprawę, że mimo otwartości, jestem dość skryta i tak naprawdę ludzie niewiele o mnie wiedzą, nawet moi najbliżsi. Mam tu na myśli takie fakty jak mój wzrost, rozmiar buta i ubrań, itp. aż do ilości kont mailowych posiadanych przeze mnie (z uwagi na blog można się łatwo domyślić, że mam przynajmniej dwa adresy mailowe ;) i naturalnego koloru włosów. Zawsze wychodziłam z założenia, że te wszystkie liczby, miary, wagi i im podobne nie są wcale konieczne do życia, a przez w ogóle o nich nie mówię, nawet innych ludzi o nie nie pytam zazwyczaj.

Gdyby mnie nie jutro tutaj nie było, to moja rodzina miałaby niezłe zamieszanie. Pogrzeb i inne takie załatwiliby szybko, bo wszyscy wokół znają moją fobię na temat trumien i zakopywania w ziemi, więc wiedzą, że chcę być spalona i rozsypana, bo stanie na kominku w charakterze kolejnego badziewia, z którego trzeba ścierać kurz, byłoby dość nudne. Jakby rodzina zaczęła się zagłębiać w moje papiery i zapiski... Gdyby mnie tu jutro nie było, to rodzina z pewnością musiałaby się dopchać do zawartości mojego komputera... Oj z pewnością nie jedno by ich zdziwiło.

Gdyby mnie tu jutro nie było, myślę, że żałowałabym, że tak wielu rzeczy nie zrobiłam, nie spróbowałam tylu potraw, że częściej nie uśmiechałam się do ludzi, że o tylu rzeczach nie zdążyłam napisać. Nie boję się śmierci, obawiam się tego, co jest po niej, a raczej tego, czego nie ma... Skoro nie ma ciała, to jeść się nie chce i nie trzeba, ale przez to nie można rozkoszować się smakiem tych wszystkich pyszności, zwłaszcza czekolady, świeżych warzyw i owoców. Seksu chyba też nie ma... w każdym razie orgazmów nie ma, bo skoro już nie ma ciała... Upić z rozpaczy też się nie można, nawet z radości. Żadnych przyjemności... No ale mam nadzieję, że chociaż można być w dwóch miejscach w tym samym czasie i że przez ściany przechodzić można, skoro tylu przyjemności robić się nie da... Podobno... Mam nadzieję, że to nieprawda, bo jeśli jest ta jakaś tam wieczność, to co to za wieczność bez przyjemności. Co to za niebo... Bo wiecie, na piekło to ja mam już plan. Jeśli tam trafię, to piekło zamarznie pierwszy raz w historii :) I już ja się o to postaram, bo wiecie, upałów to ja nie lubię. Może jednak Szef mnie nie wyklnie i trafię do nieba, byle nie do takiego, w którym będę musiała stać godzinami w jakiejś białej szmacie (nie lubię białego, taki sterylny... blee), machać gałązką jakiegoś zielska (zamiast je zjeść) i śpiewać cienkim głosem (nie przepadam za tym i śpiewam tylko jak jestem zupełnie pijana albo gdy mi wyjątkowo humor dopisuje i energia rozpiera, ale to się wyjątkowo rzadko zdarza), bo to by było istne piekło, żadne tam niebo.

Gdyby jutro mnie tu nie było, to proszę się jednak nie martwić, bo jak na razie ja się stąd nigdzie nie wybieram, a moje Anioły Stróże dobrze mnie pilnują. Tyle jest jeszcze do powiedzenia, do napisania, do zrobienia, do zjedzenia, do... nooo.... itd. :)