23 sierpnia 2010

To skomplikowane. (cz. 1)

Rozczochrana i lekko brudna od wilgotnej ziemi przebywałam sobie na balkonie i grzebałam w kwiatkach, pozbywając się przy okazji suchych kwiatów i żółtych liści (jak tak dalej będzie padać to mi się kwiatki wykończą przez te ilości wody, które hurtowo wręcz leją się z nieba), dopóki z zamyślenia nie wyrwał mnie dźwięk dzwonka. "Kogo diabli nadali o tej porze? Nie spodziewam się żadnych gości." - pomyślałam. Dzwonek dzwonił jak na alarm, więc wytarłam brudne ręce w spodnie i szybko podbiegłam do drzwi, zaliczając po drodze uderzenie kolanem w kanapę. "Że też ta cholera musiała stanąć mi na drodze akurat, kiedy mi się spieszy." - mruknęłam wściekła i masując sobie obolałe kolano, otworzyłam drzwi.

- Dzień dobry pani. Policja.

- Jakbym nie widziała - pomyślałam.

- Czy mamy przyjemność z panią Magdaleną Innes?

Wymamrotali jakieś stopnie i nazwiska, z których zrozumiałam tylko tyle, że jeden z nich to jakiś Jędrzejewski a drugi Korczyński, pokazali te wszystkie legitymacje , odznaki i inne takie.

- Tak, to ja. A o co chodzi? Czyżby znowu o tego sąsiada z naprzeciwka albo o jego syna? Ja o nich niczego nie wiem. Od kilku lat już tu nie mieszkają i słuch po nich zaginął, ale przynajmniej wreszcie zapanowała tu cisza.

- Nie, nie chodzi o nich. O panią nam chodzi. - powiedział Jędrzejewski.

- Zamkną mnie panowie od razu czy najpierw wyjaśnią powód swojej wizyty? - zapytałam, chcąc rozładować swoje napięcie, bo jak Boga kocham nie byłam sobie w stanie przypomnieć, żebym zrobiła ostatnimi czasy coś takiego, za co miałaby mnie ścigać policja.

- Możemy wejść? - zapytał Korczyński?

- Proszę bardzo. Niech panowie wchodzą. Może przynajmniej dowiem się w co zostałam wplątana - powiedziałam i otworzyłam szerzej drzwi, wpuszczając obu panów do środka. To teraz te stare babsztyle będą miały chociaż powód do dziwnych spojrzeń w moim kierunku i przynajmniej dostarczę im trochę atrakcji w postaci nowego tematu do rozkładania na czynniki, w czasie codziennych posiedzeń na ławeczce koło parkingu - pomyślałam.

- Przejdę od razu do rzeczy. Wiesław Borkowski nie żyje. Sądzimy...

- A co ja mam z tym wspólnego?! - przerwałam Korczyńskiemu mocno oburzona, że jak może coś sądzić, że ja co?

- Niech się pani uspokoi. Nikt pani nie podejrzewa o zabójstwo. Na razie. Sądzimy jednak... - kontynuował Korczyński dopóki znowu mu nie przerwałam dając wyraz swojemu uczuciu ulgi.

- Sądzimy jednak, że ... - Korczyński kontynuował nie zrażony - może pani wiedzieć, kto chciał denata zabić. Pani go dobrze znała... - jednak znowu nie pozwoliłam mu dokończyć.

- A skąd pan to wie? Jakim cudem panowie na mnie trafili? - pytałam nieco zdziwiona. - Ja z nim nie utrzymuję od miesięcy żadnych kontaktów. Mogą mi to panowie wyjaśnić?

- Znaleźliśmy w jego skrzynce mailowej list, adresowany do pani. Zamordowany nie zdążył go wysłać...

- A dlaczego on miałby do mnie pisać list?

- Mieliśmy nadzieję, że pani nam to wyjaśni.

- Ja?! A skąd! Natomiast mogę zrobić panu zaraz całą listę osób, które byłyby szczęśliwe, względnie same wzięłyby się za usunięcie Wieśka z tego padołu. Na pierwszym miejscu umieściłabym siebie i dziwię się, że mnie jeszcze panowie nie zamknęli chociaż do wyjaśnienia czy coś. Z chęcią udam się z panami na komendę, bo aż nie mogę uwierzyć w takie szczęście, że ktoś Wiesiek kopnął w kalendarz. Nie jestem potrzebna czasem do oglądania jego zwłok? Bo wiedzą panowie, z chęcią bym obejrzała dla własnej pewności, że to na pewno on.

Obu mężczyznom mój entuzjazm odebrał mowę. A co? Miałam może zalewać się rzewnymi łzami z powodu takiej pijawki, jaką był Wiesiek? Niedoczekanie. Tego mordercę to ja bym na rękach nosiła, ozłociłabym go za to, że tak sprawnie pozbawił mnie problemu, który miałam na głowie od lat już wielu i żadnym sposobem nie mogłam się go pozbyć.

Pierwszy odzyskał ludzką mowę Jędrzejewski, który do tej pory był dość milczący.
- Jak to? Nie zasmuciła pani śmierć pana Borkowskiego?

- Ani trochę. Widzi pan, on mi od lat zatruwał spokojną egzystencję swoimi wyskokami i nagłymi wybuchami uczuć. Wreszcie sąsiedzi będą mogli spać spokojnie, nie będąc narażeni na nocne ekscesy w jego wykonaniu i to tuż pod moim balkonem.

- No tak. Jednak proszę, aby opanowała pani trochę tę swoją radość i spróbowała przypomnieć sobie czy ktoś groził panu Borkowskiemu?

- Mnóstwo ludzi. W tym i ja sama.

- No dobrze. A czy nie wie pani o jakichś podejrzanych kontaktach i interesach pana Borkowskiego?

- Nie tylko ja wiem. On cały był podejrzany - stwierdziłam i zachichotałam.

Miny obu policjantów mówiły mi, że zaczynam się coraz bardziej wkopywać w tę aferę i że jeśli nie zacznę zachowywać się w miarę normalnie, to jak amen w pacierzu mnie zamkną i tyle będzie z mojego dobrego humoru, w który niewątpliwie wprawiła mnie śmierć Wieśka.

- Przepraszam panów za moje zachowanie, ale powstrzymać radości nie mogę... - palnęłam głupio. - Cholera, naprawdę sobie grabić zaczynam i zaraz będę mieć poważne kłopoty... - pomyślałam chyba w złą godzinę.

- Może lepiej będzie jak pojadę z panami na komendę - zaproponowałam, bo potem jak drugi raz będę musiała coś powtórzyć, to jeszcze mi się pomyli, o czymś zapomnę, a tak to sobie panowie spiszą, bo tego jest bardzo dużo. Wiesiek chyba nigdy nie prowadził interesów, które nie byłyby podejrzane. Wokół niego kręciło się zawsze mnóstwo dziwnych ludzi..... Zaraz zaraz, a mają panowie ten list Wieśka do mnie? Mogłabym go zobaczyć?

- Pani zdaje się dużo wie, nawet bardzo dużo - stwierdził Korczyński, jakby odkrył Amerykę. - Proszę, oto list, a raczej jego część, bo denat go nie skończył. Być może nie zdążył.

Podał mi wydruk maila. Wiadomość była wyjątkowo długa jak na Wieśka. Co też on tam nabazgrolił? Gorączkowo zaczęłam czytać list, z którego dało wyłowić się, że....

7 komentarzy:

  1. Powyższy tekst jest oczywiście fikcją literacką ;P

    OdpowiedzUsuń
  2. Czekoladko słodka. Czy meila da się nabazgrolić? No chyba, że ktoś robi takie byki jak ja, to wtedy można to nazwać bazgroleniem. A ja przed laty nie wpuściłam pana policjanta (a może jeszcze milicjanta) do mieszkania. Przyszedł po cywilu wieczorem i przez judasza usiłował mi pokazać legitymację. Kazałam mu zostawić wezwanie na komisariat w drzwiach, mówiąc, że o tej porze nikogo nie wpuszczam, chyba, że jestem z kimś umówiona. A legitymację można podrobić, więc ona mnie nie przekonuje. Ale pan władza był chyba niepiśmienny, bo wyłuszczył mi przez drzwi, kiedy mamprzyjśc na komisariat.
    Czekam na dalszy ciąg Twojej historii. A czy bohaterka nie powinna okazać trochę miłosierdzia i z uśmiechem powiedzieć "niech mu ziemia lekką będzie"?

    OdpowiedzUsuń
  3. Aniu, pewnie, że można nabazgrolić... choć powinno być "nabazgrolić" w sensie że nieczytelne znaczeniowo, sensownie ;)

    Jeśli chodzi o policję, to ci, którzy do mnie zawsze przychodzili i pytali o niektórych sąsiadów, to byli mi znani, bo zawsze Ci sami ;)

    A to wszystko wyjdzie, dlaczego bohaterka zachowuje się tak dziwacznie i cieszy się z czyjegoś zejścia ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. fikcja... jaka szkoda ;p
    figa

    OdpowiedzUsuń
  5. Figuniu, zasadniczo fikcja, ale ... ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. O, qrcze...dzieje sie! czekam na ciąg dalszy...:))))

    OdpowiedzUsuń